Publiczne sklepy zamiast wielkich sieci. Toronto testuje odpowiedź na wysokie ceny żywności
W Kanadzie wraca dyskusja o publicznych sklepach spożywczych. Toronto rozważa cztery placówki w najbiedniejszych dzielnicach, a eksperci proponują ogólnokrajową sieć, która mogłaby obniżać ceny i ograniczać zależność od dużych sieci handlowych.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego Toronto rozważa otwarcie miejskich sklepów spożywczych.
- Co o takich sklepach mówią naukowcy i dlaczego widzą dla rządów oraz samorządów inną rolę na rynku żywności.
- Czy na rosnące ceny wpływa marnowanie żywności w sklepach i co ma z tym wspólnego zanik umiejętności gotowania.
Dawno, dawno temu w Kanadzie, gdy premierem był Justin Trudeau, po pandemicznym wzroście cen żywności rząd zapowiadał zwiększenie konkurencji w handlu detalicznym. Liczył, że większa presja konkurencyjna obniży ceny. W 2024 r. ówczesny minister przemysłu François-Philippe Champagne mówił o rozmowach z kilkunastoma sieciami dyskontów. „The Wall Street Journal” wymieniał m.in. Aldi i Lidla. I nic. Oligopol kilku wielkich sieci supermarketów trwa w najlepsze.
Toronto postanowiło więc zrealizować własną wersję pomysłu burmistrza Nowego Jorku Zohrana Mamdaniego i otworzyć cztery miejskie sklepy w najuboższych dzielnicach. Pomysł wyszedł poza rogatki Toronto, gdy Avi Lewis, nowy federalny lider socjaldemokratycznej Nowej Partii Demokratycznej, zaproponował w kwietniu, by skorzystać z koncepcji analizowanej m.in. przez Quebecki IRIS (L’Institut de recherche et d’informations socioéconomiques – Instytut Badań i Informacji Społeczno-Ekonomicznej). Chodzi o utworzenie federalnej sieci subwencjonowanych przez państwo sklepów i hurtowni żywności, oferujących produkty lokalne. 50 sklepów i sześć centrów dystrybucyjnych oznaczałoby koszty początkowe na poziomie ok. 350 mln dolarów, a roczne koszty funkcjonowania oszacowano na 290 mln dolarów.
Właściwie jak to możliwe, że w kraju, w którym marnuje się ponad 40 proc. żywności, trwa debata nad tym, czy dałoby się obniżyć ceny jedzenia z pomocą państwa? Badania naukowców sugerują, że rola państwa rzeczywiście może być kluczowa, ale niekoniecznie jako właściciela sklepów. Ważniejsza może być funkcja organizatora rynków hurtowych.
Logistyka cen
Pod koniec marca br. radni Toronto przyjęli w głosowaniu wniosek radnego Anthony’ego Peruzzy w sprawie pilotażu miejskich sklepów. Jednym z powodów tej decyzji jest fakt, że w największym mieście Kanady jeden na dziesięciu mieszkańców korzysta z banków żywności. Miejskie sklepy nie będą nastawione na zysk. Miasto uchyli wobec nich obowiązek płacenia podatku od nieruchomości i innych opłat miejskich. Zakupy mają być realizowane hurtowo, wraz z innymi programami żywnościowymi, np. wsparciem posiłków dla dzieci w szkołach. Mają też wspierać lokalnych i regionalnych producentów.
Toronto zapowiada również takie stosowanie przepisów, które ma utrudniać zmowy cenowe i wymuszać ujawnianie ewentualnego wykorzystania danych o konsumentach do algorytmicznego kształtowania cen, jak zapisano w uchwale rady miasta.
Premier Ontario Doug Ford, pytany o komentarz do uchwały, zagrzmiał, że to „najbardziej szalony pomysł, o jakim kiedykolwiek słyszał”. Dodał, że „to socjalizm”, po czym użalił się nad wielkimi sieciami Walmart i Loblaws, które – jak stwierdził – „zarabiają tylko 2-3 proc.”. Urodzony w 1961 r. Doug Ford zapewne nigdy nie był w sklepie z czasów realnego socjalizmu w Europie Środkowo-Wschodniej.
Co do marż: kanadyjski pięcioskładnikowy oligopol, czyli grupy Loblaws, Sobeys i Metro oraz amerykańskie Walmart i Costco, osiąga średnią marżę na poziomie 3,5 proc. Takie dane podaje Retail Council of Canada, stowarzyszenie handlu detalicznego i grupa lobbingowa, w opinii dla Competition Bureau, czyli urzędu ochrony konkurencji. Organizacja podkreśla, że to mniej niż średni dochód farmera, wynoszący 7,4 proc. Nie wyjaśnia jednak, dlaczego porównuje rentowność handlu detalicznego z dochodami rolników. Według Canadian Federation of Independent Grocers, kanadyjskiej federacji niezależnych sklepów, pięciu największych graczy ma 79 proc. udziału w rynku.
Profesor Mike von Massow z University of Guelph, specjalizujący się w zagadnieniach związanych z żywnością i rolnictwem, mówił w mediach, że na rynku jest miejsce dla małych, niezależnych sklepów oraz spółdzielni, ale ich sukces zależy od specjalizacji i lokalizacji. Kluczem – podkreślał von Massow – jest logistyka zakupów i dystrybucji.
Zwiad w terenie
Moje terenowe badania cen objęły cztery sklepy spożywcze. Pierwszy to „polski” Starsky, oferujący duży wybór produktów z Europy, w tym z Polski – od serów i makaronów po kosmetyki. Starsky ma trzy lokalizacje: dwie w Mississaugie, graniczącej od zachodu z Toronto, i jedną w Hamilton. Jedną z lokalizacji, położoną bliżej Toronto, sieć właśnie dwukrotnie powiększyła, zajmując zamknięty sklep z materiałami biurowymi po drugiej stronie ściany.
Drugi sklep to No Frills w rejonie zwanym Junction – dyskont należący do wspomnianego już giganta Loblaws. Trzeci to oddalony o 280 m Sweet Potato, niezależny sklep w postindustrialnej części Junction. Dominują tam produkty ekologiczne, lokalne i raczej drogie. Samo Junction, położone w zachodnim Toronto, w ostatnich kilkunastu latach stało się modne i drogie. Czwarty punkt to jeden z chińskich warzywniaków w tzw. Bloor West Village, przy Bloor St. West, gdzie również trudno mówić o tanim otoczeniu.
Jeśli porównać ceny warzyw i owoców, najdrożej wypada Sweet Potato. W No Frills, chińskim warzywniaku i Starskym ceny są do siebie zbliżone. No Frills działa w modelu franczyzowym, Starsky jest dużym sklepem, a chiński warzywniak ma dwa długie, niemal zawsze zatłoczone przejścia między półkami.
Latem i jesienią w tych trzech różnych sklepach większość owoców i warzyw pochodzi z Ontario. Zimą dochodzi towar z USA, choć po powrocie Donalda Trumpa częściej zastępują go dostawy z Meksyku, Gwatemali, Peru i Chile. Pojawiają się też mniej oczywiste kierunki, jak Holandia w przypadku brukselki sprzedawanej w No Frills. Jak więc chińskie warzywniaki utrzymują niskie ceny mimo drogiej okolicy, wysokich czynszów i podatków?
Infrastruktura, głupcze
Profesor Sarah Elton z Dalla Lana School of Public Health na Uniwersytecie Toronto, specjalizująca się w powiązaniach między systemami żywności, ekosystemami i zdrowiem człowieka, oraz Aparna Raghu Menon niedawno analizowały dla magazynu „The Conversation” związki między cenami żywności a infrastrukturą. Podkreśliły, że problemu cen żywności nie można sprowadzać wyłącznie do marż w sklepach. Ważne są także koszty transportu i dystrybucji. Przypomniały również, że sprawdzone rozwiązania infrastrukturalne już istnieją.
Jednym z nich jest Ontario Food Terminal, mieszczący się w zachodniej części Toronto, w Etobicoke. To działająca od 70 lat ogromna hurtownia świeżej żywności, zarządzana przez Ontario Food Terminal Board – przedsiębiorstwo należące do ontaryjskiego ministerstwa rolnictwa, żywności i spraw wiejskich. Budżet nie musi do niej dopłacać, bo wystarczają opłaty od użytkowników. Ontario Food Terminal jest największym przedsiębiorstwem tego typu w Kanadzie i czwartym co do wielkości w Ameryce Północnej. Zakupy hurtowe robi tam 5 tys. firm, a sprzedawana żywność pochodzi nie tylko z Ontario.
Premier Ontario byłby pewnie zdziwiony, gdyby się dowiedział, że za budowę tego rynku hurtowego odpowiadał w latach 50. XX w. konserwatywny rząd premiera Ontario Lesliego Frosta. Pomysł zgłosił urzędnik George Frank Perkin, a finansowanie uzyskano z obligacji jednego z publicznych funduszy emerytalnych. Lokalizację w Etobicoke wybrano tak, by zapewnić bliskość zarówno kolei, jak i dróg, których rozbudowę również finansowano z publicznych pieniędzy.
Badaczki z UofT podsumowały, że miejskie sklepy to chwytliwe hasło, ale znacznie ważniejsze pozostają infrastruktura i sieci dostaw. Chodzi m.in. o publiczne finansowanie budowy większej liczby rynków hurtowych, także w innych prowincjach, hurtowni chłodniczych dla mrożonek oraz ośrodków przetwórstwa, z których mogłyby korzystać małe i średnie farmy oraz mniejsi producenci.
Sarah Elton i Aparna Raghu Menon wskazały, że małe sklepy sprzedają świeżą żywność nawet o 20-40 proc. taniej niż sieci. To wyjaśnia niskie ceny w moim chińskim warzywniaku, choć nadal nie odpowiada na pytanie, jak dokładnie jest to możliwe.
Jeśli przejrzeć hipotezy kanadyjskich mediów z minionych lat dotyczące chińskich warzywniaków w Toronto, powtarzają się dwa wyjaśnienia: duży obrót i bezpośrednie zakupy w Ontario Food Terminal. Z obserwacji można dodać jeszcze jedno: to sklepy bez dekoracji, degustacji i rozbudowanego zaplecza magazynowego.
Spółdzielczość, nowa nadzieja?
Dla porządku trzeba dodać, że sklepy spółdzielcze również nie są dziś realną konkurencją dla największych sieci. Odpowiadają za zaledwie 4 proc. kanadyjskiego rynku żywności. I choć Federated Co-operatives Limited dobrze radzi sobie w zachodniej Kanadzie, w Ontario kooperatywy będące własnością członków mają znacznie trudniej. Wspomniany już Mike von Massow mówił publicznemu nadawcy CBC, że samo zbudowanie sklepów jest proste. Trudne jest znalezienie dostawców i stworzenie dystrybucji, która nie będzie zjadała marży kosztami.
Są jednak miejsca, w których spółdzielczość działa. Takim przykładem jest Kootenay Co-op w Kolumbii Brytyjskiej, licząca 18 tys. członków. Istnieje od 1975 r.; zaczynała jako klub zakupowy, a z czasem urosła do jednej z największych spółdzielni w Kanadzie. Korzysta z wolontariatu członków, zyski zostają w spółdzielni, wracają do spółdzielców jako kredyt na zakupy, ale są też przeznaczane m.in. na stypendia.
Radni Toronto w kwietniowej uchwale zaznaczyli, że miasto chce przyjrzeć się działaniu istniejących w Toronto spółdzielni żywnościowych. Te bowiem udostępniają tanią żywność, „budują społeczności dzięki wzajemnej pomocy (…) i eliminują komercyjne marże”.
58 mld dolarów na śmietnik
Cytowani w mediach specjaliści wskazują na jeszcze jeden problem: zanik umiejętności gotowania. Mairlyn Smith, aktorka, autorka książek kucharskich, blogerka i nauczycielka tzw. home economics, czyli szkolnego przedmiotu uczącego zarządzania budżetem domowym, mówiła w jednym z wywiadów, że gdy w latach 90. przedmiot ten przestał być w Ontario obowiązkowy, powszechność umiejętności gotowania zaczęła maleć.
W połowie maja br. Second Harvest, największa w Kanadzie organizacja specjalizująca się w odzyskiwaniu pełnowartościowej żywności, opublikowała alarmujący raport. Wynika z niego, że prawie połowa jedzenia w Kanadzie marnuje się. Konkretnie – 41 proc. żywności, o łącznej wartości 58 mld dolarów kanadyjskich rocznie. To jedzenie w doskonałym stanie, które mogłoby nakarmić 17 mln osób trzy razy dziennie przez cały rok.
Cztery sklepy niewiele tu zmienią.
Główne wnioski
- Cztery sklepy proponowane przez radnych Toronto miałyby powstać w najbiedniejszych dzielnicach miasta. Inny, szerszy pomysł jednego z instytutów badawczych zakłada stworzenie 50 sklepów i sześciu centrów dystrybucyjnych w całym kraju. Koszty początkowe takiego projektu oszacowano na ok. 350 mln dolarów.
- Naukowcy zwracają uwagę na znaczenie infrastruktury oraz jej wpływ na ceny żywności. Przykładem jest Ontario Food Terminal – hurtowy rynek żywności na zachodzie Toronto, zbudowany 70 lat temu przez rząd Ontario. Dzięki niemu sklepy mogą skuteczniej konkurować cenami, a małe placówki sprzedają świeżą żywność nawet o 20-40 proc. taniej niż duże sieci.
- Dodatkowym problemem jest marnowanie żywności. Według nowego raportu organizacji Second Harvest ponad 41 proc. żywności w Kanadzie trafia na śmietnik. Jej łączna wartość to 58 mld dolarów kanadyjskich rocznie.