Ekstraklasa rośnie nie tylko dzięki transferom. Cztery kluby napędziły większość wzrostu
Finansowy boom w Ekstraklasie nie opiera się przede wszystkim na transferach. Lech Poznań, Legia Warszawa, Górnik Zabrze i Jagiellonia Białystok odpowiadały łącznie za około 81 proc. wzrostu przychodów całej ligi.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego rekordowe 1,587 mld zł przychodów nie wynika przede wszystkim z transferów.
- Które kluby odpowiadają za większość dodatkowych 317 mln zł i jak bardzo zmniejszyła się przewaga Legii nad Lechem.
- Dlaczego obecny boom może napędzać kolejne inwestycje, ale nie musi trwać bez końca.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Długoterminowe dane Grant Thornton dobrze pokazują tempo zmian. W 2015 r. kluby miały 494 mln zł przychodów. Rok później było to już 579 mln zł, a więc po raz pierwszy została przekroczona granica pół miliarda. Na miliard liga musiała czekać do sezonu 2023/24, kiedy przychody sięgnęły 1,168 mld zł. Droga od pierwszego przekroczenia 500 mln zł do miliarda zajęła około siedmiu lat. Kolejne pół miliarda pojawiło się znacznie szybciej – po dwóch sezonach Ekstraklasa miała już 1,587 mld zł przychodów.
W ciągu mniej więcej dekady liga zwiększyła więc roczne przychody o ponad miliard złotych. Ich łączna wartość wzrosła ponad trzykrotnie. Po drodze zmienił się jednak sposób prezentowania danych – z lat kalendarzowych na sezony piłkarskie. Sama Ekstraklasa została powiększona z 16 do 18 klubów. Większa liczba zespołów automatycznie podnosi łączne przychody ligi, ale nie tłumaczy skali wzrostu. Dla porównania, w sezonie 2024/25 dwa kluby z końca rankingu przychodów wygenerowały razem około 41 mln zł. To niewiele ponad 3 proc. przychodów całej Ekstraklasy.
Tylko w sezonie 2025/26 przychody wzrosły o 317 mln zł, czyli o niemal 25 proc. Największy przyrost zanotowała działalność komercyjna – 122 mln zł. Transfery przyniosły dodatkowe 81 mln zł, dzień meczowy 63 mln zł, a scentralizowane prawa mediowe i marketingowe 50 mln zł. Wzrosły więc wszystkie cztery główne źródła przychodów.
Dzień meczowy rośnie szybciej niż pozostałe źródła przychodów
Sama struktura przychodów z podstawowej działalności nie zmieniła się rewolucyjnie, ale w ostatnich sezonach widać wyraźne przesunięcie. W sezonie 2022/23 przychody komercyjne odpowiadały za 43 proc. tej części biznesu. Z kolei scentralizowane prawa mediowe i marketingowe za 39 proc., a dzień meczowy za 17 proc. Trzy lata później proporcje wynoszą odpowiednio 41, 37 i 22 proc. Najbardziej konsekwentnie rośnie więc znaczenie dnia meczowego – jego udział zwiększał się kolejno z 17 do 19, 20 i 22 proc.
Jeszcze lepiej widać to w kwotach. Między sezonami 2022/23 i 2025/26 przychody z podstawowej działalności wzrosły z 791 mln do 1,286 mld zł. W tym czasie przychody z dnia meczowego zwiększyły się z 137 do 278 mln zł, czyli ponad dwukrotnie. Komercja wzrosła z 344 do 530 mln zł, a prawa centralne z 310 do 478 mln zł. Oba te segmenty urosły o około 54 proc., jednak dzień meczowy rozwijał się jeszcze szybciej. Dlatego jego udział w strukturze przychodów systematycznie się zwiększał.
Ciekawie wyglądają prawa mediowe i marketingowe. W sezonie 2023/24 były największą kategorią i odpowiadały za 42 proc. przychodów z podstawowej działalności. Dzisiaj ich udział wynosi 37 proc. Nie dlatego, że wpływy z tego źródła spadają – w dwa sezony wzrosły z 408 do 478 mln zł. A jednak jeszcze szybciej rosły komercja i dzień meczowy.
Jest przy tym jeden pozorny paradoks. Rośnie także znaczenie transferów w przychodach ogółem. W sezonie 2022/23 kluby zarobiły na sprzedaży zawodników 131 mln zł. Obecnie już 301 mln zł. Udział transferów w ogólnych przychodach ligi zwiększył się więc z około 14 do 19 proc. Wpisuje się to zresztą w szerszy trend: globalny rynek transferowy również bardzo szybko rośnie. W 2025 r. wydatki na międzynarodowe transfery w męskiej piłce osiągnęły rekordowe 13,08 mld dolarów. To o ponad 50 proc. więcej niż rok wcześniej.
Mimo to, wcale nie transfery odpowiadają za większość ostatniego skoku przychodów Ekstraklasy. Po ich odjęciu wpływy klubów wzrosły z 1,050 do 1,286 mld zł. To przyrost o 236 mln zł, czyli 22,5 proc. Około 74 proc. wszystkich dodatkowych przychodów liga wygenerowała więc poza sprzedażą zawodników.
Kluby zarabiają coraz więcej na jednym kibicu
Szczególnie ciekawy jest dzień meczowy. Przychody z tego źródła wzrosły z 215 do 278 mln zł, czyli o prawie 30 proc. Tymczasem frekwencja zwiększyła się znacznie wolniej. Większa liczba widzów na trybunach nie tłumaczy więc całej zmiany. Kluby potrafią coraz więcej zarabiać na jednym kibicu dzięki cenie biletów, hospitality, lożom, cateringowi czy lepszemu wykorzystaniu stadionów.
Trzeba natomiast uważać przy analizie kategorii komercyjnej. Grant Thornton zalicza do niej nie tylko sponsoring i reklamę, ale także merchandising, konferencje, zwiedzanie stadionów, inne wpływy, a w części klubów również środki pochodzące od samorządów. Do tego w piramidach sponsorskich niektórych klubów znajdują się spółki z udziałem Skarbu Państwa lub inne podmioty publiczne. Dlatego 530 mln zł przychodów komercyjnych nie można utożsamiać z wartością prywatnego rynku sponsorskiego. Kategoria ta dobrze pokazuje skalę działalności klubów poza prawami centralnymi i dniem meczowym. Wypada pamiętać, że łączy źródła o bardzo różnym charakterze i zróżnicowanej jakości ekonomicznej.
Rekordowa frekwencja, więcej wydatków na stadionach i merchandising
Wzrost finansowy widać także po stronie kibiców. Mecze Ekstraklasy obejrzało z trybun rekordowe 4,15 mln osób, o 7,2 proc. więcej niż rok wcześniej. Był to siódmy wynik w Europie wśród najwyższych klas rozgrywkowych. Średnia frekwencja wzrosła do 13 577 widzów. Po doliczeniu Pucharu Polski i europejskich pucharów kluby zgromadziły na stadionach łącznie ponad 4,8 mln kibiców. W ich bazach ticketingowych pojawiło się ponad 521 tys. nowych osób. Jednocześnie przychód z dnia meczowego w przeliczeniu na kibica zwiększył się z 40 do 46 zł.
Według badań przytaczanych przez Ekstraklasę, mecze ligi w telewizji lub na platformach cyfrowych śledzi 45 proc. dorosłych Polaków. Aż 6,43 mln osób deklaruje, że w ostatnim roku oglądało je zawsze, bardzo często lub często.
Rosła również sprzedaż klubowych produktów. Kibice kupili około 152 tys. koszulek i 208 tys. szalików. Sama Legia sprzedała 35,6 tys. koszulek, a Lech ponad 30 tys. Kolejorz był jednocześnie liderem przychodów z merchandisingu – osiągnął 24,4 mln zł wobec 19,8 mln zł Legii.
Mocne wyniki liga notowała również w internecie. Według danych Ekstraklasy wśród europejskich lig zajmowała 7. miejsce pod względem zasięgu w mediach społecznościowych, 6. pod względem liczby wyświetleń treści i reakcji użytkowników oraz 8. pod względem liczby obserwujących.
Sama Ekstraklasa przekazała klubom rekordowe 301,1 mln zł, po raz pierwszy przekraczając granicę 300 mln zł. Pucharowicze otrzymali z tej puli 132,7 mln zł, w tym 45,6 mln zł bezpośredniej premii. Ponad 25 mln zł ligowa spółka przeznaczyła dodatkowo na projekty związane ze szkoleniem dzieci i młodzieży.
Cztery kluby odpowiadają za 81 proc. wzrostu ligi
Rekordowe 317 mln zł dodatkowych przychodów nie rozłożyło się równomiernie. Lech zwiększył je o około 103,1 mln zł, Legia o 59,6 mln zł, Górnik Zabrze o 53,5 mln zł, a Jagiellonia o 40,5 mln zł. Łącznie te cztery kluby dołożyły 256,7 mln zł, czyli około 81 proc. całego wzrostu Ekstraklasy.
Sama informacja, że przychody klubu wzrosły o 10 czy 20 proc., mówi więc coraz mniej. W sezonie, w którym cała liga urosła o niemal 25 proc., dopiero porównanie z jej średnim tempem pokazuje, kto rzeczywiście poprawił swoją pozycję. Górnik niemal podwoił przychody, Lech zwiększył je o około 71 proc., a Jagiellonia o ponad 31 proc. Legia rosła natomiast niemal dokładnie w tempie całej Ekstraklasy. Po przeciwnej stronie znalazł się Raków, którego przychody spadły o 13,7 proc.
Najlepiej widać to po zmianach udziałów w przychodach całej Ekstraklasy. Lech zwiększył swój udział z 11,44 do 15,65 proc., a Górnik z 4,53 do 6,99 proc. Jagiellonia po skoku z poprzedniego sezonu utrzymała udział powyżej 10 proc. Legia pobiła własny rekord przychodów. Ponieważ jednak rosła niemal dokładnie w tempie całej ligi, jej udział praktycznie się nie zmienił – z 18,18 do 18,30 proc. Raków spadł natomiast z 11,25 do 7,78 proc. Dobrze działa tu ekonomiczna metafora Czerwonej Królowej. Na szybko rosnącym rynku trzeba biec choćby po to, żeby pozostać w tym samym miejscu.
Największą zmianę widać w relacji między Legią a Lechem. W sezonie 2023/24 Legia miała 267,0 mln zł przychodów wobec 123,1 mln zł Lecha, a więc jej przewaga wynosiła około 117 proc. Rok później stopniała do 59 proc., a obecnie różnica między 290,5 mln zł Legii i 248,4 mln zł Lecha wynosi już tylko 42,1 mln zł, czyli niespełna 17 proc. Nie jest to efekt słabości Legii – klub właśnie ustanowił własny rekord – lecz znacznie szybszego wzrostu Lecha. Jeszcze ciekawiej wygląda porównanie po wyłączeniu transferów. Lech osiągnął 233,2 mln zł przychodów z podstawowej działalności, a Legia 202,1 mln zł. Stołeczny klub zachował pierwsze miejsce pod względem przychodów ogółem przede wszystkim dzięki 88,3 mln zł uzyskanych ze sprzedaży zawodników.
Lech dogania Legię, a finansowa czołówka ligi się zagęszcza
Niższych wpływów transferowych Lecha nie należy jednak interpretować jako problemu ze sprzedażą piłkarzy. Klub świadomie budował kadrę pod wynik sportowy i był gotów rezygnować z atrakcyjnych ofert za kluczowych zawodników. Najlepszym przykładem jest Patrik Wålemark – według medialnych informacji Lech odrzucił wartą 6 mln euro ofertę FC Kopenhaga. Niższe przychody transferowe są więc w tym przypadku w dużej mierze konsekwencją świadomej decyzji sportowej. Klub przedłożył wartość zawodnika dla drużyny nad natychmiastową realizację zysku ze sprzedaży.
Koncentracja wzrostu jest widoczna również w dłuższym okresie. Legia, Lech, Jagiellonia, Raków i Górnik odpowiadały w sezonie 2023/24 za około 53,7 proc. przychodów ligi, rok później za 55,6 proc., a obecnie już za 59,4 proc. W ciągu dwóch sezonów udział tej samej piątki zwiększył się więc o niemal 6 punktów procentowych. Liga jako całość rośnie, ale coraz większa część jej przychodów koncentruje się w grupie klubów regularnie walczących o mistrzostwo i europejskie puchary.
Jagiellonia dobrze pokazuje, jak szybko można wejść na wyższy poziom finansowy. W sezonie 2023/24 miała 59,6 mln zł przychodów, rok później 129,2 mln zł, a obecnie 169,7 mln zł. W ciągu dwóch sezonów niemal potroiła skalę działalności, a po drodze doszła do ćwierćfinału Ligi Konferencji. Taki przykład działa na wyobraźnię właścicieli innych klubów. W końcu pokazuje potencjalną nagrodę za trafione decyzje sportowe i regularną obecność w Europie.
Sto milionów złotych przestaje być granicą dla największych
Jest jednak druga strona tego mechanizmu. Gdy klub raz zbuduje większy budżet na europejskich premiach, rosnącej frekwencji, sponsorach i droższej kadrze, utrzymanie tej skali wymaga kolejnych dobrych sezonów. W piłce nie brakowało znacznie większych marek, które po serii nietrafionych transferów i słabszych wyników musiały szybko ciąć wydatki. Jagiellonia walczy więc w każdym kolejnym sezonie nie tylko o miejsce w tabeli, ale również o utrzymanie poziomu sportowego pozwalającego finansować coraz większą organizację. Sukces otwiera drogę do wyższych przychodów, ale wraz z nimi rosną również koszty i oczekiwania.
Dobrze widać przy tym, jak szybko przesuwa się finansowa granica ligowej czołówki. Jeszcze w sezonie 2022/23 przychody powyżej 100 mln zł osiągały tylko Legia i Lech. Rok później dołączył Raków, w sezonie 2024/25 również Jagiellonia, a obecnie barierę tę przekracza już sześć klubów: Legia, Lech, Jagiellonia, Raków, Górnik Zabrze i Pogoń Szczecin. 100 mln zł przestaje więc być poziomem zarezerwowanym dla dwóch największych marek. Coraz bardziej staje się granicą, do której aspirują kluby walczące o europejskie puchary.
Kolejnym kandydatem do przekroczenia tej bariery jest Wisła Kraków. Jeszcze jako klub pierwszoligowy osiągnęła w sezonie 2024/25 50,8 mln zł przychodów – najwięcej w całych rozgrywkach. Pełnych danych za sezon 2025/26 jeszcze nie znamy. Przy utrzymaniu dużej skali marki, wysokiej frekwencji i walce o powrót do Ekstraklasy można oczekiwać dalszego wzrostu przychodów. Po awansie od sezonu 2026/27 dochodzą do tego wyższe wpływy centralne i większa ekspozycja. Bariera 100 mln zł przestaje więc w przypadku Wisły wyglądać abstrakcyjnie. Tempo dojścia do niej będzie zależało przede wszystkim od wyników sportowych i zdolności klubu do monetyzowania powrotu do Ekstraklasy.
Sam wzrost przychodów nie mówi, czy klub działa efektywnie
Przychody to tylko jedna strona rachunku. Klub może zwiększać je bardzo szybko i jednocześnie jeszcze szybciej podnosić koszty. Dobrym przykładem jest współczynnik wynagrodzeń do przychodów. Jeśli płace rosną z 80 do 90 mln zł, a przychody ze 160 do 220 mln zł, udział wynagrodzeń w przychodach spada z 50 do około 41 proc. Wskaźnik wygląda więc lepiej, choć klub wydaje na pensje o 10 mln zł więcej. Działa tu prosty efekt mianownika: udział płac może maleć, jeśli przychody rosną szybciej niż wynagrodzenia.
W piłce ma to szczególne znaczenie. Przychody potrafią skokowo wzrosnąć dzięki jednej dużej sprzedaży albo dobremu sezonowi w europejskich pucharach, podczas gdy kontrakty płacowe są wieloletnie. Nie jest to tylko teoretyczny przykład. Grant Thornton zwraca uwagę, że współczynnik wynagrodzeń Jagiellonii obniżył się względem poprzedniego sezonu o 5 punktów procentowych, mimo że nominalne płace wzrosły. Przychody zwiększały się po prostu jeszcze szybciej.
Drugi problem to definicje. W raporcie pojawiają się różne poziomy wynagrodzeń i nie można ich bezpośrednio zestawiać, jak gdyby opisywały ten sam koszt. W przypadku Widzewa koszty pierwszego zespołu wynoszą 68,3 mln zł, a łączne wynagrodzenia 83,4 mln zł. Dla Legii to odpowiednio 77,0 i 115,9 mln zł, a dla Lecha 57,3 i 78,3 mln zł. Do tego dochodzi amortyzacja praw do zawodników.
Widzew miał 83,4 mln zł wynagrodzeń i 17,8 mln zł amortyzacji, co razem daje około 101,2 mln zł wobec 67,3 mln zł przychodów, czyli około 150 proc. Raport również pokazuje współczynnik na takim samym poziomie. W tym samym czasie właściciel podwyższył jednak kapitał klubu o 143,6 mln zł. Po uwzględnieniu tego zastrzyku kapitałowego wskaźnik wynagrodzeń spada do 48 proc. Te dwie liczby odpowiadają jednak na zupełnie inne pytania. Pierwsza pokazuje relację kosztów do przychodów wypracowanych przez klub, druga – sytuację po uwzględnieniu pieniędzy wniesionych przez właściciela.
Przychody to jedno, koszty i przepływy gotówkowe – drugie
Podobnej ostrożności wymaga amortyzacja. Kwota 17,8 mln zł nie oznacza, że Widzew właśnie tyle wydał na transfery w jednym sezonie. To koszt księgowy rozłożony w czasie. Z drugiej strony, około 100 mln zł wydatków transferowych nie oznacza automatycznie, że cała ta kwota wypłynęła z klubu w ciągu jednego roku. Płatności mogą być rozłożone na raty, uzależnione od bonusów albo odroczone. Przy analizie finansów klubowych trzeba więc wyraźnie rozdzielać przychody, wynagrodzenia, amortyzację i przepływy gotówkowe. Dopiero ich zestawienie pozwala ocenić, czy szybki wzrost przychodów rzeczywiście wzmacnia finanse klubu, czy jedynie maskuje jeszcze szybszy wzrost kosztów.
Ciekawie wygląda też struktura wynagrodzeń. W całej lidze 78 proc. budżetu płacowego przypadało na piłkarzy i sztab pierwszej drużyny, 14 proc. na administrację, a 8 proc. na rezerwy i młodzież. Najwięcej nadal wydawała Legia – 115,9 mln zł, w tym 77 mln zł na pierwszy zespół. Jednocześnie zaczęła ciąć zaplecze: koszty administracyjne spadły z około 29,2 do 24,3 mln zł, czyli o blisko 17 proc.
Wysokie wydatki nie przełożyły się jednak na wynik odpowiadający ich skali. Legia zajęła szóste miejsce, została bez europejskich pucharów i zakończyła rok stratą 17,5 mln zł. Latem oszczędności przyspieszyły: Fredi Bobić poinformował o obniżeniu budżetu płacowego pierwszej drużyny o 26 proc. Oznacza to, że klub, przez lata wyraźnie przewodzący lidze pod względem wynagrodzeń, może w sezonie 2026/27 znaleźć się za Lechem i Widzewem.
Skalę niewspółmierności wydatków do wyniku dobrze pokazuje koszt jednego ligowego punktu. W Legii wyniósł 2,36 mln zł, w Widzewie 1,99 mln zł, a w mistrzowskim Lechu 1,31 mln zł. Przy Widzewie ten wskaźnik jest jednak mocno podbijany przez słaby dorobek punktowy. Łódzki klub miał drugi najwyższy budżet wynagrodzeń w lidze. Sezon zakończył aż 12 miejsc niżej niż wynikałoby z jego pozycji w rankingu płac. Koszt punktu dobrze pokazuje skalę rozjazdu między nakładami a wynikiem sportowym. Nie powinien jednak być traktowany jako samodzielna miara jakości zarządzania.
Transfery Widzewa z sezonu 2025/26 będą obciążać koszty jeszcze przez kilka lat
O Widzewie najczęściej mówiło się w ostatnich miesiącach w kontekście około 100 mln zł wydanych na nowych zawodników. Sam raport pokazuje ujemny bilans transferowy na poziomie 99,1 mln zł i podwyższenie kapitału przez właściciela o 143,6 mln zł. Na tle dostępnych danych z ostatnich lat trudno wskazać w Ekstraklasie wiele porównywalnych przypadków. W końcu nowy właściciel już na początku inwestycji przeznaczył blisko 150 mln zł nie na sam zakup klubu, lecz na jego dalszą działalność i rozwój.
Rok wcześniej Cracovia została co prawda dokapitalizowana kwotą 126 mln zł. Nie był to jednak prosty zastrzyk gotówki do wydania przez klub. W dużej mierze chodziło o uporządkowanie zadłużenia i bilansu. Ekonomicznie była to inna operacja niż świeży kapitał przeznaczony na bieżącą działalność czy transfery. Skala wejścia Roberta Dobrzyckiego pozostaje więc wyjątkowa. Pieniądze szybko przełożyły się na przebudowę kadry, wzrost wynagrodzeń i inne inwestycje w klub. Grant Thornton właśnie dokapitalizowaniem tłumaczy możliwość tak agresywnego działania Widzewa na rynku transferowym.
Sportowo pierwszy rok tej ofensywy nie dał oczekiwanego efektu. Widzew skończył sezon na 14. miejscu i utrzymał się dopiero w ostatniej kolejce. Finansowo klub urósł, ale nieznacznie: przychody ogółem zwiększyły się z 64,1 do 67,3 mln zł, czyli o 3,2 mln zł i około 5 proc. Wyraźniej wzrosły przychody z podstawowej działalności – z 57,0 do 66,4 mln zł, a więc o 9,4 mln zł, czyli około 16,5 proc. Największy wzrost zanotowała działalność komercyjna – z 22,6 do 30,3 mln zł – oraz dzień meczowy, z 19,6 do 22,1 mln zł.
Najważniejsze z punktu widzenia finansów jest jednak coś innego. Koszt transferu nie kończy się w sezonie, w którym zawodnik został kupiony. Jeżeli klub płaci za piłkarza 4 mln euro i podpisuje z nim czteroletni kontrakt, w dużym uproszczeniu w rachunku wyników pojawia się po 1 mln euro amortyzacji w każdym roku obowiązywania umowy. Wydatek gotówkowy, koszt księgowy i wynagrodzenie zawodnika to trzy odrębne pozycje.
Na podstawie publicznie podawanych kwot transferowych i długości umów można oszacować, jak wygląda amortyzacja zakupów Widzewa z sezonu 2025/26. Przy prostych założeniach model daje około 15,5 mln zł kosztu w pierwszym sezonie. Grant Thornton wykazuje 17,8 mln zł rzeczywistej amortyzacji zawodników, więc skala jest zbliżona, choć obu wartości nie należy utożsamiać. Klub ma w księgach również wcześniejsze transfery, rzeczywiste ceny mogą różnić się od medialnych, dochodzą bonusy, kursy walut i dokładne momenty rozpoczęcia amortyzacji. Najważniejszy wniosek jest jednak inny: transferowa ofensywa z sezonu 2025/26 nie obciąża finansów Widzewa tylko dziś. Część jej kosztów będzie pojawiać się w rachunku wyników jeszcze przez kilka kolejnych sezonów.
Transfery Widzewa z sezonu 2025/26 będą obciążać koszty jeszcze przez kilka lat
Najwyższe kwoty amortyzacji pojawiają się dopiero w kolejnych sezonach, ponieważ część zawodników dołączyła do Widzewa już w trakcie rozgrywek i w pierwszym roku do kosztów trafiła tylko część pełnej rocznej amortyzacji. Skalę 24,2 mln zł łatwiej zrozumieć, gdy zestawimy ją z przychodami klubu z dnia meczowego. W sezonie 2025/26 Widzew osiągnął z tego źródła 22,06 mln zł, co było trzecim wynikiem w Ekstraklasie. Modelowana amortyzacja transferów z jednego sezonu byłaby więc o około 10 proc. wyższa niż całe roczne przychody meczowe klubu. To jedynie punkt odniesienia, ale dobrze pokazuje skalę obciążenia. Te same 24,2 mln zł odpowiadałyby około 36 proc. przychodów Widzewa z podstawowej działalności, które w ostatnim raporcie wyniosły 66,41 mln zł.
Klub nie musi jednak amortyzować każdego zawodnika do końca pierwotnej umowy. Jeśli piłkarz zostanie definitywnie sprzedany, jego pozostała wartość księgowa znika z bilansu. Dalsza amortyzacja się kończy, choć sama sprzedaż może oznaczać natychmiastową stratę księgową. Załóżmy, że zawodnik kosztował 5 mln euro i podpisał czteroletni kontrakt. Roczna amortyzacja wynosi wtedy w uproszczeniu 1,25 mln euro, więc po pełnym roku jego wartość księgowa spada do 3,75 mln euro. Sprzedaż za 1 mln euro netto oznaczałaby 2,75 mln euro straty na transferze, ale jednocześnie zakończyłaby dalsze księgowanie po 1,25 mln euro amortyzacji rocznie. Sprzedaż nie naprawia więc wcześniejszej decyzji, lecz pozwala wcześniej zamknąć jej księgowe konsekwencje. Roczną amortyzację można też obniżyć przez przedłużenie kontraktu i rozłożenie pozostałej wartości na dłuższy okres, ale sam koszt nie znika – zostaje tylko przesunięty na kolejne lata.
Ten sam mechanizm dotyczy wynagrodzeń. Widzew może już w następnym oknie znacząco ograniczyć zakupy, ale wcześniej podpisane kontrakty i amortyzacja dotychczasowych transferów nadal będą obciążać kolejne sezony. Dobrze pokazuje to prosty scenariusz: gdyby od sezonu 2026/27 klub wydawał już tylko 3 mln euro rocznie na nowych zawodników i podpisywał z nimi czteroletnie umowy, łączna amortyzacja w naszym modelu wzrosłaby do około 26,8 mln zł w sezonie 2026/27, 30 mln zł rok później i 31,5 mln zł w sezonie 2028/29.
Taki front-loading, czyli skoncentrowanie dużej części inwestycji na początku projektu, nie jest błędem sam w sobie. Nowy właściciel miał kapitał, a klub chciał szybko zmniejszyć dystans sportowy i mógł pozwolić sobie na większe ryzyko. Problem zaczyna się wtedy, gdy jakość kupionych zawodników nie uzasadnia skali poniesionych nakładów, bo skutki tych decyzji pozostają w kosztach przez kilka kolejnych sezonów. Widzew wejdzie więc w następne lata z dużym ciężarem już podjętych decyzji – amortyzacją i kontraktami, których nie da się po prostu wyłączyć wraz ze zmianą strategii transferowej.
Prywatny kapitał ruszył do klubów. Nagroda za sukces jest dziś wyjątkowo duża
Ruch właścicielski w Ekstraklasie trudno już sprowadzić do pojedynczych przypadków. Większość zmian nastąpiła w ciągu kilkunastu miesięcy. W marcu 2025 r. spółka Łukasza Maciejczyka przejęła 99 proc. Korony Kielce i zobowiązała się do dokapitalizowania klubu kwotą 6 mln zł. W tym samym okresie kontrolę nad Pogonią Szczecin przejął Alex Haditaghi, a większościowym udziałowcem Widzewa został Robert Dobrzycki. W maju 2026 r. LP Holding Lukasa Podolskiego kupił 86 proc. Górnika Zabrze. We wrześniu Michael Gorzynski wszedł do Legii z pakietem 40 proc. akcji, a transakcja obejmowała także nowe akcje i pożyczkę właścicielską.
Jagiellonia daje przy tym przykład, który łatwo działa na wyobraźnię. W dwa sezony jej przychody wzrosły z 59,6 do 169,7 mln zł, a klub doszedł do ćwierćfinału Ligi Konferencji. Pokazuje to, jak duża może być nagroda za trafione decyzje sportowe: premie UEFA, większe przychody z dnia meczowego, większe zainteresowanie sponsorów i rosnąca wartość zawodników mogą w krótkim czasie zmienić skalę całej organizacji.
Dodatkową zachętą jest układ europejskich pucharów na sezon 2027/28. Mistrz Polski będzie wtedy rozpoczynał Ligę Mistrzów od rundy play-off, czyli od jednego dwumeczu przed fazą ligową. Porażka w tej rundzie oznacza bezpośrednie przejście do fazy ligowej Ligi Europy. Wicemistrz rozpocznie eliminacje Ligi Mistrzów wcześniej, a Polska będzie miała łącznie pięć miejsc w europejskich rozgrywkach.
W obecnych regulacjach play-off jest już objęty centralnymi prawami komercyjnymi Champions League. Obowiązują oficjalny branding rozgrywek i protokół meczowy UEFA. Jeśli zasady nie zmienią się do sezonu 2027/28, na stadionie mistrza Polski zabrzmi więc hymn Ligi Mistrzów. Jeden dwumecz dzieli mistrza od fazy ligowej, a porażka daje pewne miejsce w Lidze Europy.
Krótsza droga do Europy zwiększa apetyt właścicieli
W takim układzie kilka czy kilkanaście milionów złotych dodatkowo wydanych na kadrę zaczyna wyglądać inaczej. Mistrzostwo otwiera bowiem wyjątkowo krótką drogę do największych europejskich pieniędzy. Problem polega na tym, że kilka klubów może jednocześnie zwiększać budżety, a mistrzem zostanie tylko jeden.
Tak działa cykl kapitałowy. Widoczne przykłady wysokich zwrotów przyciągają nowy kapitał. Większa liczba inwestorów podnosi wydatki i konkurencję, ale nie wszyscy mogą osiągnąć zakładany wynik. Po okresie ekspansji zwykle przychodzi więc etap selekcji: część właścicieli ogranicza inwestycje, jeśli sportowy albo finansowy zwrot okazuje się słabszy od oczekiwanego.
W Ekstraklasie nie musi to oznaczać gwałtownego kryzysu. Bardziej prawdopodobna jest korekta oczekiwań. Jeśli za dwa lub trzy sezony część właścicieli będzie miała za sobą dziesiątki milionów złotych wydanych na transfery i wynagrodzenia bez mistrzostwa, fazy ligowej albo dużych sprzedaży zawodników, apetyt na dalsze dokładanie kapitału może osłabnąć. Pierwszy taki zwrot widać już w Widzewie. Po sezonie 2025/26, w którym klub wydał rekordowe kwoty na przebudowę kadry, w obecnych rozgrywkach znacząco ograniczył nakłady transferowe. Nie oznacza to wycofania się właściciela, ale pokazuje, że po pierwszym okresie bardzo agresywnego inwestowania może nadejść etap większej selektywności i kontroli kosztów. Wtedy ponownie większego znaczenia nabierają sprzedaż zawodników, wolniejsze budowanie kadry i lepsze wykorzystanie piłkarzy już znajdujących się w klubie.
Do tego dochodzi ranking UEFA. Korzystny układ na sezon 2027/28 jest już ustalony, ale kolejne wyniki będą wpływały na późniejszy podział miejsc w europejskich pucharach. UEFA wykorzystuje do tego pięcioletni współczynnik krajowy. Dwa lub trzy słabsze sezony mogą więc ponownie wydłużyć drogę do faz ligowych i zmniejszyć atrakcyjność inwestowania w sportowy wynik tu i teraz.
Pieniędzy jest więcej. Teraz liczy się, co kluby z nimi zrobią
Wzrost Ekstraklasy cieszy, ale problemem polskiej piłki coraz rzadziej jest dziś sam brak pieniędzy. Coraz ważniejsze staje się to, jak są one dzielone i jak kluby nimi zarządzają. W sezonie 2025/26 pięć klubów odpowiadało już za około 59 proc. przychodów całej ligi, a koncentracja rośnie z roku na rok. Kolejnym etapem rozwoju nie powinno być więc wyłącznie dalsze zwiększanie budżetów transferowych i płacowych, lecz również inwestowanie w rzeczy, które zostają w klubie na dłużej: akademie, infrastrukturę, scouting, analitykę i organizację.
Dobrą wiadomością jest to, że kluby już zwiększają takie nakłady. W sezonie 2025/26 na akademie przeznaczyły łącznie 142 mln zł, o 45 proc. więcej niż rok wcześniej. Sam wzrost wydatków jednak nie wystarczy. Te pieniądze także trzeba wydawać efektywnie, bo źle zaprojektowana akademia czy kosztowna infrastruktura zamiast przewagi mogą stać się kolejnym stałym obciążeniem.
Najważniejsze pytanie na kolejne lata brzmi więc nie: czy w polskiej piłce będzie więcej pieniędzy, ale czy kluby potrafią zamienić obecny boom w trwałą przewagę i jednocześnie zabezpieczyć się na słabsze sezony. Dobrze zarządzany klub powinien wykorzystać okres wysokich przychodów nie tylko do zwiększania wydatków, lecz także do budowania poduszki bezpieczeństwa na moment, gdy zabraknie Europy, dużej sprzedaży zawodnika albo właściciel ograniczy finansowanie. Przy coraz większych nierównościach w lidze przewagę zyska nie ten, kto wyda najwięcej w jednym oknie transferowym, lecz ten, kto najlepiej wykorzysta pieniądze, którymi już dysponuje.
Główne wnioski
- Wzrost ligi nie został zbudowany głównie na transferach. Około 74 proc. dodatkowych przychodów powstało poza sprzedażą zawodników.
- Większość nowych pieniędzy wygenerowało kilka klubów. Lech, Legia, Górnik i Jagiellonia odpowiadały łącznie za około 81 proc. wzrostu Ekstraklasy.
- Obecny boom może napędzać kolejne inwestycje, ale nie musi trwać bez końca. Korzystna droga do pucharów i przykłady szybkiego wzrostu zwiększają apetyt właścicieli, lecz brak sportowego zwrotu albo pogorszenie pozycji Polski w rankingu UEFA mogą za kilka sezonów przynieść korektę.