Hotelarstwo to nieukończony projekt

Nie pogoda, nie trendy, ale ludzie. O tym, co jest najważniejsze w branży hospitality, mówi Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór zarządzającej hotelami i apartamentami pod marką Nosalowy.

Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór
– W zawodzie adwokata projekt się kończy. Negocjujemy umowę, klient zamyka transakcję. Hotelarstwo działa inaczej. Wciąż trzeba się rozwijać – mówi Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór. Fot. Marta Wojtal, GQ.

Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.

Przeczytaj inne teksty
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Agnieszka Nieradzka, GQ Poland: Jako młody chłopak wyjechałeś na studia prawnicze do Anglii. Dlaczego tam? Nie miałeś w tym kraju żadnych korzeni rodzinnych ani innego punktu zaczepienia.

Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór: Młodość, potrzeba niezależności, chęć stworzenia własnej drogi życiowej. Do wyboru zawodu zainspirował mnie mój tata, który do dziś pracuje jako adwokat i jest świetny w tym, co robi. Nie chciałem jednak iść jego drogą i zostać polskim adwokatem. A Anglia kojarzyła mi się z przewidywalnością systemu prawnego i biznesowego. Wyjeżdżałem tuż po wejściu Polski do Unii Europejskiej, kiedy mieliśmy już możliwość korzystania ze stypendiów na takich samych zasadach jak Brytyjczycy. To była też trochę inna Anglia – jeszcze przed brexitem i politycznymi zawirowaniami ostatnich lat. Fascynował mnie angielski system prawny, oparty w dużej mierze na precedensie, tradycji i pewnych niepisanych zasadach. Tak, pojechałem tam bez żadnego punktu zaczepienia, z przekonaniem, że ten kraj po prostu zawojuję. I na początku bardzo boleśnie się rozczarowałem.

Czym?

Przede wszystkim sobą. Tym, jak bardzo tęskniłem za domem i jak bardzo brakowało mi Polski. Szybko okazało się, że wiedza akademicka, nawet dobra znajomość języka niewiele pomagają, kiedy nagle zderzasz się z innymi normami kulturowymi. Potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć, jak funkcjonuje społeczeństwo, ludzie, uczelnia. Szybko okazało się, że Anglicy mają zdecydowanie inną mentalność i styl bycia od nas.

Co pomogło na tamtym etapie?

Znajomi. Co ciekawe, nie byli to przede wszystkim Anglicy. Poznałem ludzi z różnych części świata, m.in. z Karaibów i Azji. To właśnie te międzynarodowe przyjaźnie pomogły mi się zaaklimatyzować. Pierwsza lekcja była więc taka, że można sobie coś bardzo dokładnie zaplanować, a życie i tak zrobi swoje. Czasem mówi się: człowiek planuje, a Bóg się śmieje. I coś w tym jest.

Kiedy pojawił się pierwszy moment, w którym pomyślałeś: „Dobra, jednak sobie poradzę”?

Przyszedłem w garniturze, bo tak się u nas podchodziło do matury, do egzaminów. Brytyjczycy byli ubrani w dresy. Ja wychodziłem z założenia, że trzeba znać materiał. Oni mieli z sobą kodeksy. Chciałem udowodnić sobie, że jestem co najmniej tak dobry jak oni i z kolejnymi egzaminami pojawiła się satysfakcja.

Gdy zaczęły się egzaminy. Pamiętam pierwszy. Przyszedłem w garniturze, bo tak się u nas podchodziło do matury, do egzaminów. Brytyjczycy byli ubrani w dresy. Ja wychodziłem z założenia, że trzeba znać materiał. Oni mieli z sobą kodeksy. Chciałem udowodnić sobie, że jestem co najmniej tak dobry jak oni i z kolejnymi egzaminami pojawiła się satysfakcja. Choć był to czas, kiedy w Anglii nie czułem się komfortowo – przeliczałem każdą złotówkę, kurs funta był dla mnie zabójczy, a zjedzenie obiadu w restauracji było wydarzeniem. Potem zacząłem robić różne staże zawodowe, lepiej lub gorzej płatne, podczas wakacji czy ferii. W końcu dostałem ofertę pracy w jednej z najlepszych brytyjskich kancelarii. To był kolejny moment weryfikacji. Chciałem sobie po prostu udowodnić, że potrafię konkurować z Brytyjczykami na równych zasadach.

Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór
– Mój dziadek był przez lata dyrektorem gastronomii w hotelu Holiday Inn w Krakowie i miał m.in. okazję witać w Polsce premier Margaret Thatcher. Do hotelarstwa podchodził z ogromną dumą. Dużo po nim odziedziczyłem – przyznaje Wiktor Wróbel. Fot. Marta Wojtal, GQ

Po studiach trafiłeś do londyńskiego City.

Tak. Najpierw były studia w Bristolu, z rokiem wymiany w Niemczech, a potem podyplomowe w Londynie. Zacząłem pracę w brytyjskiej kancelarii Allen & Overy. Z czasem wyspecjalizowałem się w negocjowaniu umów kredytowych po stronie banków. W pewnym momencie kancelaria po drugiej stronie, która obsługiwała fundusze inwestycyjne, zainteresowała się mną. Była to amerykańska Simpson Thacher & Bartlett. Przeszedłem do nich i zacząłem reprezentować największe fundusze inwestycyjne.

Skąd przyszła myśl o powrocie do Polski i wejściu w branżę hotelarską?

W pewnym momencie uznaliśmy, że to odpowiedni czas, żeby wrócić do Polski i w Zakopanem współtworzyć Hotele Nosalowy, które już wtedy miały mocną pozycję na jednym z najbardziej obiecujących rynków w Polsce.

To była wspólna decyzja podjęta razem z moją żoną. Na pewnym etapie zaczęliśmy się zastanawiać, jak wykorzystać moje umiejętności i nasze wspólne doświadczenie w Polsce, a przy tym być bliżej naszych rodzin. Ważne było, że dzięki temu nasze dzieci mogłyby też dorastać wśród „swoich”. Oboje jesteśmy z Zakopanego, a że ja mam też historię rodzinną związaną z hotelarstwem, to pomysł zaangażowania się w tę branżę był naturalny. Mój dziadek był przez lata dyrektorem gastronomii w hotelu Holiday Inn w Krakowie i miał m.in. okazję witać w Polsce premier Margaret Thatcher. Do hotelarstwa podchodził z ogromną dumą. Dużo po nim odziedziczyłem. W pewnym momencie uznaliśmy, że to odpowiedni czas, żeby wrócić do Polski i w Zakopanem współtworzyć Hotele Nosalowy, które już wtedy miały mocną pozycję na jednym z najbardziej obiecujących rynków w Polsce. Czułem, że mogę wnieść do tego biznesu swój zmysł organizacji, doświadczenie prawnicze i znajomość rynku nieruchomości, którą nabyłem, obsługując klientów w City. Prawo jest inne, ale umowa jest umową, negocjacje negocjacjami, a praca z ludźmi – pracą z ludźmi. Musiałem się przestawić na inny tryb działania. Z bańki, jaką było City, trafiłem do polskiej rzeczywistości, ale Zakopane nie do końca jest prowincją. Mogłem budować coś w spokojniejszym miejscu, a jednocześnie być bliżej rodziny.

Dziadek doczekał twojego powrotu?

Tak. Niedawno zmarł, ale dożył sędziwego wieku. Był człowiekiem, który zawsze miał wszystko uporządkowane i zaplanowane. Pochodził z małej wsi pod Krakowem, zdobył wykształcenie, przeszedł ścieżkę kariery w latach 50. i 60., a do lat 90. był aktywny zawodowo. Cieszył się, że będziemy bliżej. Zawsze pytał: „Masz plan? Masz swoją wizję? Wiesz, co chcesz zrobić?”.

Skąd wzięło się w tobie to paliwo do działania?

Bardzo dużo wyniosłem z domu. Rodzina w pewnym momencie doszła co prawda do wniosku, że nie do końca nadąża za moimi wyborami zawodowymi, ale zawsze mi kibicowała. Tata jest adwokatem, mama lekarzem. Tata zakładał, że jeśli pójdę na prawo, to zostanę w Polsce i w jakiś sposób skorzystam z jego doświadczenia. Tymczasem wybrałem własną drogę. Byłem jedynakiem, więc uwaga rodziców była siłą rzeczy skupiona na mnie. W takiej rodzinie ambicje rodziców są czymś naturalnym. Nawet jeśli nie przyjmują formy presji, dziecko czuje, że oczekuje się od niego, żeby coś osiągnęło.

Jakie wartości przekazała ci rodzina?

Nauczyła mnie odpowiedzialności i planowania. Dziadek był człowiekiem starej daty. Wierzył, że mężczyzna powinien być zaradny i odważnie iść do przodu. Wiele zawdzięczam też tacie. On z kolei podkreślał kwestię kontroli nad życiem i odpowiedzialności za siebie i innych: jeśli gdzieś jedziesz, nie wydawaj wszystkiego, miej zaplanowaną drogę, uważaj na ludzi, których nie znasz. Nie pozwól, żeby okoliczności cię wyprzedziły. Kontrola, kontrola, kontrola. Oczywiście jest to bardzo przydatna zdolność, ale może prowadzić do przesady i potęgować stres. Przykład taty też mi pomógł – zarówno jako prawnikowi, który koordynował ogromne transakcje, jak i dziś jako prezesowi. Dużo nauczyłem się również od mojego teścia. To przedsiębiorca z energią i odwagą. Zawsze podkreślał rolę instynktu w biznesie, dbania o relacje i bycia po prostu fair wobec innych.

Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór.
– Kiedy w liceum mieliśmy wymiany z niemiecką czy izraelską szkołą, zawsze czułem, że Zakopane mogę pokazać rówieśnikom z dumą – mówi Wiktor Wróbel. Fot. Marta Wojtal

A czego nauczyły cię kobiety?

Co najmniej drugie tyle! Obie babcie były dobrymi duchami, opiekunkami swoich domów. Ta od strony mamy była do tego niezwykle zaradna i przedsiębiorcza. Mama z kolei długo odnosiła sukcesy jako lekarz. To wymagało zarówno umiejętności, jak i empatii, a ona zawsze miała jedno i drugie. W domu jednak była podobna do taty. Powtarzała: „Musisz być ambitny, musisz iść do przodu, musisz coś osiągnąć”. Prawdziwą równowagę, a tym samym tak potrzebny spokój, wprowadziła tak naprawdę dopiero moja żona.

Teraz sam jesteś ojcem. Powielasz schemat?

Staram się nie przesadzić w żadną stronę. Razem z żoną mamy z tyłu głowy, żeby nie przenieść na dzieci presji, którą znamy z dzieciństwa. Wiemy, że powinniśmy obserwować, jakie wzorce dziecko ma wokół siebie. Jeżeli jest w bardzo ambitnym środowisku z dużą presją, rodzic powinien trochę odpuścić. Powiedzieć: „Jeśli ci się nie uda, nic się nie stanie”. Z kolei kiedy dziecko funkcjonuje w otoczeniu, które nie wymaga od niego wiele, należy trochę tę poprzeczkę podnieść: „Musisz wymagać od siebie, bo jeśli nie będziesz tego robił wobec siebie, to jak to zrobisz wobec innych?”.

Jesteś w hotelarstwie od ponad 11 lat. Jak się w nim czujesz po prawie i londyńskim City?

W zawodzie adwokata projekt się kończy. Negocjujemy umowę, klient zamyka transakcję. Hotelarstwo działa inaczej. Wciąż trzeba się rozwijać.

To interesująca branża. Mówi się, że to wiecznie nieukończony projekt i coś w tym jest. W zawodzie adwokata projekt się kończy. Negocjujemy umowę, klient zamyka transakcję. Hotelarstwo działa inaczej. Wciąż trzeba się rozwijać. Nasza firma ma ponad 25 lat. Wszystko zaczęło się od karczmy, która dzięki konsekwencji i wizji właścicielskiej rozwinęła się w pierwszy hotel, potem drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty. Teraz przygotowujemy się do otwarcia kolejnych obiektów, wzbogacenia oferty tu, w Zakopanem, a także do inwestycji hotelarskiej w sercu jednego z najważniejszych polskich miast. Marka Nosalowy wyjdzie także poza Podhale.

Co jest w tej branży najtrudniejsze?

Stworzenie zespołu. Hotel wymaga wiele na etapie inwestycji, ale równie dużo na etapie zarządzania. Budowa jest bardzo kosztowna, szczególnie gdy są sale konferencyjne czy baseny. Ale potem między mury wchodzi zespół. W naszym przypadku mamy naprawdę wspaniałych ludzi, ale przez ostatnie lata widziałem w branży, jak skompletowanie personelu stało się najpoważniejszym wyzwaniem.

Jak przez lata zmieniły się oczekiwania gości?

Zobaczyli więcej i chcą więcej. Mają świadomość, że mogą wymagać od hotelu dobrego spa, dobrej gastronomii. Pobyt nie kończy się na noclegu. Podhale to nie jest już wyłącznie obraz góralskiej chałupy. W Zakopanem, liczącym około 25 tys. mieszkańców, mamy aż cztery restauracje obecne w przewodniku Michelin, w tym w jednym z naszych hoteli. Plus przedsiębiorczość Zakopiańczyków – i chyba ja też mam trochę tego w sobie. To przecież ludzie, którzy od pokoleń wyjeżdżali na saksy, np. do Chicago, budowali domy i pracowali w świecie. Są obrotni, znają języki, potrafią wykorzystać swoje umiejętności. Tu na jednej ulicy mamy rodzinę ortodoksyjnych Żydów, rodzinę arabską, obok grupę Anglików i wycieczkę starszych Holendrów. Zakopane stało się miejscem międzynarodowym i potrafiło to wykorzystać.

Tu na jednej ulicy mamy rodzinę ortodoksyjnych Żydów, rodzinę arabską, obok grupę Anglików i wycieczkę starszych Holendrów. Zakopane stało się miejscem międzynarodowym i potrafiło to wykorzystać.

Dlaczego goście z krajów arabskich wybierają Zakopane?

Tak jak my uciekamy przed deszczem czy zimą, tak oni uciekają przed upałem. Robią zdjęcia deszczu, zielonych liści. To jest dla nich piękne doświadczenie. Polska jest bezpiecznym krajem. Dużą rolę odegrały bezpośrednie połączenia lotnicze do Krakowa. A kiedy ktoś zobaczy, że z Krakowa przy dobrej pogodzie widać góry, zaczyna szukać Zakopanego. No i ceny! Można pojechać do Szwajcarii i zapłacić za nocleg w górach 600 franków. W Polsce – 600 zł za bardzo dobrą jakość.

Jak bardzo na hotelarstwo wpłynęła AI?

Może wspierać marketing, stworzyć głos lektora do materiału reklamowego, w sprzedaży i administracji pomaga przy zarządzaniu umowami i sprawdzaniu dokumentacji. Może też być wykorzystane na stronach internetowych i w komunikatorach. Jeśli ktoś pyta, o której są śniadania, może odpowiedzieć mu AI. Ale jeśli gość mówi: „Proszę mi zaplanować wieczór z okazji urodzin żony”, to tu opieka zespołu hotelowego jest niezastąpiona. Ta branża jest oparta na relacjach z gośćmi i klientami – i tego też nauczyłem się, przechodząc ze „sterylnego” City do hotelarstwa.

Jesteś prawdziwie dumny z Zakopanego.

Kiedy w liceum mieliśmy wymiany z niemiecką czy izraelską szkołą, zawsze czułem, że Zakopane mogę pokazać rówieśnikom z dumą.

Tak, i nawet mieszkając w Anglii, zawsze podkreślałem, z jak unikatowego miejsca pochodzę. Kiedy w liceum mieliśmy wymiany z niemiecką czy izraelską szkołą, zawsze czułem, że Zakopane mogę pokazać rówieśnikom z dumą. Można je też oczywiście przedstawiać jednostronnie i szukać sensacji, pisząc wyłącznie o „paragonach grozy”, tłumach na Krupówkach czy koniach na drodze do Morskiego Oka. To czysta klikalność. Ja zaś uważam, że to jest miejsce, z którego można być dumnym – o pięknej przyrodzie, bogatej historii, ze wspaniałą kuchnią i lokalną kulturą. Także dlatego, że moja rodzina jest z Zakopanem bardzo mocno związana. I ta duma nadal we mnie jest.