Biolog Igor Kaczmarczyk: Chcę wyjechać na staż, ale wrócę i założę grupę badawczą (WYWIAD)
– Decyzja o wyjeździe nie jest łatwa, ale w Polsce trudno się utrzymać, założyć rodzinę czy kupić mieszkanie. Ani stypendium doktoranckie, ani grant nie dają zdolności kredytowej. Chcę zostać w nauce, choć to ryzyko – mówi młody biolog z UJ, Igor Kaczmarczyk.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Do jakich przełomów w leczeniu poważnych chorób mogą prowadzić badania Igora Kaczmarczyka.
- Z jakimi pozanaukowymi wyzwaniami mierzy się ambitny badacz w Polsce.
- Jak zwiększyć korzyści z nauki – i czego Polska może nauczyć się od Izraela.
Katarzyna Mokrzycka, XYZ: Czy w tym roku już pan trafił do jakiegoś nowego plebiscytu, rankingu, konkursu? Od 2–3 lat jest pan w nich bardzo obecny.
Igor Kaczmarczyk, Małopolskie Centrum Biotechnologii UJ: W tym roku był plebiscyt na Człowieka Roku w Krakowie i rzeczywiście moje nazwisko znalazło się wśród wyróżnionych. Jest mi oczywiście bardzo miło, ale zdziwiło mnie, za co zostałem nominowany. Dotyczyło to pracy rozpoczętej wiele lat temu, w której nie byłem liderem, lecz współautorem. Chodziło o badania strukturalne rybosomu bakterii powodującej paradontozę.
To projekt realizowany we współpracy z naukowcami z Izraela, m.in. z prof. Adą Yonath, laureatką Nagrody Nobla z 2009 r. Powstał w czasie pandemii, gdy studiowałem w Izraelu. Rok wcześniej byłem u niej na stażu. Pracowaliśmy nad innym tematem, ale złapaliśmy dobry kontakt i zgodziła się na ten projekt.
Nietypowe doświadczenia przyszłego magistra
Projekt okazał się bardziej skomplikowany organizacyjnie, niż zakładaliśmy. Trzeba było samodzielnie przewozić bakterie do Izraela (śmiech) przez lotnisko Ben-Guriona. Nie mieliśmy wyjścia – przesyłki kurierskie docierały rozmrożone i bezużyteczne, więc musieliśmy znaleźć inne rozwiązanie.
Same badania były bardzo obiecujące. Wyniki sugerują, że w przyszłości możliwe będzie tworzenie antybiotyków precyzyjnie celowanych – takich, które eliminują konkretne bakterie chorobotwórcze, nie niszcząc przy tym naszej flory bakteryjnej.
Warto wiedzieć
Igor Kaczmarczyk
Pierwsze kroki stawiał na Wydziale Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii UJ na kierunku biotechnologia. Studia magisterskie z biologii ukończył w Izraelu w Instytucie Naukowym Weizmana, gdzie zajmował się biologią strukturalną białek błonowych. W czasie pobytu w Izraelu współpracował z dr Moran Shalev-Benami, a wcześniej (w ramach stażu badawczego) z noblistką prof. Adą Yonath w obszarze badań strukturalnych rybosomu. Po powrocie do Krakowa dołączył do grupy badawczej dr hab. Sebastiana Glatta w Małopolskim Centrum Biotechnologii UJ jako doktorant. Zajmuje się badaniami biochemicznymi i strukturalnymi kompleksów białkowych modyfikujących tRNA.
Jest laureatem Konkursu Prac Młodych Naukowców Unii Europejskiej (2016), konkursu Explory (trzykrotnie w latach 2014–2016), konkursu „Droga na Harvard". Stypendysta Rektora UJ (2016) oraz Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego (2018). Laureat wyróżnienia w konkursie „Złoty Medal Chemii" na najlepszą pracę licencjacką z pogranicza chemii (2019). Uczestnik programu Top Minds organizowanego przez Polsko-Amerykańską Komisję Fulbrighta oraz Stowarzyszenie Top 500 Innovators (2022). Finalista konkursu Forbes 25under25 w kategorii nauka w 2022 r.
Od 2025 r. kieruje własnym projektem badawczym w ramach grantu Preludium przyznanego przez Narodowe Centrum Nauki.
Byłam pewna, że już dzisiaj możliwe są takie celowane antybiotykoterapie.
Próbuje się to robić, ale na razie terapie nie są aż tak dokładne.
Dlaczego zdziwiło pana, że akurat za tę pracę został pan nominowany do tytułu Człowieka Roku?
Bo w tamtej publikacji byłem jednym ze współautorów, a projekt finalizowała inna doktorantka. To nie jest mój główny temat badawczy. Tymczasem w ubiegłym roku – którego dotyczył plebiscyt – ukazała się moja pierwsza praca doktorska, w której jestem liderem.
Być może jest zbyt niszowa dla szerokiego odbiorcy i trudniejsza w odbiorze. Zeszliśmy bardzo głęboko w wąską specjalizację. Hasło „antybiotyki” było po prostu bardziej chwytliwe.
Sława i plebiscyt to ryzyko dla młodego umysłu
Trafił pan m.in. na listę „Under 25” Forbesa. Czy takie rankingi i plebiscyty coś dają – poza popularnością? Budują markę, ułatwiają zdobywanie grantów? A może zwiększają ryzyko „wody sodowej”?
Pewnie nawiązuje pani do przypadku Kornelii Wieczorek, licealistki, która została okrzyknięta „młodą naukowczynią”, a ostatnio znów zrobiło się o niej głośno. Stała się rozpoznawalna m.in. po tym, jak magazyn „TIME” umieścił ją na liście utalentowanych młodych dziewczyn, w marcu została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi.
Później pojawiły się jednak informacje, że nie wszystko, o czym publicznie mówiła, było zgodne z prawdą – np. w kwestii współpracy z instytutem badawczym.
Oczywiście CV wygląda lepiej z nagrodami i rankingami, ale w środowisku naukowym liczą się przede wszystkim potwierdzone osiągnięcia: publikacje, doświadczenie laboratoryjne i rekomendacje.
Wspominam ten przykład także dlatego, że sam mam trójmiejskie korzenie i pierwsze doświadczenia naukowe zdobywałem w Gdyni, w tej samej szkole. Tylko czy to już była nauka? Mam z tym problem. Doceniam pasję i zaangażowanie, ale nie wszystko powinniśmy nazywać nauką.
Dekadę temu byłem w podobnej sytuacji. W liceum brałem udział w wielu konkursach, trafiłem do laboratorium prof. Obuchowskiego i robiłem projekt o wpływie ekstraktów bursztynowych na bakterie. Zdobyłem nagrody, a media zaczęły przedstawiać mnie jako „cudowne dziecko”, sugerując, że jestem bliski opracowania leku – co nie było prawdą.
W przypadku młodych osób media mają skłonność do nadinterpretowania osiągnięć. To oczywiście ekscytujące – zaproszenia do telewizji, artykuły, duże słowa. Można uwierzyć, że jest się o krok od przełomu. To bywa niebezpieczne.
Na szczęście miałem rodziców, którzy sprowadzali mnie na ziemię (śmiech). To realne ryzyko. Obserwuję dziś ścieżki wielu osób, które razem ze mną brały udział w konkursach – większość z nich nie została w nauce.
Mam też sporo przemyśleń o tym, jak media pokazują naukę. Dobrze, że ją promują, ale często robią to w sposób uproszczony – stawiają na sensację, skrót i efekt. W efekcie gubią się fakty.
Doktorantowi (prawie) zawsze wiatr w oczy
Jest pan w jednej z najlepszych grup badawczych dla młodych naukowców w kraju. Czuje pan, że miał pan szczęście, czy że to efekt ciężkiej pracy? Nie każdy doktorant dostaje szansę pracy z tak uznanym badaczem jak prof. Sebastian Glatt.
W kilku momentach życia miałem szczęście, ale w tym przypadku decydowała wyłącznie ocena merytoryczna. Znałem to laboratorium, bo realizowałem tu część pracy licencjackiej. Później wyjechałem do Izraela, żeby nauczyć się nowych technik i wróciłem z dużym doświadczeniem. To była normalna, konkursowa rekrutacja – zarówno do zespołu, jak i do szkoły doktorskiej.
W Szkole Doktorskiej Nauk Ścisłych i Przyrodniczych UJ oraz w Małopolskim Centrum Biotechnologii publikacje nie są wymagane na wejściu. Liczy się przede wszystkim sposób myślenia. Oczywiście, CV ma znaczenie, zwłaszcza doświadczenie praktyczne. W moim przypadku były to studia magisterskie w Izraelu, gdzie przez półtora roku pracowałem w laboratorium w pełnym wymiarze.
Tu warto zrobić dygresję. W Polsce wiele szkół doktorskich wymaga publikacji już na etapie rekrutacji – od studenta piątego roku czy świeżego magistra. Tylko jakie badania taka osoba ma mieć na koncie i gdzie je publikować? W praktyce kończy się to słabymi tekstami przeglądowymi w mało istotnych czasopismach. Ludzie spędzają miesiące na pisaniu prac, które niewiele wnoszą, zamiast uczyć się warsztatu – choćby podstawowych technik laboratoryjnych. To marnowanie czasu.
Niestety w Polsce nadal promuje się takie rozdrobnione publikacje, bo łatwo je „przeliczyć” w konkursach, np. przy stypendium ministra. Dlatego pewnie go nie dostałem. Mój udział w pracy opublikowanej w „Nature Structural & Molecular Biology” został uznany za niewystarczający, mimo że byłem współpierwszym autorem.
Polski system punktowy rozbija dorobek na fragmenty i nie oddaje realnego znaczenia badań. Tymczasem publikacje w uznanych czasopismach zwiększają szansę, że nasze wyniki zostaną zauważone na świecie. U nas wciąż dominuje obsesja corocznego liczenia punktów zamiast oceny jakości.
Moja główna praca doktorska powstawała cztery lata. Tyle trwa zebranie wyników w różnych obszarach – przy bardzo intensywnej pracy, często znacznie dłuższej niż osiem godzin dziennie.
System oceny eksperckiej byłby lepszy niż punktowy?
Zdecydowanie tak.
Nie obawia się pan subiektywizmu?
To ryzyko istnieje, ale mamy dobre doświadczenia z taką oceną w Narodowym Centrum Nauki, gdzie wnioski grantowe trafiają do zewnętrznych ekspertów. To działa i warto rozszerzyć ten model – zarówno na konkursy, jak i ocenę publikacji.
Izrael – ziemia obiecana badaczy
W Izraelu też musiał pan pozyskiwać granty, żeby móc pracować przy projektach w laboratorium?
Nigdy. Zasoby finansowe na badania w Izraelu, w takim miejscu jak Instytut Weizmana, wydają się być w zasadzie nieograniczone. Naukowiec, który zakłada grupę badawczą, dostaje taki budżet, że właściwie może pozwolić sobie na wszystko.
Dostaje od Państwa? To są publiczne pieniądze?
Jakaś część finansowania jest publiczna, ale Instytut Weizmana, w którym pracowałem, dysponuje ogromnym majątkiem. Utrzymuje się m.in. z wpływów z opatentowanych technologii, np. leków. To tam powstał patent na jeden z leków na stwardnienie rozsiane, na bazie którego rozwinęła się firma Teva. Dziś przychody z patentów z różnych dziedzin zapewniają instytutowi bardzo wysoki budżet.
Każdy student, który się tam dostanie – a proces rekrutacyjny trwa nawet rok – otrzymuje stypendium. Miałem też subsydiowane posiłki, a uczelnia częściowo dopłacała do mieszkania na kampusie. Nie musiałem martwić się o podstawowe koszty życia i mogłem skupić się wyłącznie na nauce. Taka jest filozofia tego miejsca.
System jest bardzo przejrzysty – wszystkie stawki stypendialne są publicznie dostępne. Nie ma sytuacji jak w Polsce, gdzie jedna osoba może dostawać na doktoracie 2 tys. zł, a inna nawet 10 tys. zł. U nas różnice wynikają z grantów, co rodzi napięcia i zazdrość. W Instytucie Weizmana system zaprojektowano tak, by naukowcy koncentrowali się na odkryciach, a nie na porównywaniu wynagrodzeń.
Tajemnica bogactwa Instytutu Weizmana
Czy powiedziałby pan, że po wielu zapowiedziach zmian, obietnicach premiera i decyzjach ministerstwa nauki, Polska jest choć na drodze do poprawy modelu rozwoju badań?
Intelektualnie nie odstajemy od światowej czołówki. Mamy też bardzo dobrze wyposażone laboratoria. Paradoksalnie po powrocie do Krakowa miałem lepszy dostęp do mikroskopu elektronowego niż w Instytucie Weizmana – tam był drogi i obłożony, u nas brakowało specjalistów, więc dostęp był łatwiejszy.
Problemem są jednak środki. Mamy infrastrukturę i świetnych naukowców, ale rozwój ogranicza finansowanie. Podziwiam dr Agatę Starostę za jej działania na rzecz środowiska, ale to wciąż walka z systemem.
Nie mamy jeszcze takich możliwości zarabiania na patentach jak w Izraelu. Bez zwiększenia finansowania publicznego nie wykorzystamy w pełni potencjału. To inwestycja na 20–30 lat, wymagająca stabilnej polityki niezależnej od zmian rządów. Tyle czasu trzeba wspierać naukę – także młodych doktorantów – by zaczęła przynosić wymierne efekty, również finansowe.
Tak właśnie budowano potęgę Instytutu Weizmana – przez dekady inwestowano ogromne środki w badania podstawowe. W Polsce wciąż brakuje zrozumienia tej logiki. Łatwo wyśmiać badania nad stresem roślin, trudniej dostrzec, że mogą one doprowadzić do stworzenia odpornych upraw, które potem sprzedaje się na całym świecie.
Brakuje długoterminowego myślenia.
Nasz cykl
Energia Nauki
Polska nauka stoi dziś na rozdrożu. Z jednej strony mamy funkcjonujące jednostki badawcze, utalentowanych młodych naukowców, ponad 300 uczelni wyższych. Z drugiej – systemowe bariery, niedofinansowanie, brak stabilności zawodowej i ograniczone możliwości rozwoju. Wielkość nakładów na naukę nie zachwyca, więc warto zastanowić się nad tym, jak zatrzymać talenty w kraju i mądrze inwestować w badania.
Projekt Energia Nauki to cykl rozmów z naukowcami, wynalazcami i badaczami – tymi, którzy dają energię polskiej nauce, często wbrew trudnościom. Łączymy różne perspektywy i punkty widzenia, by wspólnie znaleźć odpowiedzi na pytania o przyszłość polskiej nauki, jej organizację i finansowanie.
"Godzę się na ryzyko: nie dostanę grantu i nie będę się miał za co utrzymać"
To także sprawia, że doktoranci bez stabilnych środków rzadko zostają w nauce na całe życie. Z doświadczenia w radzie szkoły doktorskiej wiem, że większość musi szukać dodatkowych rozwiązań – pracy, wsparcia rodziny albo przejścia do biznesu.
A pan jaki ma plan na kolejne lata?
Chcę zostać w nauce. Godzę się na ryzyko, że kiedyś nie dostanę grantu i nie będę miał się z czego utrzymać. Dopiero wtedy będę szukał alternatywy.
Na Uniwersytecie Jagiellońskim jest bardzo mało etatów, więc dla większości młodych naukowców jedynym źródłem utrzymania są granty – obejmujące także wynagrodzenie. To w praktyce forma samozatrudnienia, od projektu do projektu. Tak pracuje większość z około 200 osób w Małopolskim Centrum Biotechnologii.
Planuję jesienią obronić doktorat – pracę składam w czerwcu – i będę musiał wyjechać z Polski.
Dlaczego?
Taki wymóg. Na UJ praktycznie nie ma etatów, a zgodnie z zasadami grantów Narodowego Centrum Nauki po doktoracie nie mogę kontynuować pracy grantowej w tej samej jednostce. Przez co najmniej 10 miesięcy muszę pracować gdzie indziej.
Dodatkowo nasz projekt w Małopolskim Centrum Biotechnologii dobiega końca – w grudniu wygasa główny grant ERC prof. Sebastiana Glatta, który finansował działalność zespołu. Prof. Glatt wrócił już do Wiednia i pojawia się w Krakowie rzadziej.
Muszę więc szukać nowych możliwości – zarówno naukowych, jak i finansowych.
Emigracja wymuszona
I znalazł pan?
Znalazłem. Znów za granicą.
Nie może pan zostać w Polsce? Czy pan nie chce?
Teoretycznie mogę. Mogę aplikować o mniejszy grant albo o staż podoktorski w innym mieście, np. w Warszawie. Wiem jednak, że bez doświadczenia zagranicznego trudno później zdobywać większe granty i realizować ambitne projekty badawcze.
Decyzja o wyjeździe nie jest łatwa, ale w Polsce naprawdę trudno się utrzymać, założyć rodzinę czy kupić mieszkanie. Stypendium doktoranckie, a tym bardziej grant, nie daje na tym etapie nawet zdolności kredytowej. To jeden z powodów, dla których wielu doktorantów rozważa przejście do biznesu. Wchodzą w trzydziestkę i chcą stabilizacji, a nauka oferuje głównie niepewność – grant raz na kilka lat, który przecież nie zawsze da się zdobyć.
A mówi się, że pana pokolenie się nie przywiązuje, woli nie zapuszczać korzeni w miejscu pracy i chętnie zmienia pracodawcę.
Słyszę raczej coś odwrotnego – że ta niestabilność ludzi męczy. Sam od roku szukałem nowego miejsca, bo wiedziałem, że będę musiał. Bałem się, że kontrakt się skończy, pieniądze się wyczerpią i cała ta „plebiscytowa” rozpoznawalność nic mi nie pomoże, gdy zostanę bez dochodów i możliwości prowadzenia badań. Pewnie musiałbym na szybko znaleźć jakąkolwiek pracę.
Kiedy w końcu znalazłem nowe miejsce – ponownie w Izraelu i po pełnym procesie rekrutacyjnym – wybuchła wojna na Bliskim Wschodzie. Znowu stoję przed trudną decyzją. A właściwie stoimy, bo tym razem przeprowadzamy się razem z partnerem. Mam nadzieję, że do września sytuacja się na tyle ustabilizuje, by ten wyjazd był możliwy.
Warto zadbać o spokój ducha
Jest pan zaangażowany i zapracowany. Stawia pan granice, żeby mieć życie prywatne?
Teraz staram się zachować równowagę. W Izraelu popadłem w pracoholizm – w czasie pandemii właściwie tylko pracowałem, po 12–18 godzin dziennie. Efektem była świetna publikacja, ale nie powtórzyłbym tego. To było bardzo trudne doświadczenie – byłem sam, bez bliskich, przez rok widzieliśmy się z partnerem tylko online.
W końcu pojawiły się problemy na granicy depresji. Nie da się funkcjonować w takim odcięciu bez konsekwencji. Dlatego gdy pojawiła się propozycja od Sebastiana Glatta, wróciłem do Polski.
Po powrocie przepracowałem to doświadczenie i zacząłem dbać o zdrowie psychiczne. Warto o tym mówić, bo ambitnym ludziom łatwo o tym zapomnieć – aż do momentu, gdy robi się naprawdę źle.
"Chciałbym wrócić do badania białek"
Czym chce się pan zająć na postdoku?
Nie zostanę przy obecnym temacie. W nauce to standard, że między etapami zmienia się obszar badań. Dopiero z czasem, łącząc różne doświadczenia, buduje się własną specjalizację.
Na tym etapie chciałbym wrócić do badań białek błonowych. Wiele z nich to receptory – „okna” komórki na świat, które decydują, co trafia do jej wnętrza i jakie reakcje są uruchamiane. To jeden z najważniejszych obszarów badań, bo właśnie te białka są celem wielu leków, np. neurologicznych.
Chciałbym też opanować nowe techniki badawcze, które pozwolą mi lepiej analizować mechanizmy molekularne i poszerzyć warsztat naukowy.
Było sobie życie…
Pochylając się nad mikroskopem, myśli pan o wielkich odkryciach, które kiedyś mogą pomóc ludziom, czy skupia się pan na tu i teraz?
Pracuję w naukach podstawowych, w biologii molekularnej. Interesują nas same procesy. Oczywiście, we wnioskach grantowych trzeba wskazać potencjalne zastosowania, ale na moim etapie ważniejsze jest zrozumienie mechanizmów niż gotowy produkt. Dopiero wiedząc, jak coś działa w organizmie, możemy to wykorzystać.
Zajmujemy się modyfikacjami RNA. Wiemy, że jest ich ponad sto, ale nie do końca rozumiemy ich znaczenie w farmacji. Jedną z nich znamy bardzo dobrze – wykorzystano ją w szczepionkach przeciwko koronawirusowi. Wiele innych dopiero badamy.
Nie wiem, czy zna pan takie francuskie animacje „Był sobie człowiek” i „Było sobie życie”?
O tak!
Czytając o pana badaniach przed naszym spotkaniem próbowałam sobie wyobrazić te procesy, jak w kreskówce. Widzę te najmniejsze elementy organizmu „przesuwają” enzymy, białka, różne cząsteczki, o których większość ludzi nie ma pojęcia. Uświadomiło mi to, jak niewiele wciąż wiemy o własnym ciele.
Schodzimy dziś do poziomu niemal atomowego. Obserwujemy choroby o nieznanym mechanizmie i próbujemy stworzyć narzędzia do ich zrozumienia i leczenia. To jest bardziej złożone niż klasyczne działanie antybiotyku. Mechanizmy genetyczne i molekularne są trudniejsze do rozpracowania. W przypadku modyfikacji RNA wiemy, że istnieje pewien „wzór”, który organizm utrzymuje. Zaburzenia konkretnych modyfikacji mogą prowadzić do chorób – także neurodegeneracyjnych.
Atak na choroby rzadkie i nowotwory
Efektem pana badań będzie kiedyś możliwość zapanowania nad konkretnymi chorobami?
To jest końcowy cel. Nie zapanujemy nad chorobami rzadkimi, dopóki ich nie zrozumiemy.
Mój doktorat dotyczy zrozumienia bardzo podstawowego procesu, czyli kiedy, a później jak określona modyfikacja, którą badam, jest dodawana do RNA.
W którą stronę pójdą dalej pana badania? Jakie kierunki mogą być eksplorowane? Leczenia jakich chorób mogą dotyczyć?
Proces badawczy się nie kończy. W mechanizmie, który opisujemy, jest element, który w przyszłości może mieć zastosowanie np. w edycji RNA.
Ja się nie zajmę tym na tym etapie, ale wątki aplikacyjne już się pojawiają. Odezwało się do nas laboratorium z Francji, które szuka nowych substancji terapeutycznych. Po przeczytaniu naszej pracy w „Nature Communications” przesłali nam kilkanaście cząsteczek chemicznych do przetestowania. Dla nich opracowanie takich testów zajęłoby rok lub dwa. My robimy je od dawna w Krakowie. Już teraz widać, że jedna czy dwie z tych substancji mają obiecujące działanie terapeutyczne.
Nie mielibyśmy tego, gdybyśmy nie spędzili tych czterech lat w Krakowie na ustawieniu całego systemu i zrozumieniu podstawowego mechanizmu.
Czy Polska interesuje się odkryciami?
I tu łatwo o nadinterpretacje. Ktoś mógłby powiedzieć, że jesteśmy blisko „leku na raka”. To zdecydowanie za wcześnie.
A dlaczego jest za wcześnie, skoro widać, że jest pozytywna interakcja?
Bo widać to na poziomie komórkowym – aż i tylko komórkowym. Pytanie brzmi, czy jak przejdziemy na kolejny etap – na myszy – to ta cząsteczka utrzyma swoją trwałość, czy się rozpadnie i przestanie działać tak, jak działała w probówce.
Zdarzyło się panu kiedyś, że w sprawie współpracy odezwał się ktoś z Polski? Firma farmaceutyczna albo inna grupa badawcza?
Bardzo blisko współpracujemy z wieloma grupami w naszym instytucie. My mamy takie techniki, oni mają inne – łączymy siły. Na przykład kooperujemy blisko z laboratorium roślinnym, które pracuje nad roślinnymi białkami. Oni badają aspekty fizjologiczne, my biochemiczne.
Jeśli chodzi o współpracę komercyjną, to częściej przychodzi ona z zagranicy. Współpraca z Francją ma jednak charakter czysto naukowy.
Jest plan!
Wróci pan kiedyś do Polski?
Chcę wyjechać na staż podoktorski, ale mam plan, by później wrócić i założyć tu własną grupę badawczą – o ile warunki na to pozwolą. Na razie instytucje takie jak Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej w Warszawie czy Małopolskie Centrum Biotechnologii rozwijają się bardzo dynamicznie i są dobrze zarządzane. Mam więc nadzieję, że za kilka lat będzie do czego wracać.
Główne wnioski
- Rozpoznawalność a osiągnięcia naukowe: Igor Kaczmarczyk to popularny naukowiec, często obecny w plebiscytach i rankingach. Już na etapie studiów magisterskich brał udział w prestiżowych badaniach, m.in. z noblistką Adą Yonath. Zwraca uwagę, że media mają skłonność do nadinterpretowania osiągnięć młodych badaczy, a przedwczesna sława może być dla nich obciążeniem.
- Ocena polskiego systemu nauki: Igor Kaczmarczyk podkreśla, że w Polsce wciąż premiuje się liczbę publikacji i punkty zamiast realnej jakości badań. Wskazuje na brak stabilności zatrudnienia i długoterminowego finansowania, co utrudnia rozwój kariery naukowej. W porównaniu z Izraelem, gdzie badacze mają silne wsparcie finansowe i mogą skupić się na pracy, polski system ogranicza ich możliwości. Docenia infrastrukturę, ale zwraca uwagę na niedobór pieniędzy i perspektyw pozwalających młodym naukowcom prowadzić stabilne życie. Podkreśla też, że to właśnie badania podstawowe są fundamentem przyszłych terapii i sukcesów komercyjnych
- Plany kariery i życie osobiste: Po obronie doktoratu (jesień 2026 r.) musi wyjechać na co najmniej 10 miesięcy na postdoc za granicę – ponownie wybiera Izrael. Docelowo chce wrócić do Polski i stworzyć własną grupę badawczą. Zwraca również uwagę na znaczenie równowagi między pracą a życiem prywatnym, której brak doprowadził u niego do wypalenia w czasie pandemii.