Startupy mają wspólne interesy, ale nie mają wspólnego głosu. Co dalej?
Polskie startupy mają wspólne interesy, ale wciąż trudno im mówić jednym głosem. Problemy fundacji Startup Poland pokazują, że wyzwaniem jest nie tylko znalezienie pieniędzy na działalność organizacji, lecz także zbudowanie zaangażowania wokół długoterminowych działań całego ekosystemu.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Czy polskie startupy mają dziś wspólny interes i potrzebują własnej reprezentacji.
- Dlaczego founderom trudniej niż inwestorom angażować się w sprawy całego ekosystemu.
- Kto powinien finansować organizację reprezentującą interesy startupów i czy może ona pozostać niezależna.
Jak szacuje PFR Ventures, bazując na danych serwisu Dealroom, w Polsce funkcjonuje 2-3 tys. startupów. To liczba orientacyjna, bo wiele zależy od tego, jak zdefiniujemy startup. W ostatnim czasie w przestrzeni publicznej coraz częściej pojawia się jednak inne pytanie: jaka jest dziś pozycja founderów i jak bardzo zintegrowane jest środowisko startupowe?
Startup Poland na rozdrożu
Dyskusję wywołała sytuacja Fundacji Startup Poland, która od dekady reprezentuje polskie startupy i szerzej – ekosystem finansowania ich rozwoju. Jej założyciele dali sobie czas do końca tego roku na decyzję o dalszym losie organizacji – kontynuowaniu działalności lub jej zamknięciu. Obecne finansowanie pozwoli jej działać kilka miesięcy.
Fundacja zdecydowała się zrezygnować z finansowania ze strony big techów i korporacji. Model, który przez lata pozwalał jej działać, zaczął ograniczać niezależność, a uzależniał od „sponsorów”. Startup Poland postawiła więc na samodzielność, ale na razie nie znalazła alternatywnego, stabilnego źródła finansowania.
Sytuacja fundacji rodzi szersze pytanie: czy polskie startupy potrzebują własnej reprezentacji, są gotowe wspólnie działać i – co równie ważne – finansować taką organizację? Chodzi nie tylko o możliwość zabierania głosu w imieniu środowiska, lecz także o budowanie jego pozycji w relacjach z inwestorami, administracją publiczną i ustawodawcą.
Odpowiedź nie jest prosta. W grę wchodzą różnice interesów między startupami na różnych etapach rozwoju, konkurencja o kapitał i uwagę inwestorów.
Startupy razem? Łatwiej mówić niż działać
Paweł Bochniarz, partner funduszu Radix Ventures, wcześniej związany m.in. z programem akceleracyjnym MIT Enterprise Forum CEE i współzałożyciel Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej, zwraca uwagę, że startupy to grupa rozproszona i zmienna. Powstają nowe firmy, inne znikają z rynku, a spółki, które osiągają większą skalę i wychodzą poza etap startupu, często przestają angażować się w sprawy całego środowiska. Taka dynamika utrudnia budowanie trwałej reprezentacji.
– Nie uważam, że scena startupowa jest „za bardzo” rozproszona – to wręcz wynik sukcesu ekosystemu – twierdzi z kolei Borys Musielak, zarządzający funduszem Smok Ventures i współzałożyciel Startup Poland.
Przypomina, że w 2012 roku środowisko tworzyły pojedyncze inicjatywy jak Aula i Reaktor w Warszawie, Infoshare w Gdańsku, a także Bitspiration i OMGKRK w Krakowie. Dziś istnieje wiele mniejszych społeczności związanych z miastami, uniwersytetami, organizacjami studenckimi czy poszczególnymi branżami.
– W mojej opinii, niezależnie od ich działań, powinna istnieć odrębna reprezentacja wszystkich startupów. Jednak po rozmowach z founderami czuję, że mało komu zależy na długoterminowym rozwoju ekosystemu startupowego. Bardziej liczą się szybkie „wygrane”: połączenie z inwestorami, mentorami, którzy pomogą w konkretnych problemach, czy wsparcie bieżących projektów. Founderzy – co w gruncie rzeczy naturalne – myślą przede wszystkim o swoim startupie i o tym, jak zapewnić mu rozwój – dodaje Borys Musielak.
Zdaniem eksperta
Startupy powinny być głównym nośnikiem rozwoju gospodarki, ale nie krzyczą wystarczająco głośno
To jednak sprawia, że trudno mówić o jednym, spójnym głosie startupów. Poszczególne firmy mają swoje problemy i wyzwania, podczas gdy fundusze VC czy akceleratory patrzą na rynek z szerszej perspektywy i dostrzegają problemy powtarzające się w większej liczbie spółek. Dlatego to właśnie inwestorzy i akceleratory stali się w pewnym sensie rzecznikami ruchu startupowego, choć sami nie są startupowcami.
W Polsce głos startupów jako szerokiego frontu jest wciąż słabo słyszalny, szczególnie w relacji z rządem i administracją. Pamiętam tyko kilka momentów, gdy przedstawiciele ekosystemu potrafili wspólnie nazwać jego najważniejsze problemy, ale dziś startupowcom trudno przebić się ze swoimi postulatami do debaty publicznej. Nie tworzą – co zrozumiałe – jednorodnej grupy, która wywiera presję w sposób charakterystyczny dla innych środowisk, od pielęgniarek po rolników. Są przedsiębiorczy, pracowici i innowacyjni, ale nie są grupą, która wychodzi na ulicę.
To rodzi pytanie, czy wszystkie startupy potrzebują własnej reprezentacji i jakiej. Moim zdaniem potrzebują przede wszystkim partnera rządowego, w dialogu z którym skuteczniej artykułować będą wspólne problemy i interesy. Jest to szczególnie ważne pod względem pokoleniowym, ponieważ projekty technologiczne powinny być jednym z głównych nośników rozwoju gospodarki, a jednocześnie mierzą się nadal z barierami w dostępie do kapitału, częstymi zmianami przepisów i barierami administracyjnymi. Bez mądrego i różnorodnego głosu tego środowiska łatwo o sytuację, w której o jego problemach mówią głównie ci, którzy patrzą na nie z zewnątrz.
Wspólne problemy? Wspólne cele?
Czy startupy na różnym etapie rozwoju i działające w różnych branżach mają w ogóle wspólny interes i strategiczne punkty?
Konrad Latkowski wskazuje, że wiele zależy od tego, co rozumiemy przez pojęcie startup. Młody challenger i dojrzalszy scaleup mogą mieć zupełnie inne potrzeby, także w zakresie regulacji. Są jednak obszary, które łączą większą część rynku.
Jego zdaniem, jednym z nich jest legislacja. Wspólnym interesem może być sposób projektowania programów publicznych, tak aby finansowane z nich podmioty nie konkurowały z prywatnymi firmami na warunkach, których te ostatnie nie mogą uzyskać. Podobnie jest z dostępem do kapitału.
– Przydałyby się rozwiązania zachęcające prywatnych inwestorów do finansowania młodych firm, na wzór brytyjskich EIS i SEIS. To może łączyć startup, scaleup czy firmę technologiczną – podkreśla Konrad Latkowski.
Inwestorom zależy bardziej?
Różnice między poszczególnymi grupami pojawiają się jednak tam, gdzie rozchodzą się interesy.
– Różnice między scaleupem a startupem mogą pojawić się na przykład wtedy, gdy ten pierwszy dąży do wprowadzenia regulacji wymagających określonej certyfikacji lub stażu rynkowego, aby prowadzić działalność, którą młodsza firma dopiero chce rozpocząć – nadmienia Konrad Latkowski.
Z inwestorami i zespołami zarządzającymi funduszami venture capital w wielu aspektach może być prościej. To mniejsza grupa, dominująca nad startupami, posiadająca kapitał i nierzadko wspólne spółki w portfelach.
Na część postulatów Startup Poland, jak zauważa Borys Musielak, inwestorzy patrzą z większą uwagą niż sami founderzy.
– Z moich obserwacji wynika, że inwestorzy nieco lepiej reagują na długoterminowe postulaty fundacji Startup Poland. Mają poczucie, że dotyczą one ich bezpośrednio już teraz lub będą w najbliższych latach – mówi.
Jako przykład wskazuje standard PL-SAFE i działania na rzecz jego powszechnego przyjęcia przez rynek. W jego opinii, dla inwestorów oznaczałoby to usprawnienie procesu inwestycyjnego i obniżenie jego kosztów, a jednocześnie zwiększenie atrakcyjności spółek z ich portfeli dla zagranicznych inwestorów. Podobnie inwestorzy indywidualni, aniołowie biznesu mogą być zainteresowani ulgami podatkowymi, wzorowanymi na brytyjskim SEIS. To może się przełożyć także na korzyści dla spółek w przyszłości.
– W rzeczywistości, w długiej perspektywie interesy founderów i inwestorów są w dużej mierze wspólne. Problemem wydaje się raczej brak wiary, że rzeczywiście można coś zmienić, a także brak czasu i pieniędzy, które można byłoby przeznaczyć na działania prowadzące do tej zmiany – podsumowuje Borys Musielak.
Kto ma finansować „głos startupów"?
Problemem jest nie tylko rozproszenie środowiska, ale także finansowanie organizacji, które próbują je reprezentować.
– Sam byłem zaangażowany w kilka organizacji związanych z systemem innowacji i wiem, że wiele z nich walczy o przetrwanie. Dlatego problemy Startup Poland mnie nie dziwią – podkreśla Paweł Bochniarz.
Jego zdaniem brak takich organizacji oznaczałby, że środowisko startupowe zostałoby bez podmiotu, który systematycznie reprezentowałby jego interesy. Tymczasem startupy odgrywają istotną rolę w rozwoju innowacyjnej gospodarki.
Czy finansowanie takich organizacji mogłyby zapewnić fundusze VC? Paweł Bochniarz nie widzi w tym konfliktu interesów, o ile organizacja działa w interesie całego ekosystemu, a nie konkretnych inwestorów. Zwraca jednak uwagę, że możliwości finansowe funduszy są ograniczone, dlatego trudno oczekiwać, by same zapewniły stabilne finansowanie organizacji reprezentujących cały rynek.
Jego zdaniem ważną rolę powinien więc odgrywać sektor publiczny – państwo, miasta i województwa. Korzysta on bowiem z rozwoju nowych firm, tworzonych miejsc pracy i wpływów podatkowych.
– Jeśli rynek sam nie jest w stanie rozwiązać określonych problemów, potrzebne są organizacje, które potrafią je zidentyfikować i przedstawić stanowisko środowiska administracji – dodaje Paweł Bochniarz.
Czy mali potrzebują własnego głosu?
– Tak. Głównie po to, żeby mali w ogóle mieli jakikolwiek głos. Duże firmy mają ludzi, większe budżety. Małe i średnie firmy często mają świadomość problemów, ale nie mają zasobów, żeby stale uczestniczyć w konsultacjach czy rozmowach z administracją – mówi Konrad Latkowski.
Dodaje, że problem dotyczy również finansowania samej reprezentacji. Startupów często nie stać na składki członkowskie, dlatego fundacja Startup Poland przez lata ich nie pobierała.
Co tracą?
– Dobrze widać to choćby w dyskusji o cybersuwerenności. Duże korporacje są obecne przy wielu procesach, podczas gdy małe polskie firmy technologiczne często nie mają nawet możliwości uczestniczenia w tych samych rozmowach. Nie siadają do tego samego stołu – wskazuje Latkowski.
Główne wnioski
- Rozproszenie startupów utrudnia wspólne działanie, ale nie oznacza braku wspólnych interesów. Startupy na różnych etapach rozwoju mogą mieć odmienne, a czasem nawet sprzeczne potrzeby regulacyjne. Są jednak kwestie, które mogą je łączyć – m.in. dostęp do kapitału, sposób projektowania programów publicznych czy otoczenie legislacyjne.
- Największą przeszkodą może być brak zasobów i wiary w możliwość zmiany. Founderzy koncentrują się przede wszystkim na rozwoju własnych firm, a działania na rzecz całego ekosystemu przynoszą im korzyści często dopiero po latach. Jednocześnie małe firmy nie mają ludzi, czasu ani pieniędzy, by regularnie uczestniczyć w procesach legislacyjnych czy finansować własną reprezentację.
- Jeśli reprezentacja startupów jest potrzebna, pozostaje pytanie o jej finansowanie i niezależność. Fundusze VC mogą być jednym ze źródeł wsparcia, ale ich możliwości są ograniczone. Z kolei finansowanie przez inwestorów czy korporacje rodzi pytania o niezależność organizacji. Dlatego w dyskusji pojawia się także rola państwa i samorządów – zwłaszcza że rozwój startupów przekłada się na nowe firmy, miejsca pracy i wpływy podatkowe.