Kategorie artykułu: Biznes Lifestyle

Grażyna Piotrowska-Oliwa unika cudownych inwestycji. „Nie jestem stereotypową blondynką" (WYWIAD)

Przez lata zarządzała ogromnymi korporacjami, aż wcieliła się w rolę przedsiębiorcy i inwestora. Nie stroni od ryzyka, bo z inwestowania chce czerpać radość, ale podejrzanie wysoka stopa zwrotu zapala u niej czerwoną lampkę. Dywersyfikacji i cierpliwości nauczyła się dopiero niedawno. – Lubię wiedzieć, co się dzieje z moimi pieniędzmi – mówi Grażyna Piotrowska-Oliwa, była prezeska m.in. Virgin Mobile Polska.

Grażyna Piotrowska-Oliwa, współwłaścicielka m.in. Grupy Modne Zakupy
Grażyna Piotrowska-Oliwa pełniła najważniejsze funkcje w dużych grupach z różnych sektorów. Przekrojowe doświadczenie przygotowało ją do wyszukiwania inwestycyjnych okazji. Fot. materiały prasowe/Grupa Modne Zakupy

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak Grażyna Piotrowska-Oliwa zmieniła podejście do inwestowania w spółki giełdowe i prywatne.
  2. Jaki typ nieruchomości preferuje, a jakich inwestycji unika.
  3. Jaką zasadą dotyczącą zarządzania pieniędzmi kieruje się w życiu i biznesie.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Mariusz Bartodziej, XYZ: Więcej w pani artystki czy racjonalnej i stanowczej menedżerki?

Grażyna Piotrowska-Oliwa, współwłaścicielka m.in. Grupy Modne Zakupy: Jedno drugiego nie wyklucza. Nie zaczęłabym edukacji artystycznej i nie ukończyła w okresie transformacji ustrojowej akademii muzycznej – gram na fortepianie – gdyby dusza artysty we mnie nie tkwiła. I nigdy ze mnie nie wyjdzie. To nie przeszkadza mi jednak w byciu racjonalną do bólu. Jestem taka i byłam od zawsze, taki mam charakter. Zresztą trudno być dobrym muzykiem bez choćby odrobiny dyscypliny.

Warto wiedzieć

Menedżerka jakich mało

Kształciła się artystycznie, zaczęła jako urzędniczka, a została jedną z najbardziej doświadczonych menedżerek w Polsce. Grażyna Piotrowska-Oliwa ukończyła w 1993 r. Akademię Muzyczną w Katowicach. Jej karierę zdefiniowały jednak kolejne studia. Została w 1997 r. absolwentką Krajowej Szkoły Administracji Publicznej (odbyła roczny staż we Francji), a w kolejnej dekadzie francuskiego INSEAD, gdzie zdobyła tytuł MBA.

Karierę rozpoczęła w Ministerstwie Skarbu Państwa, gdzie do 2001 r. była naczelniczką wydziału. Przeszła do biznesu, choć nie od razu do prywatnego. Najpierw była dyrektorką w Telekomunikacji Polskiej, a następnie prezeską PTK Centertel, z połączenia których powstał Orange Polska. W kolejnych latach zasiadała w radzie nadzorczej (PZU) i zarządzie (PKN Orlen, PGNiG) największych koncernów w kraju.

W 2015 r. Grażyna Piotrowska-Oliwa objęła kierownictwo w Virgin Mobile Polska. Rozwinęła firmę od wczesnej fazy do skali atrakcyjnej dla operatora sieci Play, który przejął ją w 2020 r. Po odejściu m.in. weszła do rady dyrektorów Pepco Group i została prezeską Grupy Modne Zakupy (właściciel e-sklepu Intymna.pl), w którą zainwestowała.

Do inwestowania potrzeba serca i rozumu

W takim razie inwestując, częściej słucha pani serca czy rozumu?

Chciałabym powiedzieć, że rozumu. Jednak to nie do końca możliwe. Zawsze fascynowała mnie matematyka, więc bodajże w 1996 r. zrobiłam kurs na doradcę inwestycyjnego. Była wtedy na to moda. W późniejszych latach oczywiście przekonałam się, że teoria teorią i nie zawsze przekłada się na praktykę. Analizy swoje, a rynek swoje – ich drogi często się rozchodzą. To mnie nauczyło, że rzeczywistość giełdowa z reguły odbiega  od naszych oczekiwań.

Od wielu lat staram się inwestować tylko w sektory, na których się znam i których mój „biznesowy język” przynajmniej liznął. Racjonalnie stawiam więc na spółki telekomunikacyjne, technologiczne, handlowe i energetyczne. W trakcie kariery poznałam od środka mechanizmy rządzące tymi sektorami.

Rozsądek jest wskazany zwłaszcza w przypadku firm, w których jesteśmy znaczącymi udziałowcami i w jakiś sposób chcemy się w nie zaangażować. Kupowanie akcji spółek giełdowych oznacza brak wpływu, więc to zabawa w przeciąganie liny. Przypomina ruletkę nawet mimo doskonałej znajomości sektora.

A co z sercem?

W ostatnich latach serce popchnęło mnie w kierunku mody. Od zawsze mam skłonność do kolorowego ubioru i nigdy nie byłam „szarą myszą biurową” ani typowym prezesem w granatowym garniturze.

W 2021 r. zainwestowałam w Grupę Modne Zakupy, czyli głównie sklep internetowy Intymna.pl. Rozsądek wskazywał, że konkurencji jest już dużo, szczególnie ze strony chińskich firm. Intuicja mówiła mi jednak, że bielizna w e-commerce ma przed sobą ciekawą przyszłość. I opłaciło się – wyprowadziliśmy już firmę na prostą i przed nami etap skalowania biznesu oraz akwizycji.

Gdy inwestujemy z myślą o krótkoterminowym wzroście, np. na giełdzie, to racjonalne podejście pomoże nam zarobić więcej. Ale gdzie w tym fun? W inwestowaniu trzeba mieć choć trochę radości i satysfakcji, jak we wszystkim innym.

Rola doświadczenia i płci

Jak doświadczenie z różnych sektorów pomaga dostrzec inwestycyjne okazje?

Pozwala mi patrzeć na różne sprawy pod innym kątem niż osoba, która od lat jest związana wyłącznie z jedną branżą. Przez takie „zamknięcie” można bardzo dużo przeoczyć. A ja mam szansę to zauważyć.

Przykład: przedsiębiorcy zajmujący się od lat wyłącznie sprzedażą stacjonarną mają problem, żeby odnaleźć się w obecnej rzeczywistości. Trudno im zrozumieć, w jaki sposób pozyskiwać klientów w e-commerce, a wykorzystanie możliwości GenAI [generatywnej sztucznej inteligencji – red.] to dla nich horror. Natomiast ja wyrosłam na nowinkach technologicznych, z internetu nie wyszłam biznesowo ani na moment od ponad 20 lat. Gdy pojawia się coś nowego, łatwiej mi zrozumieć, jak wpiąć to w całą układankę.

Moje poprzednie rozmówczynie podkreślały, że generalnie kobiety mają nieco inne od mężczyzn podejście nie tylko do zarządzania, ale też inwestowania. Zgodzi się pani?

Absolutnie się nie zgodzę. Dla analitycznych umiejętności, krytycznego myślenia i „wyczucia” płeć nie ma znaczenia. Nie róbmy z baby uczuciowej histeryczki, a z chłopa stanowczego decydenta. Nie traktujmy też kobiet protekcjonalnie. Wystarczy zapewnić im równe możliwości rozwoju i same z nich skorzystają. Przeciwne podejście nie przyniesie nic dobrego. Niedawno kolega, bardzo doświadczony menedżer najwyższego szczebla, usłyszał, że firma go nie zatrudni, mimo że jest idealnym kandydatem. Dlaczego? Bo szukają kobiety.

Czyli żadnych różnic?

Może kobiety mają mniejszą skłonność do ryzyka, więc inwestują ostrożniej. Tylko że akurat ja ryzyka nie unikam, a wręcz je lubię. Zgodnie ze znanym powiedzeniem: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Ryzyko trzeba jednak umieć właściwie ocenić. Inaczej poniesiemy konsekwencje niedoszacowanego lub przeszacowanego ryzyka.

Cierpliwość sprzyja zarabianiu

Pani podejście do niego zmieniło się wraz z utworzeniem finansowej poduszki bezpieczeństwa?

Gdy zgromadzimy już jakiś majątek, to uczymy się go szanować, bo mamy świadomość, jak wiele wysiłku to nas kosztowało. Moje podejście do ryzyka się nie zmieniło, za to w ciągu kilku ostatnich lat doceniłam wagę dywersyfikacji. Szeroko rozumianej, czyli nie tylko zaangażowania w różne podmioty w ramach jednego sektora, ale spojrzenia również na inne branże. Nie należy wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka. A kiedyś twierdziłam inaczej. Że skoro na czymś znam się najlepiej i mi to wychodzi, to inwestowanie w tym obszarze jest najrozsądniejsze. I szukanie dywersyfikacji nie ma sensu.

To była bolesna lekcja na własnym doświadczeniu czy raczej obserwacja rynku?

To drugie, choć nie uniknęłam wtop zwłaszcza na początku istnienia Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie [GPW – red.]. Jeszcze jako studentka uczestniczyłam w niektórych pierwszych ofertach publicznych [IPO – red.] na GPW i na części z nich traciłam. Wyniosłam z tego cenną lekcję, że trzeba umieć powiedzieć: „stop loss”. Inwestor musi być gotów „wziąć stratę na klatę”, ale też we właściwym czasie powiedzieć „dość”. W ostatnich latach mogłabym pewnie uzyskać z inwestowania więcej, gdybym bardziej zdywersyfikowała portfel. Niemniej, jak mawiają: analiza wsteczna zawsze skuteczna.

Więcej zarobić czy też czasem mniej stracić?

To pierwsze, bo ostatnie lata były generalnie bardzo dobre dla inwestowania. Natomiast jestem z natury zbyt niecierpliwa. I zdarzyło mi w ostatnich latach stwierdzić, że cena akcji niektórych spółek rośnie już za wolno, więc pora zamknąć pozycję. Np. notowania mBanku przez pewien czas ciągle oscylowały w granicy 800 zł, więc sprzedałam z zadowoleniem akcje, gdy kurs zbliżył się do 900 zł. A teraz? Przekracza już 1000 zł.

To kiedy jeszcze zabrakło pani cierpliwości?

W „mojej działce”, czyli w telekomunikacji. Notowania Orange Polska długo „czołgały się” się w okolicy 7-8 zł, a w ostatnich miesiącach wystrzeliły o kilkadziesiąt procent. Wróciły do poziomu sprzed kilkunastu lat, więc akurat w tym przypadku trzeba było pozostać wyjątkowo cierpliwym.

Równowaga przede wszystkim

Zajmowała pani najważniejsze stanowiska w kluczowych firmach w swoich branżach, zatrudniających tysiące osób. Nauczyła się więc pani zarządzać budżetem firmy, a własnym?

Mówimy o dwóch zupełnie różnych światach. W przypadku domowego budżetu patrzymy przede wszystkim, jak zmaksymalizować przychody i cieszyć się rosnącymi możliwościami ich wydatkowania. Natomiast w firmie trzeba na wielu poziomach  stale szukać efektywności – dokładnie analizować, w którym obszarze możemy najskuteczniej wydać złotówkę i jaki można z niej uzyskać zwrot. Poza tym mówimy o odpowiedzialności za niejednokrotnie ogromne zespoły ludzkie. To wymaga mnóstwo pracy. Niedawno przerabiałam to, pracując nad budżetem na 2026 r. Istnieje jednak zasada, którą stosuję w życiu i – uwzględniając oczywiście inne mechanizmy – w biznesie.

Jaka?

Nigdy nie wydaję więcej, niż wpływa na konto. Pomijam duże, jednorazowe wydatki typu kupno samochodu. Czasem trzeba ponieść większy, jednostkowy koszt. Zawsze jednak staram się zachować równowagę. Życie na kredyt nie jest dla mnie.

To jak zarządza pani oszczędnościami?

Nie lubię trzymać na koncie więcej gotówki, niż potrzebuję. Pieniądz musi pracować. Gdy byłam „najemnym menedżerem”, to mniej więcej dwie trzecie oszczędności inwestowałam na giełdzie. Resztę przeznaczałam na okazyjne projekty na zasadzie „dawcy kapitału”. Gdy współpracuje się w jakimś zakresie z funduszami private equity, pojawiają się możliwości koinwestycji.

W ostatnich latach proporcje się odwróciły. Zdecydowanie większą część majątku mam zainwestowaną w spółki prywatne, w które jestem w jakimś stopniu zaangażowania. Lubię wiedzieć, co się dzieje z moimi pieniędzmi.

I nie spotyka się pani z frustracją po drugiej stronie, że za dużo się pani miesza?

Nie mam takich negatywnych doświadczeń. Będąc z biznesem na bieżąco, mogę wspierać zarząd inną perspektywą i nowymi pomysłami. Nie zdarza mi się zadawanie pytań „od czapy”. Raczej w drugą stronę – czasem to ja muszę komuś tłumaczyć po raz któryś, że kolor zielony to zielony i nigdy nie będzie fioletowym. Ale to uczy mnie cierpliwości.

Być na bieżąco i doceniać makrotrendy

Ile czasu i ochoty miała pani na inwestowanie, kierując dużymi korporacjami pokroju PGNiG?

Niewiele. Jeśli nie chcemy, by pieniądze leżały na koncie, to najprostszym rozwiązaniem jest inwestowanie na giełdzie. Dziś jest dostępnych tyle ułatwiających to narzędzi, że naprawdę nie potrzeba wiele czasu. Generalnie dobrze być na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie i jak reagują rynki. Zarządzając dużym podmiotem, nie ma na to jednak czasu. Może rano przy kawie i czasem na koniec dnia. Łatwiej jest natomiast we własnej firmie, o ile zbudujemy odpowiedni zespół. Taki, w którym nikt nie zadaje głupich pytań, bo doskonale wie, co ma robić. Wtedy łatwiej znaleźć czas na inwestowanie.

A jak ważne dla inwestowania są globalne makrotrendy?

Bardzo ważne. Jeden z nich to cyfryzacja. Trzeba się zastanowić, na które sektory postęp technologii będzie miał największy wpływ. Firmy, które wykorzystają to najlepiej, będą w stanie nie tylko przetrwać, ale wręcz umocnić pozycję, konsolidując rynek. Gdy mali nie wytrzymują, duzi stają się więksi.

Nie można lekceważyć również roli przepływu kapitału, a w konsekwencji jego dostępności. Każdy ruch banku centralnego w USA dotyczący stóp procentowych ma znaczenie również dla Europy. Międzynarodowy kapitał popłynie albo tam, albo do nas.

Nie zapominajmy też o znaczeniu percepcji. Znajomi menedżerowie i biznesmeni z Europy Zachodniej – a tym bardziej z USA – zupełnie inaczej postrzegają sytuację w Polsce niż my w kraju. Przekroczenie naszej granicy przez rosyjski dron może wywołać u nich od razu panikę. Dla nas jest to już w pewnym stopniu część nowej rzeczywistości. Nie oznacza, że zaraz spadną bomby.

Lekcje ze sprzedaży firmy

W 2020 r. Play przejął za 59 mln zł Virgin Mobile Polska, w którym jako prezeska miała pani udziały. Ta transakcja zmieniła w jakiś sposób pani podejście do inwestowania?

Nie tyle sama transakcja, co praca w tej firmie. Negocjując wielomiliardowe kontrakty w PGNiG czy w Orange, nie miałam „poczucia” tych pieniędzy. To wirtualne kwoty, abstrakcyjne dla przeciętnego człowieka.

Natomiast w Virgin Mobile Polska, w którym w 2015 r. zostałam prezesem, zainwestowałam własne pieniądze. Był w pewnym sensie moim dzieckiem. Czymś namacalnym. Z procesu sprzedaży firmy wyciągnęłam cenne wnioski, jak następnym razem przez to przejść, by uniknąć błędów.

To przede wszystkim na co należy zwracać uwagę?

Po pierwsze, trzeba mieć porządek w księgach i ogólnie rozumianych „papierach” – w szczególności we wszystkim, co zostało przejęte po poprzednikach. Jeśli kupujący chce wywrzeć presję cenową, to będzie szukać dziury w całym. I najlepszym celem są m.in. kwestie podatkowe lub prawne.

Obniż oczekiwania, bo ryzykujemy, że kiedyś zapłacimy za twój błąd”?

Dokładnie tak. Za kilka lat pojawi się kontrola z tego czy innego urzędu i nie wiadomo, co z niej wyniknie. Warto utrzymywać porządek na bieżąco, bo jeśli chcemy sprzątać po przodkach, to daj Boże zdrowie. Trzeba eliminować wszystkie czynniki ryzyka, bo każdy z nich może wpływać na wycenę.

Co jeszcze?

Cena to nie wszystko. Każdy chce zarobić jak najwięcej, ale znaczenie ma też sposób, w jaki to osiągniemy. Świat jest mały, więc prędzej czy później nasze drogi się przetną. Nie ma więc sensu dociskać kogoś do ściany, bo to zaważy na naszych relacjach. Niekiedy warto trochę odpuścić, nawet gdy mamy już kogoś na negocjacyjnym widelcu.

Biznes ma to do siebie, że czasem jesteśmy na szczycie, a czasem w dole. Na polskim rynku mamy historie spektakularnych powrotów i ważne jest to, czy odbieraliśmy telefony, gdy ktoś inny był w trudnej sytuacji. Takie rzeczy się pamięta, a role zawsze mogą się odwrócić. Pamiętajmy, że prezesem się bywa, a człowiekiem się jest na całe życie.

Inwestycje duże i małe

W 2021 r. na poważnie zaangażowała się pani w Grupę Modne Zakupy. To do tej pory pani największa inwestycja?

Jedna z największych. Inna to RentPlanet, też z 2021 r. Kupiliśmy ją ze wspólnikami za 3 mln zł, gdy miała 5 mln zł przychodów, a 2025 r. zamknęła z ponad 90 mln zł. I dalej rośnie. Jestem w niej jednym z dwóch wiodących udziałowców i przewodniczącą rady nadzorczej. Czuwam z jej poziomu, w którym kierunku najlepiej poprowadzić biznes, by we właściwym czasie znaleźć nowego inwestora.

Mam też mniejsze pakiety udziałów w kilku spółkach technologicznych, ale w nich nie wpływam na działalność operacyjną. Są zarządzane przez osoby, które dobrze z tym sobie radzą.

Pod względem wielkości inwestycji jak różne to projekty?

Diametralnie, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Generalnie staram się unikać inwestowania bardzo dużych kwot, raczej umiarkowane. W przypadku gdy mam tylko drobny pakiet udziałów, zawsze dbam o odpowiednie klauzule zapewniające mi m.in. możliwość wyjścia z inwestycji razem z głównym udziałowcem. Wolę uniknąć sytuacji, że ktoś kupi 80 proc. udziałów i przejmie pełną kontrolę, a ja zostanę „na doczepkę”.

„Nie wierzę we wszystko, lubię mieć coś namacalnego”

W jakiego rodzaju firmy – a może w jakich przedsiębiorców – jest pani gotowa inwestować?

W Grupie Modne Zakupy właśnie przygotowujemy się do konsolidacji branży. Potencjalnych kandydatów do przejęcia oceniam przede wszystkim pod względem potencjału biznesu, dopasowania oferty do naszej, możliwości integracji oraz czy najcenniejsze zasoby – czyli ludzie – zostaną w firmie po transakcji.

Natomiast inwestując prywatnie, stawiam przede wszystkim na to, co może działać. Unikam cudownych wizji w stylu „wyleczę jutro ludzi z Alzheimera, tylko dajcie mi pieniądze”. Nie jestem stereotypową blondynką, która wierzy we wszystko. Lubię mieć coś namacalnego. A gdy już zainwestuję, lubię wiedzieć, co się w firmie dzieje, i mieć na to wpływ.

I jak często musi pani poważnie ingerować?

Zdarza się. Właśnie przechodzę przez tego typu proces. W jednej ze spółek technologicznych, w którą się zaangażowałam, pojawił się z czasem poważny, wiarygodny inwestor. Miał ją przygotować do kolejnego, dużego kroku. Nie udało się i pojawił się konflikt między nim a prezesem. Musiałam wejść między nich, pomóc dogadać się w sprawie zmiany struktury udziałowców i wydaje się, że wszystko zmierza we właściwym kierunku.

W co jeszcze pani inwestuje, a czego unika?

Trochę w nieruchomości, ale takie, które faktycznie pracują na swoją wartość. Zamiast wakacyjnych apartamentów w turystycznych miejscowościach wolę mieszkania w dużych miastach w dobrej lokalizacji i popularnym metrażu. Nie za duże, ale też nie 15-metrowe mikrokawalerki.

Nie inwestuję natomiast np. w kryptowaluty. Są dla mnie rodzajem spekulacji, a ja nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę spekulantką. Unikam tak samo wszelkich projektów z obietnicą podejrzanie wysokiej stopy zwrotu. Nie chcę, by pewnego dnia ktoś wyprowadził mnie z mieszkania o szóstej rano. Tej zasady się trzymam.

Zdaniem partnera

Przekrojowe doświadczenie uczy pokory

Inwestowanie bez chłodnej kalkulacji to hazard. Ale inwestowanie wyłącznie na podstawie arkusza kalkulacyjnego często oznacza utratę okazji. Bez pasji i osobistego zaangażowania staje się ono jedynie technicznym procesem. W codziennej pracy w eFaktor widzę, że za każdą decyzją finansową stoją konkretni przedsiębiorcy i ich ambicje. Same liczby nie wystarczą.

Doświadczenia z różnych sektorów uczą pokory i pokazują, jak ważne jest realne szacowanie ryzyka. Analizując firmy z wielu branż, widzimy, że odwaga w biznesie jest potrzebna, ale musi iść w parze z odpowiedzialnością. Wzrost wymaga ryzyka, ale tylko wtedy, gdy znamy maksymalny koszt błędu i jesteśmy w stanie go udźwignąć bez utraty płynności.

Zdolność do analizy danych, trafnej oceny ryzyka i podejmowania decyzji pod presją to twarde kompetencje biznesowe, które przekładają się bezpośrednio na wynik finansowy. Nie są funkcją płci. Najważniejsze są równe szanse i równe kryteria oceny, wtedy rynek naturalnie weryfikuje najlepszych.

I wreszcie relacje. W biznesie role często się odwracają. Dziś ktoś jest na szczycie, jutro mierzy się z trudnościami. W eFaktor wielokrotnie obserwujemy, jak ważne jest to, czy w trudnym momencie ktoś odbierze telefon i zaproponuje rozwiązanie.

Główne wnioski

  1. Przewaga rozumu, szczypta serca. Grażyna Piotrowska-Oliwa twierdzi, że mimo artystycznego wykształcenia jest racjonalna do bólu. Inwestując, stara się kierować rozumem, ale trudno o to w każdym przypadku. Stawia przede wszystkim na bliskie sobie spółki telekomunikacyjne, technologiczne, handlowe i energetyczne, jednak w ostatnich latach stała się bardziej otwarta na dywersyfikację. Natomiast serce popchnęło ją do inwestycji m.in. w Grupę Modne Zakupy. Podkreśla, że gdy inwestuje się z myślą o krótkoterminowym wzroście, to racjonalne podejście pomoże zarobić więcej. Z inwestowania trzeba mieć jednak choć trochę radości i satysfakcji.
  2. Dawniej przewaga giełdy, dziś prywatnych firm. Gdy Grażyna Piotrowska-Oliwa zarządzała dużymi korporacjami, większość pieniędzy inwestowała na giełdzie. Z biegiem lat nauczyła się dywersyfikacji, cierpliwości oraz mówienia we właściwym czasie „dość”. Odkąd jest zaangażowana już głównie w firmy, których jest współudziałowcem, to za gros jej majątku odpowiadają spółki prywatne. Stawia przede wszystkim na to, co może działać. Unika cudownych wizji, preferuje coś namacalnego. A gdy już zainwestuje, lubi wiedzieć, co się w firmie dzieje, i mieć na to wpływ.
  3. Złota zasada dla firmy i domu. Grażyna Piotrowska-Oliwa podkreśla, że zarządzanie budżetem firmowym i domowym to dwa zupełnie rożne światy. Stosuje jednak jedną zasadę z życia prywatnego – uwzględniając jego specyfikę – w biznesie. Nigdy nie wydaje więcej, niż wpływa na konto – pomijając duże, jednorazowe wydatki. Stara się zachowywać równowagę, bo życie na kredyt nie jest dla niej. Nie trzyma jednak na koncie więcej gotówki, niż potrzebuje, ponieważ pieniądz musi pracować. A gdy już pracuje, to przedsiębiorczyni chce wiedzieć, w jaki dokładnie sposób.