Chiny przygotowują załogowe lądowanie na Księżycu. Czy mogą wygrać z USA?
Gra toczy się nie tylko o prymat na Srebrnym Globie, ale także o to, kto będzie dyktował reguły przyszłej eksploracji kosmosu.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Czym chiński plan zdobycia Srebrnego Globu różni się od amerykańskiego i który z krajów ma większe szanse, aby udźwignąć kilkudziesięcioletni program rozwoju baz lunarnych.
- Co oznacza rezygnacja NASA ze stacji orbitalnej Lunar Gateway i co ją zastąpi.
- Kto ustali przyszłe zasady gry w kosmosie i dlaczego liczy się nie tylko to, kto dotrze na Księżyc jako pierwszy.
Czwórka astronautów misji Artemis II wylądowała na wodach Pacyfiku u wybrzeży USA 10 kwietnia 2026 r. Amerykanie Reid Wiseman, Victor Glover i Christina Koch oraz Kanadyjczyk Jeremy Hansen odbyli dziesięciodniową podróż wokół Księżyca. W trakcie misji pobili rekord osiągniętej przez człowieka odległości lotu kosmicznego: oddalili się od Ziemi na ponad 406 tys. km. To o kilka kilometrów więcej niż załoga statku Apollo 13 w 1970 r. Gdy po badaniach lekarskich na pokładzie okrętu USS John P. Murtha dotarli do centrum lotów NASA w Houston, zgromadzeni dygnitarze i członkowie korpusu astronautów nagrodzili ich gromkimi brawami.
Była to pierwsza załogowa misja programu Artemis i krok do powrotu ludzi na Księżyc – w założeniu na stałe. Po lądowaniu astronautów na Srebrnym Globie mają powstać bazy przypominające stacje arktyczne, infrastruktura badawcza i inżynieryjna. Chociaż Amerykanie są dumni z sukcesu, to decydenci nie ukrywają, że na plecach wyraźnie czują oddech smoka.
Chińczycy nie spuszczają z tonu
Niespełna trzy lata temu Wu Weiren, główny architekt programu eksploracji lunarnej finansowanego przez Pekin, z dużą pewnością siebie mówił, że chińscy „tajkonauci” wylądują na Srebrnym Globie przed końcem dekady. „Do 2030 r. Chińczycy z pewnością będą w stanie postawić nogę na Księżycu. To żaden problem” – stwierdził w wywiadzie dla państwowej stacji CCTV. W 2025 r., w rozmowie z agencją Reuters, zasugerował, że może się to wydarzyć wcześniej. Jak zaznaczył, ludzie Wschodu pozostawiają w swoich deklaracjach pewien zapas.
Twórcy programu kosmicznego Państwa Środka mają się czym pochwalić. Chiny to trzecie państwo, po Związku Radzieckim i Stanach Zjednoczonych, które samodzielnie wysłało ludzi na orbitę okołoziemską. Po raz pierwszy doszło do tego w 2003 r. – długo po zakończeniu sowiecko-amerykańskiego współzawodnictwa. Ale teraz to Pekin jest czarnym koniem nowego kosmicznego wyścigu.
W marcu rząd Chin formalnie podniósł program kosmiczny do rangi „przemysłowego filaru gospodarki”. Mówiono o nim w czasie obrad Dwóch sesji – najważniejszego w roku zgromadzenia oficjeli partii komunistycznej. Kosmos zajmuje też poczesne miejsce w 15. Planie pięcioletnim. Mowa w nim nie tylko o planach załogowego lądowania na Księżycu, ale także o budowie Międzynarodowej Lunarnej Stacji Badawczej (ILRS). Pekin planuje przeprowadzić to przedsięwzięcie z Rosją oraz innymi krajami, w tym RPA, Pakistanem, Serbią, Białorusią i Kazachstanem.
W styczniu za Wielkim Murem ogłoszono też strategię „Kosmos+”. Jej celem jest koordynacja instytucji, sektorów naukowego i komercyjnego, w tym przyszłej turystyki kosmicznej. Sektor kosmiczny ma przejść transformację z narzędzia eksploracji w szeroki ekosystem przemysłowo-komercyjny.
Smok kontra orzeł
Czym zasadniczo różnią się programy kosmiczne Chin i Stanów Zjednoczonych? Wyjaśnia to prof. Quentin Parker, dyrektor laboratorium badań kosmicznych na University of Hong Kong.
– Publiczno-prywatnemu modelowi USA, w założeniu bardziej efektywnemu, Chińczycy przeciwstawiają swój własny, scentralizowany. Największą jego zaletą jest stabilność. Rząd na najwyższym szczeblu wyznacza cele programu, które zostają wpisane do państwowych planów pięcioletnich. Gwarantuje to stabilność finansowania i zatrudnienia. Stany Zjednoczone nie kształtują polityki w ten sam, długoterminowy sposób. Największą zaletą USA jest co innego: udowodniona zdolność do innowacji. Innowacje w dużym stopniu generuje sektor komercyjny, zazwyczaj w odpowiedzi na siły rynku, ale także na cele polityczne. Co prawda Chiny także mogą się pochwalić innowacjami, ale historycznie było ich mniej. Nie ma wątpliwości, że Amerykanie są w stanie podołać wyzwaniom technologicznym. Ale to, czy zdołają utrzymać obecność na Księżycu bez zachęt komercyjnych, nie jest już tak pewne – ocenia prof. Quentin Parker.
Amerykański pomysł na nową erę eksploracji kosmosu to współpraca z zagranicznymi partnerami i prywatnymi przedsiębiorstwami. W praktyce opóźnienia w budowie lądownika księżycowego przez SpaceX przekreśliły szanse na załogowe lądowanie w 2027 r. Część kosmicznej społeczności krytykuje NASA za uzależnienie się od firm, których w pełni nie kontrolują.
Ale uwadze analityków nie umyka też takt, że Chińczycy do pewnego stopnia naśladują Amerykanów. Także oni próbują podnieść innowacyjność przez zaangażowanie biznesu. Niezależnie od tego nowe centra badań i rozwoju w ostatnich latach tworzą poza miejscami, w których takie instytucje działały wcześniej: Pekinem i Szanghajem. Nowe ośrodki kosmicznego i lotniczego R&D powstały w miastach takich jak Wuhan, Jiaxing i Xi’an.
– Wydaje się, że to próba rozproszenia kosmicznej bazy przemysłowej i stworzenia dodatkowych miejsc produkcji w różnych częściach kraju – ocenia dr Dean Cheng, badacz w Potomac Institute for Policy Studies i ekspert do spraw chińskiej strategii kosmicznej.
Inżynierowie kontra fizyka
Szybki rozwój chińskiego sektora kosmicznego nie gwarantuje jednak sukcesu na Księżycu. Technologie potrzebne do wysłania tam ludzi i utrzymania ich obecności nie zostały jeszcze dopuszczone do lotów załogowych. Dotyczy to zarówno rakiety Długi Marsz-10, jak i statku Mengzhou oraz lądownika Lanyue.
Amerykanie są w tej kwestii bardziej zaawansowani. Rakieta nośna SLS i kapsuła Orion już zabrały astronautów w głęboki kosmos. Testy muszą przejść jeszcze tylko lądowniki, oba budowane przez komercyjne firmy SpaceX i Blue Origin.
– Chińczycy mają przy tym poważne problemy inżynieryjne. Należy do nich precyzyjna produkcja dużych boosterów, czyli rakiet wspomagających, koniecznych do wynoszenia w kosmos ciężkich ładunków. Są także kłopoty z integracją i inżynierią systemów, co wydaje się permanentną słabością chińskich budowniczych. Te kłopoty mogą być kluczowe dla odpowiedzi na pytanie, czy Chinom uda się dotrzymać terminu lądowania, który ustaliły sobie na 2030 r. – mówi dr Dean Cheng.
Realnej możliwości opóźnień dowodzi awaria pierwszego stopnia rakiety Długi Marsz-5 z 2017 r. Doprowadziła do uziemienia całej chińskiej floty na dwa lata i opóźniła wystrzelenie kilku sond marsjańskich i księżycowych.
Warto wiedzieć
Bazy na Księżycu
Od ostatniego lądowania ludzi na Księżycu (dokonała tego załoga amerykańskiej misji Apollo 17) minęło ponad 50 lat. Program Apollo zapewnił Stanom Zjednoczonym zwycięstwo w kosmicznym wyścigu ze Związkiem Radzieckim. Jego całkowity koszt wyniósł około 25,8 mld dolarów (w wartości nominalnej w latach 1960-1973). W dzisiejszych realiach odpowiada to blisko 288 mld dolarów. W szczytowym roku programu – w 1966 r. NASA pochłaniała 4,4 proc. federalnego budżetu USA. Wysłanie ludzi na Księżyc kosztowało więcej niż Program Manhattan, w ramach którego przetestowano i zbudowano bombę atomową. Pół wieku temu technologia okazała się nie dość dojrzała, a wola polityczna niewystarczająca, aby loty na Srebrny Glob stały się rutynowe. Dziś w społeczności kosmicznej panuje zgoda, że konieczna jest stała obecność ludzi na Księżycu.
Dzięki grawitacji sześciokrotnie niższej niż ziemska wystrzeliwanie rakiet z Księżyca byłoby znacznie tańsze. Są tam zasoby helu-3 (potencjalnego, niezwykle wydajnego źródła energii), a w okolicach bieguna południowego – lód wodny. Wodę można wykorzystywać do picia i produkcji żywności, do produkcji tlenu i paliwa rakietowego. Brak atmosfery sprawiałby, że stawiane tam teleskopy mogłyby zajrzeć znacznie dalej w kosmos niż obserwatoria budowane na Ziemi.
Księżycowe bazy mogłyby przypominać dzisiejsze stacje w Arktyce i Antarktyce, z rotacyjnymi załogami. Z tego powodu Księżyc jest widziany jako potencjalna stacja przesiadkowa dla przyszłych misji na Marsa.
Zarządzanie przestrzenią kosmiczną
Skoro Amerykanie są inżynieryjnie o jedną prostą przed Chińczykami, dlaczego tak się obawiają, że przegrają ten wyścig?
Wątpliwości ekspertów budzą częste cięcia budżetowe i zmiany koncepcji. Odwołanie programu Constellation, który zakładał, że do powrotu na Księżyc dojdzie już w 2020 r., zastąpienie go programem Artemis i rezygnacja z budowy orbitalnej stacji Lunar Gateway miały tylu zwolenników co przeciwników.
Podczas ubiegłorocznego wysłuchania w amerykańskim senacie były administrator NASA Jim Bridenstine stwierdził, że „miotanie się tam i z powrotem” jest w dłuższej perspektywie szkodliwe. „To, czym się zajmujemy, ma wymiar wielu dekad, a niekiedy wielu pokoleń i nie możemy sobie pozwolić na ciągłe powroty do punktu wyjścia” – podkreślił Jim Bridenstine.
Stawka jest zresztą znacznie wyższa niż prestiż.
– Nowy wyścig na Księżyc nie polega na współzawodnictwie o to, kto pierwszy wbije flagę. Tym razem chodzi o to, kto będzie tworzył obowiązujące normy i standardy. Traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 r. jasno zabrania państwom zgłaszania roszczeń terytorialnych. Istotą trwającego właśnie wyścigu są roszczenia innego rodzaju, w tym do zasobów, wyznaczanie stref bezpieczeństwa, to który język stanie się językiem zarządzania ruchem kosmicznym i jakie standardy oraz formaty danych będą stosowane – mówi dr Cheng z Potomac Institute for Policy Studies.
Traktat o przestrzeni kosmicznej nie reguluje wydobywania pozaziemskich surowców ani zasad wyznaczania stref bezpieczeństwa wokół przyszłych baz. Nowy wyścig na Księżyc nie polega na współzawodnictwie o to, kto pierwszy wbije flagę. Tym razem chodzi o to, kto będzie tworzył obowiązujące normy i standardy.
„Jeśli Chiny dotrą tam pierwsze, będziemy świadkami globalnego przetasowania, które wpłynie na naszą gospodarkę, bazę podatkową, zdolność do innowacji i nasze bezpieczeństwo narodowe” – ostrzegał w 2025 r. Mike Gold, prezes i dyrektor generalny Coalition for Deep Space Exploration.
Analitycy cytowani przez agencję Reuters i dziennik „The New York Times” sugerują, że choć Stany Zjednoczone wciąż prowadzą, to dystans się kurczy. Jeśli lądowanie astronautów Artemis IV, planowane obecnie na 2028 r., opóźniłoby się, a Chiny dotrzymałyby terminu, możliwy jest scenariusz, w którym załogi z obu państw pojawią się na Księżycu w odstępie raptem kilku miesięcy.
Nieziemskie plany i ziemska polityka
W 2020 r. Waszyngton podpisał z partnerami porozumienie Artemis Accords. To zestaw dokumentów określających zasady, którymi należy się kierować w przestrzeni kosmicznej. Do dziś do porozumienia, niewiążącego prawnie, przystąpiły 63 państwa. W 2021 r. Chiny i Rosja podpisały memorandum o porozumieniu w sprawie budowy ILRS. Dokument, mający dziś kilkunastu sygnatariuszy, to alternatywa dla zachodniego układu.
Dr Dean Cheng uważa, że Artemis Accords i ILRS to zarazem traktaty naukowo-techniczne i sojusze polityczne.
– Przystępując do nich, państwa kierują się różnym motywacjami. Jednym zależy na powiązaniach z potęgą kosmiczną i udziale w przedsięwzięciu, które może doprowadzić do wysłania astronautów danego państwa na Księżyc. Innym na dostępie do technologii i inwestycji. Dla wiodących mocarstw im więcej partnerów tym lepiej, ze względu na ziemską politykę. Wkład w postaci sprzętu, wiedzy specjalistycznej, finansowania i personelu ma dziś większe znaczenie dla USA. Pekin wydaje się mniej skoncentrowany na tym, co wnoszą partnerzy, ale to może się zmienić po lądowaniu na Księżycu – mówi amerykańsko-chiński badacz.
Z USA ściśle współpracują Europa, Japonia, Kanada i Indie. Europejska agencja kosmiczna ESA dostarczyła moduł serwisowy dla kapsuły Orion, który zapewnia załodze zasilanie, wodę, tlen i napęd. Japońska JAXA ma zbudować ciśnieniowy łazik księżycowy i w zamian będzie miała prawo do lądowania na Księżycu dwóch swoich astronautów.
Ze „wschodniej” strony najsilniejszy jest sojusz technologiczny Chin i Rosji. Ta ostatnia, w czasach Związku Radzieckiego kosmiczne supermocarstwo, po nieudanej misji sondy Łuna-25 w 2023 r. i odcięciu od zachodnich technologii coraz bardziej uzależnia swój program kosmiczny od Pekinu. Ma jednak zbudować własny moduł księżycowej bazy i uczestniczyć w budowie reaktora atomowego, który będzie ją zasilał.
Zdaniem dra Chenga bycie niekwestionowanym liderem w swoim sojuszu to dla Państwa Środka sposób na realizację „chińskiego kosmicznego snu”. Pekin chce być w przyszłości ważną, a być może najważniejszą potęgą kosmiczną.
Główne wnioski
- Chiny chcą zrealizować plan lądowania „tajkonautów” na Księżycu do 2030 r. Budują własną architekturę misji i rozwijają koalicję partnerów w ramach ILRS – alternatywy dla zachodniego programu Artemis. W ramach obu programów w rejonie lunarnego bieguna południowego mają powstać stałe bazy.
- USA nadal prowadzą w wyścigu, dzięki wcześniej sprawdzonemu sprzętowi i szerokiej koalicji 63 sygnatariuszy porozumienia Artemis Accords. Ale opóźnienia programu skróciły dystans między oboma krajami.
- Stawką wyścigu nie jest tylko prestiż. Kraj, który pierwszy ustanowi stałą obecność na Srebrnym Globie, będzie miał decydujący wpływ na kształt prawa kosmicznego, zasad eksploatacji surowców i geopolitycznych sojuszy na resztę XXI w.


