Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego nawet dobrze chroniony obiekt może mieć poważną lukę w zabezpieczeniach.
- Jakie błędy popełniają osoby decydujące o ochronie obiektów.
- Jak zacząć budować odporność na sabotaż.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
W ostatnich tygodniach w Polsce i Niemczech doszło do incydentów, które ponownie zwróciły uwagę na zagrożenie sabotażem i rosyjskimi działaniami hybrydowymi. W Polsce spłonęły obiekty związane z przemysłem obronnym i lotniczym, a w Niemczech ujawniono próbę ataku z użyciem dronów oraz kolejne przypadki ingerencji w infrastrukturę krytyczną.
Z kolei w nocy z 30 na 31 sierpnia wybuchł pożar w fabryce Grupy WB w Skarżysku-Kamiennej. Premier Donald Tusk poinformował później, że doszło tam do celowego podpalenia i aktu sabotażu. 30 sierpnia spłonęła również hala firmy JFG Composites w Lublinie, produkującej kompozyty wykorzystywane m.in. w przemyśle lotniczym. W tym przypadku śledczy badają przyczyny pożaru i nie wykluczają podpalenia, ale dotąd nie ma dowodów pozwalających uznać zdarzenie za akt sabotażu.
Równolegle Niemcy oskarżyły Rosję o zorganizowanie sierpniowej próby ataku dronami z materiałami wybuchowymi na lotnisko w Lipsku/Halle. Niemiecki rząd uznał zdarzenie za element rosyjskich działań hybrydowych i zapowiedział działania odwetowe, w tym presję na rozszerzenie sankcji. W regionie rośnie też współpraca państw w zakresie ochrony infrastruktury przed tego rodzaju zagrożeniami. Kraje regionu Morza Bałtyckiego zapowiedziały utworzenie wspólnej grupy zadaniowej zajmującej się m.in. zagrożeniami ze strony dronów i aktami sabotażu.
W rozmowie z XYZ były oficer wywiadu Tomasz Broniś przekonuje, że bezpieczeństwo trzeba budować nie tylko za pomocą technologii, lecz także poprzez czujność ludzi i odporność organizacji.
– Jeśli do obiektu można wejść mimo kamer, ochrony i ogrodzenia, to znaczy, że nie jest on dobrze zabezpieczony – mówi Tomasz Broniś, który dziś zajmuje się m.in. testami penetracyjnymi.
Jego zdaniem w Polsce wciąż zbyt często traktujemy bezpieczeństwo jak formalność, którą trzeba odhaczyć. Tymczasem charakter zagrożeń się zmienił: zamiast złodzieja może pojawić się dywersant, a do wyrządzenia poważnych szkód nie zawsze potrzeba długotrwałego włamania – czasem wystarczy kilkadziesiąt sekund.
Sylwetka
Tomasz Broniś
Były oficer operacyjny Agencji Wywiadu, licencjonowany detektyw i właściciel biura detektywistycznego Inveritas. Jest absolwentem prawa i administracji na Uniwersytecie Warszawskim oraz Akademii Obrony Narodowej, gdzie studiował m.in. bezpieczeństwo informacji. Ukończył także studia z zakresu terroryzmu i przestępczości zorganizowanej oraz studium oficerskie Agencji Wywiadu.
Od 2017 r. działa w sektorze prywatnym, specjalizując się w wywiadzie i kontrwywiadzie gospodarczym oraz bezpieczeństwie korporacyjnym. Prowadzi audyty bezpieczeństwa, śledztwa wewnętrzne i analizy ryzyka, a także doradza firmom w zakresie ochrony informacji i tajemnicy przedsiębiorstwa. Pracował przy projektach dla przedsiębiorstw m.in. z sektorów energetycznego, zbrojeniowego, farmaceutycznego, spożywczego, nowych technologii i inwestycji.
„Nie jesteśmy przygotowani”
Michał Szcześniewski, XYZ: Czy Polska jest dziś przygotowana na zapobieganie działalności sabotażystów, np. operujących na rzecz Rosji?
Tomasz Broniś: Nie. Absolutnie nie jesteśmy gotowi. Nie byliśmy przygotowani na tego rodzaju zagrożenia.
Co ważne, część osób wykorzystywanych do takich działań nie jest szczególnie przeszkolonych. To osoby werbowane przez internet: tania, szybka agentura zastępcza. Jeżeli przypadkowy człowiek może zostać zwerbowany online i wykorzystany do podpalenia zakładu, to znaczy, że mamy problem.
Ale trzeba też zadać inne pytanie: na ile taki człowiek sam wybiera cel, a na ile ktoś mu go wskazuje. Możliwe, że istnieje lepiej przygotowana warstwa agentury, która prowadzi rozpoznanie obiektów, planuje działania, a następnie wskazuje wykonawcy konkretny cel.
Dopóki nie mamy pełnej wiedzy od zatrzymanych sprawców, pozostaje to jednak częściowo w sferze hipotez.
Czyli nawet amator może być skuteczny?
Tak. Motywacją może być po prostu łatwy zarobek. Ktoś dostaje zadanie i nie zadaje pytań, bo potrzebuje pieniędzy. Można też stworzyć mu odpowiednią legendę. Powiedzieć: „Podpal tę lakiernię, bo ktoś mi zabiera klientów”. Wtedy wykonawca może nawet nie wiedzieć, że bierze udział w operacji prowadzonej przez obce państwo.
Jeżeli przypadkowy człowiek może zostać zwerbowany online i wykorzystany do podpalenia zakładu, to znaczy, że mamy problem.
Kamery są, ochroniarze są. Tylko bezpieczeństwa wciąż brakuje
Przez lata zajmował się pan testami penetracyjnymi, czyli próbami przełamania zabezpieczeń obiektów na zlecenie ich właścicieli. Przeprowadził pan do tej pory około 70 takich testów. Co najczęściej okazywało się najsłabszym ogniwem?
Człowiek. Zazwyczaj człowiek. Dużą rolę odgrywa też szczęście. Zawsze podkreślamy w raportach: jeżeli wystarczy mi odrobina szczęścia, żeby dostać się do budynku, to znaczy, że ten budynek nie jest dobrze zabezpieczony.
Na około 70 testów tylko dwa razy zdarzyło się, że zostaliśmy zidentyfikowani po wejściu na teren obiektu. To daje do myślenia.
Także w obiektach państwowych?
Tak. Kontrolowaliśmy zarówno obiekty prywatne, jak i należące do spółek Skarbu Państwa. Braki i mankamenty się powtarzają. Pozytywne jest to, że zaczynamy się budzić. Świadomość zagrożeń rośnie.
Problem polega na tym, że przez lata systemy zabezpieczeń instalowano przede wszystkim po to, by spełnić wymagania ubezpieczyciela. Była kamera, alarm, kontrola dostępu, ogrodzenie – wszystko się zgadzało.
Nikt specjalnie nie zastanawiał się natomiast, co się stanie, jeśli ktoś rzeczywiście będzie chciał zaatakować obiekt.
Przez lata systemy zabezpieczeń instalowano przede wszystkim po to, żeby spełnić wymagania ubezpieczyciela. Nikt specjalnie nie zastanawiał się natomiast, co się stanie, jeśli ktoś rzeczywiście będzie chciał zaatakować obiekt.
Zagrożenie się zmieniło, ale systemy myślą po staremu
Czyli problemem jest przyzwyczajenie do starego modelu zagrożeń?
Dokładnie. Do tej pory ochrona była nastawiona przede wszystkim na złodzieja. Kogoś, kto chce coś wynieść. Potrzebuje do tego samochodu, czasu i musi pokonać zabezpieczenia.
Dzisiaj możemy mieć do czynienia z kimś, kto chce po prostu wyrządzić jak największą szkodę. Taka osoba nie musi niczego wynosić, a samo działanie może trwać kilkadziesiąt sekund. To wymusza zmianę myślenia.
Nie chodzi już tylko o przypadkowego złodzieja czy kogoś, kto chce ukraść dokumenty. Przeciwnik może działać błyskawicznie i być nastawiony wyłącznie na spowodowanie jak największych szkód.
Co zatem powinno się zmienić?
Obiekt powinien mieć system bezpieczeństwa dostosowany do konkretnych zagrożeń. Ludzie, którzy nim zarządzają, muszą wiedzieć, gdzie są jego słabe strony. Człowiek planujący atak patrzy bowiem na budynek inaczej niż jego właściciel – on szuka jego słabości. I właśnie po to są testy penetracyjne: żeby pokazać właścicielowi, w jaki sposób może myśleć potencjalny przeciwnik.
„Największe szanse na zatrzymanie są wtedy, kiedy przeciwnik jeszcze planuje”
Co jest ważniejsze: sama ochrona obiektu czy wcześniejsze wykrycie zagrożenia?
Największe szanse na zapobieżenie zdarzeniu mamy wtedy, kiedy przeciwnik prowadzi rozpoznanie i planuje. Każde przestępstwo lub działanie militarne można podzielić na trzy etapy: rozpoznanie, planowanie i realizację. Ta ostatnia jest tylko fragmentem całego procesu.
Kiedy ktoś już przystępuje do działania, jest zdeterminowany, ma przygotowany plan i wykorzystuje element zaskoczenia. Zatrzymać go jest znacznie trudniej. Dlatego trzeba patrzeć nie tylko na to, czy ktoś próbuje wejść na teren obiektu, ale również na to, czy wcześniej ktoś podejrzanie się nim nie interesował.
I właśnie na tym etapie mamy największy problem?
Tak. W żadnym z naszych testów – także w przypadku spółek Skarbu Państwa – nie zostaliśmy wykryci na etapie rozpoznania.
Co więcej, po zakończeniu testu zdarzało się, że pokazywaliśmy klientowi nagrania z monitoringu i mówiliśmy: „Tu byliśmy. Tutaj robiliśmy zdjęcia. Z tego miejsca prowadziliśmy obserwację”. Okazywało się, że kamery nas zarejestrowały, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. To pokazuje różnicę między posiadaniem systemu bezpieczeństwa a skutecznym korzystaniem z niego.
50 kamer nie pomoże, jeśli patrzą na nie dwie osoby
Czyli sama technologia nie rozwiązuje problemu?
Wręcz przeciwnie. Za bardzo na niej polegamy. Można mieć 50 kamer, ale jeśli przed monitorami siedzi dwóch ludzi, którzy muszą śledzić dziesiątki obrazów jednocześnie, trudno oczekiwać, że zauważą wszystko. Zwłaszcza jeżeli system nie wspiera ich odpowiednią analizą obrazu.
Dzisiaj technologia może wspierać człowieka w wykrywaniu nietypowych zachowań. Nie chodzi o to, żeby operator przez całą dobę obserwował każdy obraz. System może wychwytywać zdarzenia odbiegające od ustalonego schematu i kierować na nie uwagę operatora. Ale technologia nadal musi być częścią większego systemu.
Czyli nie „więcej kamer”, tylko lepsze wykorzystanie tego, co już mamy?
Tak. Kamera sama w sobie nie zapewnia bezpieczeństwa. Może bardzo dokładnie zarejestrować zdarzenie, które już się wydarzyło. Pytanie brzmi: czy system pozwolił nam mu zapobiec?
„Najczęściej nie wchodzimy jak ninja, tylko jak zwykły człowiek”
W testach penetracyjnych nie zawsze chodzi chyba o spektakularne włamanie?
W większości przypadków wykorzystujemy tak zwaną inżynierię społeczną. Manipulujemy ludźmi. Możemy pojawić się jako dostawca, osoba zagubiona, ktoś, kto ma wiarygodny powód, żeby znaleźć się w budynku. I tutaj znowu wracamy do człowieka.
Czyli pracownik ochrony może być ważniejszy niż kolejne urządzenie?
Oczywiście. Mieliśmy test w jednym z dużych biurowców w centrum Warszawy. Były procedury, recepcja, ochrona. Wszystko wyglądało bardzo dobrze. A jednak wystarczyła krótka rozmowa, żeby obejść procedury i dostać się do środka. Co więcej, powiedziałem, że będę tam tylko przez pięć minut, a wyszedłem dopiero po około półtorej godziny.
I nikt tego nie zauważył?
Nie. To pokazuje, że procedura może istnieć na papierze, ale jej rzeczywista skuteczność zależy od ludzi, którzy mają ją stosować.
Procedura może istnieć na papierze, ale jej rzeczywista skuteczność zależy od ludzi, którzy mają ją stosować.
Pracownik powinien mieć odwagę powiedzieć: „Coś tu nie pasuje”
Jak w takim razie szkolić pracowników?
Przede wszystkim trzeba im powiedzieć, że mają reagować, gdy coś wyda im się podejrzane. Nie chodzi o to, żeby każdy pracownik był specjalistą od kontrwywiadu. Czasem wystarczy proste pytanie zadane osobie, która twierdzi, że pracuje w firmie.
W małej organizacji można zapytać: „Z którego jesteś zespołu?”. Jeżeli ktoś poda nazwę zespołu, który nie istnieje, mamy sygnał ostrzegawczy. W dużej korporacji jest to trudniejsze, bo funkcjonują dziesiątki zespołów i podzespołów, o których inni pracownicy niewiele wiedzą.
Dlatego potrzebna jest przede wszystkim kultura bezpieczeństwa. Pracownik musi wiedzieć, że jeśli zgłosi coś podejrzanego, nie poniesie z tego powodu żadnych konsekwencji, nawet jeśli okaże się, że alarm był fałszywy.
Nie bójmy się, że wyjdziemy na donosiciela
To także kwestia społecznego nastawienia. W Polsce wciąż istnieje obawa, że zgłoszenie czegoś podejrzanego zostanie potraktowane jak donosicielstwo.
Tak. To ogromny problem. Pokutuje u nas skojarzenie z informatorem z czasów PRL. Ludzie boją się, że ktoś nazwie ich „konfiturą”, że będą mieli problemy. A przecież nie oczekujemy od obywatela, że sam rozwiąże tę zagadkę. Ma jedynie zwrócić uwagę na coś niepokojącego.
Resztę powinny zrobić służby. Problem w tym, że często potrzebują pierwszego sygnału właśnie od społeczeństwa.
Jak ten sygnał powinien wyglądać?
Nie potrzeba żadnego bohaterstwa. Jeżeli widzę coś, co nie pasuje do mojego otoczenia, mogę to zgłosić. Mieszkamy w konkretnych społecznościach – na osiedlach, ulicach, w małych miejscowościach. Znamy swoje otoczenie. Wiemy, gdzie zwykle stoją samochody, kto się pojawia, jak wygląda codzienne życie.
Czasami wystarcza intuicja i warto jej zaufać. Człowiek idzie ulicą i myśli: „Dziwny facet”. To może być nic. Ale może być też sygnałem, któremu warto przyjrzeć się bliżej. Miałem kiedyś pomysł ze znajomymi z branży, aby umożliwić przekazywanie takich zgłoszeń za pośrednictwem aplikacji mObywatel. Nie spotkał się jednak z większym zainteresowaniem.
Odporność społeczna zaczyna się w szkole
Czy taką czujność można w ogóle wykształcić?
Oczywiście. To kwestia kultury. Tak jak nauczyliśmy się pewnych zachowań na drodze, możemy nauczyć się również właściwych zachowań związanych z bezpieczeństwem.
Zawsze podkreślam, że bezpieczeństwo jest jak kultura – świadczy o poziomie rozwoju społeczeństwa. Jeżeli człowiek czuje się bezpiecznie, może się rozwijać. Jeżeli tego poczucia nie ma, skupia się przede wszystkim na jego odzyskaniu.
Od czego zacząć?
Od szkoły. Jestem zwolennikiem dodatkowego przedmiotu, który uczyłby dzieci właściwego korzystania z internetu. Nie tylko obsługa technologii, ale przede wszystkim krytyczne myślenie.
Dziecko powinno stosować zasadę ograniczonego zaufania: „Widzę coś w internecie, ale najpierw to sprawdzę”. Powinniśmy nauczyć młodych ludzi oddzielać ziarno od plew.
A co z bezpieczeństwem fizycznym? Zwracaniem uwagi na podejrzane sytuacje?
Starsze dzieci również mogą się tego uczyć. Czasami widzą więcej niż dorośli, bo docierają do miejsc i środowisk, do których my nie mamy dostępu. Jeżeli pokażemy im, że ich spostrzeżenia są ważne, budujemy poczucie odpowiedzialności – nie tylko za siebie, ale także za całą społeczność.
Bezpieczeństwo to jest jak kultura – świadczy o poziomie rozwoju społeczeństwa.
Wędkarze, leśnicy, sąsiedzi. Państwo potrzebuje milionów par oczu
Czy w budowaniu odporności społecznej warto wykorzystywać konkretne środowiska – na przykład leśników albo wędkarzy?
Każdy kierunek będzie dobry, jeśli przyniesie rezultaty. Czy to będą wędkarze, czy inne grupy społeczne, nie ma większego znaczenia. Ważne, żeby próbować docierać do różnych środowisk.
Jeżeli dana grupa jest dobrze zorganizowana, potrafi współpracować i można stosunkowo łatwo przeprowadzić w niej szkolenia, to jest to dobry punkt wyjścia. Nie zbudujemy świadomości w całym społeczeństwie jednego dnia. Trzeba od czegoś zacząć, a później stopniowo rozszerzać takie działania.
Służby powinny tropić dywersantów, firmy – zabezpieczać własne obiekty
Czy ABW powinna aktywniej wymagać od przedsiębiorców lepszych zabezpieczeń?
Nie sądzę, żeby to była rola służb. Nasze służby są osłabione. Jest za mało funkcjonariuszy i powinni koncentrować się na swoich podstawowych zadaniach: rozpracowywaniu dywersantów, ich identyfikacji, zatrzymywaniu i prowadzeniu śledztw. Duża część działań prewencyjnych powinna natomiast spoczywać na barkach przedsiębiorców.
Są oczywiście zakłady o szczególnym znaczeniu, zwłaszcza zbrojeniowe, które powinny mieć odpowiedni parasol ochronny służb. Ale mamy coraz więcej podmiotów działających w formule dual-use, produkujących towary i technologie cywilne, które mogą mieć również zastosowanie wojskowe. Nie jesteśmy w stanie objąć wszystkich takich firm stałą ochroną państwa.
Co w takim razie powinno zrobić państwo?
Może określić wymagania. Jeżeli przedsiębiorca chce działać w określonej branży albo uzyskać koncesję, jednym z warunków może być przejście odpowiedniego audytu bezpieczeństwa. Audyt powinien pokazać, czy firma rzeczywiście jest przygotowana. Ale równie ważne jest to, żeby nie stał się kolejnym dokumentem do odhaczenia.
Audyt nie może być kolejnym dokumentem do odhaczenia
Jak sprawić, żeby audyt rzeczywiście coś zmieniał?
Szkolenia. I to niekoniecznie wszystkich. Wszystko zależy od rotacji pracowników i charakteru organizacji. Czasem wystarczy przeszkolić najważniejsze osoby, kierowników zmian czy wybranych pracowników. Tak jak w przypadku pierwszej pomocy: nie każdy musi być ratownikiem. Wystarczy, że w organizacji są osoby, które wiedzą, co zrobić.
Jeżeli pracownik zauważy coś dziwnego, powinien móc powiedzieć: „Stachu, Elu, ja się na tym nie znam, ale was szkolili – zwróćcie na to uwagę”. To bardzo proste. Możemy nauczyć ludzi, że jeżeli widzą coś nietypowego, nie muszą od razu wiedzieć, z czym mają do czynienia. Wystarczy, że wiedzą, komu to zgłosić.
Wszystkiego ludzi można nauczyć. Tak jak nauczyliśmy się pewnych zachowań na drodze, możemy nauczyć się również właściwych zachowań związanych z bezpieczeństwem.
„Oni cały czas badają nasze reakcje”
Czego bardziej się pan obawia: jednego spektakularnego ataku czy dziesiątek mniejszych incydentów?
To zależy od tego, jakie okazje będą mieli wykonawcy. Ale jest jeszcze jedna rzecz: oni cały czas nas badają. Sprawdzają nasze reakcje, zdolność do samoobrony i wykrywania zagrożeń.
Jeżeli zobaczą, że mogą pozwolić sobie na więcej, to sobie pozwolą. Dlatego nie można patrzeć na pojedyncze incydenty wyłącznie jako na odrębne zdarzenia. Mogą być również testem naszej odporności.
Czy fakt, że część bardziej zaawansowanych działań obserwujemy za granicą, a nie w Polsce, powinien nas uspokajać?
Niekoniecznie. Niektóre cele są po prostu bardziej atrakcyjne, a inne lepiej chronione. Jeżeli mamy obiekt o dużym znaczeniu dla transportu wojskowego lub logistyki, zainteresowanie nim będzie większe.
Są też miejsca, które chronią nie tylko polskie służby. W przypadku lotniska w Rzeszowie znaczenie ma również obecność sił sojuszniczych. Nie oznacza to jednak, że możemy uznać problem za rozwiązany.
„Musimy zmienić myślenie”
Czy – pana zdaniem – sposób myślenia o ochronie obiektów rzeczywiście się zmienia?
Tak, ale powoli. Myślę, że teraz ten proces przyspieszy. Ludzie zaczynają sobie zdawać sprawę, że pewne rzeczy są bardzo proste do zrobienia. Można mieć kamery i ochronę, a mimo to zareagować dopiero po fakcie.
Jeżeli do tej pory zabezpieczaliśmy obiekt przede wszystkim przed kradzieżą, a teraz zagrożeniem jest błyskawiczny akt sabotażu, musimy zmienić system.
Czyli sednem jest zmiana sposobu myślenia?
Tak. I dotyczy to również cyberbezpieczeństwa. Możemy inwestować ogromne pieniądze w zabezpieczenia informatyczne, ale jeżeli nie zabezpieczymy ludzi i fizycznego dostępu do miejsc, w których znajduje się infrastruktura, nadal pozostanie luka. Nie możemy traktować cyberbezpieczeństwa i bezpieczeństwa fizycznego jako dwóch całkowicie odrębnych światów.
Największy problem? Brak wyobraźni
Co jest więc dzisiaj największym mankamentem ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo?
Brak wyobraźni. Kiedyś, jeszcze w służbie, uczestniczyłem w testowaniu bezpieczeństwa polskich placówek za granicą. Działaliśmy podobnie jak dziś – jako osoby z zewnątrz, próbujące znaleźć słabe punkty. W jednej z placówek znalazłem lukę, którą uznałem za bardzo poważną. Opisałem krok po kroku, jak można ją wykorzystać.
Usłyszałem, że to chory pomysł: „Nikt by na coś takiego nie wpadł”. Tylko że ja właśnie wpadłem. Skoro ja na to wpadłem, dlaczego ktoś po drugiej stronie miałby nie wpaść? To jest podstawowa zasada bezpieczeństwa.
Czyli człowiek odpowiedzialny za bezpieczeństwo powinien przede wszystkim umieć wyobrazić sobie to, czego jeszcze nie było?
Tak. Dopóki ktoś czegoś nie zrobi, wydaje się to często niemożliwe albo absurdalne. A potem wszyscy mówią: „Jak mogliśmy tego nie przewidzieć?”. Dlatego trzeba próbować patrzeć oczami przeciwnika. Nie po to, żeby żyć w ciągłym strachu, lecz po to, żeby być przygotowanym.
Bezpieczeństwo nie jest sprawą służb. Jest sprawą całego społeczeństwa
Gdyby miał pan wskazać jedną rzecz, którą Polska powinna zrobić teraz, co by to było?
Zmienić myślenie. Właściciel obiektu musi wiedzieć, że odpowiada za jego bezpieczeństwo. Państwo musi skoncentrować służby na identyfikowaniu i zwalczaniu zagrożeń. Pracownicy muszą wiedzieć, jak reagować. Obywatele powinni nauczyć się zwracać uwagę na swoje otoczenie. I wszystkie te elementy trzeba połączyć ze sobą. Bo bezpieczeństwo nie jest tylko kwestią płotu, kamery czy ochroniarza. To system, którego skuteczność zależy od współdziałania wszystkich jego elementów.
Główne wnioski
- W Polsce wciąż zabezpieczamy obiekty przed wczorajszymi zagrożeniami. W wielu miejscach system ochrony nadal projektowany jest przede wszystkim z myślą o złodzieju, który musi sforsować zabezpieczenia i spędzić na miejscu więcej czasu. Tymczasem sabotażysta może potrzebować zaledwie kilkudziesięciu sekund, a jego celem jest wyrządzenie jak największych szkód. Dlatego bezpieczeństwo musi zaczynać się od przewidywania sposobu działania przeciwnika, a nie tylko od spełniania formalnych wymogów.
- Najsłabszym ogniwem systemu bezpieczeństwa pozostaje człowiek, ale może być też jego największym atutem. Kamery, alarmy i procedury nie wystarczą, jeśli pracownicy nie potrafią właściwie reagować na nietypowe zachowania. Testy penetracyjne pokazują, że problemem często nie jest brak technologii, lecz brak czujności i odpowiedniej kultury bezpieczeństwa. Zamiast wymagać od każdego specjalistycznej wiedzy, trzeba nauczyć ludzi prostej zasady: jeśli coś nie pasuje do otoczenia, nie należy tego ignorować.
- Odporność społeczna wymaga połączenia odpowiedzialności państwa, firm i obywateli. Służby nie są w stanie chronić każdego obiektu i każdego przedsiębiorstwa, dlatego firmy muszą odpowiadać za własne zabezpieczenia. Państwo powinno wyznaczać standardy i koncentrować służby na wykrywaniu oraz zwalczaniu zagrożeń, a obywatele – przekazywać pierwsze sygnały ostrzegawcze. Kluczowa jest zmiana myślenia: bezpieczeństwa nie gwarantuje pojedyncze urządzenie ani dokument z audytu. To system, który działa tylko wtedy, gdy wszystkie jego elementy współpracują ze sobą.


