Kategorie artykułu: Polityka Świat

Gen. Tomasz Piotrowski: Musimy zacząć oswajać się z myślą, że USA mogą wyjść z NATO (WYWIAD)

W ocenie gen. broni rez. Tomasza Piotrowskiego Europa powinna poważnie brać pod uwagę scenariusz, w którym Stany Zjednoczone ograniczają swoje zaangażowanie w NATO lub nawet z niego wychodzą. Były Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych wskazuje także na problemy związane z przywództwem, wiarygodnością i rolą sojuszy w zmieniającym się układzie sił.

Generał Tomasz Piotrowski
Były Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych generał broni Tomasz Piotrowski: Trzeba zacząć oswajać się z myślą, że USA może wyjść z NATO (PAP/Marcin Obara)

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Czy wojna na linii USA–Iran potrwa jeszcze długo i jakie wnioski płyną z jej przebiegu.
  2. Czy Stany Zjednoczone mogą wyjść z NATO.
  3. Jakimi wartościami powinien cechować się dobry dowódca oraz lider cywilny.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Łukasz Maziewski, XYZ: Każdą rozmowę najlepiej zaczynać od wydarzeń aktualnych, zatem zapytam, jakie wnioski wyciąga pan z tego, co dzieje się od 1,5 miesiąca w Iranie.

Gen. Tomasz Piotrowski: Najważniejszy, moim zdaniem, to wniosek dotyczący przywództwa, które musi być spójne i wiarygodne. A z tym chyba mamy problem, jeżeli chodzi o prezydenta Stanów Zjednoczonych. Słychać to i widać. Cierpi wiarygodność USA jako światowego lidera, a szczególnie instytucji prezydenta. Słyszę to od samych Amerykanów, wypowiadających się na różnych forach: że czasem jest im zwyczajnie przykro, że wstyd im za to, co mówi i robi ich prezydent. Zatem wniosek numer jeden jest taki: przywództwo musi być, jak powiedziałem, spójne, wiarygodne i mieć wsparcie swojego społeczeństwa.

Sądząc po wdechu, jaki pan wziął, to był pierwszy.

Owszem. Drugi dotyczy roli sojuszy, które obecnie są jeszcze ważniejsze niż kilka czy kilkanaście lat temu.

W pana ocenie ta wojna potrwa jeszcze długo?

Nic nie wskazuje, aby ten konflikt zatrzymał się lub skończył w najbliższych tygodniach czy miesiącach. Uważam, że zaczynamy wchodzić w fazę poważnych napięć bezpośrednio między USA a Chinami, czego jasny sygnał mieliśmy w oświadczeniu prezydenta Xi Jinpinga.

Tego się obawiałem. Dobrze, wróćmy do kwestii siły sojuszy.

Niezależnie od tego, jak ktoś jest silny i zdeterminowany, w obecnych czasach bez jasnych, silnych sojuszy nie ma szans. I to widać na przykładzie obecnego konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Warto wiedzieć

Generał broni rezerwy Tomasz Piotrowski

Były Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych. Jeden z trzech (obok Szefa Sztabu Generalnego i Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych) najważniejszych oficerów w Wojsku Polskim, w czasie pokoju.

Żołnierz wojsk zmechanizowanych, weteran Afganistanu, gdzie był zastępcą dowódcy polskiego kontyngentu wojskowego. W latach 2018–2023 był dowódcą operacyjnym. Ze stanowiska ustąpił wraz z Szefem Sztabu Generalnego, gen. Rajmundem Andrzejczakiem. Obecnie wykładowca w Szkole Przywództwa Igora Janke.

Zechce pan to rozwinąć?

Weźmy pod uwagę Izrael. Zdeterminowane państwo, będące niemal cały czas w stanie konfliktu i zagrożenia, wspierane przez największą militarną potęgę, jaką są USA. Jedne z najsprawniej działających sił zbrojnych na świecie. I nawet to nie gwarantuje sukcesu. Wyrażona w dość swoisty sposób przez prezydenta Trumpa „prośba o wsparcie” aliantów wyraźnie pokazuje, że w przypadku kryzysu o dużej skali potrzebni są partnerzy – najlepiej niezawodni.

Chodzi o to, że Iran wciąż walczy i zadaje ciosy?

Też, ale najlepszą egzemplifikacją siły sojuszy jest żądanie uczestnictwa państw NATO w odblokowaniu cieśniny Ormuz, które to państwa zresztą w zdecydowanej większości stwierdziły, że nie dadzą się wciągnąć w ten konflikt.

No właśnie – dlaczego?

Dlatego, że nie widzą swojej racji stanu w tym przedsięwzięciu – z całym szacunkiem dla spójności NATO. Nikt nie lubi być stawiany przed faktem dokonanym, zwłaszcza jeśli za tymi faktami stoi użycie najpoważniejszego argumentu, jakim dysponują państwa, czyli sił zbrojnych. Dodatkowo musimy pamiętać, że jeżeli zamierzamy angażować Sojusz, opierając się na artykule V, to jeszcze po drodze mamy artykuł IV, który dotyczy konsultacji między państwami w przypadku zagrożenia.

Pod względem wojskowym nie zawiodło nic

Zatem muszę postawić pytanie: co zawiodło? W sensie politycznym – przywództwo. A w sensie militarnym? Bo skoro największa militarna potęga, wspierana przez zaawansowany technologicznie Izrael, nie jest w stanie poradzić sobie z Iranem, który – z poszatkowaną obroną przeciwlotniczą i marynarką – wciąż zadaje ciosy. Celne.

Zaskoczę pana: uważam, że militarnie nie zawiodło nic.

Jak to?

Amerykańska siła militarna, bardzo mocno osadzona w społeczeństwie amerykańskim, wielokrotnie mierzyła się z różnego rodzaju wojnami i konfliktami. Irak, Afganistan, teraz działania na Bliskim Wschodzie… Proszę mi wierzyć: biorąc pod uwagę złożoność tych procesów, naprawdę jestem pełen podziwu dla tego, co dzieje się na poziomie wojskowym.

Jakie procesy ma pan na myśli?

Mam na myśli uwarunkowania prowadzenia międzynarodowych operacji połączonych. Proszę pamiętać, że mówimy tu o zdolności do przeprowadzenia uderzenia na ogromnych odległościach. To wszystko trzeba najpierw przygotować pod względem informacyjnym, wywiadowczym i analitycznym. Należy przeprowadzić – jak to się ładnie z angielska nazywa – proces targetingu.

Czy wskazania tego, co istotne.

Właśnie tak. I nie myślę tylko o pojedynczych celach, lecz o sposobie użycia siły militarnej. Czyli jej zaplanowania, skoordynowania i doprowadzenia do określonej efektywności wojskowej. A później oceny skutków i – w razie potrzeby – powtórzenia kolejnych etapów operacji lub dostosowania planów. Z militarnego punktu widzenia odczuwam satysfakcję.

Dlaczego?

Od wielu lat, współpracując z siłami zbrojnymi Stanów Zjednoczonych, widziałem ich potęgę oraz zdolność realizacji operacji na różnych teatrach działań wojennych. Zawsze budziły mój podziw spójność, charakter przywództwa i sprawność działań – mimo wielkich przestrzeni operowania i długotrwałości wyzwań.

Jednak z Iranem jest problem.

Problem zaczyna się wówczas, gdy nie są do końca sprecyzowane i jasno wyartykułowane cele polityczne, które chce się osiągnąć. Zderzyliśmy się z tym w Iraku i Afganistanie. Do tych celów trzeba dostosować odpowiednie narzędzia. Dziś chyba wszyscy jesteśmy przekonani – a jeśli nie, to niektórzy powinni odrobić lekcję – że do „demokratyzowania” krajów nie najlepszym narzędziem jest siła zbrojna, obecność żołnierzy i wymuszanie tego typu procesów bez odpowiedniego osadzenia w dyplomacji, działaniach politycznych oraz środkach ekonomicznych.

Przede wszystkim polityka, czyli Donald Trump nie odrobił lekcji

Donald Trump nie odrobił lekcji?

Po 1,5 miesiąca, po setkach i tysiącach lotów, uderzeń i misji logistycznych – Iran trwa. Prawda? Musimy też pamiętać, że czym innym jest mówienie o wojnie – która, jak wiemy, jest kontynuacją polityki czasu pokoju, prowadzoną innymi środkami – a czym innym jej realne prowadzenie oparte na wiedzy i doświadczeniu.

Ale straty są. Poważne. Spadają warte miliony dolarów drony i samoloty, Amerykanie muszą odzyskiwać ich pilotów…

Oczywiście, że są straty. W większości te, które widzimy, to sensory rozpoznawcze, np. wspomniane przez pana drony MQ-9 Reaper. Samolotów stracono zaledwie kilka, z czego w przypadku myśliwców większość to tzw. friendly fire – pomyłki i być może zła koordynacja w tym bardzo złożonym środowisku operacyjnym. Powtórzę więc: wojskowo tutaj nic nie zawiodło.

Czyli zawiodła polityka.

Przede wszystkim. Brak spójności celów politycznych z użyciem narzędzi militarnych, złe sprecyzowanie zamierzonych celów. Być może także błędne założenie, że wystarczy zdegradować narzędzia militarne i resorty siłowe, aby wzbudzić wewnętrzne ruchy opozycyjne. Największe zastrzeżenia mam do cywilnego kierownictwa nad armią.

Drony, rakiety i nie tylko. NATO musi przeanalizować wojnę irańską

Zejdźmy zatem o dwa piętra niżej. Iran także używa dronów – dość prymitywnych, znanych z Ukrainy Shahedów i innych. Oczywiście nie tylko ich, ale mimo to udaje mu się skutecznie powstrzymywać machinę USA i Izraela. Cała machina NATO ma tu chyba coś do przemyślenia.

Każdy konflikt dla układu militarnego, dla traktatu takiego jak NATO, jest źródłem analiz. Pamięta pan konflikt Azerbejdżan–Armenia? On również był źródłem wielu konferencji, analiz i dociekań dotyczących kierunków zmian w prowadzeniu działań zbrojnych. Wówczas po raz pierwszy na tak dużą skalę pojawiły się bezzałogowe systemy. Zaczęliśmy szerzej myśleć o uderzeniach saturacyjnych, wykorzystaniu różnego rodzaju platform bezzałogowych do osłabiania obrony powietrznej i przeciwlotniczej przeciwnika. Mogliśmy również zobaczyć, jak sprawcze są tureckie siły zbrojne, które były zaangażowane we wsparcie jednej ze stron, oraz jak niewiarygodnym partnerem dla Armenii okazała się Rosja.

Każdy konflikt, każda sytuacja, która nie dotyczy wyłącznie dwóch stron, ale ma implikacje dla szerszego grona, a nawet całego regionu, jest źródłem analiz i pozyskiwania wiedzy.

Zgadza się. W tym wypadku dla NATO jest i będzie dokładnie tak samo.

Iran jest pięciokrotnie większy od Polski. Zastanówmy się, jaka to skala operowania i jaki musi być zapewniony tzw. system ISTAR (Intelligence, Surveillance, Target Acquisition and Reconnaissance – wywiad, nadzór, namierzanie celów, rozpoznanie), aby umożliwić precyzyjne uderzenia, których Amerykanie wykonali dziesiątki i setki. Przy czym trzeba pamiętać: nie znamy rzeczywistej skali zniszczeń. Nawet jeśli przyjmiemy, że stracono kilkanaście platform latających – a część z nich została celowo zniszczona w trakcie operacji odzyskiwania personelu za linią wroga – to wciąż nie jest dużo. Iran z oczywistych powodów nie przekazuje obiektywnej oceny skutków działań. Podobnie jest ze stroną amerykańską, dlatego na rzetelne podsumowania i analizy przyjdzie jeszcze czas.

Aczkolwiek jedno możemy powiedzieć: nie wszystko da się zrobić przy pomocy dronów, rakiet i nalotów. Choćby niebywale precyzyjnych.

Absolutnie. Nie da się przejąć i kontrolować terenu wyłącznie za pomocą uderzeń głębokich, działań sił powietrznych czy ataków cybernetycznych. Aby kontrolować teren, nadal potrzebna będzie obecność wojsk lądowych – i to nie wyrażona wyłącznie w liczbie dronów czy bezzałogowych platform. W tym zakresie rola człowieka jako elementu bezpośrednio kontrolującego sytuację i uczestniczącego w walce pozostanie kluczowa jeszcze przez bardzo długi czas.

Za wcześnie na grzebanie czołgów i wojsk zmechanizowanych

Ale uciec od dronizacji pola walki się nie da.

Oczywiście. Wynika to choćby z negatywnych trendów demograficznych czy malejącej akceptacji społecznej dla strat wśród żołnierzy. Widać to na przykładzie armii izraelskiej. To będzie wymuszało coraz szersze wykorzystanie systemów bezzałogowych – lądowych, morskich i powietrznych.

W tę stronę idzie współczesna wojna?

Ten kierunek się nie zmieni. Widzimy to choćby na przykładzie konfliktu Ukraina–Rosja. Rosnące nasycenie pola walki platformami bezzałogowymi prowadzi do odsunięcia od siebie linii styczności wojsk. To coś, co kiedyś było nie do pomyślenia. Dziś w Ukrainie strefa między liniami obecności wojsk rosyjskich i ukraińskich sięga nawet 50 kilometrów. Historycznie było to kilkaset, a czasem kilkadziesiąt metrów. To właśnie rosnące nasycenie systemami bezzałogowymi zmienia geometrię pola walki. Dodatkowo proces ten będzie wzmacniany przez czynniki demograficzne i społeczne.

Ale wieść o śmierci wojsk pancernych czy zmechanizowanych jest – cytując klasyka – przesadą.

Na pewno nie możemy mówić o „śmierci”, ale raczej o zmianie sposobów użycia względem dotychczas znanych. Kilka dni temu słyszałem wiarygodną opinię, że czołgi służą dziś do „dowożenia siły żywej” na linię styku wojsk i to koniec ich zastosowania. Znam paru czołgistów, którym serce krwawi. Nie możemy jednak interpretować tego jako koniec tego rodzaju wojsk. Formacje zmechanizowane i pancerne na pewno nie umarły, ale będą musiały przejść transformację.

Musimy mieć też świadomość tego, co dzieje się w Izraelu, w południowym Libanie czy na obszarze między granicą Izraela a rzeką Litani. Obserwując działania, trudno zgodzić się z tezą o „zmierzchu czołgów i transporterów opancerzonych”. One wciąż są wykorzystywane, a efektywność operacji nadal w dużej mierze zależy od tego typu formacji.

Biorąc pod uwagę kierunki naszej modernizacji oraz ocenę zagrożeń, czeka nas bardzo poważna analiza i istotne zmiany.

„Wojny Terminatorów”?

A sztuczna inteligencja? Czy ona będzie przełomem?

Tak, ale przede wszystkim w obszarze analiz wywiadowczych, wsparcia planowania oraz symulacji prowadzonych na potrzeby operacji wojskowych. Być może mam zbyt małą wyobraźnię, ale nie wyobrażam sobie sytuacji, w której w dowodzeniu na polu walki – szczególnie na niskich szczeblach taktycznych – rolę czynnika przywódczego zastąpi sztuczna inteligencja. Potrzebne są ludzka determinacja dowódców, przygotowanie, wyszkolenie i nawyki. Moim zdaniem, tych elementów AI jeszcze długo nie zastąpi.

Czyli – proszę wybaczyć reductio ad absurdum – wojny „Terminatorów” nam nie grożą?

Myślę, że coś takiego się nie wydarzy. Przynajmniej – jak się dziś mówi – w przewidywalnym horyzoncie czasowym, czyli kilkunastu lat. Duże znaczenie ma to, na co przyzwoli człowiek. Prawdą jest, że to, czego AI nauczymy, zależy wyłącznie od nas. Wciąż wierzę, że jest wystarczająco dużo zdrowego rozsądku wśród przywódców, ludzi nauki i nas samych, by nie dopuścić do takiego scenariusza. By nie ulec pseudowizjonerstwu ani ludzkiej pazerności, która mogłaby doprowadzić do utraty kontroli nad czymś, co nadal pozostaje pod naszą kontrolą. Tego się trzymajmy.

Jeszcze NATO nie umarło. Polemika z Emmanuelem Macronem

To zróbmy pętlę i wróćmy do NATO. Pamięta pan słowa Emmanuela Macrona, który mówił o śmierci mózgowej NATO? Jeśli francuski prezydent mówił o tym siedem lat temu, to z czym mamy do czynienia dzisiaj?

Niestety – ze słabnącym przywództwem. Ja się z tymi słowami prezydenta Macrona absolutnie nie zgadzam.

Dlaczego?

Zapominamy o tym, że NATO jest układem polityczno-militarnym. Kontrolowanym przez polityków – i jest to dobra praktyka, bo zapewnia cywilną kontrolę nad siłą zbrojną. Ale w jego najistotniejszym komponencie potęgą NATO są siły zbrojne. Na całe szczęście w większości państw mają one taką kulturę organizacyjną i system edukacji, które kształtują określone nawyki i uczą konkretnych procesów.

Większość żołnierzy – niezależnie od tego, czy pochodzą z Europy, USA czy Kanady – to ludzie świadomi tego, do czego służy siła militarna i jakie są konsekwencje jej użycia. I w swojej części militarnej NATO również ma tę świadomość. Chce pan przykładu?

Oczywiście!

Przekonaliśmy się o tym 9–10 września ubiegłego roku, kiedy doszło do masowego naruszenia naszej granicy przez rosyjskie drony. NATO stanęło wtedy na wysokości zadania. Nie mylmy więc sytuacji, w której któryś z przywódców błędnie ocenia rzeczywistość albo rzuca komentarz, którego sam nie potrafi w pełni uzasadnić – czy nawet snuje wizję wyjścia z NATO – z realnym funkcjonowaniem Sojuszu.

Innymi słowy: NATO w stanie „śmierci mózgowej” – ani żadnej innej – nie jest.

NATO jako układ wojskowy w dalszym ciągu realizuje wszystkie swoje podstawowe zadania. Procesy planowania, bieżącego dowodzenia i oceny sytuacji trwają. Dlatego nie możemy mówić ani o „śmierci NATO”, ani o jego niewiarygodności.

O wiarygodności Sojuszu decyduje to, że jest on wspólnotą państw, a nie jednym krajem nadającym kierunek. Nawet jeśli jest to państwo wiodące, jak Stany Zjednoczone. Wciąż pozostaje 31 innych krajów, które mają własne oceny sytuacji i własne stanowiska.

Wyjście USA z NATO?

Dopuszcza pan w swojej wyobraźni NATO bez Stanów Zjednoczonych?

Jest to wizja, którą trzeba brać pod uwagę. Każde państwo – tak jak ma prawo złożyć wniosek o akcesję i dołączyć do NATO – ma również suwerenne prawo, aby z niego wystąpić. Moim zdaniem to się nie wydarzy. Z drugiej strony wielokrotnie przekonaliśmy się, że świat nie jest dziś taki, jakim wyobrażaliśmy go sobie jeszcze kilka lat temu. Być może więc musimy zacząć oswajać się z myślą, że jedna z wiodących sił w NATO, czyli USA, rzeczywiście mogłyby z tego układu wyjść.

Na razie są to jednak słowa. Nawet jeśli padają z ust prezydenta Trumpa, to wciąż jest on jednym z wielu prezydentów. My musimy pamiętać przede wszystkim o relacjach z USA jako państwem i narodem – nie z administracją jednego przywódcy, bo te w przeszłości bywały bardzo różne.

Więcej Amerykanów w Polsce? „To byłoby duże wyzwanie”

To, żeby ten wątek zakończyć: czy Polska, w pana ocenie, byłaby zdolna do absorpcji części sił USA? Na przykład, przeniesionych z innych krajów, takich jak Hiszpania czy Niemcy, o czym informowały media za oceanem? Czy mamy siły i środki, by stać się gospodarzem takiego rozwiązania?

Przede wszystkim po raz kolejny wracamy do kwestii cywilnej kontroli nad armią. Żołnierze już niejednokrotnie pokazywali, że fizycznie tego typu dyslokacje są możliwe do przeprowadzenia. Jeszcze kilka lat temu nikt nie wyobrażał sobie, że w Polsce powstanie dowództwo korpusu amerykańskiego. Że będziemy mieć duży APS (bazę magazynową sprzętu) – a taka funkcjonuje dziś w Powidzu. Problem leży gdzie indziej.

Gdzie?

Nie jestem ekonomistą, ale uważam, że nie unieślibyśmy tego ciężaru finansowo. Dyslokacja całej bazy to ogromne koszty i gigantyczne inwestycje infrastrukturalne. W dużej mierze zależałoby to od uzgodnionych porozumień polsko-amerykańskich – dotyczących skali i czasu inwestycji. Tak jak powiedziałem, dowództwo korpusu byliśmy w stanie przygotować. Tak samo jak przygotowaliśmy w Bemowie Piskim infrastrukturę pod obecność batalionowej grupy bojowej, czasami wzmacnianej do poziomu brygady. I takich miejsc jest więcej – wszystko jest więc kwestią przemyślanej strategii.

Z tym akurat mamy problem.

Mamy. Choć trudno zrozumieć, dlaczego, bo z punktu widzenia prawa i procedur sprawa nie jest skomplikowana. Po raz kolejny wracamy do kwestii przywództwa. Braki w tym obszarze generują szereg dodatkowych konsekwencji – choćby w zakresie tworzenia i operacjonalizowania polityk państwa, czyli ich przełożenia na konkretne strategie sektorowe. Tak, aby wszystko było spójne ekonomicznie, społecznie, a także energetycznie.

Energetyczne?

Tak. Musimy pamiętać, że istotnym elementem tej układanki są zasoby energetyczne – nie tylko surowce, ale również dostęp do energii. Konieczny byłby poważny bilans energetyczny, zwłaszcza w kontekście rosnącego zapotrzebowania. Znaczne zwiększenie liczby instalacji wojskowych – które są bardzo energochłonne – oraz obecność dodatkowych kilkudziesięciu, a nawet kilkuset tysięcy żołnierzy wraz ze sprzętem stanowiłyby ogromne wyzwanie.

Mam wrażenie, że chce pan coś dodać...

Użyjmy wyobraźni i popatrzmy na liczby wynikające z planów obronnych NATO. Jeżeli doszłoby do konfliktu, musielibyśmy zmierzyć się z wyzwaniem obecności kilkuset tysięcy żołnierzy na terenie Polski w relatywnie krótkim czasie – do 180 dni. To są oficjalne dane dotyczące realizacji planów obronnych, a u nas wciąż zbyt słabo przebijają się w debacie publicznej. Brakuje świadomości, co oznaczałoby dla Polski pełnoskalowe zaangażowanie. Chętnie dyskutujemy o wiarygodności NATO, o „śmierci mózgowej” Sojuszu czy o tym, czy Stany Zjednoczone mogłyby z niego wyjść.

O czym zatem powinniśmy rozmawiać?

O tym, czy jesteśmy w stanie odpowiedzialnie absorbować taką siłę zbrojną na terytorium kraju. Tworzyć warunki nie tylko do obrony własnego terytorium, ale także – w razie potrzeby – do wsparcia sojuszników na innych odcinkach flanki. Nad tym zagadnieniem powinniśmy się poważnie pochylić i podjąć konkretne działania.

Słuchać i dyskutować, ale podejmować decyzje. Dobry dowódca = dobry lider?

I znowu wracamy do kwestii przywództwa.

Znaczenie przywództwa i odpowiedzialności – dziś, ale też w każdych innych czasach – jest kolosalne.

I o tym mówi pan w Szkole Przywództwa?

Tak, również o tym.

Jakie cechy wymieniłby pan, gdybym zapytał o dobrego lidera?

To perspektywa żołnierza, ale – moim zdaniem – uniwersalna. Przede wszystkim autentyczność. Próba bycia kimś innym niż się jest, kończy się źle. Po drugie – kompetencje: stałe rozwijanie zdolności i budowanie warsztatu lidera.

Szara strefa i wszystko, co z tego wynika

Odwaga też?

Tak – ale nie brawura. Odwaga w podejmowaniu decyzji i w wyobrażaniu sobie ich konsekwencji. A także gotowość do ponoszenia odpowiedzialności. Kluczowe jest również osadzenie w prawie. Jako młody oficer widziałem kiedyś napis, że „słowo kapitana jest prawem”. Być może sprawdza się to na okręcie, ale dobry przywódca nie może wierzyć, że sam ustanawia prawo ani działać według zasady „zwycięzców się nie sądzi”.

Błędne myślenie?

To droga donikąd – do przemocy, nadużyć i nieodpowiedzialności.

Ale jest jeszcze jeden element: lider musi być gotowy działać w tzw. szarej strefie – w warunkach nie do końca uregulowanych, gdzie litera prawa nie daje jednoznacznych odpowiedzi. W takich sytuacjach trzeba opierać się na wiedzy, doświadczeniu, dobrym doradztwie i działać w dobrej wierze, podejmując trudne decyzje.

Ciężar decyzji

Pan je podejmował?

Stawałem przed takimi decyzjami. Nie mówię tego z dużą satysfakcją, bo bywało tak, że musiałem postępować intuicyjnie.

Opowie pan o nich?

Niekoniecznie. Mogę powiedzieć tylko tyle, że były podejmowane dla dobra ogólnego i okazały się słuszne. Dlatego gotowość do działania w tej „szarej”, niedoregulowanej przestrzeni – nazwijmy ją roboczo „poniżej progu” – jest ważną cechą lidera.

Do tego dochodzi umiejętność słuchania i wyciągania wniosków – ale ostatecznie decyzja musi należeć do lidera, który bierze za nią pełną odpowiedzialność. Nie ma miejsca na decydowanie kolektywne czy przez głosowanie – to byłaby ślepa uliczka.

Sporo tego.

Jest jeszcze sprawność decyzyjna – szybkość i konsekwencja, ale bez chwiejności. Decyzje trzeba podejmować sprawnie i je utrzymywać. I wreszcie rozumienie roli komunikacji strategicznej – nie tylko jako komunikacji społecznej, lecz także jako narzędzia przecinającego się z dyplomacją czy operacjami psychologicznymi.

Po tym, co pan powiedział, muszę zapytać: czy zarzuca pan coś sobie w kwestii komunikacji dotyczącej rakiety, która spadła pod Bydgoszczą?

Nie.

A jeśli chodzi o komunikację strategiczną – to jedynie to, że nie miałem wystarczającej siły, aby wywrzeć odpowiednią presję w Dowództwie Operacyjnym, na poziomie sił zbrojnych czy ministerialnym, by była ona rzeczywiście strategiczna, a nie ograniczała się do komunikacji społecznej.

O zakończeniu służby wojskowej nie zdecydowałem z powodu tego – do dziś niewyjaśnionego – zdarzenia. Pragnę przypomnieć, że służyłem w Wojsku Polskim ponad 36 lat, a każda, nawet najpiękniejsza profesja, ma swój naturalny kres.

Główne wnioski

  1. Konflikt amerykańsko-irański nie zbliża się do zakończenia. A pomimo strat, były Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych, gen. Tomasz Piotrowski, uważa, że pod kątem czysto wojskowym operacja ustrzegła się poważniejszych błędów.
  2. Powinniśmy jako Polacy – ale także Europejczycy – przygotować się na możliwość wyjścia USA z NATO.
  3. Dobry dowódca i dobry lider powinni cechować się umiejętnością korzystania z kompetentnych doradców, stałością i sprawnością w podejmowaniu decyzji, a także odwagą.