Kategorie artykułu: Biznes Lifestyle

Sebastian Muliński: Nie inwestuję w betonowe złoto, a rola anioła biznesu to ślepa uliczka (WYWIAD)

Zbudowanie miliardowego biznesu technologicznego zajęło mu ze wspólnikami prawie trzy dekady. Teraz poświęca czas na inwestowanie – więcej, niż zakładał. Stawia na komercyjne nieruchomości, by nie „pompować bańki o wątpliwych fundamentach”, a zamiast startupów woli koinwestycje z funduszami private equity. Giełdy uczył się małymi krokami. – Wskakiwanie od razu na głęboką wodę jest w inwestycjach bardzo niebezpieczne. Jeśli nie nauczyłeś się pływać, możesz łatwo utonąć – mówi Sebastian Muliński, współzałożyciel grupy IAI.

Sebastian Muliński, współzałożyciel grupy IAI
Sebastian Muliński zajmował się rozwojem IAI przez 26 lat. Po sprzedaży ostatnich akcji cieszy się rolą inwestora i czasem z rodziną. Nie wyklucza jednak powrotu do biznesu. Fot. materiały prasowe/Sebastian Muliński

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak przez lata ewoluowała strategia inwestycyjna Sebastiana Mulińskiego.
  2. W co inwestuje dziś najwięcej, a od czego trzyma się z daleka.
  3. Dlaczego nie obawia się przegapienia inwestycyjnych okazji.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Mariusz Bartodziej: Jak to jest, gdy czeka się miesiącami na sfinalizowanie wartej 1,1 mld zł transakcji, w której sprzedał pan pozostałe kilkanaście procent akcji IAI?

Sebastian Muliński, współzałożyciel grupy IAI: To trudne i frustrujące. Przedsiębiorcy generalnie rysują czarne scenariusze, by się na nie przygotować, więc wypatrywałem z obawą czarnego łabędzia, który zatrzymałby transakcję. Z reguły lubią też działać, więc obawiałem się, czy przez konieczność czekania nie umknie mi jakaś okazja.

Niemniej po prawie trzech dekadach w biznesie wiem, że prędzej czy później po jednej okazji nadarza się kolejna, więc jej ominięcie nie jest końcem świata. Postanowiłem więc dobrze wykorzystać ten czas.

W jaki sposób?

Na spokojnie przemyśleć, co tak naprawdę chcę zrobić z pieniędzmi. Porozmawiać z osobami mającymi podobne doświadczenie za sobą, zrobić analizę. Po exicie bardzo łatwo pomylić wolność finansową z koniecznością robienia wszystkiego naraz. U mnie było odwrotnie: im więcej miałem możliwości, tym bardziej potrzebowałem prostoty.

Zwycięzcy loterii najczęściej zostają po kilku latach z niczym, bo nie byli przygotowani do wydania tak dużych pieniędzy. Sądzę, że gdyby w ramach eksperymentu wypłacić na początek tylko 10 proc. nagrody, a resztę np. za pół roku, to większość osób zagospodarowałaby majątek rozsądniej. Największym błędem nie jest przegapić okazję, tylko źle dobrać strukturę majątku.

Wyczekiwanie sfinalizowania transakcji zapewniło mi czas na uspokojenie emocji. Mogłem bez presji zweryfikować plany i ocenić, co kupić, a czego lepiej nie. Dać sobie czas, by zafascynowanie niektórymi projektami mi przeszło.

Warto wiedzieć

Weteran e-commerce

Z muzycznej pasji Sebastian Muliński założył w 2000 r., z Pawłem Fornalskim, serwis Hip-Hop.pl. Gdyby na tym poprzestał, pewnie nie sprzedałby firmy w 2026 r. globalnemu inwestorowi za 1,1 mld zł.

Przedsiębiorcy skupili się jednak na tworzeniu oprogramowania do tworzenia i prowadzenia sklepów internetowych (IdoSell), a czasem rozszerzyli ofertę o płatności (IdoBooking) i platformę dla hotelarzy (IdoBooking). Spółkę IAI wprowadzili na NewConnect w 2009 r., a w 2018 r. fundusz MCI Capital kupił 51 proc. akcji przy wycenie prawie 300 mln zł. Wspólnie wyszli całkowicie z inwestycji w tym roku.

Sebastian Muliński ukończył w 2005 r. Uniwersytet Szczeciński na kierunku informatyka i ekonometria. Zawodowo związał się na stałe z branżą e-commerce. Po rezygnacji z zarządzania własną firmą zajął się głównie inwestowaniem. Zaangażował się m.in. w cztery startupy i jedną dojrzałą firmę technologiczną (z portfela MCI Capital): Profitroom.

XYZ

Cienie roli anioła biznesu

To jaka okazja przeszła panu koło nosa, a na którym polu zaangażuje się pan mniej, niż pierwotnie planował?

Nie zdążyłem dołączyć jako LP [limited partner, „dawca kapitału” – red.] do jednego z polskich funduszy private quity. Tego typu możliwości mają określoną ważność, potem okno się zamyka. Ograniczę natomiast zaangażowanie w startupy.

Dlaczego?

To bardzo trudny obszar do inwestowania. Widzę, że wielu przedsiębiorców po sprzedaży firmy ma ciąg do zostania aniołem biznesu. To ślepa uliczka. Mówię to nie na bazie swojej inwestycji kilkuset tysięcy złotych w cztery startupy – w tym Piesotto oraz Infino – ale rozmów z innymi inwestorami i rynkowej obserwacji.

Sporo przedsiębiorców wierzy, że osiągnięcie sukcesu z jedną firmą zapewniło im wszystko, by powtórzyć go w kolejnych branżach. Pokażą teraz startupowcom, jak się robi biznes. Podchodzę do tego z dużą pokorą, bo wiele zdobytych umiejętności, doświadczenia czy wiedzy nie tak łatwo przenieść do zupełnie innego świata. Część z nich z czasem przestaje być aktualna bądź kompletnie nie przystaje do innego sektora.

Poza tym sukces IAI nie był wyłącznie zasługą pracy mojej, Pawła Fornalskiego [drugiego z założycieli – red.] i całego zespołu. Istotna była koincydencja mnóstwa zdarzeń oraz co najmniej odrobiny szczęścia, na co nie mieliśmy wpływu.

Coś jeszcze zniechęca pana do roli anioła biznesu?

Poczucie potrzeby ratowania spółki, która jako „zwykła firma” by upadła, ale przecież jest startupem. Anioł biznesu pomaga więc, bo przecież zaangażował już swój czas i pieniądze – włącza się „syndrom utraconych korzyści”. To ogromna nieefektywność rynkowa, ponadto w dużym stopniu finansowana publicznymi pieniędzmi. Brzmi to tym bardziej paradoksalnie, że nie ma „anioła klientów” czy „anioła pracowników”.

Wcześni inwestorzy w startupach osiągający największe sukcesy przyznają wprost, że niemal w ogóle w nich nie pomagali. Zapewnili kapitał, ewentualnie kontakty i tyle. Założyciele już sami wiedzieli, jak to wykorzystać. Decydując się na inwestycję w startup, trzeba zdawać sobie sprawę z bardzo ograniczonego wpływu.

Jak bardzo?

Z reguły jesteśmy po prostu jednym głosem z wielu. Przedsiębiorcy zapominają, że to nie ich własna firma, w której dzieje się to, o czym sami zdecydują. Interesy nieraz licznego grona udziałowców startupu bywają naprawdę różne, a płynność udziałów jest właściwie zerowa. Nie możemy ich sprzedać ani dokupić w dowolnym momencie. Oczekiwana stopa zwrotu też jest bliska zeru, bo kilkadziesiąt procent młodych spółek technologicznych nie dożywa drugiego roku. Trzeba być gotowym na całkowitą stratę.

Gdyby przed inwestycją w startup było konieczne wypełnienie ankiety MiFID [służącej ocenie wiedzy, doświadczenia i akceptacji ryzyka – red.] jak w przypadku TFI [Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych – red.], wielu pewnie by się na to nie zdecydowało. Mało kto jest świadomy, na co tak naprawdę się pisze.

Nie odżegnuję się całkowicie od inwestycji w młode spółki technologiczne, jednak ich udział w portfelu nie powinien przekroczyć kilku procent. I to bardziej 3 proc. niż 5 proc. Traktuję to jako „bilet wstępu” do miejsca, w którym mogę poznać z bliska nowe idee oraz technologie i przypomnieć sobie, jak to było, gdy zaczynałem. Takie doświadczenie jest dla przedsiębiorcy bardzo odświeżające.

Fundator fundacji rodzinnej i koinwestor funduszy

Skoro nie anioł biznesu to kto?

Na przekór modzie na zostanie aniołem biznesu wolę być fundatorem i szefem fundacji rodzinnej. To bardzo odpowiedzialna rola. Muszę dbać nie tylko o wzrost wartości majątku w długim terminie. Wierzę, że najważniejszym zadaniem jest teraz zbudowanie systemu, który ten majątek ma chronić, porządkować i sensownie przekazać dalej.

Liczy się też odpowiednia płynność, by zapewnić bliskim stosowny standard życia, zdrowia, edukacji itd. oraz móc prowadzić działalność charytatywną. A równolegle trzeba odnaleźć się w nowej sytuacji, gdy spędzamy w domu znacznie więcej czasu. Dla członków rodziny też nie jest to naturalne. Po exicie nie buduję portfela pod ekscytację, tylko pod spokój, płynność i długi termin.

Jeśli nie młode startupy, to może spółki wzrostowe? Choć w nie trzeba już inwestować bardziej milion złotych niż 100 tys. zł, bo potrzeby są znacznie większe.

Zdecydowanie tak, jako koinwestor polskich funduszy growth i private equity – wolę mieć kilka dużych inwestycji niż kilkadziesiąt małych. Poza tym bliższe są mi firmy z ustabilizowanymi strukturami, powtarzalnymi przychodami itd.

Przeszedłem z IAI drogę od debiutu na NewConnect w 2009 r. przy wycenie 22,5 mln zł po tegoroczny exit o wartości przekraczającej 1 mld zł. Mogę więc dzielić się doświadczeniem przede wszystkim w skalowaniu biznesu.

Wyboista droga do miliardowej wyceny.

Dziś nie brakuje śmiałków, którzy tuż po starcie działalności deklarują, że budują tzw. jednorożca (startupu wycenianego na ponad 1 mld dolarów). Jak podchodzi pan do takich zapowiedzi?

Zwykle bardzo sceptycznie. Uważnie szukam uzasadnienia tych ambicji. Weryfikuję umiejętności i doświadczenie założycieli, skalę tzw. całkowitego rynku adresowalnego oraz model biznesowy, który musi zakładać tzw. powracalność klientów i duży nacisk kłaść na efektywność, czyli automatyzację.

Najprościej jest z subskrypcją, ale to nie jest warunek konieczny. Wystarczy, że klient ma po co wracać regularnie, a my możemy sprzedać mu przy okazji kolejne usługi lub produkty. Trzeba też brać pod uwagę potencjalne koszty i czas ekspansji, w oprogramowaniu są relatywnie niskie. Natomiast budowa fabryk wymaga nie tylko mnóstwa pieniędzy, ale też czasu.

Przedsiębiorcy najczęściej przeszacowują całkowity rynek adresowalny, zbyt ambitnie podchodzą do jego zagospodarowania lub nie rozwiązują realnych problemów. Albo brakuje im propozycji „zapętlenia” drogi klienta, które jest kołem zamachowym biznesu.

Jak wysoko sięgały w takim razie pańskie ambicje w momencie założenia IAI w 2000 r.?

Szczerze mówiąc, naszym celem było osiągnięcie miliardowej wyceny, i to najlepiej w dolarze lub euro. Udało się „tylko” w złotówkach, ale i tak uznaję to za duży sukces.

W branży technologicznej trzeba spoglądać na to, co dzieje się w USA, konkretnie w Dolinie Krzemowej. A tam już lata temu takie ambicje były na porządku dziennym.

Różnica między IAI a typowym startupem jest jednak taka, że państwo długo finansowali rozwój sami. Bez proszenia o kapitał inwestorów na ten cel, często już od samego początku.

Bo nie było takiej możliwości. Na początku wieku nie było w Polsce doświadczenia ani wiedzy, jak zbudować duży biznes technologiczny. Startowaliśmy w dopiero tworzącej się branży internetowej i to ponadto w sprzedaży internetowej, która ledwie raczkowała. Dziś najczęściej kupujemy w sieci m.in. odzież i obuwie. Wtedy nikt sobie tego nie wyobrażał ze względu na potrzebę dobrania rozmiaru, koloru itd., więc dominowały uniwersalne produkty typu książki i płyty.

Nie tylko nie mieliśmy na kim się wzorować ani nikogo doświadczonego w tym zakresie do zatrudnienia, ale też nie było inwestorów. Żaden polski fundusz – poza MCI – nie angażował się wtedy w takie biznesy na wczesnym etapie. Musieliśmy sami pociągnąć nasz biznes do większej skali.

W ostatnich latach logika się odwróciła. Dostęp do wiedzy i kapitału – zwłaszcza publicznego – „rozpieścił” młodych przedsiębiorców. Wielu z nich tego nadużywa i mówi w uproszczeniu: „Mam pomysł, dajcie mi pieniądze, to zacznę go realizować”. Ze względu na swoje doświadczenie wychodzę z założenia, że najpierw trzeba samemu udowodnić, że nasz pomysł nie tylko ma sens, ale też jest możliwy do zrealizowania. Potem dopiero można sięgać po pieniądze na szybkie skalowanie.

Inwestycje defensywne i ofensywne

Kiedy pojawiła się u pana nadwyżka kapitału, która pozwoliła zacząć inwestować na zauważalną skalę? Na NewConnect wprowadził pan już rentowną spółkę. To był ten czas, czy dopiero rok 2018, gdy 51 proc. akcji kupił MCI Capital, wyceniając firmę na prawie 300 mln zł?

To drugie. Co prawda byliśmy jedną z niewielu spółek na NewConnect wypłacających dywidendę – i to, co roku wyższą – ale to nie były wielomilionowe kwoty. Nigdy też nie wypłacaliśmy sobie szczególnie wysokiego wynagrodzenia. Wystarczało więc na komfortowe życie.  

Dopiero po transakcji MCI znaczną część oszczędności powierzyłem w ramach bankowości prywatnej w wealth management [zarządzanie majątkiem przez profesjonalnych finansistów – red.]. Aktywnie zacząć inwestować mogłem właściwie po dwóch latach od tej transakcji. Przeszedłem wtedy z zarządu do rady nadzorczej, więc miałem na to już czas.

Czyli równie ważne co pierwsze miliony złotych ze sprzedaży części firmy było „uwolnienie czasu”, przeznaczanego wcześniej na ciągłe doglądanie firmy?

Dokładnie. Mogłem przejść z roli biznesmena do w pewnym sensie menedżera portfela inwestycyjnego. Cały czas się tego uczę. Wymaga to innego podejścia do analizowania opcji inwestycyjnych, kalkulowania ryzyka czy oceny potencjału zwrotu. Mniej więcej w 2020 r. mogłem zacząć się przekonywać, z czym się wiąże np. inwestowanie jako LP w private equity lub bezpośrednio w startupy.

Wealth management pan porzucił?

Nie, traktuję go jako defensywną poduszkę bezpieczeństwa i źródło płynności. Natomiast tam, gdzie inwestuję najbardziej świadomie i bezpośrednio, stawiam głównie na Polskę: GPW, private equity i nieruchomości komercyjne.

Proszę w takim razie opowiedzieć więcej o „ofensywnej” części portfela.

Jestem zaangażowany w trzy polskie fundusze private equity, w których docelowo chcę ulokować ok. 25 proc. majątku. Minimalna kwota inwestycji zależy od skali wehikułu, ale generalnie trzeba mieć w Polsce co najmniej milion złotych, by w ogóle zacząć rozmawiać.

Równolegle buduję prosty, nudny portfel akcji spółek dywidendowych – to też ok. 25 proc. oszczędności. Docelowo wpływy z dywidendy mają zapewnić finansowanie bieżącej działalności fundacji rodzinnej. W doborze spółek ważna jest dla mnie płynność akcji, a także potencjał wzrostu ich wartości. Tak by w perspektywie 10-15 lat zapewniły satysfakcjonujący zwrot nawet bez uwzględnienia dywidendy.

Daily trading [otwieranie i zamykanie pozycji w trakcie jednej sesji – red.] nie jest dla mnie, wolę inwestować bez ekscytacji. Jestem w pełni typowym polskim inwestorem: kocham słowo „dywidenda”, a nie znoszę słowa „kredyt”.

Ile spółek dywidendowych ma pan zazwyczaj w portfelu?

Kilkanaście. To spółki z GPW, a ich pochodzenie nie jest dla mnie patriotycznym dodatkiem, tylko logicznym wyborem. Tu lepiej rozumiem spółki, otoczenie i czynniki ryzyka. Po exicie nie muszę gonić świata – wolę inwestować tam, gdzie mam realną przewagę.

Dla profesjonalnych zarządzających polski rynek kapitałowy jest generalnie zbyt mały. Natomiast inwestując na nim indywidualnie, mogę wyłuskać tych kilkanaście dobrych spółek, zgodnych z profilem mojego ryzyka.

Skok na głęboką wodę niewskazany w inwestowaniu

A jaki ma pan do niego stosunek?

Powściągliwy. Nie szukam żadnych alternatywnych inwestycji o cudownej stopie zwrotu ani nie stawiam wszystkiego na jednego ani nawet dwa konie. Akceptuję, że na każdej z inwestycji mogę wszystko stracić, więc nie mogą być zbyt duże. I w przypadku każdej muszę dobrze rozumieć, z czego ma wynikać wzrost wartości. Takie podejście sprawia, że relatywnie sporo kapitału – 10-15 proc. – zaangażowałem w polskie nieruchomości.

W jaki sposób?

Nie inwestuję w betonowe złoto. Kompletnie nie przekonuje mnie kupowanie mieszkań, licząc na wzrost ich wartości i zarabianie na najmie. Unikam spekulacji na rynku mieszkaniowym.

Interesuje mnie wyłącznie użyteczność ekonomiczna – nieruchomości komercyjne wspierające realny handel i turystykę. To aktywa, które mają trwać i pracować na kolejne pokolenia, a nie pompować bańkę o wątpliwych fundamentach.

Inwestuję wyłącznie w nieruchomości komercyjne, czyli lokale pod prowadzenie działalności usługowej. Poza tym mam w portfelu akcje deweloperów mieszkaniowych, ale takich wypłacających regularnie dywidendę.

Na których akcjach spółek zarobił pan szczególnie dużo?

Zdecydowanie najwięcej zarobiłem na IAI, chcę to podkreślić. Natomiast w przypadku inwestycji na giełdzie, wyjątkowo dobrze wyszedłem na zaangażowaniu w iFirmę. Kupowałem akcje przez kilka lat, średnio po ok. 11 zł. Obecnie kurs wynosi ponad 30 zł, a spółka wypłaca kwartalne dywidendy, co jest chlubnym wyjątkiem na GPW. W ostatnim czasie zmniejszyłem pozycję, a stopa zwrotu była zdecydowanie trzycyfrowa.

A wyjątkowa strata?

Straciłem na akcjach kilku spółek. Czasem źle odczytałem otoczenie rynkowe i dane finansowe, przez co wchodziłem albo rezygnowałem za szybko. Tworzyłem narrację, która się nie sprawdziła. Zrezygnowałem np. z akcji spółki Neuca. Myślałem, że po pandemii wytraci dynamikę, a jednak dalej wypłaca rosnącą dywidendę.

Od kilku lat prowadzę swego rodzaju projekt edukacyjny – mały portfel prywatny, bardzo uważnie dobierając do niego spółki i notując uwagi. Analizowałem raporty okresowe i bieżące doniesienia, ucząc się tego i popełniając błędy.

Inwestowałem relatywnie niewielkie kwoty – po kilkaset, czasem kilka tysięcy złotych. Takie, których utrata by mnie nie zabolała. Chciałem zebrać doświadczenie przed inwestowaniem znacznie większych kwot jak dzisiaj.

Bardzo polecam takie podejście. Wskakiwanie od razu na głęboką wodę jest w inwestycjach bardzo niebezpieczne. Jeśli nie nauczyłeś się pływać, możesz łatwo utonąć.

Spokój i strategia zamiast owczego pędu

Jak te doświadczenia przygotowały pana do kolejnego etapu inwestowania, już po pełnym wyjściu z IAI?

Na rozplanowanie przedstawionej struktury portfela poświęciłem ostatnie pół roku. To dość czasu na zebranie pomysłów, ich konsultację, przemyślenie.

Inwestowanie po exicie to nie jest sport ekstremalny. To sztuka zachowania kapitału w świecie, który cierpi na nadmiar narracji i deficyt rzetelnej ekonomii. Strategię dostosowałem do moich potrzeb w perspektywie pięciu lat. Jeśli po tym czasie potrzeby się zmienią, strategia również.

Zdążył pan już się poznać jako inwestor, ostatnio też więcej pojawia się publicznie. Nie przeraża pana, iloma rzekomo świetnymi pomysłami może pan zaraz zostać zasypany?

Właśnie dlatego stawiam przede wszystkim na współpracę ze specjalistami i wprost mówię o swoim sceptycyzmie do inwestycji w startupy we wcześniej fazie rozwoju, by tego uniknąć. Nie mierzę się z zalewem prezentacji spółek, który uniemożliwiłby mi pracę i życie. Dzięki temu mam czas, by zazwyczaj odpisać z wyjaśnieniem, dlaczego jakaś inwestycja nie jest dla mnie.

To ile czasu przeznacza pan na zajmowanie się inwestycjami? To praca na pełen etat?

Na szczęście nie, ale zajmuje więcej czasu, niż przypuszczałem. Zakładałem, że na intensywne analizy, konsultacje, wykonywanie działań itd. będę poświęcał maksymalnie cztery godziny dziennie przez pięć dni w tygodniu. Kończy się na mniej więcej sześciu godzinach. A wykorzystuję narzędzia AI do automatyzacji wszystkiego, co tylko możliwe.

Chyba generalnie mamy jako ludzie skłonność do zakładania, że zrobimy coś szybciej, niż w rzeczywistości to później trwa. Niemniej nie narzekam, to dla mnie akceptowalny, poświęcany czas. Zarządzając IAI, pracowałem nawet po 12 godzin dziennie.

To wystarcza, by nie przepuścić okazji?

Po takim exicie jak mój wystarczy powierzyć wszystko profesjonalnym zarządzającym, by żyć wygodnie z wypracowywanego zysku. Mam jednak satysfakcję z samodzielnego inwestowania.

Nie muszę się przejmować przepuszczeniem okazji. Musiałbym zainwestować w pojedynczy projekt ogromne pieniądze i osiągnąć naprawdę wyjątkową stopę zwrotu, by diametralnie zmienić swoją sytuację materialną. Jeśli coś mnie ominie, to trudno.

Będą inne okazje?

Dokładnie. Pośpiech w inwestowaniu i owczy pęd nie są dla mnie. Gdy słyszę, że wszyscy już w coś zainwestowali i zaraz będzie za późno, tym bardziej zapala mi się czerwona lampka. To typowa taktyka sprzedażowa stosowana w każdej branży, na co niestety generalnie łatwo się łapiemy.

A co z owczym pędem w inwestowanie w szeroko rozumianą sztuczną inteligencję? Jak skutecznie inwestować na tym polu?

To temat na osobną, długą rozmowę. W skrócie: AI pozwala nam diametralnie poprawiać swoją efektywność, ale dotyczy to też naszych klientów. Musimy więc stale udowadniać, że nasza usługa czy produkt nadal są im potrzebne. Trzeba mieć na uwadze, że wymiecie to z rynku wiele firm, które się nie przystosują.

Należy też starać się unikać szumu informacyjnego. Wielu wskazuje, kto wygra, a kto przegra na tej rewolucji, ale tak naprawdę bardzo trudno to przewidzieć. W pierwszych latach rozwoju internetu wydawało się oczywiste, że największy sukces osiągną takie firmy jak Yahoo, eBay czy Netscape. Tymczasem prawdziwymi gigantami w tym obszarze zostali Amazon, Google, Microsoft, a także Meta, o której wtedy nawet nikt nie myślał.

Z tego powodu zarabianie na podobnych trendach powierzam specjalistom. Brakuje mi czasu i wiedzy, by zrobić to lepiej. Sam wolę poświęcić uwagę relatywnie bezpiecznym spółkom dywidendowym.

Nie dla kryptowalut, używek i bukmacherki

Czego jeszcze unika pan w inwestowaniu?

Przede wszystkim kryptowalut. Nie widzę w nich żadnych fundamentów, a zmienność ich wartości jest ogromna, więc ryzyko także.

Poza tym nie zamierzam inwestować w kilka branż, w tym tytoniową i alkoholową. Choć spółki takie jak Philip Morris International czy British American Tobacco zapewniły w ostatnich latach wyjątkowo wysoki zwrot – uwzględniając wzrost wartości akcji i dywidendę – to nie czułbym się komfortowo z zarabianiem na czymś, co zwyczajnie szkodzi.

Z tego powodu unikam też branży hazardowej. Obserwuję, jak bukmacherzy przesuwają się w kierunku totalnej losowości. Przed obstawieniem np. wyniku meczu piłkarskiego możemy przeanalizować dyspozycyjność obu drużyn, historyczne wyniki ich spotkań itd. Na bazie tego możemy ocenić prawdopodobieństwo wygranej. Ale gdy w trakcie meczu pojawiają się komunikaty typu „obstaw, czy w ciągu minuty pojawi się rzut rożny” – przecież tu nie ma żadnej przestrzeni do analizy prawdopodobieństwa. To typowy hazard: „tak” albo „nie”.

Odnajduje się pan w roli inwestora, czy zbudowanie czegoś znów od zera – choć ze znacznie większym rozmachem – jest tylko kwestią czasu?

Cieszę się nią. Przez 26 lat koncentrowałem się na budowie wartości własnej firmy. Teraz mam więcej luzu i możliwości. Określiłem, co chcę robić przez najbliższe pięć lat. Może po tym czasie okaże się, że będę chciał wrócić do pierwszego rzędu i znów coś zbudować. Na razie nie zamierzam.

Zdaniem partnera

Odwaga równie ważna co wycofanie

W rozmowach z przedsiębiorcami często widać naturalną skłonność do przygotowywania się na trudniejsze scenariusze. To nie pesymizm, lecz efekt doświadczenia i biznesowej pokory. Właściciele firm wiedzą, że rynek potrafi zaskakiwać, dlatego starają się budować margines bezpieczeństwa i podejmować decyzje po chłodnej analizie, a nie pod wpływem emocji czy chwilowych okazji.

Z czasem uczą się też, że równie ważna jak odwaga inwestowania jest umiejętność wycofania się z projektu w odpowiednim momencie. Najlepsze decyzje finansowe często zapadają dopiero wtedy, gdy przedsiębiorca daje sobie czas na konsultacje i spokojną ocenę ryzyka.

Warto pamiętać, że sukces w jednej branży nie zawsze przekłada się automatycznie na powodzenie w innej. Dlatego wielu przedsiębiorców wykorzystuje swoje doświadczenie w bardziej strategiczny sposób, rozwijając działalności powiązane z głównym biznesem. Jeden z klientów eFaktor prowadzi firmę produkcyjną i zauważył, że duże koszty generuje transport jego towarów. Zamiast traktować to wyłącznie jako wydatek, kupił własne zestawy ciężarowe i uruchomił firmę transportową, która dziś obsługuje nie tylko jego produkcję, ale także zlecenia zewnętrzne.

Coraz częściej właściciele firm zaczynają więc myśleć jak menedżerowie portfela – dywersyfikują działalność i koncentrują się nie tylko na maksymalizacji zysków, ale przede wszystkim na stabilności i przewidywalności biznesu.

Główne wnioski

  1. Ograniczenie zaangażowania w startupy. Sebastian Muliński zainwestował do tej pory kilkaset tysięcy złotych w cztery startupy. Po sprzedaży w tym roku ostatnich akcji IAI – przy wycenie 1,1 mld zł – zamierza w większym stopniu zaangażować się w fundusze private equity. Zostanie aniołem biznesu, uznaje za ślepą uliczkę. Podkreśla, że wielu przedsiębiorców bezskutecznie próbuje powtórzyć własny sukces biznesowy jako inwestor bez świadomości ograniczonego wpływu. Inwestowanie w młode spółki technologiczne traktuje przede wszystkim jako „bilet wstępu” do miejsca, w którym może poznać z bliska nowe idee oraz technologie.
  2. Strategia wobec giełdy. Przedsiębiorca przyznaje, że tzw. daily trading nie jest dla niego. Mniej więcej jedną czwartą oszczędności inwestuje w kilkanaście spółek dywidendowych z GPW. Zapewniają mu nie tylko wzrost wartości majątku w długim terminie, ale też bieżące dochody. Zaangażowanie na giełdzie zaczynał od relatywnie niewielkich kwot – najwyżej kilku tysięcy złotych – na których całkowitą stratę mógł sobie pozwolić. W ten sposób zebrał doświadczenie, które wykorzystuje dziś na większą skalę.
  3. Czerwone linie w inwestycjach. Znaczną część majątku Sebastian Muliński inwestuje w komercyjne nieruchomości, czyli lokale usługowe. Unika spekulacji na rynku mieszkaniowym, by nie pompować bańki o wątpliwych fundamentach. Nie zamierza też inwestować w kryptowaluty, ponieważ nie widzi w nich fundamentalnej wartości, a także w używki, ponieważ nie chce zarabiać na czymś szkodliwym dla zdrowia. Stroni też od branży bukmacherskiej, która w coraz w większym stopniu zmierza do całkowitej losowości zakładów.