Kategorie artykułu: Polityka Społeczeństwo

Kremlowska propaganda zalewa Polskę. „Tłuczemy termometr i udajemy, że nie mamy gorączki” (WYWIAD)

– Spieramy się o sojowe kotlety w szkołach, a nie o rosyjskie czołgi. Nie widzimy, kto podsuwa nam te spory – mówi Adam Sokołowski. Rozmawiamy o rosyjskiej propagandzie, roli mediów i polityków oraz o tym, jak bronić się przed dezinformacją.

– Doszliśmy do absurdu, w którym znaczna część debaty sprowadza się do wyścigu: kto bardziej zademonstruje niechęć do Ukraińców – mówi Adam Sokołowski, autor książki „Specjalna Operacja Dezinformacyjna. Jak manipuluje nami Rosja?”, który za wzrost nastrojów antyukraińskich w Polsce wini szeroki zasięg rosyjskiej propagandy. Fot. Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego zdaniem Adama Sokołowskiego prorosyjskie narracje przestały być marginesem polskiej debaty.
  2. Na czym polega rosyjskie zarządzanie refleksyjne i które jego mechanizmy – według rozmówcy – można dostrzec w Polsce.
  3. Kto zdaniem eksperta ponosi odpowiedzialność za rozpowszechnianie prorosyjskich narracji i co może zrobić obywatel, aby się przed nimi chronić.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Krzysztof Figlarz, XYZ: Czy Rosja już tu jest?

Adam Sokołowski: Tak, pod wieloma względami Rosja już tu jest. Myślę jednak o tym haśle nieco inaczej niż chociażby generał Piotr Pytel kilka lat temu. Mniej interesują mnie klasyczne działania szpiegowskie – to, kto kogo zwerbował w ministerstwie, urzędzie czy wojsku. To niezwykle ważne, ale obserwator spoza środowiska służb jest w tej kwestii skazany przede wszystkim na szczątkowe informacje pojawiające się w mediach.

Rosyjska narracja wyszła z marginesu

Kiedy mówię, że Rosja już tu jest, mam na myśli przede wszystkim to, co dzieje się w naszej przestrzeni informacyjnej. Pod tym względem rosyjska obecność w Polsce jest bardzo wyraźna, z tą zasadniczą różnicą, że na co dzień często jej nie dostrzegamy. Nasz dyskurs i debata publiczna są w dużej mierze formatowane przez narracje, które albo pochodzą wprost z Kremla, albo zostały tam celowo przygotowane i wzmocnione. Nawet jeśli dana opowieść ma pierwotnie polski, europejski czy amerykański rodowód, Rosja może ją instrumentalizować i podsycać w skali nieproporcjonalnej do jej wcześniejszego znaczenia. Niszowy, dotąd marginalny pogląd, dzięki sztucznemu wzmacnianiu, zaczyna wówczas funkcjonować jako część głównego nurtu debaty.

Warto wiedzieć

Adam Sokołowski

Publicysta, autor książek „TrumPolacy. Kto w Polsce czeka na drugą amerykańską rewolucję” oraz zapowiadanej na listopad książki „Specjalna Operacja Dezinformacyjna. Jak manipuluje nami Rosja?”.

Prowadzi blog „Doniesienia z putinowskiej Polski” i współprowadzi „Podkast Dezinformacyjny”. Publikował także m.in. w „Polityce”, „Newsweeku” i „Krytyce Politycznej”.

XYZ

To chyba jednak nie wydarzyło się z dnia na dzień?

To dzieje się bardzo powoli – przypomina mozolne wchodzenie pod górę. Z każdym kolejnym krokiem przesuwamy się tylko o metr, ale po kilku godzinach ze zdumieniem odkrywamy, że jesteśmy na samym szczycie. Z każdym kolejnym dniem debata jest formatowana odrobinę bardziej. Tezy, które jeszcze niedawno wydawały się nie do pomyślenia, trafiają do centrum debaty publicznej albo zaczynają funkcjonować w dużych mediach jako równorzędny głos, a nie pogląd, który trzeba najpierw zweryfikować i osadzić w kontekście.

Rzeczy, które cztery czy pięć lat temu zdecydowana większość odbiorców rozpoznałaby jako teorie spiskowe, opowieści z marginesu czy wprost prorosyjską propagandę, dziś pojawiają się w przekazie partii mających miliony wyborców. Przestaliśmy zauważać skalę tej zmiany. Widać ją dopiero w retrospekcji, gdy porównamy obecną sytuację z początkiem 2022 r., tuż po rozpoczęciu przez Rosję pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Wtedy wyraźną niechęć do wspierania Kijowa prezentowała przede wszystkim Konfederacja, która miała około 4,5 proc. w sondażach. W jej szeregach byli wówczas także Janusz Korwin-Mikke i Grzegorz Braun, którzy w kolejnych latach znaleźli się poza głównym nurtem tej formacji.

Antyukraińskie narracje dotykają przede wszystkim zwykłych Ukraińców

Dziś to już nie jest margines.

Dzisiaj mamy zupełnie inną rzeczywistość. Grzegorz Braun osiąga w sondażach około 7 proc., Konfederacja Mentzena i Bosaka około 12 proc., a PiS około 20 proc. To łącznie niemal 40 proc. poparcia dla ugrupowań, w których przekazie pojawiają się postulaty ograniczenia pomocy dla Ukrainy, zaostrzenia polityki wobec uchodźców czy sprzeciwu wobec członkostwa Ukrainy w NATO.

Doszliśmy do sytuacji, w której znaczna część debaty przypomina wyścig o to, kto mocniej zamanifestuje niechęć wobec Ukraińców. I nie chodzi już tylko o prezydenta Wołodymyra Zełenskiego czy ukraińskie władze, ale także o zwykłych ludzi – o panią Olenę pracującą w osiedlowej Żabce czy Wołodymyra, który jest mechanikiem samochodowym w Jaśle.

To jest dla mnie najbardziej zdumiewające. Część prawicy buduje dziś swoją narrację wokół ludobójstwa na Wołyniu sprzed ponad osiemdziesięciu lat, znacznie rzadziej odwołując się do historii rosyjskich zbrodni popełnianych na Polakach. Niemcy również dopuściły się w historii ogromnych zbrodni na polskim społeczeństwie, a mimo to w głównym nurcie debaty nie pojawiają się postulaty demontażu sojuszy z Berlinem czy usuwania Niemców z Polski. Tymczasem wobec Ukraińców, których państwo prowadzi wojnę obronną z Rosją, stosuje się dziś bardzo ostrą retorykę polityczną.

Z czego wynika powszechność prorosyjskich narracji?

Moim zdaniem przede wszystkim z niedostatecznej uwagi mediów oraz z naiwności, krótkowzroczności i cynizmu części polityków.

Po pierwsze, niewiele większych redakcji w Polsce ma dziennikarzy, którzy systemowo i w sposób ciągły zajmują się dezinformacją – tak jak robi to na przykład Anna Mierzyńska w OKO.press czy dziennikarze Frontstory. W dużych portalach temat pojawia się częściej incydentalnie, zwykle przy okazji bieżących afer politycznych albo sporów partyjnych.

Medialne przeoczenia i cynizm polityków

Niedawno zrobiłem eksperyment: wybrałem dziesięciu najbardziej aktywnych, moim zdaniem, prorosyjskich działaczy w Polsce i sprawdziłem ich obecność w wyszukiwarkach dziesięciu największych portali. Okazało się, że ich nazwiska pojawiają się tam bardzo rzadko. Postacie takie jak Mateusz Piskorski – zaangażowany w tworzenie politycznego zaplecza dla Grzegorza Brauna i środowisk określających się jako suwerenistyczne – praktycznie zniknęły z nagłówków. W efekcie opinia publiczna może odnieść wrażenie, że rosyjska propaganda w Polsce ogranicza się do najbardziej marginalnych i łatwo rozpoznawalnych postaci.

Po drugie, część polityków przejmuje narracje, które akurat zyskują popularność na Twitterze czy TikToku. Jedni mogą nie dostrzegać zagrożenia, inni uznają, że politycznie opłaca się podchwycić temat dający szansę na dodatkowe poparcie. W efekcie powstaje mechanizm przypominający wyścig do dna. Farmy botów i trolli wzmacniają określony przekaz, a część odbiorców się radykalizuje. Później politycy o bardziej skrajnych poglądach przejmują te nastroje, a część ugrupowań głównego nurtu zaczyna dostosowywać do nich własną retorykę. Pojawiają się więc propozycje zaostrzenia polityki wobec uchodźców czy ograniczania świadczeń, które mają przede wszystkim pokazać wyborcom, że dana partia również potrafi prowadzić twardszą politykę wobec Ukraińców.

Rosyjskie metody manipulacji społeczeństwami Zachodu

W swojej najnowszej książce jako jedno ze źródeł tych procesów wskazuje pan tzw. „zarządzanie refleksyjne”, wykorzystywane przez Rosjan. Na czym ono polega?

Zarządzanie refleksyjne to zbiór technik manipulacyjnych, których podstawy teoretyczne opracowywano w Związku Radzieckim już w latach sześćdziesiątych XX w. Znajdziemy je przede wszystkim w pracach Władimira Lefebvre’a. W latach dziewięćdziesiątych analityk rosyjskiego Ministerstwa Obrony Siergiej Komow rozwijał te koncepcje. Dostosował je do zmieniającego się środowiska informacyjnego i włączył do rosyjskiej myśli wojskowej.

Istotą tej metody jest skłonienie przeciwnika – państwa lub społeczeństwa – do podejmowania decyzji zgodnych z interesem Rosji, a zarazem sprzecznych z jego własnym interesem. Nie chodzi więc tylko o okłamanie czy zwerbowanie prezydenta albo ministra. Celem jest wpłynięcie na całe społeczeństwo w taki sposób, aby samo, własnymi rękami i w przekonaniu o słuszności swoich decyzji, działało na korzyść przeciwnika.

Jak to się objawia w naszej przestrzeni publicznej?

Komow wymienia dwanaście podstawowych technik. Przyjrzyjmy się trzem najbardziej wyrazistym, których działanie, moim zdaniem, widzimy w Polsce niemal każdego dnia.

Walka z chochołami, przeciążenie informacjami i zastraszanie

Pierwsza polega na zmuszaniu przeciwnika do bezsensownego wysiłku i walki z chochołami. Gdybyśmy usiedli i wypisali na kartce pięć fundamentalnych zagrożeń dla Polski, wskazalibyśmy zapewne rosyjską agresję, zmiany klimatyczne, kryzysy finansowe, wyzwania związane ze sztuczną inteligencją czy masowe fale migracyjne. Tymczasem ogromna część naszej debaty koncentruje się na małżeństwach homoseksualnych, feminizmie, kotletach sojowych w szkołach czy unijnych regulacjach dotyczących niepalnych materiałów w poduszkach. Trwonimy energię i czas na spory zastępcze.

Drugą powszechną techniką jest przeciążanie odbiorców sprzecznymi informacjami. Rosyjska propaganda celowo rozpowszechnia chaotyczne, wzajemnie wykluczające się narracje. Nie chodzi wyłącznie o przekonanie nas do konkretnego kłamstwa. Chodzi o doprowadzenie do sytuacji, w której przestajemy wierzyć w istnienie jakiejkolwiek obiektywnej prawdy. W której uznajemy, że każdy kłamie i realizuje własną agendę. Celem jest wpędzenie społeczeństwa w apatię i informacyjny nihilizm – stan, który rosyjski pisarz Wiktor Jerofiejew obrazowo określił mianem „pochuizmu”.

Trzecia technika polega na wprowadzaniu przeciwnika w błąd co do własnych intencji, zastraszaniu i dyskredytowaniu. Towarzyszy temu budowanie fałszywych symetrii, również w mediach, pod hasłem konieczności wysłuchania „obu stron”.

„Dziś stoimy młotkiem nad własną czaszką”

To wygląda tak, jakby Rosjanie od kilkunastu lat powtarzali nam, że na przeziębienie najlepsze jest uderzenie się z całej siły młotkiem w głowę. Dziś stoimy z uniesioną ręką, trzymając ten młotek nad własną czaszką i coraz poważniej zastanawiamy się w debacie publicznej, czy tego nie zrobić.

Jeżeli część elit politycznych twierdzi, że drogą do polskiego szczęścia jest zniszczenie Unii Europejskiej, wyjście z NATO czy pozwolenie Rosji na rozjechanie Ukrainy, to jest to odpowiednik uderzenia się tym młotkiem. A Rosjanie stoją obok i czekają tylko, aż z naszych zwłok zdejmą buty i wyciągną portfel.

Co ciekawe, polskie służby znają te mechanizmy. Opis dwunastu technik Komowa dr Michał Wojnowski opublikował w czasopiśmie ABW „Przegląd Bezpieczeństwa Wewnętrznego” już w 2015 r.

Nowe metody manipulacji są również analizowane w publikacjach eksperckich związanych z NATO. NATO StratCom w Rydze regularnie publikuje raporty poświęcone operacjom informacyjnym i dezinformacji. Wiedza więc istnieje. Problem polega na tym, że często pozostaje w eksperckim obiegu i nie przekłada się na decyzje polityczne.

Dlaczego wroga propaganda działa?

Skoro eksperci i służby wiedzą o tych mechanizmach od lat, dlaczego społeczeństwa tak łatwo dają się rozgrywać rosyjskiej machinie propagandowej?

Decyduje o tym kilka nakładających się mechanizmów. Przede wszystkim rosyjskie działania psychologiczne bardzo skutecznie wykorzystują realne lęki i istniejące już podziały społeczne. Rosjanie nie muszą ich wymyślać – wystarczy, że je rozpoznają, wzmacniają i kierują w pożądaną stronę.

Do tego dochodzi konsekwencja. To nie są jednorazowe akcje, lecz systematyczna praca wykonywana dzień po dniu od wielu lat. Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny w 2022 r. Polacy masowo ruszyli z pomocą Ukraińcom, a poparcie dla jej udzielania było bardzo wysokie. Z czasem jednak wyraźnie spadło. Uważam, że jednym z czynników była konsekwentna obecność antyukraińskich przekazów na Twitterze i innych platformach społecznościowych.

Za operacjami informacyjnymi stoi również duże zaplecze finansowe i organizacyjne. Rosja od lat utrzymuje struktury zajmujące się prowadzeniem działań propagandowych i dezinformacyjnych skierowanych do odbiorców zagranicznych. W tym także sieci kont i farmy trolli produkujące treści w różnych językach.

Nasz główny problem polega jednak na tym, że tej wojny nie tyle przegrywamy, ile często w ogóle nie uznajemy jej istnienia. Zamykamy oczy, tłuczemy termometr i udajemy, że nie mamy gorączki.

Europejska wolność słowa

Czy zatem to, co uznajemy za osiągnięcia liberalnej demokracji, jak wolność słowa, staje się w tym kontekście słabością Zachodu i ułatwia zadanie Kremlowi?

Władimir Putin zrozumiał, że immanentne cechy liberalnej demokracji i kapitalizmu można próbować wykorzystywać przeciwko nim samym. Wolność słowa umożliwia rozpowszechnianie także prorosyjskich przekazów. Wolność zrzeszania się pozwala tworzyć ugrupowania reprezentujące bardzo różne poglądy, dopóki mieszczą się one w granicach prawa.

Do tego dochodzi sposób funkcjonowania platform społecznościowych. Algorytmy premiują treści wywołujące silne emocje, a regulacje nie zawsze nadążają za skalą manipulacji. Dodatkowym problemem jest silne zaangażowanie części właścicieli platform w spory polityczne. W przypadku Elona Muska widać bliskie związki z ruchem MAGA i otwarte angażowanie się w europejskie debaty polityczne. W mojej ocenie część promowanych w tym środowisku celów, np. osłabianie integracji europejskiej, jest zbieżna z interesami Kremla. Nie oznacza to oczywiście, że źródło tych stanowisk jest rosyjskie – chodzi o zbieżność efektów.

Odpowiedzialność mediów, polityków i legislatorów

W swojej książce poza obszerną i dość pesymistyczną diagnozą pisze pan również o tym, jak przeciwdziałać narastającemu zagrożeniu. Od kogo jako społeczeństwo powinniśmy dziś wymagać najwięcej?

Odpowiedzialność rozłożyłbym na trzy główne poziomy: media, polityków i regulacje prawne.

W pierwszej kolejności ogromna odpowiedzialność spoczywa na mediach, ponieważ wpływają one zarówno na wyborców, jak i na polityków. Dziennikarze muszą przypomnieć sobie podstawy swojego rzemiosła. Zamiast gonić wyłącznie za clickbaitem, polityczną naparzanką i śmieciowymi informacjami, powinniśmy przeznaczać więcej zasobów na wyjaśnianie mechanizmów dezinformacji. W każdej dużej redakcji powinien pracować ktoś, kto zajmuje się tym systemowo, bo świadomy odbiorca jest znacznie trudniejszy do zmanipulowania.

Drugi poziom to odpowiedzialność polityków, od których powinniśmy wymagać elementarnej odpowiedzialności za słowo. Partie muszą same zdecydować, gdzie wyznaczają granice współpracy z politykami i środowiskami uznawanymi przez nie za ekstremistyczne. Niedopuszczalne jest natomiast świadome podsycanie paniki wyłącznie dla celów kampanijnych.

Dobrym przykładem jest dla mnie niedawny incydent z cywilnym dronem w pobliżu Redzikowa. Część mediów i polityków, w tym Sławomir Mentzen, przedstawiała go jako dowód słabości państwa. Moim zdaniem właśnie takie sytuacje pokazują, jak łatwo pojedyncze zdarzenie może zostać wykorzystane do budowania znacznie szerszej narracji o chaosie, bezradności instytucji czy upadku bezpieczeństwa. Tego rodzaju przekazy mogą być następnie wzmacniane przez rosyjską propagandę.

Trzeci poziom to regulacje prawne – zarówno unijny akt o usługach cyfrowych (DSA), jak i przepisy krajowe. Potrzebujemy skutecznego prawa na poziomie europejskim i państwowym, które ograniczy bezkarność platform technologicznych zarabiających na rozpowszechnianiu hejtu i dezinformacji.

„Agresywne działania Rosji są oznaką jej ogromnej słabości”

A co może zrobić zwykły czytelnik? I czy w starciu z rosyjską machiną propagandową mamy w ogóle szansę wygrać?

Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie, że ta wojna się toczy i uodpornić własny umysł. Każda świadoma osoba staje się zaporą dla tej fali.

Po drugie, nie wolno tracić nadziei ani popadać w defetyzm. Pamiętajmy, że agresywne działania Rosji są w gruncie rzeczy oznaką jej strukturalnej słabości. Gdyby miała atrakcyjną ofertę kulturową czy większą siłę gospodarczą, nie musiałaby w takim stopniu sięgać po techniki manipulacji. Rosja gospodarczo jest słaba w porównaniu z całym Zachodem i technologicznie pozostaje w wielu obszarach zapóźniona. Putin zafundował swojemu krajowi kryzys demograficzny i generacyjny, którego konsekwencje Rosjanie będą odczuwać przez dekady.

Rosja od dawna próbuje grać powyżej swojej rzeczywistej wagi. Związek Radziecki również do ostatnich lat istnienia inwestował ogromne środki w propagandę i wyścig zbrojeń, a ostatecznie się rozpadł. Europa przetrwała faszyzm, absolutyzmy i czterdzieści pięć lat zimnej wojny. Stworzyliśmy na naszym kontynencie jedno z najlepszych miejsc do życia na świecie. Absurdem byłoby więc, gdyby około 450 mln mieszkańców Unii Europejskiej, dysponujących potencjałem gospodarczym wielokrotnie większym niż rosyjski, popadało w defetyzm wobec Rosji. Musimy po prostu potraktować to zagrożenie poważnie i odzyskać inicjatywę. Jestem przekonany, że Europa ma zasoby, by sobie z nim poradzić.

Główne wnioski

  1. Zdaniem Adama Sokołowskiego prorosyjskie i antyukraińskie narracje przesunęły się z marginesu do centrum polskiej debaty. Jako przykład wskazuje zmianę stosunku części społeczeństwa i ugrupowań politycznych do wspierania Ukrainy. Według rozmówcy przekazy, które jeszcze kilka lat temu pozostawały na obrzeżach debaty, dziś pojawiają się w komunikacji partii cieszących się znaczącym poparciem.
  2. Źródła tego zjawiska Sokołowski upatruje m.in. w technikach tzw. zarządzania refleksyjnego. Ich celem jest skłanianie przeciwnika do podejmowania decyzji zgodnych z interesem Rosji. W polskiej debacie rozmówca wskazuje m.in. zastępcze spory o kwestie drugorzędne, przeciążanie sprzecznymi informacjami oraz wprowadzanie odbiorców w błąd co do rosyjskich intencji.
  3. Sokołowski obarcza największą odpowiedzialnością media i polityków, ale wskazuje też na potrzebę skuteczniejszych regulacji platform cyfrowych. Postuluje systematyczne zajmowanie się dezinformacją w redakcjach, większą odpowiedzialność polityków za wzmacniane przez nich narracje oraz egzekwowanie przepisów wobec platform technologicznych. Mimo pesymistycznej diagnozy uważa, że Europa dysponuje wystarczającym potencjałem gospodarczym, politycznym i społecznym, aby skutecznie przeciwstawić się rosyjskim operacjom informacyjnym.