Jak Putin sprawdza swoją popularność. „Kilka tysięcy sprawiedliwych"
Rosjanie masowo popierają Władimira Putina i wojnę w Ukrainie – twierdzi kremlowska propaganda. Taką narrację powielają także niektórzy zachodni politycy. Rosyjska opozycja i część niezależnych komentatorów uważa, że to niesprawiedliwy obraz.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego wysokie poparcie dla Władimira Putina w sondażach może być w dużej mierze efektem strachu, propagandy i specyfiki systemu autorytarnego.
- Jakie sygnały - oprócz trendów w badaniach – wskazują, że rzeczywiste nastroje Rosjan mogą się zmieniać.
- Kim są „sprawiedliwi” w Rosji i co ich los mówi o skali sprzeciwu wobec Kremla oraz o prawdziwej kondycji rosyjskiego społeczeństwa.
– Widzimy, jak nasze społeczeństwo jednoczy się i zaciska jak jedna pięść – twierdzi Margarita Simonjan, redaktorka naczelna propagandowej telewizji RT (dawniej Russia Today).
– Prezydenta popiera cały kraj – powtarza do znudzenia Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy Władimira Putina.
Takie słowa w ustach ludzi rosyjskiego aparatu władzy nie dziwią. Zaskakiwać może jednak to, że identyczną narrację powtarzają także europejscy politycy. O tym, że rosyjskie społeczeństwo popiera Putina, bo „wojna to dla nich chwała”, mówiła szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas. A prezydent Czech Petr Pavel głosił: „Widzimy, ilu mieszkańców Rosji popiera Putina i wojnę w Ukrainie, a nawet wzywa do jej rozszerzenia na kolejne kraje”.
Zachód powiela narrację Kremla
Ilia Jaszyn, rosyjski opozycyjny polityk i więzień polityczny wydalony z kraju bez prawa powrotu, ubolewa nad tym stanem rzeczy. Niegdysiejszy bliski współpracownik zastrzelonego przez nieznanych sprawców działacza demokratycznego Borysa Niemcowa uważa, że wrzucanie reżimowych władz i zwykłych Rosjan do jednego worka jest niesprawiedliwe. Według niego zachodni politycy i komentatorzy robią takie uogólnienie bazując na wynikach sondaży i wyborów oraz braku protestów. A jak jest naprawdę?
Ilia Jaszyn w jednym ze swoich filmów zamieszonym na YouTube przekonuje, że w autorytarnych reżimach, takich jak rosyjski, białoruski czy irański, nie da się obiektywnie badać opinii publicznej. Mimo poszukiwania nowych metodologii i wysiłków niezależnych sondażowni błąd pomiaru jest wciąż ogromny. Ludzie żyjący w atmosferze strachu boją się mówić nieznajomym, co naprawdę myślą o władzy.
– Socjologia w systemie autorytarnym i socjologia w systemie liberalnej demokracji to dwie różne sprawy – potwierdza w rozmowie Deutsche Welle Dmitrij Orieszkin, emigracyjny analityk i komentator polityczny.
„Obywatelu, jak oceniacie prezydenta"
Jak to działa?
– Wyobraźmy sobie, że ktoś włącza sobie przy kolacji telewizor i widzi, jak policja wyłamuje drzwi i wpada do mieszkania jakiegoś blogera, który ośmielił się zażartować z rządzących. Zakuwa go w kajdanki i wyprowadza. W tym momencie dzwoni telefon i ktoś w słuchawce pyta: „jak, obywatelu, oceniacie działalność prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Władimirowicza Putina? Aprobujecie, czy może jesteś z czegoś niezadowolony?”. Czy można się spodziewać, że – gdy aresztowania za nieprawomyślne wypowiedzi stają się powszechne – respondenci będą odpowiadać szczerze i uczciwie? Będą raczej udzielać takich odpowiedzi, które wydadzą się im społecznie akceptowane i nie narażą ich na ryzyko – tłumaczy Ilia Jaszyn.
Według niego Rosjanie mają wciąż w tyle głowy, że dzwonić może nie ankieter, ale prowokator-donosiciel lub wręcz oficer służb.
Zaufanie w dół, nieufność w górę
Mimo to nawet z oficjalnych, państwowych danych wynika, że od kilku miesięcy popularność prezydenta Rosji spada. Dane dotyczące poziomu zaufania i nieufności do najważniejszych polityków regularnie publikuje Ogólnorosyjskie Centrum Badania Opinii Publicznej WCIOM. To ośrodek ściśle powiązany z władzą, którego niezależność jest często kwestionowana przez niezależnych analityków. Podkreślają oni, że WCIOM w swoich publikacjach zazwyczaj faworyzuje prezydenta kraju.
W okresie od 30 grudnia 2025 r. do 19 kwietnia 2026 r. odsetek Rosjan deklarujących, że ufają Władimirowi Putinowi, spadł o prawie 10 pkt proc. Z kolei grono tych, którzy prezydentowi nie ufają, zwiększyło się o ponad 9 pkt proc.
Co ciekawe, ostatnie kwietniowe dane państwowy ośrodek opublikował z dwugodzinnym opóźnieniem, co tłumaczył „problemami technicznymi”. Następnie, na przełomie kwietnia i maja – pod pretekstem masowo obchodzonych w Rosji świąt (1 maja – Święto Pracy i 9 maja – Dzień Zwycięstwa) – w ogóle zawiesił badania. Wrócił do nich dopiero 10 maja i wtedy okazało się, że dotychczasowa tendencja się odwróciła. Zaufanie do Władimira Putina znowu zaczęło rosnąć, a nieufność – spadać.
Skąd ten niespodziewany zwrot? Jak pisze niezależny rosyjski serwis thebell.io, to efekt zmiany metodologii badań. O ile wcześniej WCIOM bazował na ankietach telefonicznych, to od maja badani w ten sposób odpowiadają tylko za połowę próby. Resztę stanowią osoby, z którymi ankieterzy spotykają się „twarzą w twarz”. Ośrodek uzasadnia tę zmianę „ograniczeniami w komunikacji mobilnej”, stosowaniem przez Rosjan w telefonach filtrów antyspamowych oraz koniecznością dotarcia do przedstawicieli różnych grup, „w tym starszych obywateli”. W tej sytuacji porównywanie starszych i najnowszych danych jest bardzo trudne.
Najważniejsza jest tendencja
Co ciekawe, choć poparcie dla Putina „odbiło się”, w przypadku premiera Michaiła Miszustina, jednej z kluczowych osób z otoczenia prezydenta, tendencja spadkowa się utrzymała.
O tym, że korzystne dla prezydenta dane WCIOM są mocno przesadzone, przekonany jest znany emigracyjny politolog Abbas Galliamow, którego słowa cytuje rosyjskojęzyczny serwis dw.com. Według eksperta samo nazwisko Putina, które pojawia się w pytaniach ośrodka, może mieć silny psychologiczny wpływ na respondentów. Dlatego uważa on, że bardziej miarodajne jest inne pytanie, które pojawia się w kwestionariuszu: któremu politykowi powierzyłbyś rozwiązanie ważnych spraw państwowych? Z odpowiedzi wynika, że aż dwie trzecie Rosjan nie ufa Władimirowi Putinowi. W szczycie popularności w 2015 r. mógł on liczyć na zaufanie ponad 70 proc. współobywateli.
Dmitrij Orieszkin przekonuje, że w przypadku WCIOM uwagę należy zwracać nie na wskaźnik procentowy w kolejnych badaniach, ale na tendencję. Ta zaś – mimo ostatnich anomalii – jest jednoznacznie spadkowa. Analityk powołuje się na publikacje innych sondażowni, w szczególności niezależnego Centrum Lewady. Według jego danych jeszcze w 2025 r. około 75 proc. ankietowanych twierdziło, że Rosja zmierza w dobrym kierunku. Obecnie ten odsetek to tylko 60 proc.
Centrum Lewady regularnie zadaje swoim respondentom także pytanie o wojnę. Z danych tego ośrodka wynika, że czasy, kiedy większość Rosjan faktycznie chciała, aby ich kraj walczył przeciw Ukrainie, dawno minęły.
Utrzymanie twardego kursu
Niektóre media spekulowały, że z powodu spadających sondaży Kreml rozważał odstąpienie od masowego blokowania internetu. Za takim rozwiązaniem – jak informowały źródła Bloomberga – miała się opowiadać nawet część wysokich urzędników putinowskiej administracji. Chcieli, aby poluzować śrubę przynajmniej do wrześniowych wyborów do Dumy Państwowej. Taka decyzja jednak nie zapadła, a obecne opóźnienia w blokowaniu kolejnych platform wynikają tylko z trudności technicznych federalnych służb Roskomnadzoru.
Nikt nie odważyłby się powiedzieć Putinowi prosto w twarz, jak naprawdę postrzega go społeczeństwo”
Abbas Galliamow, który kiedyś pisał przemówienia dla Władimira Putina, zna od środka mechanizmy funkcjonowania Kremla i odnosi się do tych spekulacji z rezerwą. W jego opinii rosyjski przywódca może w ogóle nie wiedzieć, jak jest naprawdę postrzegany przez społeczeństwo. – Nikt nie odważyłby się przekazać mu takich informacji prosto w twarz – wyjaśnia politolog. I właśnie ten brak wiedzy może stać za kontynuowaniem twardego kursu.
Mimo to ekspert jest przekonany, że tak głęboka tendencja spadkowa to efekt innego niż dotychczas spojrzenia Rosjan na przywódcę. Ludzie już nie wierzą w kłamstwa na temat wojny w Ukrainie, która – jak przekonuje propaganda – przebiega zgodnie z planem. A to oznacza, że Putin wcale nie jest taki silny, jak dawniej sądzono. Abbas Galliamow jest przekonany, że w tej sytuacji spadku popularności dyktatora nie uda się już zatrzymać.
„Zielone ludziki" i "efekt Krymu"
Podobną nadzieję wydaje się mieć Ilia Jaszyn. Opozycyjny wobec Kremla polityk przytacza nawet argumenty za tym, że zwykli Rosjanie i władze coraz bardziej się rozmijają.

Aby wyjaśnić tę dynamikę, wraca się do okresu przed wkroczeniem „zielonych ludzików” na Krym. Pod koniec 2013 r. w Rosji widoczne było narastające niezadowolenie części społeczeństwa z sytuacji politycznej (Putin po raz kolejny został prezydentem) i gospodarczej. Aleksiej Nawalny publikował kolejne materiały dotyczące korupcji elit. Świadomość Rosjan rosła. Sondaże pokazywały, że poparcie dla władz zaczyna zauważalnie spadać.
Sytuację zasadniczo zmieniła aneksja Krymu. Wydarzenia z wiosny 2014 r. doprowadziły do wzrostu nastrojów patriotycznych. Rosjanie wydawali się myśleć: nieważne, że Putin tyle nakradł, ważne, że przywrócił nam Krym. Poparcie dla prezydenta momentalnie urosło i utrzymywało się na bardzo wysokim poziomie, co nazwano „efektem Krymu”.
– Opozycyjni politycy, w tym także ja, mieli możliwość zupełnie otwarcie krytykować aneksję. W oficjalnych telewizjach można było mówić, że to przestępstwo. W centrum Moskwy legalnie odbyły się dwa wielkie marsze przeciwko zajęciu Krymu i części Donbasu. Dziesiątki tysięcy ludzi szły po ulicach z rosyjskimi, a nawet ukraińskimi flagami i antyputinowskimi hasłami na ustach. Żadnych aresztowań nie było – przypomina emigracyjny działacz.
Rzekoma wojna całego narodu
Działo się tak, ponieważ Putin był pewien swojej pozycji i poparcia większości społeczeństwa. Jednak osiem lat później, gdy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna, sytuacja była już zupełnie inna. Protestujących przeciwko tzw. specjalnej wojennej operacji natychmiast zatrzymywano. W ciągu kilkunastu dni do aresztów trafiło ponad 20 tys. Rosjan.
Putin musiał spacyfikować krytyków, by stworzyć iluzję powszechnego poparcia dla wojny. Kreml już piąty rok stara się podtrzymywać tę iluzję.
Skąd ta zmiana?
– Tym razem Putin już wiedział, że nie ma dużego poparcia, a antywojenne nastroje są silne. Musiał więc spacyfikować krytyków, by stworzyć iluzję powszechnego poparcia dla wojny. Kreml już piąty rok stara się podtrzymywać tę iluzję. Temu właśnie służą wszystkie działania dotyczące internetu. Chodzi o to, żeby każdy, kto jest przeciwny wojnie i Putinowi, miał poczucie, że jest wąziusieńkim marginesem – tłumaczy Ilia Jaszyn.
Jego kolejny argument za tym, że władza to jedno, a społeczeństwo to co innego, również dotyczy wojny. Kremlowska propaganda stara się stworzyć wrażenie, że wojna w Ukrainie to wojna całego rosyjskiego narodu. Dopóki na front wysyłano tylko zawodowych żołnierzy, potem wobec ich porażek dołączono również najemników, którzy otrzymywali gigantyczne pieniądze, a także zwykłych więźniów, których mamiono skróceniem wyroku, fikcję dawało się jakoś utrzymywać. Jednak gdy jesienią 2022 r., w sytuacji kolejnych niepowodzeń na froncie, Putin ogłosił częściową mobilizację, wszystko się wydało. Młodzi Rosjanie zamiast przed komendami uzupełnień ustawiali się masowo w kolejkach na niemal wszystkich granicach Rosji. Exodus pokazał – jak twierdzi Ilia Jaszyn – że poparcie dla wojny w rosyjskim społeczeństwie to tylko propagandowy mit.
Tysiące więźniów politycznych
Według szacunków obrońców praw człowieka w rosyjskich zakładach karnych i koloniach przebywa obecnie ponad 4 tys. więźniów politycznych.
– W rzeczywistości jest ich jednak znacznie więcej. Po prostu gros z nich to ludzie kompletnie nieznani opinii publicznej, zwykli obywatele, o których dowiadujemy się przypadkowo. Tak jak o emerycie Michale Simonowie, który na portalu „VKontakte” napisał, że „rosyjscy lotnicy bombardują dzieci” i poprosił Boga o przebaczenie za to. Dostał 6,5 roku kolonii karnej – mówi były współpracownik Borysa Niemcowa.
Przyznaje, że 4 tys. więźniów politycznych to na tak wielki kraj, jak Rosja, może nie jest wiele. Jednak właśnie ci skazani najlepiej świadczą o faktycznym braku poparcia dla Putina i jego działań.
– To jest prawdziwy przekrój rosyjskiego społeczeństwa, który pokazuje, że antywojenne poglądy przeniknęły znacznie głębiej, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Wśród tych więźniów są bowiem nastolatki i ludzie dojrzali, robotnicy, sprzedawcy, studenci, inżynierowie, lekarze, nauczyciele, adwokaci, kapłani, a nawet policjanci – wylicza Ilia Jaszyn.
W jego opinii myślących podobnie jest znacznie więcej, choć nie wszyscy znaleźli w sobie tyle odwagi, by posunąć się do działania. Nawet jeśli nie stanowią większości, to bez wątpienia są istotną częścią społeczeństwa.
Zwykli ludzie i ci sprawiedliwi
Jednak nie wszyscy rosyjscy emigranci, którzy wyjechali z kraju z powodów politycznych, są tego samego zdania co Ilia Jaszyn. Poparcie Rosjan dla lokatora Kremla i jego agresji na Ukrainę nie zastanawia ani nie dziwi Borisa Akunina.

– To w pełni naturalne. Zwykli ludzie żyją tym, co dzieje się w ich rodzinach i w pracy, a polityka to coś, co jest na peryferiach i wpływa bezpośrednio na ich życie – mówi pisarz i komentator polityczny w rozmowie z również mieszkającym poza Rosją popularnym dziennikarzem i youtuberem Jurijem Dudiem.
Wyjaśnia, że tacy zwykli ludzie interesują się polityką dopiero wtedy, gdy zbliżają się wybory i wokół pojawiają się przeróżni agitatorzy. Różnica między liberalnymi demokracjami a autorytarną Rosją polega na tym, że w pierwszym przypadku przekazów jest wiele, w drugim – tylko jeden. I to właśnie determinuje wybór.
W Rosji jest dziś co najmniej kilka tysięcy sprawiedliwych. To ci, którzy nie milczeli, ale sprzeciwiali się wojnie i trafili za to za kraty.
Ilia Jaszyn nie umniejsza odpowiedzialności rosyjskiego społeczeństwa za przywódców. Jednak na koniec swojego wystąpienia na YouTubie przytacza biblijną opowieść o Sodomie. Bóg zgodził się ocalić to miasto grzechu, jeśli znajdzie się w nim najpierw 50, potem dziesięciu, a na koniec choćby jeden sprawiedliwy.
– W Rosji jest dziś co najmniej kilka tysięcy sprawiedliwych. To ci, którzy nie milczeli, ale sprzeciwiali się wojnie i trafili za to za kraty. Oni zasłużyli na szansę dla naszego kraju – podsumowuje opozycyjny polityk.
Główne wnioski
- Oficjalne poparcie dla Putina jest efektem konstrukcji systemu. To, co wynika z badań opinii publicznej w Rosji, zwłaszcza jeśli firma sondażowa jest państwowa, nie ma wiele wspólnego z faktycznymi opiniami respondentów. W warunkach autorytarnych takie badania nie odzwierciedlają rzeczywistych poglądów obywateli. Strach, propaganda i brak alternatywnych przekazów sprawiają, że ludzie, unikając nieprzyjemności, wskazują „bezpieczne” odpowiedzi.
- Rzeczywiste poparcie dla wojny i władzy słabnie. Kreml skutecznie podtrzymuje iluzję jego powszechności, ale prawda jest inna. Świadczą o tym nie tylko wyniki badań niezależnych sondażowni, które wskazują na zmianę trendów, ale także doświadczenia niezależnych ekspertów.
- Rosyjskie społeczeństwo, wbrew temu, co twierdzi propaganda, nie jest jednolite. Znacząca, choć zastraszona i represjonowana część mieszkańców Rosji nie zgadza się z polityką Putina. Tysiące więźniów politycznych i rozproszonych przeciwników wojny pokazują, że antywojenne postawy są głębiej zakorzenione, niż sugeruje propaganda. O tym, że sam dyktator nie czuje się pewnie, świadczy jego zachowanie – powszechne represje.