Czy afery wciąż obalają rządy? Dr Rydliński: wyrok zapada przy urnach
Afera wokół Warszawskiego Szpitala Południowego zachwiała atmosferą wokół rządu. Dawniej podobne sprawy prowadziły do dymisji. Dziś mechanizm odpowiedzialności wygląda inaczej. Dlaczego? I co ma z tym wspólnego konstytucja?
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jakie afery w przeszłości poważnie wpływały na kształt gabinetów rządowych.
- Jakie czynniki decydują dziś o upadkach rządów w Europie.
- Kiedy, zdaniem politologa, rozpoczął się początek końca obecnego rządu i dlaczego nastąpiło to znacznie wcześniej niż przy obecnej aferze.
Wyjątkowo niespokojny sezon ogórkowy przyniósł jedną z najgłośniejszych afer polityczno-medialnych w ostatnich tygodniach. Sprawie Warszawskiego Szpitala Południowego przygląda się obecnie prokuratura, a prezydent Warszawy zdymisjonował zarząd szpitalnej spółki. Jednak ani przejęcie sprawy przez państwowe organy, ani wskazanie osobistej odpowiedzialności członków zarządu szpitala, ani koniec politycznej kariery radnego KO Dawida Kacprzyka nie uspokoiły rozgrzanych nastrojów w sieci.
Chwilowy wstrząs czy początek końca rządu?
Nie można wykluczyć scenariusza, w którym afera szpitalna nie przełoży się na gwałtowne spadki sondażowe KO, ale po ewentualnym przejęciu władzy przez prawicę w 2027 r. zostanie uznana za symboliczny początek końca koalicji 15 października. Takie polityczne diagnozy często powstają dopiero po czasie, gdy pojedyncze wydarzenia zaczynają układać się w szerszy obraz utraty zaufania społecznego.
Pewną analogią może być niesławny wyrok Trybunału Konstytucyjnego z jesieni 2020 r., który ograniczył i tak już restrykcyjne prawo Polek do przerywania ciąży. Wówczas przez kraj przetoczyła się fala masowych protestów. Nie obaliły one bezpośrednio rządu PiS, ale przyczyniły się do powolnego, konsekwentnego spadku poparcia dla partii rządzącej, który zakończył się utratą władzy w 2023 r.
Hipotezę o początku końca obecnej koalicji będzie można zweryfikować dopiero w wieczór wyborczy jesienią przyszłego roku. Już teraz afera szpitalna skłania jednak do refleksji nieco szerszej niż sama sprawa Warszawskiego Szpitala Południowego.
Czy polityczne afery, uderzające w czułe struny społecznych emocji, są jeszcze w stanie doprowadzić do upadku całych gabinetów? Czy we współczesnej Polsce taki mechanizm odpowiedzialności politycznej w ogóle jeszcze działa?
Dawne afery wstrząsały rządami
W publicystycznych komentarzach wybrzmiewały porównania do afery Rywina sprzed ponad 20 lat, afery hazardowej oraz afery podsłuchowej sprzed lat, w czasach rządów PO-PSL. Ta pierwsza stała się symbolem upadku ówczesnego SLD i zapoczątkowała erę duopolu obozów Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, trwającą do dziś. Kolejne afery, jak wspomniane hazardowa i podsłuchowa, doprowadziły do dymisji kluczowych ministrów, ale bezpośrednio nie przyczyniły się do upadku koalicji PO-PSL. W przypadku afery podsłuchowej można jednak uznać, że – obok innych czynników, takich jak wyjazd Donalda Tuska do Brukseli czy trafna diagnoza społeczna PiS w 2015 r. – zapoczątkowała schyłek centroprawicowej koalicji.
Zdaniem eksperta
Dr Mateusz Zaremba: Może dojść do sytuacji, w której sam aparat partyjny zaczyna wierzyć, że przegra wybory i straci władzę
Dr Mateusz Zaremba: To może być bomba z opóźnionym zapłonem. Afera może mieć kilka skutków. Po pierwsze, wizerunek partii może na niej znacznie ucierpieć. Afera Rywina zadziałała właśnie z opóźnionym zapłonem – najpierw premier Leszek Miller się utrzymał, poczekał do wejścia Polski do Unii Europejskiej, złożył dymisję, a później nastąpiła już pełna zapaść tej formacji politycznej. Wszystkie teorie zajmujące się wizerunkowym radzeniem sobie ze skandalami wskazują na potrzebę szybkiej, namacalnej reakcji. Tak prawdopodobnie zachował się Donald Tusk w przypadku afery hazardowej z 2009 roku. Kiedy błyskawicznie zdymisjonował zaangażowanych w nią polityków, było po krzyku. Jeśli zajrzy się do ówczesnych sondaży zaufania do rządu, widać tam wyraźne tąpnięcie i szybkie odbicie, ponieważ afera została ucięta w zarodku. W przypadku afery Rywina w zeznaniach Jerzego Urbana znajduje się fragment opisujący jego rozmowę z Millerem. Doradzał on premierowi, że w obliczu afery trzeba „walnąć po swoich”, żeby społeczeństwo poczuło, że jest jakaś reakcja, a także po to, aby uspokoić własne partyjne towarzystwo. Dlaczego o tym mówię?
Zazwyczaj w takich sytuacjach mówi się głównie o wizerunku partii i utracie zaufania do polityków, ale afera ma też drugi skutek. Drugą stroną medalu jest to, że może dojść do sytuacji, w której sam aparat partyjny zaczyna wierzyć, że przegra wybory i straci władzę. Przez to politycy przestają dbać o interes partii czy interes społeczny, a zaczynają dbać o własne interesy.
Czy uważa pan, że obecny rząd znajduje się w takim właśnie momencie politycznego zawieszenia i widma paraliżu?
Myślę, że obecny rząd jest na rozstajnych drogach i to ostatni moment, żeby albo solidnie „walnąć po swoich” i przywrócić towarzystwo do porządku, albo powoli zacząć przygotowywać się na porażkę. Uważam, że musiałaby wybuchnąć bardzo spektakularna afera, w której brak reakcji byłby dla koalicjantów katastrofą, aby doprowadzić do natychmiastowego upadku gabinetu i wyjścia z koalicji. Inaczej będzie to działać ze wspomnianym opóźnionym zapłonem. Rząd nie upadnie dzisiaj czy jutro, ale przestanie aktywnie działać, bo powiązani z nim ludzie nie będą już wierzyli, że z tego projektu może coś jeszcze być. To swego rodzaju samospełniająca się przepowiednia, która utrwala patologiczne mechanizmy: politycy zaczynają po prostu zabezpieczać swoje prywatne wpływy i obsadzać się w spółkach.
Pewnym przejawem przygotowywania się na scenariusz bycia opozycją jest kandydatura mecenas Sylwii Gregorczyk-Abram na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Wysunięcie kandydatury osoby tak silnie utożsamianej z jedną ze stron politycznego sporu odczytuję jako wstępny sygnał budowania instytucjonalnego zaplecza, choć oczywiście nie ma na to jeszcze twardych dowodów.
Jeśli brak stanowczej reakcji na ewentualne afery połączy się ze zjawiskiem, o którym pan mówi, w jaki sposób przełoży się to na szanse rządu w nadchodzącym cyklu wyborczym?
Afery rozprężają całe środowisko polityczne i diametralnie zmieniają wyobrażenie obywateli o rządach. Oczywiście nie wierzę, że w takiej sytuacji twardy elektorat formacji całkowicie zrezygnuje z jej poparcia. Jednak część tych wyborców, którzy nowo napłynęli do obecnego obozu władzy tuż przed wyborami w 2023 roku, może poczuć głębokie rozczarowanie i uznać, że to wszystko nie ma już najmniejszego sensu. W efekcie partia rządząca będzie miała w przyszłości ogromne trudności ze zmobilizowaniem dodatkowych wyborców. Uważam, że z tym poziomem poparcia, który posiadają obecnie, po prostu nie wygrają kolejnych wyborów i nie będą mieli wystarczającej siły politycznej, aby ponownie stworzyć gabinet.
Po drugiej stronie sceny politycznej przywołuje się z kolei aferę gruntową z 2007 r. Po niej egzotyczna koalicja PiS z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną załamała się pod wpływem wewnętrznych intryg oraz całkowitej erozji zaufania między koalicjantami.
Symptomatyczne jest jednak to, że w dyskursie publicznym wracają głównie porównania do afer sprzed kilkunastu lub ponad 20 lat. Ówczesny sposób konsumowania polityki – i szerzej: jej uprawiania – drastycznie różnił się od współczesnego. Dziś bańki informacyjne i algorytmy pełnią rolę szafarzy dostępu do informacji, a ich logice podporządkowują się zarówno politycy, jak i publicyści.
Czy zatem głównym czynnikiem powodującym „teflonowość” obecnych ekip rządzących są właśnie algorytmy oraz podtrzymywana przez nie afektywna polaryzacja? To może być część prawdy. Istnieją jednak – choć niezbyt liczne – przykłady z zagranicy, które podważają tezę o pełnej odporności rządzących na polityczne afery.
„Teflonowe” rządy w Europie potrafią zachwiać się nawet dzisiaj
W 2019 r. Austrią wstrząsnęła tzw. afera z Ibizy. Austriackie media opublikowały nagranie, na którym wicekanclerz Heinz-Christian Strache omawiał z kobietą podającą się za bratanicę rosyjskiego oligarchy możliwość przejęcia wpływów w austriackich mediach oraz przyjęcia nielegalnych darowizn na rzecz stowarzyszenia powiązanego z FPÖ, czyli skrajnie prawicową Wolnościową Partią Austrii. Już dzień później członkowie FPÖ zostali usunięci z rządu. Do dymisji podał się także ówczesny kanclerz Sebastian Kurz z chadeckiej ÖVP.
Twarde dowody pozbawiły stanowiska także premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona, gdy wyszło na jaw, że politycy Partii Konserwatywnej łamali obostrzenia dotyczące COVID-19, które sami wcześniej ustanowili. Hipokryzja torysów spotkała się z gniewem opinii publicznej i doprowadziła do dymisji Johnsona.
Prokuratorskie śledztwa pozbawiły z kolei stanowiska premiera Estonii w 2021 r. oraz premiera Litwy rok temu. W obu państwach bałtyckich wszczęto wówczas postępowania karne w sprawie korupcji.
Najbardziej jaskrawe przykłady dymisji rządów wiązały się jednak z morderstwami dziennikarzy. Na Słowacji zamordowano Jána Kuciaka, a na Malcie w bestialskich okolicznościach zabita została Daphne Caruana Galizia. Oboje prowadzili śledztwa niewygodne dla rządzących.
Po masowych protestach na Malcie i Słowacji oraz pod wpływem międzynarodowej presji do dymisji podał się w 2018 r. kolejno premier Słowacji Robert Fico. oraz premier Malty, Joseph Muscat, w 2020 r.
Co dziś obala rządy?
Co łączy wszystkie powyższe przypadki? Twarde dowody na nadużycia władzy, jak w Austrii, poważne obciążenie wizerunkowe dla partii rządzącej, jak w Wielkiej Brytanii, oraz masowy gniew społeczny i presja międzynarodowa, jak po zabójstwach dziennikarzy na Słowacji i Malcie.
Do czynników sprzyjających upadkom rządów należy zaliczyć słabości koalicyjne. Bez nich gabinety w Austrii czy na Słowacji mogłyby przetrwać własne afery. Borisa Johnsona pogrążyło z kolei naruszenie zasady równości wobec prawa w czasie kryzysu. To szczególnie rozsierdziło brytyjskie społeczeństwo, które samo było gotowe na wyrzeczenia.
Powyższe czynniki znacząco przyczyniły się do zmian politycznych we wspomnianych państwach europejskich. Jednak podobne afery na polskim podwórku mają inną dynamikę. Z dr. Mateuszem Zarembą z SWPS zgadza się dr Bartosz Rydliński, politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie,
Bomba z opóźnionym zapłonem
– Afery rzeczywiście wpływają na upadek rządów, ale polityczny wyrok wykonuje się dziś zazwyczaj dopiero przy urnach, w konstytucyjnym terminie wyborów. Należy pamiętać, że gdyby nie seria skandali z czasów pierwszych rządów Platformy Obywatelskiej – na czele z aferą hazardową i podsłuchową – Prawo i Sprawiedliwość nie wygrałoby wyborów w 2015 r. Z kolei PiS również obciążały liczne kontrowersje, takie jak sprawa „Willa Plus” czy afera wizowa, które ostatecznie przyczyniły się do utraty przez tę partię władzy – mówi politolog.
Jak dodaje, Donald Tusk pamięta o tym.
– W przeszłości sam poświęcał bardzo wpływowych polityków PO z pierwszej linii frontu właśnie w wyniku afer, a mimo to na końcu i tak przegrał wybory. Wydaje się, że wyciągnął z tego wnioski i dziś przyjmuje inną strategię. Obóz rządzący może być obecnie uspokojony korzystnymi sondażami, ale to przedwczesna radość. Sprawa dotycząca swoistej prywatyzacji dostępu do Szpitala Południowego w Warszawie prędzej czy później zacznie negatywnie rzutować na to, jak Koalicja Obywatelska jest postrzegana przez wyborców – uważa dr Rydliński.
Czy zatem obecną aferę można postrzegać jako „początek końca” dla obecnej koalicji?
Ekspert: początku końca należy upatrywać w podpisaniu umowy koalicyjnej
– Przewrotnie powiem, że być może „początek końca” nastąpił już w momencie podpisania umowy koalicyjnej. Stworzono niezwykle trudny układ, składający się z czterech ugrupowań o rozbieżnych interesach i wrażliwościach. Co gorsza, oparto go na dokumencie, który przypomina zbiór ogólnych opowieści i intencji, a nie na konkretnym planie działania. Trzeba jednak zaznaczyć, że pierwszą ofiarą błędnych i niepopularnych decyzji rządu wcale nie jest partia Donalda Tuska. W pierwszej kolejności tracą na tym koalicjanci: Polska 2050 Szymona Hołowni i Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz oraz Polskie Stronnictwo Ludowe. Niewykluczone, że polityczną cenę zapłaci wkrótce także Nowa Lewica, balansująca dziś na granicy poparcia z 2023 r. – zwraca uwagę ekspert.
W jego ocenie wyborów nie przegrywa się przez jedno spektakularne potknięcie, lecz przez całą serię zaniedbań i niefortunnych decyzji. A wyborcy mają z czego wybierać.
– Te zjawiska nie sprawią oczywiście, że rozczarowani wyborcy rzucą się w ramiona prawicy – Sławomira Mentzena, Krzysztofa Bosaka czy Jarosława Kaczyńskiego. Zamiast tego mogą się zdemobilizować i po prostu nie pójść głosować. Z drugiej strony, po przekroczeniu pewnego „progu bólu”, część z nich w ramach protestu może przenieść swoje poparcie na partię Razem. Choć formacja ta może wydawać się im radykalna gospodarczo, pozostaje w pełni demokratyczna i prawnoczłowiecza. Już teraz widać w sieci, że wystąpienia Adriana Zandberga w sprawie Szpitala Południowego potrafią mobilizować nie tylko tradycyjnych socjaldemokratów, ale także krytycznie nastawionych wyborców liberalnego centrum – uważa dr Rydliński.
Historyczne traumy mogą wstrząsnąć sceną polityczną
Dr Bartosz Rydliński wymienia jednak czynniki, które w innym scenariuszu kryzysowym mogłyby rozsadzić koalicję rządzącą jeszcze przed nadchodzącymi wyborami.
– W Polsce takie absolutne punkty krytyczne są ściśle powiązane z naszymi traumami historycznymi, w szczególności z okresem transformacji ustrojowej. Wyrokiem śmierci dla każdej partii rządzącej byłaby dziś głęboka recesja gospodarcza i radykalny wzrost bezrobocia. Dopóki ludzie czują stabilność zatrudnienia – nawet przy niesatysfakcjonujących pensjach – nie ma podatnego gruntu pod masowe protesty. Obywatele nie wyjdą z tego powodu na ulice – uważa politolog.
Drugim takim punktem krytycznym byłby gwałtowny zwrot w polityce bezpieczeństwa narodowego.
– Gdyby premier zadeklarował na forum europejskim chęć zniesienia sankcji wobec Rosji albo nagle stwierdził, że wstrzymuje zakupy sprzętu wojskowego, by budować przedszkola, wywołałoby to potężny wstrząs. Premier Tusk nie ma jednak skłonności samobójczych i z pewnością nie popełni takiego błędu – uważa politolog.
Dochodzi do tego jeszcze jeden czynnik: znieczulica Polaków na powtarzające się afery medialne.
– Dominuje narracja: „obecni kradną, ale poprzedni też kradli, tylko trochę bardziej się dzielili”. Wbrew narzekaniom, polska scena polityczna, na tle tradycyjnych i doświadczonych demokracji zachodnich, jest niemal oazą spokoju. Wystarczy spojrzeć na Wielką Brytanię, w której w ostatnich latach premierzy zmieniali się w błyskawicznym tempie. Na tym tle wieloletnie rządy Beaty Szydło, Mateusza Morawieckiego, a teraz powrót Donalda Tuska dowodzą politycznej stabilności państwa – zauważa Bartosz Rydliński.
Kryzysy polityczne stabilizuje Konstytucja?
Rzeczywiście, w porównaniu z Wielką Brytanią, gdzie władzę wkrótce przejąć ma siódmy premier w ciągu 10 lat, Polska cechuje się dużą stabilnością polityczną. Zdaniem Rydlińskiego regularnie krytykowana przez publicystów i prawników konstytucja ma jedną zasadniczą zaletę.
– Nasz wbudowany w system konflikt instytucjonalny ma bardzo ważną zaletę: na bieżąco spala i rozładowuje emocje społeczne, które w innych krajach doprowadzają do gwałtownych zrywów i wywracają rządy do góry nogami. Lubimy narzekać na konstytucję, twierdząc, że wprowadza chaos decyzyjny, ale ja stawiam mocną tezę ustrojową: to nasz główny bezpiecznik. Działa dokładnie tak jak korki w instalacji elektrycznej. Kiedy dochodzi do spięcia, wybijają, system na chwilę się zatrzymuje, ale możemy go bez problemu zrestartować, unikając pożaru całego państwa. I należy trzymać kciuki, aby ten mechanizm nadal pozostawał tak skuteczny – podsumowuje politolog.
Idąc tym tropem, obecnie koalicja rządowa doświadcza poważnych spięć wewnątrz własnych struktur. Pożaru jeszcze nie widać, ale polityczna katastrofa może nadejść do 2027 r. z opóźnionym zapłonem.
Główne wnioski
- W wielu krajach Europy w ostatnich latach rządy upadały wskutek skandali budzących silne emocje społeczne. W Polsce takie kryzysy rzadko prowadzą do natychmiastowego upadku gabinetu. Jak wskazują dr Mateusz Zaremba oraz dr Bartosz Rydliński, ich negatywne konsekwencje zazwyczaj kumulują się i odzwierciedlają dopiero w wynikach kolejnych wyborów parlamentarnych. Przykładem takiego opóźnionego mechanizmu utraty poparcia może być obecna sprawa wokół Szpitala Południowego w Warszawie.
- W ocenie dr. Rydlińskiego natychmiastowa dymisja gabinetu w polskich warunkach mogłyby wywołać jedynie drastyczne zjawiska gospodarcze lub geopolityczne. Chodzi przede wszystkim o głęboką recesję połączoną z radykalnym wzrostem bezrobocia. Podobny destrukcyjny skutek przyniosłaby nagła zmiana w obszarze bezpieczeństwa narodowego. Takiego scenariusza jednak nie należy się spodziewać. Bardziej prawdopodobne jest, że skutki obecnych afer ujawnią się dopiero przy urnach wyborczych w 2027 r.
- Mimo wysokiego poziomu polaryzacji polską scenę polityczną cechuje duża stabilność w porównaniu z niektórymi europejskimi demokracjami. Konflikty instytucjonalne wynikające z krajowej konstytucji pełnią funkcję ustrojowych bezpieczników. Rozładowują bieżące napięcia społeczne i chronią aparat państwowy przed gwałtownymi wstrząsami. To sprawia, że nagłe upadki rządów w Polsce są mniej prawdopodobne niż w wielu innych państwach.
