Kategorie artykułu: Biznes Newsy

Monopol czy konkurencja? Rynek, urzędy i think-tank dyskutują o działalności Biura Informacji Kredytowej

Kiedy jeśli nie teraz? Z takiego założenia wychodzi m.in. Instytut Sobieskiego i Związek Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce, które przy okazji prac nad ustawą o kredycie konsumenckim, postulują zburzenie istniejącego od 29 lat status quo na rynku informacji kredytowej. Wnoszą o demonopolizację rynku, argumentując, że efektem byłyby niższe koszty usług i lepsza jakość danych. Temat podnoszą też inne instytucje, w tym szefowie KNF-u i UOKiK-u, choć każdy robi to na swój sposób. Zdaniem BIK-u część argumentów jest nietrafiona, a konkurencja wcale nie musi oznaczać, że będzie taniej. Wręcz przeciwnie.

Dłoń pokazuje ekran laptopa, na którym widoczne są wykresy.
Do Biura Informacji Kredytowej raportują banki i niemal wszystkie instytucje pożyczkowe. Pozwala to na budowanie zaawansowanych modeli scoringowych, ale z drugiej strony faworyzuje prywatny podmiot, który należy do banków na czele z Pekao i PKO BP. Fot. Gettyimages

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jakie zmiany postuluje część branży oraz urzędów w zakresie rynku informacji kredytowej.
  2. Jakie są kluczowe argumenty Instytutu Sobieskiego i organizacji rynku finansowego.
  3. Jak szef BIK-u Mariusz Cholewa, odnosi się do idei demonopolizacji rynku informacji kredytowej.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Niemal bez echa przeszedł raport Instytutu Sobieskiego na temat ochrony interesów konsumentów na rynku informacji kredytowej z listopada 2025 r. To 37-stronicowa publikacja, która wyjaśnia uregulowania prawne przetwarzania danych kredytowych. Wskazuje też na uprzywilejowaną monopolistyczną pozycję Biura Informacji Kredytowej (BIK) i jej skutki. Wydźwięk raportu o potrzebie demonopolizacji rynku jest tym mocniejszy, że wysuwa go zespół pod okiem Leszka Skiby. Tymczasem to właśnie on w latach 2020-2024 stał na czele Banku Pekao, czyli... największego akcjonariusza BIK-u, kontrolującego 41,6 proc. jego kapitału zakładowego.

Przyczynkiem do raportu były prace UOKiK-u

Przyczynkiem do debaty na temat rynku informacji kredytowej stały się m.in. prace prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) nad projektem nowelizacji ustawy o kredycie konsumenckim, które wdrażają w Polsce dyrektywę w tym obszarze (CCD2). Jak ujawniliśmy w XYZ do projektu zgłoszono łącznie 1500 stron uwag. Jedną z częściej poruszanych tam kwestii jest właśnie sposób funkcjonowania rynku informacji kredytowej w Polsce.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Urząd przedstawił łącznie 1355 stron tabel. Odnosi się w nich do poszczególnych propozycji, choć często robi to bez żadnej argumentacji. Rynek pozna ją zapewne bardziej szczegółowo 20 i 21 stycznia. To wtedy w siedzibie Urzędu mają się odbyć konferencje uzgodnieniowe, których celem będzie wysłuchanie propozycji i sugestii zgłaszanych m.in. przez organizacje reprezentujące rynek finansowy.

Kredytodawcy weryfikują klientów w bazach danych

Wątek BIK-u pojawia się w artykule 30 projektu o kredycie konsumenckim. To nieco doprecyzowana wersja obecnie obowiązującego art. 9 ustawy z 2011 r. O ile jednak obecna wersja mówi o konieczności zbadania oceny zdolności kredytowej klienta przed zawarciem umowy, o tyle projekt precyzuje, że kredytodawca (zarówno bank, jak i instytucja pożyczkowa) przed udzieleniem kredytu konsumentowi musi sprawdzić jego dochody i wydatki w tzw. bazach danych. Obie wersje ustawy mają wspólną definicję baz danych. Mogą je oferować jedynie dwa typy instytucji.

O pierwszych mówi art. 105 ust. 4 prawa bankowego. Według niego tylko banki wspólnie z bankowymi izbami gospodarczymi (jest nią Związek Banków Polskich), mogą utworzyć instytucje upoważnione do gromadzenia, przetwarzania i udostępniania bankom i innym instytucjom danych stanowiących tajemnicę bankową. Zdaniem Instytutu Sobieskiego, to właśnie ten przepis oznacza blokadę powoływania konkurencyjnych wobec BIK-u instytucji.

Drugim rodzajem instytucji są tzw. biura informacji gospodarczej. To: BIG Infomonitor (kontrolowane przez grupę BIK), ERIF, Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej (KRD BIG) oraz Krajowe Biuro Informacji Gospodarczej (KBIG). To instytucje, do których trafiają informacje o przeterminowanych należnościach, ale nie mające automatycznego wglądu w kredyty.

To, czym się różnią oba projekty, to możliwość dostarczania informacji także przez trzeci rodzaj podmiotów. Obowiązująca od ponad dwóch lat znowelizowana wersja mówi, że instytucje pożyczkowe mogą korzystać też z tzw. zaufanych dostawców. Chodzi o podmioty oferujące usługę dostępu do informacji z rachunku (AIS), czyli np. Kontomatik. Projekt UOKiK-u usuwa ten zapis.

Związek Przedsiębiorstw Finansowych (ZPF) z Marcinem Czuganem na czele liczy, że na tzw. konferencji uzgodnieniowej przekona urząd do zmiany stanowiska. Podobny postulat zgłasza Polski Związek Instytucji Pożyczkowych (PZIP) i Federacja Przedsiębiorstw Polskich (FPP).

Uwagę przykuwa raportowanie tylko do BIK-u

Poza sprawdzaniem informacji w bazach danych projekt autorstwa UOKiK-u wprowadza jeszcze inną istotną zmianę. Obecnie kredytodawcy, będący instytucjami pożyczkowymi, raportują fakt udzielenia kredytu do BIK-u. O opóźnieniu w jego spłacie mogą jednak poinformować albo BIK, albo którąś z baz informacji gospodarczych. Mogą też poinformować każdą z tych instytucji. Mają na to siedem dni od daty wystąpienia tego opóźnienia. Projekt zakłada jednak, że te rodzaje informacji banki i instytucje pożyczkowe miałyby raportować wyłącznie do BIK-u.

– To znaczy, że BIK dostaje ustawowy obowiązek zasilania własnej bazy danych przez banki i instytucje pożyczkowe, a potem przetwarzania tych danych i sprzedawania ich tym samym podmiotom, od których dostały te dane – wskazuje nasz rozmówca.

Stworzone w 1997 r. BIK ma ośmiu akcjonariuszy, którymi poza ZBP, jest dziewięć banków uniwersalnych, w tym PKO BP, Pekao i ING Bank Śląski. Instytut Sobieskiego w swoim raporcie wskazuje, że klientami BIK-u są jednak nie tylko jego akcjonariusze. To również mniejsi gracze – banki spółdzielcze, spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe (SKOK), czy firmy pożyczkowe.

Ikona wykres interaktywny Wykres interaktywny

„Oznacza to, że te instytucje finansowe nie mają wyboru i muszą korzystać z usług podmiotu, na który nie mają żadnego wpływu, a który w zakresie usług scoringu kredytowego ma pozycję monopolistyczną. Projekt UOKiK-u jedynie umacnia tę sytuację. Po udostępnieniu danych konsumenta instytucja pożyczkowa będzie też zobowiązana do informowania o całkowitej spłacie zobowiązań, ich wygaśnięciu, o stwierdzeniu nieistnienia zobowiązania lub korekcie jego wysokości oraz o nowo powstałych zobowiązaniach i ich aktualizacji” – wskazują autorzy raportu.

Urzędy przeciw monopolowi informacyjnemu BIK-u

O zmianę przepisu apeluje m.in. KRD BIG. Instytucja, na której czele stoi Adam Łącki w swoich uwagach wnosi o wprowadzenie zapisu utrzymującego obowiązek raportowania, ale z jednoczesną możliwością wyboru bazy danych, do której informacje takie byłyby zgłaszane.

Uwagi branży podziałały. Już w listopadowym wywiadzie dla XYZ Tomasz Chróstny przyznał, że po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw zdecydował o modyfikacji podejścia.

– Na początku zakładaliśmy obowiązek raportowania informacji o zaciągniętych kredytach tylko do BIK-u. Nie chcemy jednak wzmacniać monopolu informacyjnego BIK-u w zakresie dostępu do informacji o konsumentach, w tym ich zdolności kredytowej. Dlatego damy kredytodawcom wybór – ujawniał w listopadowym wywiadzie prezes UOKiK-u.

Poza uwagami samego rynku wpływ na zmianę stanowiska UOKiK-u mogły mieć m.in. sugestie przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego Jacka Jastrzębskiego. W swoim piśmie do szefa UOKiK-u pisał: „urząd otrzymuje sygnały, że pierwotna wersja przepisów godzi w swobodę działalności gospodarczej, uzależniając działalność niektórych kategorii kredytodawców od prywatnego podmiotu”.

Jacek Jastrzębski wskazywał, że „nie negując znaczenia BIK-u jako platformy wymiany informacji między bankami, w ocenie UKNF-u rozważyć należy, czy proponowana definicja bazy danych przy jednoczesnym rozszerzaniu katalogu kredytodawców i podmiotów mających obowiązek raportowania o kredytach do BIK, nadal jest optymalna i właściwa”.

Część instytucji mówi o potrzebie demonopolizacji

Instytut Sobieskiego w raporcie podkreśla, że o ile rynek informacji kredytowej bazuje na monopolistycznej pozycji BIK-u, o tyle w zakresie informacji gospodarczej, gdzie działają cztery BIG-i, jest konkurencyjny, a działalność podmiotów podlega nadzorowi instytucji publicznej.

– Prowadzone prace nad ustawą o kredycie konsumenckim są dobrym momentem, by na nowo zastanowić się, czy stworzony w 1997 r. model wymiany informacji kredytowej nadal jest optymalny. Zaproponowaliśmy w swoich uwagach do projektu, aby umożliwić BIG-om tworzenie instytucji przewidzianych w art. 105 ust. 4 prawa bankowego. BIG-i to dziś instytucje silne technologicznie, kapitałowo, organizacyjnie, a przy tym są nadzorowane przez ministra finansów i gospodarki. Mają dedykowaną, restrykcyjną i dopracowaną ustawę, na jej podstawie działają. Są przygotowane do pełnienia takiej roli. Jeśli teraz nie podejmiemy tej dyskusji, to kolejna okazja może się pojawić co najmniej za kolejne dziesięć lat – przyznaje Marcin Czugan.

Podobny postulat w swoim piśmie wysuwa Urząd KNF-u. Według nadzorcy powinno się umożliwić kredytodawcom innym niż banki stworzenia instytucji na wzór art. 105 ust. 4 ustawy – Prawo bankowe. Wariant minimum to dokonanie przeglądu ustawy pod kątem możliwości pozyskiwania statusu rejestru kredytowego dla innych niż BIK instytucji.

UOKiK: Postulat wykracza poza zakres tej regulacji

Tomasz Chróstny idzie jeszcze dalej. Od marca 2025 r. prowadzi postępowanie ws. BIK-u. Weryfikuje zasady oceny zdolności kredytowej i ich wpływu na warunki udzielania kredytów. W rozmowie z XYZ wskazywał, że ma już pierwsze krytyczne spostrzeżenia. Jego zdaniem model, w którym tak newralgiczne dane są w pełnej dyspozycji podmiotu kontrolowanego przez osiem największych banków komercyjnych w Polsce (dziewiątym jest DNB Nord, który jednak jest niewielkim bankiem specjalizującym się w obsłudze firm), może nie sprzyjać transparentności i konkurencyjności rynku.

– Państwo polskie powinno mieć rejestr centralny, do którego trafiałyby dane od podmiotów finansujących. Następnie mogłyby być selektywnie dostarczane instytucjom finansowym dla potrzeb weryfikacji wniosków kredytowych i oceny zdolności kredytowej – twierdzi szef UOKiK-u.

W tabeli uwag do projektu ustawy o kredycie konsumenckim Urząd zachowuje jednak ostrożność. Czytamy tam, że uwagi dotyczące otwarcia rynku informacji kredytowej – zgłoszone przez ZPF, KRD oraz KBIG – nie zostały uwzględnione. Powód? Wykraczają poza zakres tej regulacji. To sugeruje, że ewentualne odblokowanie rynku, według urzędu, powinno nastąpić w osobnym akcie.

Zdaniem Leszka Skiby, temat wymaga przedyskutowania. Obecny model przestał być atrakcyjny zarówno dla klientów BIK-u, jak i klientów banków oraz instytucji pożyczkowych.

– Kiedy nastąpią zmiany? Trudno powiedzieć, na pewno potrzebna jest merytoryczna dyskusja o konkurencji na tym rynku oraz nadzorze, a także bezpieczeństwie danych. Od tej debaty nie uciekniemy, a efektem powinny być dobre zmiany legislacyjne – wskazuje w komentarzu dla XYZ.

Instytut Sobieskiego: więcej biur to niższe koszty

Na przygotowany pod okiem byłego prezesa Pekao raport Instytutu Sobieskiego chętnie powołuje się m.in. Adam Łącki. Wskazuje, że wszyscy kredytodawcy opierają się na modelu scoringowym jednego dostawcy, czyli BIK-u. Przekonuje, że rynek nie jest w stanie zweryfikować tego modelu.

– Dopiero konkurencja wprowadziłaby realną presję na doskonalenie jakości danych, wiarygodność modeli oraz na obniżenie kosztów usługi. Z punktu widzenia kredytodawców brak konkurencji przekłada się na wyższe koszty pozyskania danych, które następnie są przerzucane na konsumenta. W 2024 r. rentowność sprzedaży BIK-u wyniosła 28 proc. Zysk netto został z kolei w całości wypłacony akcjonariuszom, czyli bankom [i ZBP – red.]. To dowodzi, że model monopolowy skutkuje bardzo wysoką rentownością. Gdyby rynek był konkurencyjny, doszłoby do 30-procentowej redukcji kosztów, co przełożyłoby się na spadek przychodów BIK-u o 37 proc. Byłyby to zatem realne oszczędności dla instytucji finansowych oraz dla klientów – podkreśla Adam Łącki.

Jego zdaniem, przykładów rozwiązań trzeba szukać za granicą. W Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Czechach działa kilka biur kredytowych. Konkurują jakością danych i dokładnością modeli scoringowych, a przede wszystkim ceną. Jedynym wątkiem jest Francja, gdzie jest jedno biuro, ale trzeba zwrócić uwagę, że jest to instytucja państwowa.

– Demonopolizacja to krok w stronę bardziej kompletnej zintegrowanej informacji, która pozwala na bardziej rzetelną ocenę ryzyka. Włączenie BIG-ów do grona podmiotów tworzących rejestry kredytowe, wzmacnia odporność tego systemu. Konkurencja natomiast prowadzi do większej przejrzystości i ograniczenia ryzyka wykluczenia systemowego. To reforma w interesie publicznym, a nie prywatnym – wskazuje Adam Łącki.

„Wprowadzenie konkurencji nie zagrażałoby bezpieczeństwu systemu – przeciwnie, mogłoby je wzmocnić dzięki wymianie doświadczeń między podmiotami, większej przejrzystości działań i szerszemu nadzorowi instytucji publicznych nad uczestnikami rynku” – czytamy w raporcie.

Szef BIK-u wskazuje na wiele światowych rozwiązań

O odniesienie się do postulatów poprosiliśmy Mariusza Cholewę, prezesa BIK-u, sprawującego tę funkcję od czerwca 2013 r. Zaczyna od rozróżnienia dwóch obszarów procesu kredytowego, gdzie wykorzystuje się dane przetwarzane przez BIK. Jak twierdzi, w obu tych obszarach BIK nie jest jedynym źródłem informacji.

Pierwszy to ocena ryzyka kredytowego, czyli szacowanie prawdopodobieństwa braku spłaty zobowiązania. Robi się to na podstawie m.in. historii spłat kredytów i pożyczek, analizy transakcji płatniczych, danych z biur informacji gospodarczej oraz rejestrów publicznych. Drugi obszar to ocena zdolności kredytowej dokonywana przez kredytodawcę. Oprócz powyższych źródeł danych potrzebne są tam informacje o dochodach i wydatkach konsumenta. Mogą one być pozyskiwane nie tylko z BIK, ale też od innych instytucji z sektora finansowego, np. dostawców AIS.

Menedżer od maja 2020 r. stoi na czele ACCIS, czyli międzynarodowego stowarzyszenia biur informacji kredytowej. Wyjaśnia, że na innych rynkach różni się np. właściciel takiego biura. W Rumunii, Chorwacji czy Turcji BIK tworzony jest bezpośrednio przez banki. We Francji i Belgii rejestr znajduje się w strukturach banku centralnego. Natomiast w Finlandii i Szwecji są prywatne podmioty, działające w tym obszarze. Przyznaje, że co prawda są na świecie rynki, gdzie w obszarze BIK-ów jest konkurencja, jednak stwarza to problemy, z którymi część państw musi się teraz mierzyć.

– W krajach, gdzie jest rozproszenie informacji kredytowej, pojawiają się debaty związane z centralizacją. Np. w USA trwa dyskusja, czy na pewno trzeba korzystać z aż trzech osobnych rejestrów dla prawidłowej oceny zdolności kredytowej i ryzyka kredytowego. Padają sugestie, by w celu zmniejszenia kosztów ograniczyć się do dwóch biur. Pytanie jednak, czy nie odbędzie się to ze szkodą dla konsumenta – wskazuje Mariusz Cholewa.

ZBP: Rozproszenie informacji może szkodzić

Jak podkreśla nasz rozmówca, w Wielkiej Brytanii, gdzie występuje duża konkurencja, instytucje finansowe najczęściej weryfikują dane w jednym z biur kredytowych. Rodzi to ryzyko, że dobra lub negatywna historia kredytowa z innego biura nie będzie wzięta pod uwagę przy ocenie zdolności kredytowej i ryzyka kredytowego.

Może to skutkować tym, że część klientów z dużymi obciążeniami finansowymi dostanie finansowanie ponad swoje możliwości i wpadnie w pętlę zadłużenia. Inna część klientów nie dostanie finansowania, bo ich dobra historia kredytowa nie zostanie wzięta pod uwagę.

Na podobne ryzyko zwraca uwagę Agnieszka Wachnicka, wiceprezes Związku Banków Polskich (ZBP). Jej zdaniem dostęp kredytodawców do kompletnych, wiarygodnych i integralnych danych o kliencie i jego zdolności do spłaty zadłużenia jest kluczowy dla prawidłowego funkcjonowania rynku.

– Rozproszenie informacji umożliwiających ocenę zdolności i wiarygodności kredytowej prowadziłoby do osłabienia ochrony konsumentów i zwiększenia ryzyka przekredytowania. W ostatnich latach funkcjonujący rejestr kredytowy był systematycznie rozbudowywany o kolejne kategorie podmiotów tak, aby mógł dysponować jak najpełniejszą bazą informacji o rynku finansowym – dodaje Agnieszka Wachnicka.

Odrzuca wnioski o spadku ceny i poprawie rynku

Prezes podkreśla, że przychody BIK-u rosną razem z wolumenami zapytań oraz wzrostem aktywności klientów w obszarze przeciwdziałania oszustwom, analityki danych, usług dla klientów indywidualnych i firm.

Nie odnosi się wprost do uwag o wysokiej rentowności biznesu monopolisty. Stwierdza jedynie, że od lat pozostaje ona na podobnym poziomie. Przypomina, że BIK jako instytucja zaufania publicznego realizuje także wiele projektów związanych z edukacją finansową.

Prezes BIK-u odnosi się za to do oczekiwanego przez Instytut Sobieskiego spadku cen w razie pojawienia się konkurencji na rynku. Jego zdaniem takie twierdzenie jest dużym nieporozumieniem. Koszt zapytań kredytowych do kilku biur zawsze będzie wyższy niż do jednego. Zainteresowanych odsyła do toczącej się na ten temat dyskusji w Stanach Zjednoczonych.

– Każdy odpowiedzialny kredytodawca, aby podjąć decyzję kredytową, będzie musiał zapytać wszystkie funkcjonujące na rynku rejestry, zamiast aktualnie jednego. Wpłynie to raczej na wzrost, a nie spadek kosztów. Może się to przełożyć na wzrost cen usług finansowych – potwierdza Agnieszka Wachnicka.

Demonopolizacja nie oznacza tańszych usług

Szef BIK-u wskazuje, że w razie rozdrobnienia rynku, banki i instytucje pożyczkowe będą musiały wybrać, które biura odpytać i ile tych informacji będzie potrzebnych.

– Jeden z argumentów z raportu zakłada, że przez monopol BIK-u jest drożej. To nieprawda, drożej jest wtedy, gdy nie można ocenić ryzyka. Dlatego, że instytucje nie są w stanie oddzielić wtedy wiarygodnych klientów od tych. mogących stwarzać problemy. Wtedy koszty ryzyka są przerzucane na wszystkich klientów. Gdy mamy jeden wiarygodny rejestr, wtedy jest taniej – zaznacza prezes BIK-u.

Dodaje, że do biura raportują obecnie wszystkie banki, firmy pożyczkowe, około jedna trzecia firm leasingowych oraz prawie wszystkie instytucje z obszaru płatności odroczonych.

BIK nie ma danych z firm windykacyjnych. Zgłosił jednak postulat w trwającym procesie prac nad projektem ustawy o kredycie konsumenckim o obowiązek raportowania nabywców wierzytelności. Pozwoli to na domknięcie informacji o „cyklu życia klienta” w sektorze finansowym. Jak czytamy w tabeli uwag UOKiK-u, pomysł BIK-u został uwzględniony. Otwiera to tym samym drogę to gromadzenia przez biuro jeszcze większej liczby informacji.

Główne wnioski

  1. Zachęcony toczącymi się pracami UOKiK-u nad projektem ustawy o kredycie konsumenckim think-tank Instytut Sobieskiego pod kierownictwem Leszka Skiby, byłego prezesa Pekao, wydał raport, w którym postuluje demonopolizację rynku informacji kredytowej. Podobny postulat wysuwa Związek Przedsiębiorstw Finansowych i Krajowy Rejestr Długów. Na temat zwraca też uwagę Komisja Nadzoru Finansowego. W swoich uwagach do projektu wskazuje, że pierwotna wersja przepisów godzi w swobodę działalności gospodarczej, uzależniając działalność niektórych kategorii kredytodawców od prywatnego podmiotu, jakim jest BIK.
  2. UOKiK dał się przekonać do częściowej zmiany stanowiska. Zdecydował, że kredytodawcy będą raportować nie tylko do BIK-u, ale też do BIG-ów. W sprawie demonopolizacji rynku jednak jest ostrożny. Stwierdza jedynie, że postulat wykracza poza zakres regulacji. Tomasz Chróstny, prezes Urzędu przyznaje, że model, w którym wrażliwe dane są w rękach kontrolowanego przez banki BIK-u, budzi jego wątpliwości. Rozwiązanie? Stworzenie państwowego rejestru centralnego.
  3. BIK i ZBP odpierają zarzuty, otwarcie rynku na konkurencję obniżyłoby ceny za poszczególne zapytania. Zdaniem prezesa BIK-u Mariusza Cholewy taka argumentacja to duże nieporozumienie. Agnieszka Wachnicka, wiceprezes ZBP dodaje, że w razie pojawienia się konkurencji każdy odpowiedzialny kredytodawca, aby podjąć decyzję kredytową, musiałby zapytać wszystkie funkcjonujące na rynku rejestry, zamiast aktualnie jednego. Efekt? Cena byłaby wyższa, a nie niższa.