Podróżować jest bosko
Jeszcze trzy dekady temu szczytem marzeń wielu Polaków były wczasy nad Balatonem. Dziś chcemy spać pod afrykańskim niebem, nurkować na Malediwach i poznawać Japonię od kuchni. O tym, jak zmieniło się podróżowanie rozmawiamy z Piotrem Heniczem, wiceprezesem zarządu Itaka Holdings, największego biura podróży w Polsce.
Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.
Przeczytaj inne tekstyAudio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Agnieszka Nieradzka, GQ Poland: Po której podróży pomyślał pan: „Tym chcę zajmować się w życiu”?
Piotr Henicz, wiceprezes zarządu Itaka Holdings: Chyba nie było jednego przełomowego momentu. Podróże pojawiały się w moim życiu od zawsze, tyle że kiedyś wyglądały zupełnie inaczej. Gdy zaczynałem pracę w turystyce, wyjazd zagraniczny dla większości Polaków był wydarzeniem niemal historycznym. Dziś brzmi to niewiarygodnie, ale jeszcze na początku lat 90. możliwość spędzenia wakacji za granicą była spełnieniem marzeń.
Przeszedł pan pełną ścieżkę kariery, od oprowadzania wycieczek?
Oczywiście! Będąc na studiach ekonomicznych w Poznaniu, podjąłem pracę pilota w biurze turystycznym Przemysław. To się nazywało Wielkopolskie Przedsiębiorstwo Turystyczne „Przemysław”. Istniały wtedy regionalne biura podróży: w Warszawie była Syrena, we Wrocławiu – Odra, w Szczecinie – Pomerania, a w Poznaniu był Przemysław. I poza dużymi firmami ogólnopolskimi typu Orbis czy Gromada one działały w regionach. W Przemysławie zajmowałem się m.in. turystyką młodzieżową, np. organizacją pociągów specjalnych na oglądanie Panoramy Racławickiej we Wrocławiu czy wyjazdami weekendowymi z młodzieżą do Zakopanego. Obsługiwaliśmy też gości targowych przyjeżdżających do Poznania. Zajmowaliśmy się organizacją ich pobytu i atrakcjami, jak dancingi czy bilety na popularny wtedy kabaret. Ten z Laskowikiem i Smoleniem. Dopiero później pojawiły się wycieczki do Wiednia, Budapesztu czy Pragi.

Kiedy pierwszy raz wyjechał pan za granicę?
Najpierw były podróże z rodzicami do tzw. demoludów. W wieku 15 lat miałem wielkie szczęście – byłem na wymianie z uczniami z francuskiego Ostricourt. Moje rodzinne miasto Międzychód było z nim zaprzyjaźnione, stąd wymiana młodzieży. Podróżowaliśmy z dwiema czy trzema przesiadkami i wtedy zobaczyłem ten inny, zachodni świat. Szok przeżyłem już w Berlinie Zachodnim, przez który jechaliśmy nocą. Olbrzymie neony, reklamy, po prostu inna rzeczywistość. I ten obraz mam przed sobą do dziś, mimo że minęło już tak wiele lat. Wtedy sam fakt posiadania paszportu, przekroczenia granicy, był czymś fantastycznym. Zwiedziliśmy w tamtym czasie Francję, byliśmy kilka dni w Paryżu. Tę pierwszą podróż pamiętam do dziś mimo setek innych, które odbyłem później.
Szok przeżyłem już w Berlinie Zachodnim, przez który jechaliśmy nocą. Olbrzymie neony, reklamy, po prostu inna rzeczywistość. I ten obraz mam przed sobą do dziś, mimo że minęło już tak wiele lat. Wtedy sam fakt posiadania paszportu, przekroczenia granicy, był czymś fantastycznym.
Od tamtych czasów zmieniło się wszystko. Polska się otworzyła, pojawiły się nowe połączenia lotnicze, biura podróży zaczęły rozwijać ofertę. Na początku dominowały kierunki bliskie – Grecja, Hiszpania, Wyspy Kanaryjskie. Dzisiaj nasi klienci pytają o Japonię, Koreę, Namibię czy Antarktydę. To pokazuje, jak ogromną drogę przeszliśmy jako społeczeństwo.
Jak bardzo zmienił się polski turysta przez te trzy dekady?
Ogromnie. Pierwsze wyjazdy Polaków były związane albo z drobnym handlem, albo z papieżem Janem Pawłem II. Te handlowe to były np. podróże do Holandii po auta. Wycieczka nawet się tak nazywała: „Wyjazdy po samochody do Holandii”. Klienci zjawiali się w naszych biurach, określali kwotę, jaką dysponują, i rodzaj auta, jakiego poszukują, np. sześcioletniego Volkswagena Golfa w białym kolorze, z automatyczną skrzynią biegów. My to notowaliśmy i odzywaliśmy się do Holendrów. Można było jechać na dużą giełdę samochodową w Utrechcie, ale można było też rezerwować auta w salonach samochodowych z gwarancjami i rękojmiami. Podjeżdżaliśmy do takiego salonu z klientami na jazdy próbne, pomagaliśmy załatwiać sprawy formalne związane z zakupem ubezpieczenia, przejazdem do kraju i podpisaniem umowy. Drugą część stanowiły już bardziej ambitne wyjazdy sześciodniowe, ośmiodniowe i to, co ciekawe, te programy sprawdzają się dzisiaj – czyli np. klasyczne Włochy, które obejmują Florencję, Rzym, Monte Cassino, Asyż, Rzym, Watykan. Ważnym punktem programu była wtedy wizyta na środowej audiencji generalnej w Watykanie. Podczas naszej ponad 37-letniej działalności byliśmy świadkami głębokich zmian zachowań polskiego turysty. Mamy klientów, którzy są z nami od prawie 30 lat, podróżujących nawet częściej niż raz do roku. Wyjeżdżamy jednak nie tylko częściej, lecz także coraz dalej i coraz bardziej luksusowo.

Pierwsze wyjazdy Polaków były związane albo z drobnym handlem, albo z papieżem Janem Pawłem II. Te handlowe to były np. podróże do Holandii po auta. Wycieczka nawet się tak nazywała: „Wyjazdy po samochody do Holandii”. Klienci zjawiali się w naszych biurach, określali kwotę, jaką dysponują, i rodzaj auta, jakiego poszukują, np. sześcioletniego Volkswagena Golfa w białym kolorze, z automatyczną skrzynią biegów.
Lubimy wciąż latać pod palmę?
Oczywiście. Kiedyś były to wyjazdy autokarowe, dziś mamy czartery samolotowe. Spopularyzowały się one po mniej więcej 1994 roku. Wcześniej wysyłaliśmy turystów naszymi autokarami do Włoch: przede wszystkim do Rimini i Lido di Jesolo oraz do Hiszpanii. Wsiadali do autobusu w piątek rano i jechali 24 godziny, czyli dzień i noc, a do Hiszpanii dzień, noc i trochę dnia, czyli ponad 30 godzin. Dojeżdżali tam w sobotę i po tygodniu wracali do kraju. Autokar w jedną stronę zawoził, w drugą odbierał klientów z poprzedniego turnusu. To były początki wyjazdów wczasowych. Do ery samolotów. Nasz pierwszy czarter wystartował na Teneryfę. Najpierw wyloty były tylko raz w tygodniu z Warszawy, ale sukcesywnie zaczęliśmy dodawać kolejne kierunki i miasta. Polacy pokochali najpierw Włochy, potem wyspy greckie oraz hiszpańskie wybrzeża Costa Brava i Costa del Sol.
Czy na wakacje wciąż jeździmy w... wakacje?
Nie do końca. Czasy największej sezonowości odeszły w przeszłość, dziś klienci lubią wyjeżdżać także jesienią czy wiosną. Itaka w ciągu roku wysyła tylko z Polski w granicach 1,5 mln klientów, a w tym około 300 tys. lata na wakacje od listopada do marca. To aż 20 proc. Z czego z tych 300 tys. aż 80 proc. stanowią klasyczne wczasy.
Itaka w ciągu roku wysyła tylko z Polski w granicach 1,5 mln klientów, a w tym około 300 tys. lata na wakacje od listopada do marca. To aż 20 proc.
Jak ważna jest cena wyjazdów?
Jeszcze kilka lat temu wielu klientów przychodziło do biura z marzeniem o Portugalii czy Malediwach, a wyjeżdżało tam, gdzie było najtaniej. Mam wrażenie, że dziś to się zmieniło. Kiedyś dobrym konsultantem był ten, który potrafił sprzedać kierunek, na którym akurat nam najbardziej zależało. Jeśli za trzy dni mieliśmy niewypełniony samolot do Turcji czy Grecji, cała sztuka polegała na tym, żeby przekonać klienta właśnie do tego wyjazdu. Dzisiaj filozofia jest zupełnie inna. Najważniejsze jest dopasowanie oferty do oczekiwań konkretnej osoby. Klienci są znacznie bardziej świadomi, lepiej przygotowani, często wiedzą dokładnie, czego szukają. A my mamy obowiązek te marzenia po prostu zrealizować.
Coraz więcej osób planuje wakacje właściwie od pierwszego do ostatniego dnia jeszcze przed wylotem. We wtorek chcą nurkować, w czwartek wybrać się na całodniową wycieczkę, a w piątek zarezerwować stolik w restauracji, o której przeczytali w internecie.
Czyli sprzedajecie już nie kierunek, ale doświadczenie?
Właśnie. Klient nie pyta już tylko o hotel i odległość od plaży. Chce wiedzieć, jakimi liniami poleci, ile potrwa podróż, czy może wcześniej wybrać miejsce w samolocie, jakie wycieczki czekają na miejscu, gdzie warto zjeść kolację i czy zdąży zobaczyć najważniejsze atrakcje. Coraz więcej osób planuje wakacje właściwie od pierwszego do ostatniego dnia jeszcze przed wylotem. We wtorek chcą nurkować, w czwartek wybrać się na całodniową wycieczkę, a w piątek zarezerwować stolik w restauracji, o której przeczytali w internecie. To już zupełnie inny sposób podróżowania.

Coraz mniej leżaka pod palmą?
Leżak nadal jest ważny, ale przestał być jedynym celem wyjazdu. Ludzie chcą wrócić z wakacji bogatsi o przeżycia. Stąd ogromny rozwój wycieczek fakultatywnych, objazdowych, rejsów czy wyjazdów aktywnych, czyli programów, które oferuje No Limits by Itaka. Po pandemii szczególnie wyraźnie zauważyliśmy jeszcze jedną zmianę. Coraz więcej osób uznało, że wspomnienia są cenniejsze niż kolejne materialne rzeczy. Zamiast następnego remontu kuchni czy nowego samochodu wolą przeżyć coś wyjątkowego. I bardzo się z tego cieszymy.
Jak nowe technologie zmieniły branżę turystyczną?
Bez nich nie moglibyśmy funkcjonować na obecnym poziomie. Kilkanaście lat temu klient wybierał ofertę z katalogu. Dzisiaj coraz częściej sam buduje swoje wakacje. Mamy produkt Itaka Smart, oparty na pakietowaniu dynamicznym. Klient wybiera kierunek, hotel, długość pobytu, linie lotnicze, rodzaj transferu, samochód, bilety do muzeów czy parków narodowych. Tworzy własną podróż, a my zajmujemy się całą organizacją. Można polecieć do Nowej Zelandii z dwiema przesiadkami albo jedną, wybrać butikowy hotel albo luksusowy resort, wynająć samochód lub kierowcę. Wszystko zależy od potrzeb.
Wielu osobom wydaje się, że tanie linie lotnicze zawsze oznaczają tańsze wakacje. To bardzo częsty mit.
Wielu osobom wydaje się, że tanie linie lotnicze zawsze oznaczają tańsze wakacje. To bardzo częsty mit. Oczywiście można znaleźć tani bilet do Lizbony czy Barcelony, ale później trzeba jeszcze kupić hotel, transfer, ubezpieczenie, często opłacić też bagaż. Od wielu lat współpracujemy zarówno z liniami czarterowymi, jak i regularnymi czy niskokosztowymi. Dzięki skali działalności negocjujemy warunki, których indywidualny klient po prostu nie otrzyma. Często okazuje się, że sam hotel kupiony samodzielnie kosztuje więcej niż cały nasz pakiet z przelotem. Dlatego rynek wcale nie poszedł w stronę całkowitej samodzielności. Wręcz przeciwnie – coraz więcej osób docenia wygodę i bezpieczeństwo kompleksowo zorganizowanej podróży.
Zjechał pan cały świat. Dokąd wraca pan z czystej przyjemności?
Wyspy Kanaryjskie. To nie tylko sentyment związany z początkiem naszej działalności. Jestem tam również rezydentem i naprawdę uwielbiam tam wracać. To wyjątkowe miejsce do życia. Klimat praktycznie przez cały rok pozostaje podobny. Nie trzeba myśleć o zimie, grubych kurtkach ani ogrzewaniu domu. Człowiek się budzi, świeci słońce, ryby i owoce morza można kupić za kilka euro i po prostu żyć trochę spokojniej. Często taniej niż w Polsce. Europejska infrastruktura, a jednocześnie dużo większy dystans do codzienności. Tego w naszej części Europy nam brakuje. A jednocześnie Wyspy Kanaryjskie dzieli od Polski zaledwie 4–5 godzin lotu. I tyle samo leci się do Nowego Jorku.

A jest jeszcze miejsce, którego nie udało się panu zobaczyć?
Tak. Nowa Zelandia. Byłem już bardzo blisko, podczas jednej z dłuższych podróży po Australii, ale zabrakło czasu. To kierunek, który cały czas czeka na swoją kolej. Mam też kilka innych marzeń. Chciałbym zrealizować trekking w Chile, spędzić trochę czasu na lodowcach, więcej podróżować pieszo. Bardzo lubię aktywny wypoczynek i bieganie, więc takie wyprawy są mi szczególnie bliskie. Nie wyobrażam sobie życia bez biegania. Wszystko zaczęło się od pierwszej polskiej edycji biegu z cyklu Wings for Life w 2014 roku. Dzisiaj mam już kolekcję kilkudziesięciu medali za ukończone biegi na dystansach 5, 10, 21,0975 i 42 kilometry. Biegałem w Nowym Jorku, Walencji czy Lizbonie, a także w legendarnym maratonie w Atenach.
Gdyby miał pan wskazać trzy podróże, które każdy powinien odbyć choć raz w życiu, to jakie by one były?
Pierwsza bez wahania byłaby Japonia. Nigdzie indziej nie zobaczyłem tak niezwykłego połączenia tradycji z ultranowoczesnością. To kraj, który potrafi jednocześnie zachwycić świątyniami sprzed setek lat i technologią wyprzedzającą resztę świata. Drugim wyborem byłby trekking w Peru albo innej części Andów. To doświadczenie, które uczy pokory. Wysokość, natura i ludzie żyjący w miejscach, do których większość z nas nigdy by nie dotarła, zostają w pamięci na całe życie. A jeśli miałbym wskazać kierunek typowo wakacyjny, wybrałbym Zanzibar albo Oman. Zanzibar zachwyca klimatem i naturą. W ciągu ostatnich lat bardzo się zmienił, stał się bardziej popularny, ale nadal ma w sobie coś wyjątkowego. Z kolei Oman zrobił na mnie ogromne wrażenie kulturą i gościnnością. Rzadko spotyka się miejsca, w których turysta jest traktowany z taką życzliwością i szacunkiem. Do tego piękne plaże, świetna infrastruktura i niezwykłe krajobrazy.
Na koniec – dokąd leci pan teraz?
Na Madagaskar. To nie będzie mój pierwszy raz, ale tym razem lecimy rodzinnie. I jak zwykle zabieramy dodatkowe walizki z pomocą dla dzieci. Na Madagaskarze wciąż jest ogromna bieda. Jeśli można przy okazji podróży komuś pomóc, warto to zrobić. Bo właśnie za to najbardziej cenię podróżowanie. Ono pozwala nie tylko poznawać świat, lecz także lepiej zrozumieć ludzi. A to jest wartość, której nie da się kupić za żadne pieniądze.