Nikt nie zdobył większości w Knesecie. Lider opozycji wezwał Benjamina Netanjahu do wycofania się z polityki

Zarówno blok premiera Benjamina Netanjahu, jak i blok opozycyjny, którego liderem jest były szef sztabu Gadi Ajzenkot, nie uzyskały większości w wyborach w Izraelu. Według exit poll minimalnie wygrała jednak opozycja.

– Społeczeństwo zagłosowało za zmianą. Zaufanie obywateli straciła koalicja, która poniosła klęskę. Izraelczycy opowiedzieli się przeciwko dalszym rządom Netanjahu – powiedział po głosowaniu Gadi Ajzenkot. Wezwał więc premiera, by zaakceptował „wotum nieufności wyborców” i wycofał się z polityki. Uznał też, że przy takiej frekwencji (77 proc.) kolejne wybory byłyby błędem.

Ajzenkot chce też stworzyć „syjonistyczny rząd”. Ma zamiar wprowadzić powszechny obowiązek służby wojskowej – planuje rozszerzyć ją na ultraortodoksyjnych Żydów. Ma zamiar doprowadzić do likwidacji Hamasu.

Netanjahu mówi o „świętej wizji”

Ajzenkotowi odpowiedział już Netanjahu. Premier zapowiedział, że czeka na „prawdziwe wyniki wyborów”. Dodał, że jego blok zdobył większość zarówno wśród wyborców żydowskich, jak i „wszystkich, którzy popierają państwo”. Likud zaś jest największą partią w kraju.

– Izrael stoi przed wyjątkową szansą historyczną – wraz z naszym partnerem, prezydentem Trumpem – by raz na zawsze usunąć egzystencjalne zagrożenie, jakim jest Iran. Nie możemy jednak pozwolić, by ukryte motywy odciągnęły nas od tej świętej misji – stwierdził.

Blok Ajzenkota zdobył bowiem minimalną przewagę w wyborach – według exit poll to od 52 do 53 mandatów, a Netanjahu może liczyć na 50 deputowanych. By jednak stworzyć rząd, potrzeba 61 mandatów. Kilkunastu deputowanych wprowadzą do Knesetu Arabowie, jednak oba główne bloki wykluczały stworzenie z nimi rządu. Negocjacje potrwają więc wiele tygodni i mogą skończyć się kolejnymi wyborami. Tak jak było to w latach 2019–2022, gdy obywatele Izraela pięciokrotnie szli do urn.