Powrót do szkoły. To nie ty wybierasz MBA – to MBA wybiera ciebie

Czy w czasach, gdy każda informacja jest dostępna w sieci na wyciągnięcie ręki, nauka wciąż może być na tyle ekskluzywna, by warto słono za nią płacić? Jaki sens mają wielomiesięczne i niebotycznie drogie programy MBA? Historie absolwentów pokazują, że każda wydana złotówka, euro czy dolar może się zwrócić z nawiązką.

studia MBA
fot. GettyImages

Ten artykuł jest rozszerzoną wersją tekstu, który ukazał się w GQ The Business Issue powered by XYZ.

Przeczytaj inne artykuły
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Shaquille O'Neal – słynny koszykarz i czterokrotny mistrz NBA – to jeden z najbardziej nieoczywistych, a przez to najciekawszych absolwentów programu Master of Business Administration (MBA). Nie jest jedynym koszykarzem w tej biznesowej lidze, ale to właśnie historia jego studiów stała się niemal legendą.

Tytuł MBA zdobył w 2005 r. na University of Phoenix. Razem z nim studiowali przyjaciele, których sam zaprosił „do szkoły”. Gdy Shaq postanowił zrobić MBA, uczelnia nie miała akurat wystarczającej liczby chętnych, by uruchomić zajęcia stacjonarne. O'Neal opłacił więc naukę kilkunastu znajomym, aby grupa mogła powstać i zajęcia mogły odbywać się stacjonarnie..

To nie była odskocznia od sportu, lecz element przemyślanego planu na kolejny, biznesowy etap życia. Koszykarz budował rozległe portfolio inwestycji obejmujące nieruchomości, restauracje, franczyzy i udziały w wielu spółkach. Rozumiał, że aby skutecznie nimi zarządzać, potrzebuje nowych kompetencji. Studia MBA miały mu pomóc lepiej poruszać się w świecie biznesu. I pomogły. Długo można by wyliczać jego przedsięwzięcia. Jedną z najważniejszych inwestycji Shaqa stał się pakiet udziałów w Authentic Brands Group – firmie kontrolującej prawa do dziesiątek marek, m.in. Reebok, Champion i Nautica oraz zarządzającej prawami do wizerunku wielu znanych postaci.

Polska 1989. „Było nas trzech…”

Na studia MBA wyjechał też Andrzej Klesyk – jeden z pierwszych polskich absolwentów takich programów i jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich menedżerów. Towarzyszyli mu dwaj koledzy, równie „zieloni” jak on w sprawach MBA. Dla jego pokolenia MBA stało się przepustką do świata zachodniego biznesu i kapitalizmu, którego Polska dopiero się uczyła.

– Był rok 1989. Było nas trzech po studiach. Zaczęliśmy pracę w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych. Mieliśmy przekształcać gospodarkę w model wolnorynkowy, o którym nikt w Polsce w zasadzie nie miał pojęcia. Przyjeżdżali więc wówczas do Polski różni eksperci z Zachodu – z Wall Street, z banków inwestycyjnych, z jakichś rządowych organizacji – żeby nas edukować, co i jak mamy robić. Kiedyś ktoś powiedział: „A może studia Master of Business Administration?” Nie miałem pojęcia, o czym mówi, i głupio odparłem, że ja chcę w gospodarce być, a nie w administracji. Ale zaaplikowaliśmy – i… się nie udało. To nas wkurzyło. Przez dziewięć miesięcy pracowaliśmy w różnych amerykańskich instytucjach finansowych, żeby „liznąć” tego świata finansów. W kolejnym roku dostaliśmy się na MBA na Harvardzie wszyscy trzej – opowiada Andrzej Klesyk, wieloletni prezes Grupy PZU. 

Andrzej Klesyk ponownie pokieruje PZU, największą grupą ubezpieczeniową w Polsce. W ciągu miesiąca chce doprecyzować nową strategię biznesową (Fot. PZU)
– To była najlepsza rzecz, która mi się w życiu zdarzyła – mówi o MBA na Harvardzie Andrzej Klesyk, były prezes PZU. Fot. PZU

Jak sam dziś mówi, studia na Harvardzie otworzyły mu drogę do kariery zawodowej.

– To była najlepsza rzecz, która mi się w życiu zdarzyła. Oprócz poślubienia mojej żony, oczywiście – mówi Andrzej Klesyk.

Jego historia doskonale oddaje zasady rekrutacji na najlepsze programy MBA – żeby zostać przyjętym, nie wystarczy chcieć studiować. Trzeba też mieć już czym zainteresować komisję rekrutacyjną.

Była szefowa PGNiG: nie może być za łatwo

– Nie wystarczy wybrać sobie MBA – to studia MBA wybierają kandydatów. Selekcja jest realna – w jednej z ostatnich rekrutacji z 48 zgłoszeń przyjęliśmy tylko 20 osób – przyznaje dr Sylwia Hałas-Dej, prorektorka Akademii Leona Koźmińskiego i dziekan Kozminski Executive Business School.

Grażyna Piotrowska-Oliwa, była prezeska PTK Centertel, PGNiG i Virgin Mobile Polska oraz absolwentka Executive MBA w prestiżowej francuskiej szkole biznesu INSEAD, podkreśla, że najlepsze programy wymagają nie tylko pieniędzy, lecz także doświadczenia zawodowego i przejścia wymagającej rekrutacji.

– Dobre studia MBA nadal mają ogromną wartość, ale pod warunkiem, że są prowadzone przez uczelnię wysokiej jakości i stawiają kandydatom realne wymagania – podkreśla Grażyna Piotrowska-Oliwa, która dziś m.in. zasiada w radzie dyrektorów Pepco Group i jest prezeską Grupy Modne Zakupy, w którą również zainwestowała.

Grażyna Piotrowska-Oliwa, współwłaścicielka m.in. Grupy Modne Zakupy
– Największą wartością MBA jest możliwość skonfrontowania własnych doświadczeń z ludźmi, którzy rozwiązują podobne problemy, ale w innych branżach i krajach – mówi Grażyna Piotrowska-Oliwa, współwłaścicielka Grupy Modne Zakupy. Fot. materiały prasowe/Grupa Modne Zakupy

MBA wymaga więc nie tylko doświadczenia zawodowego, ale także pewnej dojrzałości życiowej.

– Źle dobrany uczestnik obniża wartość programu dla całej grupy. Kandydat musi nie tylko czerpać z grupy, ale również mieć coś do zaoferowania. Gotowość do dzielenia się wiedzą jest niezbędna. Tego oczekują sami kandydaci – mówi dr Sylwia Hałas-Dej.

Dla każdego coś przydatnego

Jeszcze kilkanaście lat temu dyplom MBA był przede wszystkim przepustką do menedżerskiej kariery. Dziś coraz częściej decydują się na niego ludzie, którzy nie muszą już nikomu udowadniać swojej pozycji zawodowej. Przedsiębiorcy rozwijający kilka spółek uczą się zarządzania portfelem inwestycji. Członkowie rad nadzorczych poszerzają wiedzę o innych branżach. Menedżerowie administracji publicznej chcą lepiej rozumieć ład korporacyjny i zasady funkcjonowania rad nadzorczych.

Studia MBA tworzą środowisko wymiany doświadczeń, a nie tylko przekazywania wiedzy. W jednej sali wykładowej spotykają się prezesi międzynarodowych korporacji, właściciele rodzinnych firm, dyrektorzy szpitali, inwestorzy venture capital, przedsiębiorcy rozwijający startupy, członkowie i kandydaci do rad nadzorczych oraz menedżerowie spółek Skarbu Państwa.

Błyskawiczny efekt u szefa Lancerto

Gdy Tomasz Ciąpała, założyciel i właściciel firmy Lancerto, wyjeżdżał na prestiżowy program dla członków rad nadzorczych w INSEAD, od lat prowadził już dużą firmę i inwestował własne pieniądze. Mimo doświadczenia nie został przyjęty za pierwszym podejściem.

Nie oczekiwał po programie ani przełomowej wiedzy, ani recept na biznes. Szukał świeżego spojrzenia z zewnątrz.

– Nie liczyłem na biznesowe objawienie. Byłem najmłodszy w grupie. Jechałem tam przede wszystkim dlatego, żeby być w treningu umysłowym. O dziwo, dostałem taką dawkę świeżego spojrzenia na biznes, że już po pierwszym zjeździe wypisałem się z dwóch rad nadzorczych. Zrozumiałem, że nie działają zgodnie z najlepszymi praktykami – mówi w rozmowie z XYZ prezes marki Lancerto.

W jego grupie znaleźli się uczestnicy z Europy, Bliskiego Wschodu i Ameryki, m.in. prezesi banków centralnych, szefowie dużych organizacji, inwestorzy i doświadczeni menedżerowie.

– Dyskusje o geopolityce, strategii albo przywództwie przy kolacji były nie mniej cenne niż same wykłady – podkreśla Tomasz Ciąpała.

Można inaczej!

W grupie Grażyny Piotrowskiej-Oliwy byli m.in. szefowie banków, koncernów energetycznych, sieci handlowych i globalnych dostawców oprogramowania z różnych krajów.

– Największą wartością jest możliwość skonfrontowania własnych doświadczeń z ludźmi, którzy rozwiązują podobne problemy, ale w innych branżach i krajach. Bez doświadczenia tego na własnej skórze trudno uwierzyć, jak różne podejścia do rozwiązania tego samego problemu będą mieć ludzie z różnych stref kulturowych. Mieszana grupa to nauka nieszablonowego myślenia. Człowiek nawet nie wie, że można zrobić coś inaczej, bo w jego otoczeniu po prostu nikt nigdy tak nie działał – opowiada Grażyna Piotrowska-Oliwa. 

To opinia powtarzana przez wielu uczestników programów MBA. Networking od lat pozostaje jedną z największych wartości najlepszych szkół biznesu – relacje zbudowane podczas studiów mogą procentować jeszcze długo po ich ukończeniu.

Nie wszyscy odnajdą się na takim kursie

Ale MBA to nie studia dla każdego. Prezes Lancerto zwraca uwagę, że największą korzyść odnoszą osoby otwarte na zmianę własnych przekonań.

– To nie jest miejsce dla ludzi przekonanych o własnej nieomylności. Trzeba mieć w sobie pokorę i przyznać przed samym sobą, że nie wie się wszystkiego. Dopiero wtedy MBA naprawdę coś daje – podkreśla szef Lancerto. 

Tomasz Ciąpała, prezes i współzałożyciel G8 (właściciela marek Lancerto i Próchnik)
– Już po pierwszym zjeździe wypisałem się z dwóch rad nadzorczych. Zrozumiałem, że nie działają zgodnie z najlepszymi praktykami – mówi Tomasz Ciąpała, założyciel Lancerto. Fot. materiały prasowe

Czy to się opłaca?

Czy warto za to aż tyle płacić? To jedno z najczęściej zadawanych pytań w kontekście MBA. Czesne za renomowane programy w Polsce wynosi dziś od około 50 tys. do nawet 100 tys. zł, a w przypadku zagranicznych szkół biznesu koszt może być wielokrotnie wyższy.

– Trzeba doliczyć przejazdy, hotele, koszty życia na miejscu. To nie są małe pieniądze, dziś mogą przekroczyć próg stu tysięcy euro czy dolarów, ale moje studia były warte każdej zainwestowanej złotówki – mówi Piotrowska-Oliwa.

Wysoka cena sprawia, że kandydaci pytają o stopę zwrotu z takiej inwestycji. Każdego roku publikowane są różne zestawienia pokazujące, jak MBA wpływa na zarobki i rozwój kariery. Korzyści trudno jednak mierzyć wyłącznie wysokością przyszłej pensji. Dla przedsiębiorcy prowadzącego własną firmę awans nie jest przecież miernikiem sukcesu. Absolwenci MBA wskazują również na zyski niefinansowe: uporządkowanie doświadczeń, rozwój kompetencji przywódczych, większą skuteczność w pracy w radach nadzorczych czy w zarządzaniu firmą w coraz bardziej nieprzewidywalnym otoczeniu.

– Nie sądzę, żebym mogła zostać w 2007 r. szefową sieci komórkowej Orange – wtedy to był PTK Centertel – gdybym nie zrobiła MBA – otwarcie mówi Grażyna Piotrowska-Oliwa.

Tomasz Ciąpała zdecydował się na dalszą edukację biznesową po doświadczeniach związanych z pandemią w swojej firmie. Po lockdownie i zawirowaniach w światowym handlu zaczął weryfikować swój model biznesowy i portfel inwestycyjny.

– Dla mnie największą wartość miało to, że ktoś potrafił nazwać rzeczy, które wcześniej intuicyjnie rozumiałem, ale nie umiałem przerobić ich na biznes. Okazywało się, że problemy, które wydawały się wyjątkowe, były już dobrze opisane. Łatwiej było później tłumaczyć podobne sytuacje własnemu zespołowi i świadomie wykorzystywać narzędzia zarządcze – mówi założyciel Lancerto.

Świat się kręci, rynek MBA też

Nie wszyscy przedsiębiorcy wierzą jednak w sens studiów biznesowych dla kadry zarządzającej. Zarówno na świecie, jak i w Polsce nie brakuje krytyków MBA. Elon Musk wielokrotnie przekonywał, że wiele szkół biznesu kształci menedżerów, podczas gdy przełomowe innowacje rodzą się dzięki inżynierom, konstruktorom i ludziom tworzącym produkty. W Polsce nieżyjący już Janusz Filipiak, twórca Comarchu, przekonywał, że nadmierne przywiązanie do teorii może utrudniać podejmowanie odważnych decyzji. Wielokrotnie podkreślał, że najlepszą szkołą biznesu pozostaje prowadzenie własnej firmy.

To, czego uczą programy MBA, zmienia się wraz z otoczeniem biznesowym. Uczelnie muszą reagować na zmiany na rynku, konkurencję i oczekiwania uczestników. Rośnie znaczenie programów wyspecjalizowanych, poświęconych transformacji cyfrowej, sztucznej inteligencji, finansom, energetyce czy zarządzaniu infrastrukturą krytyczną.

– Podstawowa konstrukcja pozostaje stosunkowo stabilna – nadal potrzebne są ekonomia, zarządzanie, marketing czy leadership – ale treści zmieniają się bardzo szybko. Do programu wchodzi np. geopolityka – jest obowiązkowa w najnowszej edycji MBA – wylicza dr Hałas-Dej.

W świecie, w którym niemal każdą teorię można w kilka sekund znaleźć w internecie, najcenniejszym zasobem przestaje być sama wiedza. Coraz większą wartość mają ludzie, ich doświadczenie i możliwość skonfrontowania różnych sposobów myślenia.

Główne wnioski

  1. Renomowane programy MBA stawiają kandydatom wysokie wymagania. Samo opłacenie czesnego nie wystarczy – liczą się doświadczenie zawodowe, dojrzałość i gotowość do dzielenia się wiedzą. Przykłady Shaquille'a O'Neala, Andrzeja Klesyka czy Grażyny Piotrowskiej-Oliwy pokazują, że studia biznesowe mogą pomóc zarówno w rozwoju kariery menedżerskiej, jak i w zarządzaniu własnymi inwestycjami.
  2. Największą wartością MBA często okazują się ludzie, nie sama wiedza. W międzynarodowych grupach spotykają się przedsiębiorcy, prezesi i inwestorzy z różnych branż. Wymiana doświadczeń pozwala spojrzeć na znane problemy z innej perspektywy, zweryfikować własne decyzje i budować relacje, które mogą procentować przez lata. Warunkiem jest jednak otwartość na odmienne sposoby myślenia.
  3. Studia MBA są kosztowne, a zwrot z inwestycji trudno mierzyć wyłącznie zarobkami. Czesne renomowanych programów w Polsce wynosi około 50–100 tys. zł, a za granicą bywa wielokrotnie wyższe. Absolwenci wskazują przede wszystkim na lepsze kompetencje zarządcze, skuteczniejsze podejmowanie decyzji i rozwój kontaktów biznesowych. Nie brakuje jednak krytyków, którzy uważają, że doświadczenie zdobywane podczas prowadzenia firmy może być cenniejsze od akademickiej edukacji.