Czego możemy się nauczyć od Ukrainy? Lekcje z Morza Czarnego dla Bałtyku
Ukraina bez klasycznej floty ograniczyła swobodę działania znacznie silniejszej rosyjskiej marynarki. Najważniejsza lekcja z Morza Czarnego dla Polski? Wcale nie drony, a połączenie rozpoznania, rażenia, ochrony infrastruktury i zdolności do szybkiej zmiany taktyki.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak doświadczenia Ukrainy na Morzu Czarnym zmieniają myślenie o bezpieczeństwie Bałtyku.
- Dlaczego drony są ważne i czy zastąpią klasyczne siły morskie.
- Co Polska może wyciągnąć z ukraińskich doświadczeń.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Bałtyk ma coraz większe znaczenie dla bezpieczeństwa Polski. To nie tylko obszar działania marynarki wojennej, ale także przestrzeń, przez którą biegną ważne szlaki handlowe i energetyczne. Na dnie znajdują się gazociągi, kable energetyczne i telekomunikacyjne, na morzu rozwijana jest energetyka wiatrowa, a porty mają znaczenie zarówno gospodarcze, jak i wojskowe. Dlatego doświadczenia wojny rosyjsko-ukraińskiej na Morzu Czarnym są istotne także dla państw NATO nad Bałtykiem.
Punkt wyjścia Ukrainy był wyjątkowo trudny. Po aneksji Krymu w 2014 r. straciła znaczną część marynarki, a po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosja miała zdecydowaną przewagę na morzu. Kmdr por. dr Rafał Miętkiewicz z Akademii Marynarki Wojennej wskazuje, że w pierwszej fazie konfliktu rosyjskie siły mogły sprawować kontrolę nad akwenem, utrzymywać blokadę i wykorzystywać okręty jako platformy do uderzeń rakietowych.
Ukraina nie próbowała odpowiedzieć budową klasycznej floty. Zaczęła natomiast łączyć baterie rakiet przeciwokrętowych, miny, rozpoznanie, drony powietrzne i morskie oraz działania specjalne. Według Rafała Miętkiewicza właśnie współdziałanie tych środków pozwoliło słabszej stronie osiągać efekty na poziomie taktycznym, operacyjnym i strategicznym.
Nie trzeba kontrolować morza, by ograniczyć przeciwnika
Pierwsza lekcja dla Bałtyku dotyczy tzw. sea denial, czyli odmowy przeciwnikowi swobodnego wykorzystania akwenu. Ukraina pokazała, że słabsza strona nie musi zdobywać pełnej kontroli nad morzem. Wystarczy, że jest w stanie narzucić takie ryzyko, aby ograniczyć ruch przeciwnika, zmienić jego sposób działania i zmusić go do angażowania coraz większych sił w obronę.
– Ukraina wykorzystuje narzędzia w postaci autonomicznych jednostek nawodnych do osiągania celu w postaci odmowy przeciwnikowi swobodnego wykorzystania morza. Będąc stroną słabszą i pozbawioną sił nawodnych, przejmuje inicjatywę – wskazuje Rafał Miętkiewicz.
Według eksperta pociski przeciwokrętowe pozwoliły odsunąć rosyjskie jednostki od ukraińskiego wybrzeża, natomiast bezzałogowe jednostki nawodne rozszerzyły strefę zagrożenia znacznie dalej. Ukraina mogła atakować okręty na otwartym morzu, w pobliżu Krymu, a także wewnątrz rosyjskich baz. Komandor Rafał Miętkiewicz zwraca uwagę, że ukraińscy dowódcy prowadzą śmiałe rajdy na rosyjskie zaplecze, co doprowadziło do sytuacji, w której „okręty nie są bezpieczne we własnych bazach”.
Do podobnych wniosków dochodzą analitycy Center for Strategic and International Studies (CSIS). Według ekspertów think-tanku skuteczność Ukrainy wynikała nie z jednego rodzaju uzbrojenia, lecz z połączenia pocisków przeciwokrętowych, min, rozpoznania i systemów bezzałogowych. Dzięki temu rosyjska marynarka musiała działać ostrożniej, część jednostek została przesunięta dalej od Krymu, a koszt ochrony własnych sił wzrósł.
Na Bałtyku układ sił jest inny, zwłaszcza po wstąpieniu Finlandii i Szwecji do NATO – Rosja ma ograniczony dostęp do akwenu. Nie oznacza to jednak, że sama nie może stosować podobnej logiki. Według analityków International Institute for Strategic Studies Moskwa może próbować utrudniać operowanie sił NATO przy użyciu min, rakiet, walki elektronicznej, systemów bezzałogowych czy działań sabotażowych.
Drony są ważne, ale nie zastąpią floty
Najbardziej widocznym symbolem ukraińskich sukcesów stały się bezzałogowe jednostki nawodne, takie jak Magura czy Sea Baby. Ich zaletami są niski profil, duży zasięg, stosunkowo wysoka prędkość oraz możliwość szybkiego dostosowywania do nowych zadań. Rafał Miętkiewicz zwraca uwagę, że kolejne konstrukcje mogą być przebudowywane i wyposażane m.in. w dodatkowe zbiorniki paliwa, systemy walki elektronicznej, miny czy uzbrojenie rakietowe.
Warto wiedzieć
Drony wodne w Polsce
W Polsce najbardziej widocznym prywatnym producentem wojskowych dronów morskich jest Grupa WB, a kompetencje w tej dziedzinie skupia m.in. Radmor. Firma rozwija rodzinę bezzałogowych jednostek nawodnych StormRider. Model StormRider 850 jest przeznaczony do zadań rozpoznawczych i uderzeniowych, może działać samodzielnie lub wspólnie z okrętami załogowymi i może być wyposażony m.in. w sonar, radar, głowicę optoelektroniczną, moduł ZMU-05N oraz wyrzutnie Warmate TL. W 2026 r. operował wspólnie z fregatą ORP „Gen. T. Kościuszko”.
Radmor wspólnie z Politechniką Gdańską rozwija też podwodnego drona Pirania, przeznaczonego m.in. do inspekcji infrastruktury i identyfikacji obiektów. 14 kwietnia 2026 r. prototyp przeszedł w Sobieszewie pierwszy publiczny test w warunkach zbliżonych do rzeczywistych, wykonując pełną misję od wodowania po odnalezienie dwóch obiektów.
W sektorze państwowym działa należący do PGZ OBR Centrum Techniki Morskiej, uczestniczący w projekcie Pelikan. Jego celem jest opracowanie bezzałogowego pojazdu do zadań przeciwminowych, zdolnego do niszczenia min bez utraty samej platformy. Pelikan ma współpracować m.in. z niszczycielami m.in. Kormoran II i systemem zarządzania walką SCOT.
W segmencie cywilnym i dual-use działa gdyńska Marine Technology, która opracowała bezzałogowego katamarana HydroDron. Jednostka może działać autonomicznie lub zdalnie i służy do pomiarów batymetrycznych, sonarowych, LiDAR oraz innych prac hydrograficznych. Firma rozwijała też system HydroNav3D z autonomiczną nawigacją i automatyczną analizą danych przestrzennych.
Jednocześnie ekspert przestrzega przed wnioskiem, że rozwój dronów oznacza kres klasycznych okrętów. W debacie o Bałtyku pojawia się bowiem zarówno pokusa lekceważenia systemów bezzałogowych, jak i skrajność – przekonanie, że w przyszłości mogłyby one zastąpić tradycyjne siły morskie.
– Nie ma w dającej się przewidzieć przyszłości szans na zastąpienie sił okrętowych bezzałogowymi jednostkami nawodnymi i podwodnymi – podkreśla komandor Rafał Miętkiewicz. Jego zdaniem jednostki autonomiczne będą natomiast integralną częścią zrównoważonych sił morskich, zwiększając efektywność uzbrojenia, bezpieczeństwo własnych jednostek i możliwość utrzymywania wysuniętej obecności.
Podobny wniosek formułują eksperci Royal United Services Institute. Według analityków brytyjskiego think-tanku doświadczenia Morza Czarnego nie oznaczają końca dużych okrętów. Pokazują jednak, że pojawiła się nowa warstwa zagrożenia, którą trzeba uwzględniać przy ochronie flot, portów i baz.
Najważniejsza jest zdolność do adaptacji
Drugą kluczową lekcją jest tempo zmian. Ukraina zaczynała od stosunkowo prostych bezzałogowych jednostek nawodnych, ale kolejne konstrukcje otrzymywały większy zasięg, nowe systemy łączności i dodatkowe uzbrojenie. Zmieniała się również taktyka – od pojedynczych uderzeń do ataków grupowych i operacji łączących drony nawodne, powietrzne oraz inne środki rażenia.
Według Rafała Miętkiewicza ukraińskie bezzałogowce operowały w grupach liczących kilka jednostek, a część doniesień mówiła nawet o wykorzystaniu kilkunastu platform w jednym ataku. Równoczesne lub następujące po sobie uderzenia z różnych domen zmuszają przeciwnika do stosowania kilku rodzajów obrony i zwiększają szanse na jej przeciążenie.
Dobrym przykładem jest opisany przez eksperta atak na rosyjski okręt rozpoznawczy. Ukraińskie drony miały pokonać około 500 km, mierzyć się z utratą łączności i problemami z paliwem, a mimo to operatorzy kontynuowali działania. Komandor Rafał Miętkiewicz ocenia, że przebieg tej operacji „świadczy o dostosowywaniu się Ukraińców do zmiennej sytuacji taktycznej, ich determinacji i elastyczności w trakcie trwania misji”.
Rosja również się dostosowała. Według analizy Rafała Miętkiewicza zwiększyła liczbę systemów samoobrony na okrętach, wzmocniła walkę radioelektroniczną, zaczęła wykorzystywać fizyczne bariery chroniące bazy, patrole śmigłowców i samolotów oraz drony FPV do zwalczania ukraińskich jednostek nawodnych.
Według ekspertów CSIS właśnie ten cykl działania i przeciwdziałania jest jedną z najważniejszych cech wojny na Morzu Czarnym. Przewaga wynikająca z nowej technologii może trwać krótko, jeśli przeciwnik znajdzie sposób jej wykrywania lub zwalczania. Dla państw NATO oznacza to, że równie ważne jak zakup konkretnego systemu jest możliwość szybkiego modyfikowania sprzętu i taktyki.
Tani system może narzucić kosztowną obronę
Doświadczenia ukraińskie pokazują również, że skuteczności działań morskich nie można mierzyć wyłącznie liczbą zatopionych okrętów. Samo zagrożenie ze strony bezzałogowców może wymuszać zmianę tras, angażowanie patroli lotniczych, wzmacnianie portów i utrzymywanie dodatkowych sił obronnych w gotowości.
Rafał Miętkiewicz wskazuje, że jednym z operacyjnych rezultatów ukraińskich działań było zmuszenie Rosjan do przenoszenia części zasobów z działań ofensywnych na defensywne. Ukraina nie tylko zadawała straty, ale również zmuszała przeciwnika do wydawania coraz większych środków na ochronę własnej floty i infrastruktury.
Dla Bałtyku jest to szczególnie istotne. Niewielki dron nawodny lub podwodny nie musi zatopić okrętu, aby przynieść efekt operacyjny. Wystarczy, że jego pojawienie się spowoduje zamknięcie portu, akcję poszukiwawczą, zmianę trasy statków albo konieczność ochrony kabla, gazociągu czy instalacji energetycznej.
Wojna morska to także wojna o gospodarkę
Morze Czarne pokazuje też, że celem działań morskich nie muszą być wyłącznie okręty. Porty, terminale, linie żeglugowe i infrastruktura logistyczna wpływają na zdolność państwa do funkcjonowania i finansowania wojny.
Według analizy Instytutu Europy Środkowej od wiosny 2026 r. Ukraina zwiększyła skalę uderzeń na rosyjskie cele strategiczne na Krymie, Morzu Czarnym i Azowskim oraz na linie komunikacyjne. Autorzy opracowania wskazują, że działania te miały ograniczać rosyjskie możliwości logistyczne i eksportowe. Rosja odpowiedziała nasileniem ataków na ukraińskie porty i statki handlowe.
To istotna lekcja dla Polski. Bałtyk jest równocześnie szlakiem transportowym, przestrzenią energetyczną i obszarem działania sił zbrojnych. Porty, terminale gazowe, gazociągi, morskie farmy wiatrowe oraz kable przesyłowe mogą w sytuacji kryzysowej stać się przedmiotem presji militarnej lub działań hybrydowych.
Ochrona Bałtyku nie może więc ograniczać się do zdolności zwalczania okrętów przeciwnika. Obejmuje również rozpoznanie powierzchni morza i przestrzeni podwodnej, ochronę podejść do portów, monitorowanie infrastruktury krytycznej oraz zdolność do szybkiego identyfikowania niewielkich jednostek nawodnych i podwodnych.
Wniosek dla Bałtyku: liczy się system
Najważniejszy wniosek z Morza Czarnego nie dotyczy konkretnego typu drona. Ukraina osiągała największe efekty, gdy łączyła różne środki – pociski przeciwokrętowe, miny, bezzałogowce, rozpoznanie, walkę radioelektroniczną i działania specjalne.
Dla Polski oznacza to potrzebę budowania systemu, w którym sensory, okręty, lotnictwo, baterie brzegowe, drony i ochrona infrastruktury działają razem. Równie ważna jest zdolność do szybkiego wprowadzania zmian na podstawie obserwacji sposobu działania przeciwnika.
Morze Czarne pokazuje bowiem dwie strony tego samego zjawiska. Ukraina udowodniła, że państwo dysponujące znacznie słabszą flotą może ograniczyć swobodę działania silniejszego przeciwnika. Na Bałtyku podobną logikę może jednak próbować zastosować Rosja. Przewagę będzie miała więc nie tylko strona posiadająca więcej okrętów, lecz także ta, która szybciej wykryje zagrożenie, połączy informacje z różnych źródeł i sprawniej dostosuje sposób działania do kolejnego ruchu przeciwnika.
Główne wnioski
- Najważniejszą lekcją z Morza Czarnego jest zdolność do odmowy przeciwnikowi swobodnego wykorzystania morza. Ukraina pokazała, że nawet słabsza strona może ograniczyć działania silniejszej floty, jeśli połączy pociski przeciwokrętowe, miny, drony, rozpoznanie i działania specjalne. Dla Bałtyku oznacza to, że przewaga nie zależy wyłącznie od liczby okrętów.
- Systemy bezzałogowe są elementem większego systemu, a nie zamiennikiem marynarki wojennej. Jak podkreśla kmdr por. dr Rafał Miętkiewicz, drony mogą zwiększać zasięg rozpoznania, rażenia i ochrony, ale powinny działać razem z okrętami, lotnictwem, bateriami brzegowymi i systemami walki elektronicznej.
- O wyniku przyszłych działań na Bałtyku może decydować tempo adaptacji i ochrona infrastruktury. Morze Czarne pokazuje, że każda nowa technologia szybko spotyka się z przeciwdziałaniem. Dlatego równie ważne jak zakup uzbrojenia są możliwość jego szybkiej modyfikacji oraz zdolność do ochrony portów, kabli, gazociągów i infrastruktury energetycznej.