Strażnik z Lublina już ostrzega tysiące Polaków, ale zaliczył pomyłkę. Co na to rządowe agencje?
Aplikacja Strażnik łączy publiczne dane i na ich podstawie ostrzega przed możliwym zagrożeniem. Jej twórca podkreśla, że nie zastępuje RCB. Podczas rosyjskiego ataku na Ukrainę błędnie pokazała drona po polskiej stronie granicy. Co robią rządowe organy?
Z tego artykułu dowiesz się…
- Czym jest aplikacja Strażnik i jak powstała.
- Jak oceniają ją instytucje państwowe i eksperci.
- Co pokazało realne ograniczenia takiego systemu ostrzegania.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Aplikacja Strażnik nie powstała w wojsku, Rządowym Centrum Bezpieczeństwa (RCB) ani dużej firmie technologicznej. Za aplikacją stoi Piotr Kukier z Lublina, który rozwija ją sam. Robi to po godzinach. Nie jest programistą i przy tworzeniu projektów korzysta z generatywnej sztucznej inteligencji. Strażnik działa na Androidzie, iPhone’ach i w przeglądarce internetowej.
Pomysł wziął się z konkretnego doświadczenia. Piotr Kukier opowiadał w mediach, że 30 lipca nad ranem w Lublinie uruchomiono syreny, ale mimo otwartych okien ich nie usłyszał. O alarmie dowiedział się dopiero później. Tego samego dnia miał stworzyć pierwszy prototyp własnej „syreny w telefonie”. Z czasem prosty mechanizm powiadamiania zmienił się w narzędzie pokazujące sytuację w powietrzu nad Polską i państwami sąsiednimi.
Popularność projektu rośnie. W odpowiedzi na pytania XYZ z 25 września Piotr Kukier podał, że publiczne statystyki GitHuba wskazywały ponad 67 tys. pobrań plików z kolejnych wydań Strażnika. Zastrzegł, że nie jest to liczba użytkowników, bo ta sama osoba może pobierać kolejne aktualizacje. Ostatnie wydanie miało wtedy około 4,5 tys. pobrań, a 23 września wersja na iPhone’a zajęła – według autora – pierwsze miejsce wśród darmowych aplikacji w kategorii narzędzia w polskim App Store. Trwają przygotowania do publikacji i udostępnienia aplikacji w Google Play.
Kilka źródeł ma dawać jeden sygnał
Strażnik nie jest radarem i sam nie obserwuje polskiej przestrzeni powietrznej. Zestawia informacje z publicznie dostępnych źródeł. W dokumentacji projektu wymieniane są m.in. ukraiński agregator Osint Neptun, dane ADS-B, informacje o ograniczeniach przestrzeni powietrznej publikowane przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej (PAŻP), komunikaty RCB i media.
Warto wiedzieć
Neptun
Ukraiński agregator danych Neptun to darmowa interaktywna mapa służąca do całodobowego monitorowania zagrożeń powietrznych w czasie rzeczywistym. System nie korzysta z radarów wojskowych, lecz za pomocą algorytmu sztucznej inteligencji co pięć sekund analizuje dane z państwowego systemu alarmowego oraz 69 zweryfikowanych kanałów w aplikacji Telegram (w tym komunikaty Sił Powietrznych, Ukraińskich Sił Zbrojnych, czyli ZSU, i regionalnych obserwatorów). Dzięki temu automatycznie geolokalizuje i wizualizuje na mapie przybliżone pozycje oraz kierunki lotu rosyjskich dronów Shahed, rakiet, bomb kierowanych (KAB) oraz samolotów, dając cywilom szybki wgląd w aktualną sytuację nad Ukrainą.
Poszczególne informacje otrzymują punkty, które są następnie sumowane dla konkretnych województw. Mechanizm ma ograniczać ryzyko, że alarm wywoła pojedynczy sygnał. W aktualnych wersjach uruchomienie czerwonego alarmu ma wymagać także dodatkowego potwierdzenia, np. alertu RCB o konieczności znalezienia bezpiecznego miejsca albo informacji o obiekcie uderzeniowym lecącym w stronę Polski i znajdującym się blisko granicy.
Piotr Kukier podkreśla ograniczenia rozwiązania.
– Strażnik nie ma dostępu do wszystkich informacji, którymi dysponują służby. Pomaga zorientować się w sytuacji, ale nie zastępuje Alertu RCB, syren ani komunikatów właściwych instytucji – zaznacza w odpowiedzi dla XYZ.
Takie zastrzeżenie znajduje się również w dokumentacji aplikacji. Strażnik jest określany jako „nieoficjalne źródło dodatkowe” i nie jest związany z RCB, Regionalnym Systemem Ostrzegania (RSO), PAŻP ani inną instytucją państwową.
Państwo: oficjalne komunikaty są podstawą
RCB zna projekt. W odpowiedzi na pytania XYZ informuje, że analizuje możliwości wykorzystania podobnych pomysłów w przyszłości. Zauważa, że powstawanie takich narzędzi pokazuje duże zainteresowanie bezpieczeństwem i potrzebę szybkiego dostępu do informacji. Zastrzega jednak, by weryfikować informacje.
„W przypadku informacji dotyczących zagrożeń rekomendujemy, aby podstawowym punktem odniesienia pozostawały oficjalne komunikaty administracji publicznej, służb i instytucji odpowiedzialnych za monitorowanie danego rodzaju zagrożenia. To Alert RCB, RSO oraz sygnały alarmowe” – informuje RCB.
Centrum zwraca też uwagę, że użytkownik powinien wiedzieć, z jakich źródeł pochodzą prezentowane informacje, jak są weryfikowane i czy aplikacja jasno odróżnia dane oficjalne od własnych analiz i prognoz.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA) zajmuje bardziej zdystansowane stanowisko.
„Rolą państwa jest stałe udoskonalanie oficjalnego, niezawodnego i bezpiecznego systemu ostrzegania ludności cywilnej. Nie oceniamy produktów komercyjnych. MSWiA podejmuje własne działania w zakresie ostrzegania i alarmowania ludności. Od połowy 2024 r. pracujemy nad stworzeniem Systemu Ostrzegania i Alarmowania (SOiA). Stworzenie aplikacji SOiA jest możliwe dzięki finansowaniu z Krajowego Planu Odbudowy. Dalsze finansowanie zapewni rządowy Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej” – informuje resort.
Państwo buduje własny system
MSWiA prowadzi w tej sprawie uzgodnienia z Ministerstwem Obrony Narodowej (MON) i RCB, a w pracach uczestniczy także Państwowa Straż Pożarna. Resort analizuje m.in. sposób wykorzystania Alertu RCB i moment uruchamiania ostrzeżeń o zagrożeniu atakiem z powietrza. Równolegle przygotowywane jest wdrożenie technologii cell broadcast, która umożliwia wysyłanie komunikatów bezpośrednio na telefony znajdujące się w określonym obszarze.
„To MSWiA i RCB są podmiotami wiodącymi przy tworzeniu nowych sposobów informowania ludności o zagrożeniach. Resort obrony współdziała z nimi jako jeden z elementów systemu” – informuje biuro prasowe MON.
PAŻP nie odpowiedziała na pytania XYZ dotyczące Strażnika.
Piotr Kukier przyznaje, że ani RCB, ani PAŻP, ani MSWiA, ani samorządy nie kontaktowały się z nim w sprawie aplikacji. Deklaruje jednak gotowość do współpracy z instytucjami publicznymi. Nie podjął decyzji o przekazaniu komukolwiek wyłącznej własności projektu. Ewentualna współpraca lub licencjonowanie wymagałyby osobnych ustaleń.
Strażnik pozostaje przy tym projektem rozwijanym przez jedną osobę. Jego autor pracuje nad nim po godzinach, a użytkownicy mogą dobrowolnie wspierać jego rozwój. Autor deklaruje, że aplikacja ma pozostać bezpłatna, bez reklam i bez śledzenia użytkowników.
Ekspert: narzędzie uzupełniające, nie podstawa alarmowania
Marcel Rutkowski, analityk Obserwatorium Bezpieczeństwa, zwraca uwagę, że Strażnik wpisuje się w szerszy trend powstawania prywatnych narzędzi wspierających ochronę ludności i zarządzanie kryzysowe. Jego zdaniem takie inicjatywy pokazują oddolne zaangażowanie w bezpieczeństwo, ale wymagają ostrożności.
– Prywatne rozwiązania, takie jak aplikacja „Strażnik”, mogą pełnić jedynie funkcję narzędzia uzupełniającego. Nie mogą jednak stanowić dla ludzi podstawy oficjalnego systemu ostrzegania – podkreśla Marcel Rutkowski.
Analityk wskazuje też na ryzyko informacyjnego chaosu. W sytuacji kryzysowej nieskoordynowane komunikaty z wielu kanałów mogą utrudniać ocenę sytuacji, sprzyjać dezinformacji i osłabiać zaufanie do oficjalnych ostrzeżeń.
Ryzyko błędu przestało być teoretyczne
Kiedy XYZ wysyłało pytania do autora Strażnika i instytucji państwowych, możliwość błędnego wskazania była przede wszystkim ryzykiem. Kilka dni później stała się faktem.
28 września, podczas kolejnego rosyjskiego ataku na Ukrainę, RCB wysłało alert do osób przebywających w województwie lubelskim. W pobliżu polskiej granicy znajdował się rosyjski dron. W mediach społecznościowych ok. godz. 17 zaczęły następnie krążyć zrzuty ze Strażnika sugerujące, że bezzałogowiec znalazł się po polskiej stronie granicy. Część użytkowników przedstawiała obraz z aplikacji jako dowód naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej.
Informacja była nieprawdziwa. MON poinformowało, że rosyjski dron uderzył po ukraińskiej stronie około 2 km od przejścia granicznego w Dorohusku i że nie doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej. Sprawę opisał serwis factcheckingowy Demagog. Według Demagoga Strażnik pokazywał przy tym niepewność położenia wynoszącą około 4 km. Przy obiekcie znajdującym się około 2 km od granicy taki margines miał kluczowe znaczenie.
Szybka naprawa
Piotr Kukier przyznał, że aplikacja błędnie zwizualizowała położenie obiektu. Wyjaśnił, że dron przez cały czas znajdował się nad Ukrainą. Zapowiedział poprawkę.
– Karta obiektu wiernie pokazywała to, co zgłosiło źródło. Punktacja i alarmowanie też liczą się ze zgłoszonej pozycji, nigdy z rysunku. Mylące przesunięcie ikony nie mogło więc podnieść poziomu ostrzeżenia. Żaden alarm nie został przez to wywołany ani pominięty – tłumaczy autor aplikacji.
Podkreśla jednocześnie, że nie umniejsza swojej odpowiedzialności.
– Ludzie patrzą na mapę i mają prawo oczekiwać, że nie pokaże im czegoś, czego dane nie potwierdzają – mówi Piotr Kukier.
Jeszcze tego samego dnia usunął przewidywanie pozycji.
– Znacznik stoi teraz tam, gdzie zgłoszono obiekt – razem z okręgiem niepewności i śladem trasy. Przy granicy aplikacja podaje dodatkowo odległość w liczbach, żeby nie trzeba było oceniać jej okiem – precyzuje autor.
Zapowiada, że dołożył test, który sprawdza to na prawdziwej funkcji rysującej znacznik. Poprzedni badał tylko fragment tej drogi i właśnie dlatego nie wychwycił błędu.
Potrzebujemy wiarygodnego źródła
Przypadek pokazał też inny problem. Nawet jeśli aplikacja prezentuje zastrzeżenia i poziom niepewności, po wykonaniu zrzutu ekranu część tego kontekstu może zniknąć. Obraz punktu po polskiej stronie granicy zaczął funkcjonować w sieci jako samodzielny „dowód”, na podstawie którego pojawiały się kolejne nieprawdziwe twierdzenia.
– Rozumiem potrzebę dostępu do informacji o zagrożeniach. Szanuję i podziwiam autora Strażnika za jego inicjatywę. Jednocześnie mam obawę o to, że aplikacja może zawierać więcej błędów, które ujawnią się dopiero w takich kryzysowych sytuacjach. Nie mam też pewności, że rozwiązanie stworzone przy pomocy AI przez osobę, która nie zajmuje się programowaniem zawodowo, jest dobrze zabezpieczone przed ingerencjami grup APT [Advanced Persistent Threat, najczęściej sponsorowana przez państwo organizacja cyberprzestępcza prowadząca ukierunkowane cyberszpiegostwo – red.]. Wszystko to może być przyczyną niepotrzebnej paniki i źródłem teorii spiskowych. Państwo dysponuje zapleczem ekspertów, którzy mogliby przeanalizować aplikację pod kątem spójności i bezpieczeństwa. Może warto, by zaoferowało takie wsparcie – uważa Marcin Kostecki, redaktor naczelny Demagoga.
Zwraca też uwagę na to, co podkreśla sam autor aplikacji – ona zawsze będzie pokazywała przybliżoną, a nie dokładną lokalizację obiektów.
– Dlatego Piotr Kukier kieruje odbiorców do oficjalnych kanałów, w tym alertów RCB. Problem w tym, że jak pokazuje historia samego twórcy aplikacji, alerty RCB i syreny alarmowe ludziom nie wystarczają. Nie zawierają dokładnych informacji o zagrożeniu, zdarzają się dosyć często i przez to zaczynają być ignorowane – mówi Marcin Kostecki.
Przyznaje, że poza RCB trudno o wskazanie jednego oficjalnego źródła komunikującego o zagrożeniu.
– Zwykle początkowo jest to DO RSZ, potem MON, następnie jednostki prokuratury, a równolegle swoje komunikaty publikują MSWiA i policja, a także inne podmioty, np. Wojska Obrony Cyberprzestrzeni i NASK za pośrednictwem Polskiej Agencji Prasowej lub Ministerstwa Cyfryzacji. Myślę, że warto stworzyć jeden kanał, który publikowałby komunikaty o zagrożeniu w przewidywalnych odstępach. Byłby on pomocny nie tylko dla każdego obywatela, ale też mediów i całego państwa, które musi utrzymywać spójność w komunikacji – sugeruje redaktor naczelny Demagoga.
Główne wnioski
- W zamyśle autora aplikacji Strażnik odpowiada na realną potrzebę szybkiej informacji o zagrożeniach. Popularność aplikacji pokazuje, że użytkownicy szukają bardziej szczegółowych i szybszych komunikatów niż te, które dostają z tradycyjnych kanałów. Projekt wyrósł oddolnie, bez zaplecza instytucjonalnego, i wypełnia lukę informacyjną szczególnie odczuwalną w regionach przygranicznych.
- Aplikacja nie jest jednak częścią oficjalnego systemu ostrzegania i nie ma dostępu do pełnych danych służb. Zarówno RCB, MSWiA, jak i sam twórca Strażnika podkreślają, że podstawą w sytuacji zagrożenia powinny pozostawać Alert RCB, syreny i komunikaty właściwych instytucji. Prywatne narzędzie może jedynie uzupełniać ten system.
- Błąd z 28 września pokazał, że ryzyko nieprawidłowego wskazania nie jest tylko teoretyczne. Błędna wizualizacja położenia rosyjskiego drona zaczęła funkcjonować w mediach społecznościowych jako dowód naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej. Pokazuje to, że wraz ze wzrostem popularności aplikacji rośnie także odpowiedzialność za sposób prezentowania niepewnych danych i skutki ich dalszego rozpowszechniania.