Dr inż. Dagmara Stasiowska: „Chciałabym być pierwszą kosmiczną pszczelarką” (WYWIAD)
– Ludzie sobie przypomnieli, po co latamy w kosmos. Znowu do nas dotarło, że kosmiczne misje to ciąg dalszy pieśni o byciu człowiekiem. O ponadnarodowej współpracy badawczej, odkrywaniu nieznanego i rozwoju cywilizacji – mówi dr inż. Dagmara Stasiowska z Wydziału Technologii Kosmicznych AGH.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Po co wysyłać pszczoły w kosmos.
- Jak możemy na Ziemi wykorzystać informacje z eksperymentów realizowanych w celu eksploracji kosmosu.
- Dlaczego badania dr Dagmary Stasiowskiej będą miały znaczenie, gdy człowiek zdecyduje się zasiedlić inne planety.
Wchodzę do prosto urządzonego gabinetu. Za to widok powala. Z ósmego piętra budynku Akademii Górniczo-Hutniczej roztacza się panorama na cały stary Kraków: Wawel, Kościół Mariacki, wysoko zawieszony nad Wisłą turystyczny balon.
Gabinet dr Dagmary Stasiowskiej mieści się jednak w budynku Wydziału Odlewnictwa. Pytam więc od progu:
Dlaczego nie na Wydziale Technologii Kosmicznych AGH, gdzie pani pracuje?
Dr inż. Dagmara Stasiowska: Tam się błyskawicznie zrobiło ciasno. Wydział działa zaledwie rok, a w tym czasie rozbudował się do około 50 osób.
To dużo jak na zespół, który ma badać nieodkryty kosmos?
To bardzo dużo jak na nowy wydział. Jesteśmy dość specyficzni. Wcześniej nigdy na AGH nie zakładano wydziału od zera. Zwykle nowy kreował się na bazie już istniejących, większych jednostek. Załóżmy, że był wydział geologiczny i z niego wyłamały się wydział geologii i wydział geodezji. Nasz wydział powstał niemal z niczego.
Warto wiedzieć
Dr inż. Dagmara Stasiowska
Specjalizuje się w inżynierii biomedycznej i badaniach kosmicznych (Wydział Technologii Kosmicznych Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie). Doktorat z tematyki kosmicznej obroniła w marcu 2025 roku. Badała zachowanie pszczół w czasie lotów kosmicznych. Jest zaangażowana w projekty AGH Space Systems. Bada m.in. wpływ warunków kosmicznych na organizmy, a także wykorzystanie materiałów w warunkach kosmicznych.
Jeden z projektów, w którym gra aktywną rolę – opaska MXene – była testowana w warunkach LEO (na niskiej orbicie okołoziemskiej) w czasie pobytu w kosmosie przez dra Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego.
Wolność decyzji vs doświadczenie i możliwości
Skąd bierze się tylu chętnych kosmicznych naukowców? Bo zasoby w kraju są raczej skończone.
Ze świata. Jest u nas wielu Polaków, ale to są osoby, które często karierę rozwijały za granicą. Mamy w zespole na przykład dra Tomka Zajkowskiego, który pracował w NASA Ames Research Center czy dr Agatę Rudolf, która pracowała w różnych ośrodkach naukowych w Chinach i w Stanach. Ale duża część kadry to po prostu obcokrajowcy jak chociażby fizyk kosmiczny prof. Michele Armano związany z Europejską Agencją Kosmiczną. Pracował też u nas naukowiec z Indii, dr Darukesha, który był jednym z głównych inżynierów indyjskiej misji na Księżyc!
Jak się pozyskuje tych naukowców do Polski? Pewnie większość z nich mogłaby pracować w wielu innych miejscach znacznie bardziej zaawansowanych w badaniach kosmosu. Pociąga ich czysta karta Polski, możliwości badawcze czy po prostu trzeba im słono zapłacić?
Też często ich pytam, dlaczego Polska, Kraków? Nie mamy tu jeszcze przecież wiele rekordów, które mówią, że jesteśmy dobrą jednostką. Wszyscy mi mówią to samo: że w Polsce jest badawcza wolność. Przez to, że nasza jednostka jest nowa, dużo jeszcze leży w rękach samych naukowców. Mogą kształtować procesy badawcze, decydować, w którym kierunku pokierować ten wydział. Ich propozycje są słuchane.
A pani nigdy nie kusiło, żeby pojechać do pracy za granicę?
Kusiło! Kusiło wiele razy i kusi. Chciałam jechać na studia postdoc [staż podoktorski –red.] do Szwecji, bo nasza uczelnia współpracuje z tamtejszą uczelnią. Natomiast wyjazd naukowy zawsze wiąże się z pozyskaniem środków finansowych, więc muszę zaczekać na jakiś grant. Rozglądam się, żeby zmienić choć na jakiś czas perspektywę. To dla badacza jest tak samo ważne, jak dla badań.
A gdzie się dzisiaj jeździ w pierwszej kolejności? Jaki jest pani TOP3 miejsc – uczelni, instytucji czy krajów najbardziej atrakcyjny, żeby badać kosmos?
Zawsze Stany Zjednoczone są pierwsze.
Nadal? Nawet mimo kolejnych zapowiedzi administracji prezydenta Trumpa w sprawie cięć budżetów na badania naukowe?
Nadal. NASA i jej ośrodki to wciąż święty Graal. To jest nadal czołowy ośrodek naukowy. Rzeczywiście, dziś jeszcze trudniej jest się tam dostać, gdy jest się z zagranicy. Niezmiernie rzadko uruchamiane są programy dla obcokrajowców, ale też się zdarzają. Trzeba pilnie obserwować i wiedzieć, kiedy reagować.
Drugie miejsce, które bym wybrała to holenderski ośrodek Europejskiej Agencji Kosmicznej, w którym prowadzi się najwięcej badań i testów.
Trzecim ważnym dla mnie ośrodkiem badań kosmosu jest francuska agencja kosmiczna.
To ciekawe, że nie wymieniła pani ani Chin, ani Indii. A tyle się mówi o ich wyścigu kosmicznym z USA, o tym, na jakie projekty się porywają i na jakie osiągnięcia je stać. To tylko propaganda?
W dużej części to prawda. Ich badania są na bardzo wysokim poziomie. Technologia jest na wysokim poziomie. Bardzo gorącym kierunkiem jest także Japonia, mimo nieudanego lądowania lądownika na Księżycu. Ale kosmos zdobywa się właśnie przez porażki, bo z nich się uczymy więcej niż z sukcesów.
Dla mnie jednak różnice kulturowe w tych krajach są zbyt duże, by akurat teraz tam jechać z opcją życia i pracy przez kilka lat. Geopolityka też nie sprzyja przesiedlaniu się na drugi koniec świata. To raczej nie byłby mój pierwszy wybór.
Pieśń o byciu człowiekiem
Co wniósł ten ostatni lot w kosmos, dookoła Księżyca? Ludzie zrobili to przecież pół wieku temu. W międzyczasie Chińczycy posadzili sondę po tzw. ciemnej stronie Księżyca. Koszty tego najnowszego lotu były ogromne. Warto było?
Oczywiście! Duże znaczenie ma to, że ludzie sobie przypomnieli, po co latamy w kosmos. Znowu do nas dotarło, że kosmiczne misje to jest ciąg dalszy pieśni o byciu człowiekiem. O ponadnarodowej współpracy badawczej, o odkrywaniu nieznanego, o rozwoju cywilizacji.
I tu zawsze pada pytanie o maluczkich na Ziemi: a co my z tego mamy poza tą epicką historią?
Mamy ten komputer, który przed panią leży, telefon, który każdy nosi w kieszeni…
A co będziemy mieć?
Tego nie wiemy. Gdy lecieliśmy na Księżyc za pierwszym razem, też nie wiedzieliśmy, co nam to przyniesie, A przyniosło bardzo dużo technologii, które używane są dzisiaj na co dzień. Są traktowane jako coś absolutnie oczywistego, a powstały na potrzeby misji kosmicznych. Na przykład folia NRC, czyli koc ratunkowy – dziś w każdej karetce czy na statku. Podobnie przenośne aparaty EKG. Mleko modyfikowane też było kiedyś projektem kosmicznym NASA. A moim ulubionym przykładem zawsze są rzepy, bo to jest najprostsza rzecz na świecie, której każdy użył chociaż raz w życiu, np. zapinając dziecku buty.
Kosmos jak ziemia obiecana
Pani specjalizacja to inżynieria biomedyczna. Ale nie od niej zaczynała pani edukację na studiach. Jak szeroko badania kosmosu są dziś otwarte także na dziedziny inne niż tradycyjnie kojarzące się z kosmosem, typu astronomia czy fizyka? Kto jeszcze może marzyć o tym, że kiedyś sam też postawi stopę gdzieś poza Ziemią?
Studiowałam odnawialne źródła energii. Później przeniosłam się na inżynierię biomedyczną, bo to było najbliższe temu, czym się chciałam zajmować. Badania kosmosu to jest dziś ogromny wachlarz tematyczny. Na naszym wydziale mamy obok inżynierów także biologów, humanistów, prawników. Kosmos to nie tylko budowanie rakiet i wysyłanie astronautów w sensie fizycznym, ale też opieka psychologiczna nad nimi, szeroki kontekst wpływu na dobrostan psychiczny, zarządzanie całym procesem od strony prawnej, określanie zasad odpowiedzialności – za ludzi, ale i za odkrycia, za miejsca, gdzie się ludzi wysyła. W tym spisie zadań każdy, kto chce, znajdzie dla siebie zadanie i rolę. Znam nawet artystów pracujących dla ESA.
I czym się zajmują?
Na przykład tworzą grafiki i wizualizacje do misji kosmicznych. Trzeba umieć „sprzedawać” tę historię. Firma Axiom, która wysłała w kosmos m.in. naszego Sławosza, zatrudnia na stanowisku Main Story Teller Position człowieka, który był narratorem tej misji. Jego zadaniem było opowiadanie. Narracja jest niesamowicie ważna.
W kosmos z biletem powrotnym
Chciałaby pani polecieć w kosmos?
Tak! Tylko nie z biletem w jedną stronę, dlatego – raczej Księżyc, nie Mars. Liczę po cichu, że w niedalekiej przyszłości Księżyc stanie się nowym ISS, czyli laboratorium, które będzie dawało możliwość prowadzenia różnych badań, z różnych miejsc na świecie. Chciałabym, by można tam było polecieć, jak teraz na ISS, przeprowadzić konkretne projekty badawcze i wrócić za dwa, trzy miesiące. To byłoby coś wielkiego.
Czy o swojej specjalizacji i swoich badaniach myśli pani bardziej w kontekście wykorzystania rozwiązań w kosmosie, a nie na Ziemi?
Bardziej w kontekście kosmosu. Chociaż ostatnio moje prace są w dużym stopniu skupione także na Ziemi, to jednak kosmos jest moją główną motywacją.
Kosmos ułatwia nam jednak poznanie. Dzięki badaniom dotyczącym kosmosu możemy wykorzystywać różne zasoby efektywniej także w warunkach ziemskich. Każde badanie kosmiczne realizujemy najpierw na Ziemi, w symulowanych warunkach kosmicznych. Przez to, że te warunki są różne od tego, co nas otacza na co dzień. Mimo że badanie realizujemy na Ziemi, możemy zobaczyć obserwowane procesy z innej perspektywy. Ułatwia nam to poznanie tych procesów i zrozumienie ich mechanizmów, dzięki czemu możemy uczyć się nad nimi bardziej panować.
Kosmos przyspiesza innowacje dzięki rygorystycznym wymogom
W zasadzie projekt opaski–czujnika, przy którym pani pracowała, a który poleciał razem z dr. Sławoszem na ISS, jest chyba nawet bardziej ziemski niż kosmiczny? Może się przydać do monitorowania funkcji fizjologicznych czy biologicznych astronautów, ale generalnie może mieć zastosowanie dla pacjentów na naszej planecie, prawda?
Bardzo się cieszę, że pani to dostrzega. Bardzo wiele osób, które krytykują to, że wydajemy pieniądze na jakiś tam kosmos i w ogóle, po co tam latać, wydaje się przeoczać fakt, że to na Ziemi mamy z tego korzyści. Dlaczego warto prowadzić badania w kosmosie? Dlatego, że technologie w kosmosie rozwijają się po prostu szybciej.
Dlaczego?
Bo są bardzo konkretne zestawy wymagań, którym badacze i badania muszą sprostać. Bardzo pilnowane jest to, żeby projekty rozwijały się w określony, konkretny sposób. Nie ma możliwości pominięcia albo przyspieszenia jakiegoś etapu. Nie może być takiego rozmycia. Na etapie tak zwanego CDR (Critical Design Review) sprawdzamy, co do tej pory stworzyliśmy. Oceniamy, poprawiamy, dopieszczamy, sprawdzamy, czy spełnia wszystkie wymagania, bo potem już nic nie możemy zmienić. A CDR może mieć miejsce już np. na rok przed wylotem misji. A w przypadku dużych projektów nawet dużo wcześniej.
Nasz cykl
Energia Nauki
Polska nauka stoi dziś na rozdrożu. Z jednej strony mamy funkcjonujące jednostki badawcze, utalentowanych młodych naukowców, ponad 300 uczelni wyższych. Z drugiej – systemowe bariery, niedofinansowanie, brak stabilności zawodowej i ograniczone możliwości rozwoju. Wielkość nakładów na naukę nie zachwyca, więc warto zastanowić się nad tym, jak zatrzymać talenty w kraju i mądrze inwestować w badania.
Projekt Energia Nauki to cykl rozmów z naukowcami, wynalazcami i badaczami – tymi, którzy dają energię polskiej nauce, często wbrew trudnościom. Łączymy różne perspektywy i punkty widzenia, by wspólnie znaleźć odpowiedzi na pytania o przyszłość polskiej nauki, jej organizację i finansowanie.
Kosmos zmienia perspektywę. Ziemia korzysta
Ale chyba nie po to wysyła się projekt produktu w kosmos, żeby dopilnować terminu jego powstania?
Oczywiście, że nie tylko po to, ale to na pewno pomaga. W kosmos lata się z badaniami, bo to są bardzo unikatowe warunki, które dają możliwość wglądu w rzeczy, jakich na Ziemi nie dostrzeżemy. Pierwsza rzecz, o której się myśli przy lataniu w kosmos, to jest oczywiście stan nieważkości. W mikrograwitacji badania prowadzi się inaczej. Na przykład komórka drukowana w kosmosie na drukarce 3D formuje się trochę inaczej.
Badanie w kosmosie pozwala weryfikować ziemskie błędy?
Czasami tak. Kosmos pokazuje niedociągnięcia, zwłaszcza w sensie użytkowania czegoś. Na przykład, jeśli chodzi o zapięcia, wkładanie czegoś, zamykanie – brak ciążenia weryfikuje nieudane rozwiązania. Niecodzienne warunki wymuszają więc także niecodzienny, nieoczywisty sposób myślenia, którego ludzie na co dzień nie wykształcają, bo nie mają takiej potrzeby.
Kosmos może być też punktem odniesienia. W przypadku naszej opaski MXene in LEO, którą badaliśmy w ramach eksperymentów misji Ignis, dzięki wartościom pozyskanym w kosmosie wiemy, czego możemy oczekiwać, prowadząc badania na Ziemi.
Opaska dla kosmonauty, pilota i pacjenta
Nie chcę kontestować waszego projektu i starań, ale czy gdyby nie było tego kosmosu, to tej opaski nie dałoby się przetestować na Ziemi?
Oczywiście, że by się dało. Tu chodzi raczej o to, żeby mieć pewną wartość badawczą, z którą być może kiedyś w przyszłości można będzie zrobić coś więcej, coś innego. Nasz projekt został zgłoszony jako tzw. demonstracja technologii. Chcieliśmy pokazać, że ten konkretny rodzaj technologii, z zastosowaniem określonej kombinacji użytych materiałów, jest w stanie działać na stacji ISS. I to udowodniliśmy. Zatem, gdyby jakieś agencje czy firmy kosmiczne szukały podobnych rozwiązań, które – co bardzo ważne – potencjalnie można wytwarzać bezpośrednio w kosmosie, to mamy dla nich ofertę.
Na pewno też może się zdarzyć, że inny zespół naukowy, gdzieś na świecie, czytając jakąś naszą publikację, stwierdzi, że też chce się zaangażować i nawiąże z nami współpracę. A to naukowcy w dużym stopniu budują kosmiczne agencje.
Poza wszystkim jednak liczymy, że ta opaska po prostu znajdzie swoje zastosowanie na Ziemi. Robiliśmy już dodatkowe badania w szpitalu w Katowicach na pacjentach oddziału kardiologii. Teraz zbliżamy się do realizacji badań z Wojskowym Instytutem Medycyny Lotniczej. Na pilotach chcemy sprawdzić, czy możemy te same czujniki wykorzystywać do monitoringu ich stanu zdrowia w trakcie manewrów.
Bzzzzzz w kosmosie?
Nad czym jeszcze pani teraz pracuje? Szerokim echem odbiły się pani badania pszczelich rodzin „wysyłanych” w kosmos. Czy porzuciła pani pszczoły jako obiekt badawczy?
Absolutnie nie! Nadal badam pszczoły. To do pewnego stopnia kontynuacja badań z doktoratu, bo nadal koncentruję się na badaniu pszczół w warunkach kosmicznych. W trakcie doktoratu robiłam eksperymenty w zakresie wpływu przeciążeń na płodność pszczelich matek, teraz natomiast bardziej skupiam się na wpływie zmienionej grawitacji, w tym księżycowej, na odporność pszczelich robotnic – na poprawność ich funkcjonowania, na ich fizjologię.
Pierwotnie wyszłam z założenia, że czegokolwiek byśmy nie transportowali w kosmos, gdziekolwiek byśmy nie lecieli, to zawsze rakietą, w której doświadcza się przeciążeń. Dlatego najpierw sprawdzałam, jak to na pszczoły zadziała. Jeśli nie przeżyją startu rakiety, czyli tych przeciążeń na samym początku, to nie ma co myśleć o wykorzystaniu tego gatunku. Natomiast gdy już wiadomo, że przeżyły, to trzeba sprawdzić, czy są w stanie nadal poprawnie się rozwijać.
A po co wysyłać pszczoły w kosmos?
Po to, żeby zapylić uprawy. Światowa Organizacja Żywności raportuje, że ponad dwie trzecie żywności i upraw roślin przeznaczonych na spożycie przez człowieka na świecie jest zależne od zapylaczy. A pszczoła jest zapylaczem.
Myśli pani o uprawach na szeroką skalę w księżycowych albo marsjańskich „szklarniach”?
Jeśli na poważnie myślimy o tym, żeby polecieć na Marsa i tam zostać, to nie możemy myśleć o Ziemi jako o poletku produkcyjnym, z którego regularnie będzie tam docierał prowiant. Potrzebne są zapylacze. Po pierwsze jest to skrajnie nieodpowiedzialne, po drugie – kompletnie nieekonomiczne, a po trzecie jest to po prostu niebezpieczne. Wystarczy, że jedna i druga rakieta zawiedzie i cała osada marsjańska umrze z głodu. Trzeba tam zbudować zaplecze żywnościowe. Bardzo bym chciała, żeby ludzkość uniknęła losu głównego bohatera filmu „Marsjanin”!
Wprawdzie ziemniak, którym żywił się „Marsjanin”, rozmnaża się przez bulwy, ale sama uprawa czegokolwiek w regolicie marsjańskim to jest kiepski pomysł. Nie polecam. Regolit marsjański jest pełen metali ciężkich i innych związków, które wchłaniają rośliny.
Jeśli na poważnie myślimy o tym, żeby polecieć na Marsa i tam zostać, to nie możemy myśleć o Ziemi jako o poletku produkcyjnym, z którego regularnie będzie tam docierał prowiant. Trzeba tam zbudować zaplecze żywnościowe. Potrzebne są zapylacze.
Czyli można się wyżywić i przeżyć tylko po to, żeby potem umrzeć w męczarniach.
Mniej więcej. Dlatego właśnie myśli się o uprawach pozaziemskich bardziej w formie tak zwanych upraw hydroponicznych czy aeroponicznych – czyli bez gleby, gdy korzonki zanurza się w wodzie lub wręcz tylko spryskuje specjalną mieszanką odżywczą. Mamy wówczas pełną kontrolę nad uprawą. Jest to także dużo bardziej efektywne pod kątem wykorzystania wody. Niektóre z tych technologii są rozwijane na Ziemi, a później testowane na stacji ISS, gdzie testuje się możliwości produkcji roślinnej w warunkach nieważkości. Ale to mikroskala, gdzie zapylać może jeden człowiek małym pędzelkiem i to wystarczy. Na dużą skalę potrzebujemy zapylaczy.
Przeciążenia i wpływ obniżonej grawitacji to tylko jeden bardzo konkretny parametr, który sprawdzałam. Po drodze mamy jeszcze do czynienia z promieniowaniem, później z warunkami sztucznego oświetlenia w całkowitym zamknięciu i wieloma innymi czynnikami mogącymi wpływać na efektywność zapylaczy.
Pierwsze wyniki badań: pszczoły są niezdecydowane
Co wynika z pierwszych pani badań pszczelich rodzin? Jak się mają pszczoły po kosmicznej „podróży rakietą”? Będą chętnie pracować w kosmosie?
Niestety próba badawcza, którą miałam przy badaniach w trakcie doktoratu, była za mała, żeby stawiać jednoznaczne wnioski. Ale widać, że coś się dzieje. Przeciążenia na pewno wpływają na pszczoły. A konkretnie na to, jak później wygląda dynamika rozwoju takiej pszczelej rodziny – jak szybko matka składa nowe jaja, jak szybko pojawiają się nowe pszczoły.
Dostałam w badaniach dwie drastycznie różne reakcje. Jedna matka poddana przeciążeniu składała później jaja „jak szalona”. Ta rodzina była bardzo silna, dużo bardziej liczna niż cała reszta, niż tzw. kontrola. Ale druga matka z próby zachowywała się dokładnie odwrotnie – bardzo mocno ograniczyła się w czerwieniu, czyli składaniu jaj. Zachowywała się, jakby się przygotowywała do zimowania.
Czyli na razie wiadomo tyle, że nieprzewidywalność skutków lotu w kosmos dla pszczół jest duża.
Tak. Niestety, nie ma za wiele badań na pszczołach w kontekście kosmicznym. Jest ich na świecie zaledwie kilka. Nie ma punktu zaczepienia, by od czegoś wysnuwać dalsze teorie czy pogłębiać wcześniejsze testy. Dlatego stwierdziłam, że trzeba zacząć od czegoś, co jest osiągalne, a osiągalne było sprawdzenie przeciążeń dla pszczoły miodnej, która jest dobrze poznanym gatunkiem wśród zapylaczy.
Dronem pola nie zapylisz. Jeszcze
Czy zamiast wysyłać pszczoły w kosmos, nie warto byłoby się skupić na alternatywnych rozwiązaniach? Na przykład z wykorzystaniem dronów do zapylania upraw?
Są kraje, które prowadzą zaawansowane badania w poszukiwaniu alternatyw, bo cierpią na brak zapylaczy lub przodują w technologiach agrotech, jak Chiny czy Izrael. Izrael jest gigantem w produkcji żywności w kontrolowanych warunkach. W Chinach z kolei jest taki region, który kiedyś wsławił się tym, że eksportował bardzo dużo gruszek doskonałej jakości. Chińczycy eksportowali tak dużo, że chcieli jeszcze więcej. Herbicydy i pestycydy, które stosowali bez ograniczeń, doprowadziły do prawie całkowitego wymarcia zapylaczy. Dziś nie ma tam pszczół ani dzikich zapylaczy. Te grusze zapylają dziś ludzie z pędzelkami.
Pracuje się więc nad miniaturowymi dronami. Ale z robotami jest na razie pewien problem. Okazuje się, że bardzo trudne jest opracowanie do tego drona materiału, który będzie jednocześnie zbierać pyłek i oddawać go. Niezbędne do zapylenia roślin jest przenoszenie pyłku z kwiatka na kwiatek.
To nie jest prosty mechaniczny ruch? Taka mechaniczna łapa, która bierze i oddaje?
Niestety nie. Wałek do czyszczenia płaszcza przykleja do siebie wszystko, co zbierze, ale nie da się tego później strzepnąć. Przykleiło się i nie odkleja. Na razie podobny problem mają technicy, którzy pracują nad dronami do zapylania. Materiał, który jest dobry w ściąganiu czegoś, czyli w pobieraniu pyłku kwiatowego potem nie jest w stanie przetransferować go na kolejny kwiat.
Kosmos będzie wegetariański
Czy kosmos będzie wegetariański? Rozmawiamy o uprawach roślin, ale hodowlę zwierząt na Księżycu trudno sobie wyobrazić.
Bada się możliwość hodowania w kosmosie owadów do spożycia przez człowieka, więc w 100 proc. wege kosmos nie będzie. Chodzi oczywiście o pozyskiwanie niezbędnego białka.
Jeśli mówi się o mięsie w kosmosie, to tylko o drukowanym albo komórkowym. Hodowle komórkowe są już w kilku krajach na bardzo zaawansowanych etapach. Przoduje w tym Azja, gdzie steki z hodowli komórkowej można już po prostu kupić w niektórych sklepach.
Na szczęście, nie mówi się o zabieraniu w podróż na Marsa kur i krów.
Pszczoły na Ziemi już nie są interesujące? Już wszystko o nich wiadomo?
Przeciwnie! Badanie wpływu kosmosu na pszczoły to połowa mojej pracy z zapylaczami. Druga część jest typowo ziemska. Współpracujemy na wydziale z firmą Apisense, która tworzy czujniki do montowania wewnątrz ula do automatycznego rozpoznawania chorób pszczół na podstawie składu powietrza, temperatury, wilgotności. Ja pomagam prowadzić globalną walidację tego systemu.
Dzięki tej współpracy czujniki wykorzystuję także w swoich innych eksperymentach. Współpracuję też z Uniwersytetem Przyrodniczym w Lublinie, który ma wybitnych specjalistów od pszczół. Jeśli uda się potwierdzić, że faktycznie pszczoły mają konkretny tzw. profil zapachowy, gdy są zdrowe, to otworzy nam bardzo dużo furtek, jeśli chodzi o badania chorób, zanieczyszczeń pestycydami, podtruć.
Wymagający splot młodości i kobiecości
Czy trudno być kobietą – naukowczynią od kosmosu? W zarządzie AGH nie ma ani jednej kobiety. Wszystkie statystyki pokazują, że także w hierarchii naukowej im wyżej, tym mniej jest kobiet. Musi się pani przebijać czy też te stereotypy można wreszcie odłożyć do lamusa? Można być kobietą czy lepiej się z tym nie obnosić?
Moja wewnętrzna feministka nadal czasami krzyczy. Bo chociaż nie zależy mi na co dzień na podkreślaniu kobiecości, to czuję, że by mi to nie pomagało.
Jest natomiast taki moment, kiedy bardzo zwracam uwagę, żeby faktycznie wyglądać dziewczęco – gdy mam zajęcia z dzieciakami, jakieś wykłady popularyzujące naukę albo warsztaty. Chcę pokazać, że można być dziewczyną i można robić super naukę.
Lidia Kornowska, która zajmuje się AI w medycynie, napisała ostatnio publicznie o tym, jak przez 20 lat unikała zakładania sukienek na kongresy gospodarcze. Profesjonalizm kojarzył się ze zmaskulinizowanym stylem. Garsonka, spodnie były lepsze niż strój typowo damski. Badania przeprowadzone na kongresach gospodarczych dowiodły, że ekspertkom przerywa się znacznie częściej niż mężczyznom, którzy zabierają głos. Co pani obserwuje? To się zmienia?
Ja też myślę, że w sukience nie miałabym posłuchu. Garnitur jest swego rodzaju zbroją, która dodaje powagi. To jest środowisko, w którym niestety nadal czasem sądzi się po pozorach. A najgorszy jest faktycznie splot młodości i kobiecości.
„Przerzuciłam się na inżynierę i doktorę"
Ale kropla drąży skałę. Twardo stosuję feminatywy, nawet gdy inni przekonują, że to nie brzmi za dobrze. Feminatywy były obecne w Polsce przez wiele lat. W 20-leciu międzywojennym były świadkinie, członkinie, magistry i nikomu to nie wadziło. Potem przyszedł PRL i je zmiótł, a teraz wszyscy uważają feminatywy za nowość.
Czyli jest pani naukowczynią inżynierką?
Przerzuciłam się na inżynierę i doktorę, stosuję te formy, gdy biorę udział w konferencji i jestem proszona o przekazanie swojego bio. Podoba mi się też profesora. Myślę, że to ładniejsze niż profesorka, bo profesorka i doktorka brzmią trochę lekceważąco albo infantylnie.
Język jest ważny, bo przypomina o kobietach w nauce. A przypominać trzeba, ponieważ system często o nas zapomina. Najlepszym przykładem jest brak sensownych regulacji w ZUS, które brałyby pod uwagę niuanse pracy naukowczyni. Przerwa na urlop macierzyński jest możliwa, ale gdyby się zdarzyło, że moja publikacja przekazana recenzentom wiele miesięcy wcześniej ukaże się akurat, gdy pobieram zasiłek macierzyński, może się zdarzyć, że ZUS każe mi go zwrócić. Zgodnie bowiem z paragrafami publikacja oznacza, że pracowałam, a na zasiłku mi nie wolno. Równocześnie jednak inny system rozlicza nas z ilości publikacji.
Co daje energia młodej nauki
A młody wiek przeszkadza w robieniu nauki w Polsce czy otwiera jakieś drzwi? Pytam o to, bo zaostrza się ogólnokrajowa debata wokół traktowania młodych naukowców. Zarabiają bardzo słabo. A z drugiej strony wszyscy chętnie klaszczą nad ważnymi grantami, które uda im się zdobyć. Jest też wiele rankingów wyróżniających młodych badaczy, ale czy ta energia młodości realnie coś ułatwia?
U nas na wydziale środowisko jest bardzo dynamiczne i bardzo otwarte. Raczej nikt nie jest traktowany jako za młody, by móc coś powiedzieć. A bywa, że to młodzi uczą starszych. Właśnie niedawno szkolenia dla zewnętrznego partnera prowadzili u nas m.in. studenci. Bo to oni na wydziale mają doświadczenie w budowaniu i wypuszczaniu satelitów. Szkolili ludzi dwa razy od siebie starszych.
Na koniec zapytam, jak klasyczny HR-owiec: gdzie się pani widzi za 10 lat?
Chciałabym być pierwszą kosmiczną pszczelarką. Gdyby powstała pasieka na Księżycu, chciałabym tam być. Myślę, że to będzie możliwe – za 10, może 15 lat.
Główne wnioski
- Po co nam badania kosmosu: Badania kosmiczne mają głęboki sens i wartość: przypominają o istocie człowieczeństwa, ponadnarodowej współpracy i odkrywaniu nieznanego, napędzając rozwój cywilizacji. Przynoszą realne korzyści na Ziemi – wiele codziennych technologii (np. komputery, telefony, folia NRC/koc ratunkowy, przenośne EKG, mleko modyfikowane, rzepy) powstało dzięki misjom kosmicznym. Kosmos przyspiesza innowacje dzięki rygorystycznym wymogom i unikatowym warunkom. Efekt? Szybszy postęp technologii użytecznych zarówno w kosmosie, jak i na Ziemi (np. opaska MXene, uprawy hydroponiczne dla przyszłych kolonii).
- Badania dr Stasiowskiej łączą inżynierię biomedyczną z biologią kosmiczną. Pracuje nad opaską-czujnikiem MXene (testowaną na ISS w misji Ignis) oraz bada pszczoły w warunkach kosmicznych – sprawdza wpływ przeciążeń i obniżonej grawitacji na ich płodność i odporność, przygotowując zapylacze do księżycowych/marsjańskich upraw.
- Motywacja i szerszy kontekst – kosmos to nie tylko rakiety, ale psychologia, prawo, narracja i popularyzacja nauki. Dr Stasiowska podkreśla rolę kobiet w nauce – sama stosuje feminatywy, promuje naukę kobiet wśród dzieci i młodzieży i marzy o byciu „pierwszą kosmiczną pszczelarką” oraz o pasiece na Księżycu w ciągu 10-15 lat.