Kategoria artykułu: Świat

Pęka afrykańskie tabu. Sześć dekad sztucznego spokoju, ale Afryka zmienia swoją mapę

Przez ponad 60 lat afrykańskie granice miały pozostać nienaruszalne – nie dlatego, że były sprawiedliwe, ale by uniknąć chaosu. Dziś tradycja ta powoli odchodzi do historii. Od krwawej wojny w Rogu Afryki po walkę Somalilandu o uznanie na arenie międzynarodowej – oto jak rozpada się ustalony porządek.

Zasada nienaruszalności granic pokolonialnych traci na znaczeniu. Co czeka teraz Afrykę? Tłum z flagami Somaliland podczas protestu w Londynie. Fot. Krisztian Elek/SOPA Images/LightRocket via Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak przebiegał krwawy konflikt między Etiopią a Erytreą z 1998 roku, w którym mimo ogromnych strat ludzkich granice prawie się nie zmieniły.
  2. Na czym polegała przyjęta w 1964 roku zasada nienaruszalności granic pokolonialnych w Afryce i dlaczego obowiązywała przez tak długi czas.
  3. Jaką historię ma Somaliland – region, który mimo zbudowania własnych instytucji, armii i waluty przez dekady zabiegał o międzynarodowe uznanie.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

W maju 1998 roku byłem w Etiopii, gdy wybuchła wojna z Erytreą o kilka kilometrów kwadratowych pogranicza wokół Badme. Według różnych szacunków zginęło 70-100 tys. ludzi, a granica niemal się nie zmieniła. Pamiętam powiedzenie, że w Rogu Afryki za granice można umierać, ale nie można ich przerysować. Prawie 30 lat później depesze sugerują coś zupełnie innego. Ta zasada może dziś pękać w kilku miejscach jednocześnie.

Zasada z 1964 roku, która trzymała kontynent w ryzach

Kiedy w 1963 roku powstawała Organizacja Jedności Afrykańskiej, jej przywódcy stanęli przed pozornie nierozwiązywalnym problemem. Kontynent był pocięty przez europejskich kolonizatorów prostymi liniami na mapie, często bez związku z granicami etnicznymi, językowymi czy historycznymi.

Rok później przyjęli prostą zasadę: odziedziczone po kolonializmie granice pozostają nienaruszalne. Nie dlatego, że były sprawiedliwe, lecz dlatego, że ich masowe przerysowywanie mogłoby otworzyć puszkę Pandory i uruchomić lawinę roszczeń terytorialnych.

Przez 60 lat afrykańska mapa była niemal nietykalna. Dziś pojawiają się na niej pierwsze wyraźne rysy. Fot. Magnific/XYZ

Przez następne sześć dekad zasada ta okazała się niezwykle trwała. Od 1964 roku powstały tylko dwa powszechnie uznane nowe państwa w wyniku zmiany granic: Erytrea w 1993 roku i Sudan Południowy w 2011 roku.

60 lat to długo jak na zasadę, która miała być przede wszystkim sposobem na utrzymanie porządku. Jesienią 2026 roku coraz wyraźniej widać jednak, że zaczyna ona pękać w kilku miejscach jednocześnie.

Somaliland: pierwsze pęknięcie muru uznania

Najbardziej namacalny dowód pojawił się w Boże Narodzenie 2025 roku. Somaliland, samozarządzający się od 1991 roku region na północy Somalii, przez 35 lat budował własną walutę, armię, instytucje i system wyborczy, w praktyce tworząc wszystkie najważniejsze atrybuty państwowości, ale nie doczekał się międzynarodowego uznania. Jego sytuacja różni się przy tym od klasycznego separatyzmu.

Somalilandczycy nie twierdzą, że odrywają się od Somalii. Uważają, że ich państwowość, uzyskana 26 czerwca 1960 roku jako Brytyjski Somaliland i uznana wówczas przez ponad 30 krajów, nigdy tak naprawdę nie wygasła, lecz została połączona z byłym włoskim Somalilandem w unię, której status prawny pozostaje przedmiotem sporu. To rozróżnienie, odzyskanie wcześniejszej państwowości, a nie secesja, stanowi podstawę ich argumentacji.

Przez ponad trzy dekady ten argument nie wystarczał, by przebić mur międzynarodowego uznania. Teraz pojawiła się pierwsza szczelina.

Izrael uznał Somaliland

26 grudnia 2025 roku Izrael jako pierwsze państwo członkowskie ONZ formalnie uznał niepodległość Somalilandu. Decyzja wywołała natychmiastowy sprzeciw Somalii i potępienie ze strony Unii Afrykańskiej, która od dziesięcioleci broni zasady nienaruszalności odziedziczonych po kolonializmie granic.

Za tym uznaniem stoi jednak coś więcej niż dyplomatyczny gest. Zjednoczone Emiraty Arabskie od lat inwestują w port Berbera, zarządzany przez DP World, a Etiopia bez dostępu do morza ma strategiczny interes w utrzymaniu połączenia z tym portem. Izrael również ma własne interesy w strategicznie położonym Somalilandzie, nad Zatoką Adeńską i w pobliżu jednego z najważniejszych szlaków prowadzących na Morze Czerwone.

W ten sposób kwestia Somalilandu przestaje być wyłącznie sporem między Hargejsą a Mogadiszu. Wchodzą do niej interesy państw zewnętrznych, porty, szlaki handlowe i bezpieczeństwo Morza Czerwonego. A kiedy pojawiają się takie interesy, zasada z 1964 roku zaczyna być konfrontowana z zupełnie nową kalkulacją strategiczną.

Cztery pozostałe pęknięcia na mapie

Somaliland nie jest jedynym miejscem, w którym zasada jest dziś testowana. Żadne z pozostałych pęknięć nie zaszło jednak tak daleko.

Ambazonia, czyli anglojęzyczne regiony Kamerunu prowadzi wojnę z frankofońskim rządem w Jaunde od 2017 roku. Konflikt wyrasta bezpośrednio z kolonialnej przeszłości: oba regiony były częścią brytyjskiego mandatu, podczas gdy reszta Kamerunu znalazła się pod kontrolą Francji. Połączenie tych dwóch obszarów w jedno państwo nigdy nie zostało w pełni zaakceptowane przez część ludności, która od lat oskarża władze centralne o marginalizowanie regionów.

IPOB i widmo Biafry w Nigerii to z kolei najstarszy z tych sporów. Sięga 1967 roku, kiedy ogłoszenie niepodległości Biafry doprowadziło do trzyletniej wojny domowej, w której zginęło prawie dwa miliony osób, głównie z powodu głodu. Dziś Indigenous People of Biafra podtrzymuje ideę separacji wśród części Igbo w południowo-wschodniej Nigerii. Ruch nigdy nie zbliżył się do realnej secesji, ale rana po wojnie sprzed sześciu dekad pozostaje jednym z nierozwiązanych problemów Nigerii.

Azawad, ojczyzna Tuaregów na północy Mali, jest przypadkiem znacznie bardziej skomplikowanym. Kilka miesięcy temu byłem w Timbuktu i rozmawiałem z Tuaregami. Nie wszyscy popierali rebelię. Wielu z nich znacznie bardziej niepokoi obecność dżihadystów niż perspektywa walki z Bamako. Bojownicy islamscy od lat destabilizują północ Mali. To ważne rozróżnienie, bo Tuaregowie nie stanowią jednolitego obozu politycznego, a konflikt w Azawadzie nie jest prostą historią o narodzie walczącym o własne państwo.

Koalicja CSP-DPA walczy przeciwko rządowi w Bamako i wspierającemu go rosyjskiemu Afrika Corpsowi, ale w konkretnych sytuacjach dochodzi także do taktycznej współpracy z dżihadystycznym JNIM. Tak było między innymi podczas walk pod Tinzaouaten w lipcu 2024 roku. To sprawia, że konfliktu w Azawadzie nie da się już opisać wyłącznie jako prostego sporu o samostanowienie.

Cabinda, naftowa eksklawa Angoli oddzielona od reszty kraju terytorium Demokratycznej Republiki Konga, jest z kolei najcichszym z tych sporów. Separatystyczny Front Wyzwolenia Enklawy Cabindy działa od lat sześćdziesiątych, ale pod silną kontrolą Luandy i w regionie mającym dla Angoli ogromne znaczenie ze względu na wydobycie ropy. Konflikt rzadko przebija się do międzynarodowych nagłówków.

Senegal: stabilność, która właśnie zaczęła pękać

Warto przy tym odnotować, że lista realnie traci jedną pozycję. Casamance, region południowego Senegalu, prowadził od 1982 roku jedną z najdłuższych wojen partyzanckich Afryki. Po ponad czterech dekadach konflikt ten zaczął wygasać.

I właśnie w tym samym czasie Senegal został wskazany przez PISM jako jedno z perspektywicznych państw Afryki Subsaharyjskiej dla Polski.

W raporcie „Perspektywiczni partnerzy Polski wśród państw Globalnego Południa” Senegal znalazł się wśród najważniejszych potencjalnych partnerów, a jego stabilność, praworządność, instytucje i więzi polityczne z Polską zostały ocenione wysoko. Raport zwraca również uwagę na bardzo szybki wzrost gospodarczy oraz rozpoczynającą się eksploatację podmorskich złóż gazu.

A potem sytuacja zaczęła zmieniać się znacznie szybciej, niż można było oczekiwać. W 2026 roku doszło do poważnego konfliktu politycznego między prezydentem Bassirou Diomaye Faye a Ousmane'em Sonko, czyli dwoma politykami, którzy wspólnie doszli do władzy. Nie oznacza to, że Senegal się rozpada. Pokazuje jednak coś znacznie ciekawszego: można jednocześnie kończyć ponad czterdziestoletni konflikt zbrojny, wskazywać Senegal jako stabilnego i perspektywicznego partnera, a kilka miesięcy później obserwować pęknięcie politycznego układu, który jeszcze niedawno wydawał się trwały.

Senegal ukazuje więc coś, czego żadna mapa konfliktów nie jest w stanie uchwycić. W Afryce kilka miesięcy to czasem bardzo długi okres. A próba przewidzenia, jak będzie wyglądał kontynent za rok, może być zadaniem znacznie trudniejszym, niż sugerują najbardziej szczegółowe analizy.

Kongo: dwa ogniska, jedno państwo

Demokratyczna Republika Konga pokazuje jeszcze inny rodzaj pęknięcia. Formalne granice państwa pozostają nietknięte, ale jego wschodnia część coraz silniej funkcjonuje w przestrzeni gospodarczej Afryki Wschodniej. Goma i Bukavu są znacznie mocniej związane handlowo z Rwandą i Ugandą niż z odległą o tysiące kilometrów Kinszasą. Przez granice biegną towary, pieniądze i ludzie, a wojna tylko ten proces przyspieszyła. Po przejęciu Gomy i Bukavu przez M23 (kongijska organizacja rebeliancka – red.) handel z Rwandą i Ugandą jeszcze się zwiększył, a część kongijskich przedsiębiorców przeniosła działalność do Kampali.

Nie jest to jednak wyłącznie kwestia gospodarki. M23 kontroluje dziś rozległe obszary Północnego i Południowego Kiwu, a walki nadal trwają mimo międzynarodowych prób zakończenia konfliktu. W centrum sporu znajdują się również bogactwa mineralne regionu: koltan i złoto, których przepływ prowadzi w dużej mierze przez Rwandę. Międzynarodowe źródła dokumentują także funkcjonowanie kopalń pozostających pod kontrolą M23.

Katanga wraca na nagłówki gazet

A na drugim końcu kraju pojawia się inny punkt zapalny – Katanga. To tutaj w 1960 roku rozpoczęła się jedna z najbardziej znanych secesji w historii postkolonialnej Afryki. Przez lata wydawało się, że katangijski separatyzm został ostatecznie wygaszony. W 2026 roku ponownie pojawiły się aktywne ugrupowania odwołujące się do idei wyzwolenia Katangi. W marcu bojownicy zaatakowali siedzibę Parku Narodowego Upemba, a we wrześniu kongijskie władze informowały o ponownych działaniach milicji Bakata Katanga oraz grupy Débout Katanga pour la Libération du Congo.

Kongo jest więc przypadkiem szczególnym. Na wschodzie granica coraz mniej odpowiada rzeczywistości gospodarczej i wojskowej, na południu wraca stara idea katangijskiej odrębności, a nad wszystkim pozostaje ogromne, scentralizowane państwo z siedzibą w Kinszasie. Nie oznacza to, że Kivu czy Katanga są dziś o krok od odłączenia się od Demokratycznej Republiki Konga. Pokazuje jednak, że państwo może zacząć się rozchodzić na różne strony, zanim ktokolwiek narysuje na mapie nową granicę.

Etiopia: państwo, które może pęknąć od środka

To, co dzieje się w Etiopii od 24 września, jest innym zjawiskiem niż wszystkie opisane wcześniej. Nie chodzi już o jeden region domagający się niepodległości ani o granicę, której przebieg ktoś chce zmienić. Pojawia się możliwość znacznie poważniejsza – samo państwo etiopskie zacznie rozpadać się od środka, pod naciskiem kilku jednocześnie działających frontów.

Żeby zrozumieć skalę tego, co dzieje się dziś, trzeba cofnąć się do listopada 2020 roku, kiedy rząd Abiya Ahmeda oskarżył Ludowy Front Wyzwolenia Tigraj (TPLF) o atak na bazę wojskową i rozpoczął operację, która przerodziła się w dwuletnią wojnę. Według różnych szacunków pochłonęła ona nawet 600 tys. istnień. Była jedną z najkrwawszych wojen na świecie w tym stuleciu, a jednocześnie jedną z najsłabiej relacjonowanych, m.in. z powodu blokady telekomunikacyjnej i ograniczenia dostaw do regionu Tigraj.

Wojnę zakończyło w listopadzie 2022 roku porozumienie z Pretorii, ale pozostawiło nierozstrzygnięty spór o zachodni Tigraj. To terytorium podczas wojny przejęły bojówki z sąsiedniego regionu Amhara, sprzymierzone wówczas z armią federalną. Setki tysięcy Tigrajczyków zostały wygnane ze swoich domów, a przywódcy Tigraj domagają się dziś zwrotu tego terytorium i prawa powrotu dla wysiedlonych. Amhara się temu sprzeciwia, argumentując, że region nigdy nie powinien był zostać włączony do Tigraj po przerysowaniu granic wewnętrznych Etiopii w 1992 roku.

Ten nierozstrzygnięty spór terytorialny okazał się bombą z opóźnionym zapłonem. Do tego doszły kolejne konflikty między Addis Abebą a regionami, które jeszcze niedawno znajdowały się po stronie rządu federalnego.

Tak rozpoczyna się wojna

24 września tego roku napięcie przerodziło się w otwartą eskalację. Siły Tigraj zajęły lotnisko w Mekelle, a następnie kolejne ważne lotniska w regionie, deklarując odnowienie „pełnowymiarowej wojny” z rządem federalnym. Ethiopian Airlines zawiesiły loty do Tigraj. NetBlocks odnotował zakłócenia internetu w północnej Etiopii, przywołując wspomnienia blackoutu z poprzedniej wojny. Rząd twierdził, że zabił 272 bojowników.

Władze federalne i TPLF przedstawiają odmienne wersje przebiegu najnowszej eskalacji. Nie zmienia to jednak faktu, że porozumienie z Pretorii znalazło się w najpoważniejszym kryzysie od chwili jego podpisania.

Dawni wrogowie tworzą wspólny front

Kilka dni przed atakiem na lotniska siedem etiopskich ugrupowań zbrojnych i politycznych ogłosiło utworzenie wspólnego sojuszu, którego celem jest usunięcie rządu premiera Abiya Ahmeda.

W tym sojuszu znalazł się nie tylko TPLF, ale również Fano, amharska milicja etniczna, która jeszcze kilka lat temu walczyła ramię w ramię z armią federalną przeciwko Tigraj. Dziś, w efekcie własnego konfliktu z Addis Abebą o rozbrojenie regionalnych sił zbrojnych, Fano znalazło się po tej samej stronie barykady co dawny wróg.

Dołącza do nich Oromo Liberation Army, prowadząca od lat własne powstanie w regionie Oromia. Wspólny front tworzą więc ugrupowania wywodzące się z różnych konfliktów, mające różne cele i często bardzo różne interesy, ale dziś wskazują tego samego przeciwnika: rząd w Addis Abebie.

To jest scenariusz rozpadu wewnętrznego, którego obawiano się w Etiopii od lat. Kilka regionalnych i etnicznych sił zbrojnych, dawniej zwaśnionych ze sobą, zaczynają jednocześnie naciskać na centrum.

Nie oznacza to jeszcze rozpadu Etiopii. Różnice między tymi ugrupowaniami są ogromne, a wspólny przeciwnik może nie wystarczyć, by utrzymać sojusz. Ale sama sytuacja jest jakościowo nowa, bo kilka odrębnych konfliktów zaczyna działać przeciwko temu samemu centrum.

Etiopia to już nie tylko problem Etiopii

Do tego dochodzi wymiar regionalny. Getachew Reda, dziś doradca premiera Abiya, a wcześniej wysoki działacz TPLF i szef tymczasowej administracji Tigraj, oskarżył Erytreę, wspieraną przez Egipt, o wykorzystywanie frakcji Fano, OLA i części TPLF jako sił zastępczych przeciwko rządowi w Addis Abebie. Podobnie twierdzi rzeczniczka Abiya, Billene Seyoum, według której cały sojusz rebeliancki ma erytrejskie finansowanie. Obie wypowiedzi pochodzą więc z obozu rządowego. Asmara zaprzecza tym oskarżeniom.

Niezależnie od tego, która wersja jest bliższa prawdy, sam fakt, że w obecnym kryzysie pojawiają się Erytrea i Egipt, zamyka koło, które zaczęliśmy śledzić wcześniej przy okazji sporu o Wielką Tamę Odrodzenia na Nilu Błękitnym. Egipt od lat traktuje etiopską tamę jako zagrożenie dla swoich zasobów wodnych. Erytrea z kolei znów stała się jednym z najważniejszych regionalnych przeciwników Addis Abeby, choć w latach 2018-2022 walczyła u boku Abiya przeciwko TPLF.

W ten sposób etiopski kryzys wewnętrzny zaczyna łączyć się z szerszą układanką Rogu Afryki: dostępem do Morza Czerwonego, Nilem, tamą, Sudanem, Erytreą i rywalizacją państw o wpływy w regionie.

Koniec mapy z 1964 roku?

ONZ i Unia Europejska wezwały do powściągliwości i powrotu do procesu prowadzonego przez Unię Afrykańską. Sama Unia Afrykańska uznała zajęcie lotnisk za sprzeczne z porozumieniem z Pretorii.

I właśnie tutaj Etiopia przestaje być kolejnym punktem na mapie konfliktów. Staje się pytaniem o to, czy państwo, które przez dziesięciolecia potrafiło utrzymać swoją terytorialną integralność mimo ogromnych napięć wewnętrznych, jest dziś w stanie nadal ją utrzymać.

Przez 60 lat afrykańska mapa była niemal nietykalna. Dziś pojawiają się na niej pierwsze wyraźne rysy. Somaliland, Etiopia, Kivu, Katanga, Azawad czy Ambazonia pokazują, że granice wytyczone przed dekadami nie muszą być wieczne. Coraz więcej państw i organizacji ma też własny interes i chce te pęknięcia wykorzystać. Być może więc największa zmiana w Afryce nie wydarzy się na froncie, lecz na mapie.

Główne wnioski

  1. Zasada nienaruszalności granic pokolonialnych traci na znaczeniu. Przyjęta w 1964 roku przez Organizację Jedności Afrykańskiej reguła, która przez sześć dekad chroniła sztucznie wyznaczone granice przed ich masowym przerysowywaniem, obecnie zaczyna wyraźnie pękać w kilku miejscach jednocześnie.
  2. Trwałość afrykańskiego porządku była okupiona ogromnym kosztem humanitarnym. Przykładem brutalności dawnego systemu była wojna między Etiopią a Erytreą z 1998 roku, w której mimo śmierci 70-100 tys. ludzi granice na spornych terenach niemal wcale się nie zmieniły.
  3. Somaliland stanowi kluczowy przypadek kwestionowania dawnego status quo. Ten funkcjonujący samorządnie od 1991 roku region zbudował pełne atrybuty państwowości (jak własna armia, waluta i system wyborczy) i dąży do uznania swojej niepodległości, opierając się na fakcie, że uzyskał ją już w 1960 roku jako Brytyjski Somaliland.