Szef OGB: Premier Tusk mówi językiem PiS sprzed lat, prawica nie ma z nim o co się kłócić (WYWIAD)
– Tusk lubi polityczne zagrania i budowanie sprytnych obrazów. Jednak gdy trzeba twardo rządzić i mozolnie zmieniać struktury państwa, idzie mu to średnio – mówi Łukasz Pawłowski, szef Ogólnopolskiej Grupy Badawczej. Rozmawiamy m.in. o bieżącym układzie sił po stronie rządowej i opozycyjnej oraz o referendum w Krakowie.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jakie wyzwania kampanijne na rok przed wyborami stoją przed głównymi obozami politycznymi.
- Kto jest „dobrym wnuczkiem” na prawicy i, zdaniem Pawłowskiego, ma obiecujące perspektywy.
- Kto zdaniem szefa OGB dobrze radzi sobie we współczesnych kampaniach internetowych.
Krzysztof Figlarz, XYZ: Załóżmy, że w najbliższą niedzielę odbywają się wybory. Kto obejmuje władzę?
Łukasz Pawłowski, szef Ogólnopolskiej Grupy Badawczej: Nie wiem. Moim zdaniem szanse są rozłożone po równo. Gdyby te wybory miały odbyć się w niedzielę, partie wystartowałyby w innej konfiguracji niż dziś pokazują sondaże. Na pewno samodzielnie nie wystartowałyby Polska 2050, PSL czy partia Razem, a Lewica byłaby albo delikatnie nad progiem, albo poniżej niego.
Podziały na prawicy i konsolidacje po stronie rządowej
Dzisiejsze sondaże dają prawicy teoretyczną większość, bo zakładają rozproszenie głosów po stronie lewicy. W realnych wyborach mniejsze partie najpewniej będą musiały się dogadać, żeby nie wypaść z Sejmu.
Warto wiedzieć
Łukasz Pawłowski
Prezes Ogólnopolskiej Grupy Badawczej (OGB) realizującej sondaże oraz badania exit poll m.in. w wyborach prezydenckich w 2025 roku czy ostatnio w referendum odwoławczym w Krakowie.
A gdyby miał pan dziś, patrząc na sondaże, przewidzieć, jak koalicja rządowa powinna się przegrupować w optymalnym dla siebie układzie?
Pytanie brzmi: optymalnym dla kogo? Każdy ma tu inne interesy. Widzę dwie drogi.
Pierwsza to pełna konsolidacja wokół Koalicji Obywatelskiej i Donalda Tuska. To wariant najlepszy dla premiera i KO, ale już mniej korzystny dla mniejszych partii. Druga droga przypomina układ z 2023 r.: szeroka ławka, osobne listy walczące o podobny elektorat, a po wyborach łączenie interesów. Ten scenariusz jest dziś trudniejszy, bo strona liberalna nie idzie już po większość głosów. Nawrocki wygrał wybory prezydenckie, więc ta pula poparcia jest zbyt mała, by wszyscy weszli do Sejmu samodzielnie i na własnych warunkach.
Możliwa jest jeszcze jedna lista obok KO, skupiająca polityków mniejszych ugrupowań, ale i to będzie trudne. Nie zazdroszczę im tej decyzji. Widać, że mają poważny problem z tym, jak utrzymać się w następnym Sejmie.
Rząd słaby siłą Tuska. Pozostali walczą między sobą
Gdy spojrzymy na dzisiejszy krajobraz prekampanijny, widać, że KO chyba wciąż nie uznała, że to moment, by działać. Konfederacja i PiS jeżdżą po Polsce, mimo wewnętrznych podziałów spotykają się z wyborcami. Razem też miało swoją trasę. Po stronie rządowej takiego wyjścia do ludzi właściwie jeszcze nie było. Dlaczego?
Po pierwsze, dlatego że po prawej stronie konkurencja jest większa. Widać to po pączkowaniu partii i wewnętrznych konfliktach. To środowisko cały czas się przemiela. Po stronie liberalnej dominacja KO nad partnerami jest dziś chyba najsilniejsza w historii.
Donald Tusk nigdy wcześniej nie był tak mocny ani w Platformie, ani szerzej – po liberalnej stronie sceny politycznej. Ma pakiet kontrolny. Kiedyś musiał się z kimś liczyć i dogadywać, dziś ma niemal wszystko. Być może dlatego tam wciąż niewiele się dzieje.
Poza tym partie, które dziś organizują objazdy, nie robią tego jeszcze z myślą o wyniku w 2027 r. Na to jest za wcześnie. One rywalizują między sobą o opozycyjnych wyborców. Walczą o to, kto po prawej stronie będzie większy. Dlatego prawica jest dziś ciekawsza - jest tam więcej ruchu. To jednak wewnętrzne przedbiegi. KO na razie tego nie potrzebuje. W naszych sondażach od października regularnie ma 37-38 proc. poparcia, co wskazuje na bardzo silną dominację.
Dlaczego zaufanie do rządu rozmija się z sondażami KO?
KO dominuje w sondażach, ale zaufanie do rządu wygląda znacznie gorzej. Nie spada dramatycznie, ale też nie jest na poziomie dającym spokojną reelekcję. Skąd ta różnica? Co dziś najbardziej sprzyja rządowi, a co może mu zaszkodzić?
Często słyszę pytanie: jak to możliwe, że KO ma 38 proc. poparcia, a rząd popiera około 30 proc. obywateli? Odpowiadam na przykładzie drugiej tury wyborów prezydenckich. Poparcie dla rządu było wtedy podobne, może nawet nieco niższe niż dziś, a mimo to 49 proc. wyborców zagłosowało na Rafała Trzaskowskiego. Ten rząd im nie przeszkadzał na tyle, by zagłosować inaczej.
Podobnie jest teraz. Na kogo mieliby zagłosować wyborcy Trzaskowskiego? Muszą wybrać kogoś po stronie liberalnej, czyli przede wszystkim KO. Pozostali koalicjanci też są częścią rządu, więc niezadowolenie rozkłada się na wszystkich. KO jest jednak najbardziej wyrazista i ma najbardziej decyzyjnego polityka, czyli premiera. Dlatego utrzymuje poparcie.
Najważniejszym czynnikiem pozostaje gospodarka. Często o tym zapominamy, bo emocjonujemy się Sejmem, bezpieczeństwem, wizerunkiem czy drobnymi aferami. Ludzie ostatecznie głosują portfelem i poczuciem, czy żyje im się lepiej, czy gorzej. PiS stracił władzę dlatego, że po inflacji i pandemii większość uznała, że jej poziom życia się pogorszył.
Pytanie na 2027 r. Czy wyborcy uznają, że żyje im się lepiej? Wpłyną na to inflacja, sytuacja międzynarodowa, ceny i poczucie bezpieczeństwa finansowego. To może mobilizować albo demobilizować elektorat. Ponieważ dużych przepływów między obozami na razie nie ma, kluczowe będzie to, która strona skuteczniej zmobilizuje swoich wyborców.
Kosztowna tarcza paliwowa utrzymuje rząd na powierzchni
Wróćmy więc do czynników, które sprzyjają rządowi albo mu szkodzą.
Jeśli spojrzymy na sondaże, do lutego kondycja rządu nie wyglądała źle. Realne płace rosły szybciej niż inflacja, więc finansowo sytuacja wyglądała dość optymistycznie. Potem przyszły zawirowania międzynarodowe. Napięcia wokół Iranu wywołały niepewność na rynku paliw oraz obawy przed kolejnym kryzysem. Dziś żyjemy w zawieszeniu. Cieśnina Ormuz jest zamknięta, a nie wiadomo, jak potoczy się sytuacja.
I rząd nadal dopłaca do cen paliw.
Tak. Skala problemu jest poważna, bo rząd co miesiąc dokłada do cen paliw około 1,5 mld zł. To duża pułapka. Rezygnacja z dopłat zostałaby przez wielu wyborców odczytana po prostu jako podwyżka cen.
W budżecie brakuje pieniędzy na wiele rzeczy, ale rząd widzi, że polityczny koszt skoku cen paliw mógłby być ogromny. Bardzo trudno się z tego wycofać, bo nie ma dobrego momentu. Była majówka, zaraz jest Boże Ciało, potem wakacje, później kampania. Kiedy to odciąć?
To kosztuje ogromne pieniądze, ale rząd wie, że paliwa mogą wywrócić stolik. Premier może organizować konferencje i pisać zaczepne komentarze na platformie X, które podobają się twardemu elektoratowi. Ale jeśli litr paliwa nagle zdrożeje o 2 zł, wszystko może się posypać. Taka jest rzeczywistość polskiej polityki.
Premier przejmuje narrację prawicy kosztem własnej wizji Polski
Czy w tej sytuacji rząd ma jeszcze pole do działania proaktywnego? Dopłaty do paliw są reakcją na kryzys. Podobnie wyglądają inne ruchy: twarda retoryka migracyjna, wyrzucenie ukraińskiego influencera z Polski. Czy rząd nie robi po prostu tego, co musi, unikając zarazem decyzji, które mogłyby zbudować jego własną opowieść? Czy wyborcy nie zapytają w końcu: czym właściwie różnicie się od PiS?
Analizując politykę rządu, trzeba w praktyce mówić o Donaldzie Tusku i jego najbliższym otoczeniu. To oni wyznaczają kierunek, a reszta koalicji za tym podąża. Taktyka premiera od początku była jasna: przesuwać debatę publiczną i samego siebie na prawo, żeby odebrać prawicy narzędzia mobilizacji.
Dotyczy to granicy, migracji, Ukrainy – także sprawy wspomnianego influencera, bo nastroje społeczne mocno się zmieniły – oraz polityki klimatycznej. Dziś prawicy trudno pokłócić się z Tuskiem o sprawy fundamentalne, bo premier mówi językiem PiS sprzed lat. To poglądy wyraźnie inne niż te, które kilka lat temu prezentował Rafał Trzaskowski czy liberalna część elit, mówiąca na granicy, że najpierw należy wpuszczać, a potem weryfikować. Tusk z tego zrezygnował i zrobił to skutecznie.
Widać to nawet podczas antyrządowych manifestacji. Brakuje im energii, bo trudno znaleźć z Tuskiem prosty, mocny spór.
Z drugiej strony, dla wyborców tego obozu najważniejszą obietnicą nadal jest zatrzymanie PiS i niedopuszczenie do jego powrotu do władzy. Nie chodzi o duże różnice programowe. Dla wyborców Platformy podział jest oczywisty: po jednej stronie Tusk, po drugiej Kaczyński. I to często wystarcza.
To jednak myślenie taktyczne, prowadzone kosztem dalekosiężnej wizji. Donald Tusk znacznie lepiej czuje się w politycznej grze niż w bezpośrednim zarządzaniu państwem.
Zdecydowanie.
On lubi czysto polityczne zagrania i budowanie sprytnych obrazów. Gdy jednak trzeba twardo rządzić, na bieżąco dostarczać obywatelom konkretne rozwiązania i mozolnie zmieniać struktury państwa, idzie mu to średnio. Dobrze było to widać przed kampanią prezydencką: było tam mało polityki, a dużo zwykłego zarządzania administracją.
Powyborcza fala optymizmu pod hasłem „jest nas więcej i od teraz będzie już tylko lepiej” szybko się wyczerpała. Premier uznał, że musi natychmiast wrócić do wielkiej polityki. I to mu wychodzi. Podniósł się z wizerunkowego kryzysu, skutecznie narzuca własne tematy, a przede wszystkim pozbawił PiS energii i spoiwa, które mogłyby tę partię zjednoczyć. Zmusił ją do zajęcia się wewnętrznymi konfliktami. Dla niego osobiście to bardzo wygodna pozycja.
Dlatego podtrzymuję ocenę, że szanse nadal wynoszą 50–50. Nie chodzi o to, że Donald Tusk do 2027 r. przedstawi wielką wizję, a obywatele przyznają mu rację. Chodzi raczej o to, że kolejna kampania znów będzie oparta na lęku. Ponownie usłyszymy, że trzeba zmobilizować się przy urnach, aby Jarosław Kaczyński, razem z Braunem, Mentzenem i Bosakiem, nie wrócił do władzy i nie wyprowadził Polski z Unii Europejskiej. To będzie twardy spór polityczny, a nie wyścig na merytoryczne wizje i programy.
Rozłam w PiS? Nie opłaca się, ale w polityce rządzi przypadek
Przejdźmy na prawą stronę sceny politycznej. Czy w perspektywie 2027 r. Prawo i Sprawiedliwość wystartuje w znanym dziś kształcie, czy może dojdzie do rozłamu z powodu działań Mateusza Morawieckiego?
Słabo znam meandry życia wewnętrznego partii, ale mogę mówić o ich uwarunkowaniach zewnętrznych. Z danych wynika jasno, że tworzenie przez Mateusza Morawieckiego zupełnie nowej, osobnej partii nie ma dziś sensu. 90 proc. jej sympatyków stanowiliby obecni wyborcy PiS. Taki projekt nie zdobyłby niemal żadnych nowych wyborców. Na pewno nie przejąłby nikogo ze strony liberalnej czy Koalicji 15 Października, bo psychologiczna bariera jest tam zbyt duża. Morawiecki był centralną postacią w poprzednich rządach.
W polityce wiele rzeczy dzieje się jednak pod wpływem emocji i osobistych animozji. O realnej polityce – tej wdrażanej w praktyce, a nie planowanej przez miesiące – często decyduje przypadek. Jestem pewien, że zaplecze Mateusza Morawieckiego wie, jak małe są sondażowe szanse na samodzielny projekt. To jednak nie wyklucza scenariusza pod tytułem: „teraz pokażemy Kaczyńskiemu i wychodzimy”.
Podobnie wygląda problem spójności w Konfederacji. Rozpad im się opłaca mniej, ale widać, że politycznej chemii między obiema frakcjami już właściwie nie ma. Sama Konfederacja jest ciekawym eksperymentem: sojuszem ugrupowań, które mają ze sobą niewiele wspólnego, często działają osobno, a ich liderzy niemal ze sobą nie rozmawiają. Spaja je przekonanie, że ze względów pragmatycznych trzeba iść razem do wyborów. Trudno przewidzieć, czy ten układ wytrzyma do końca kampanii.
Na pewno w układankach obozu prawicowego najrzadziej mówi się obecnie w analizach o Krzysztofie Bosaku, a uważam, że to on odegra ogromną rolę. Bosak, w przeciwieństwie do polityków pokroju Sławomira Mentzena czy chociażby Mateusza Morawieckiego, idealnie i perfekcyjnie wpisuje się w preferowany, twardy model klasycznego prawicowego wyborcy.
W analizach dotyczących prawicy rzadko mówi się dziś o Krzysztofie Bosaku, a uważam, że odegra on bardzo dużą rolę. W przeciwieństwie do Sławomira Mentzena czy Mateusza Morawieckiego, Bosak bardzo dobrze pasuje do modelu klasycznego prawicowego wyborcy.
„Dobry wnuczek” kontra kryptowaluty. Kto przejmie prawicowe emocje?
Bosak jest takim wzorcowym poiltykiem dla konserwatywnego wyborcy?
Tradycyjny prawicowy wyborca jest mocno osadzony w Kościele. Wiara i patriotyzm to dla niego fundamenty. Bosak dobrze operuje wizerunkiem „dobrego wnuczka”: jest pokoleniowo młody, a zarazem akceptowany przez starsze, konserwatywne pokolenia. Przypomina to trochę prime time Zbigniewa Ziobry, zanim odszedł z PiS, gdy uchodził za popularnego, młodego i bardzo religijnego polityka.
Gdy Bosak mówi o rodzinie, tradycyjny wyborca szybko go rozumie. Mentzen lubi natomiast opowiadać starszym ludziom o kryptowalutach, co dla wielu z nich pozostaje niezrozumiałe. Stonowany wizerunek Bosaka jako stabilnego wicemarszałka Sejmu dodaje mu powagi. Moim zdaniem w najbliższych procesach politycznych to on odegra znacznie większą rolę.
Elektorat Brauna w Krakowie zniknął...
Jest jeszcze trzeci gracz na prawicy. Jak wygląda zdolność koalicyjna Grzegorza Brauna z dawnymi kolegami i z PiS?
Przed wyborami Braun będzie dla prawicy problemem, ale po wyborach może stać się języczkiem u wagi – zwłaszcza jeśli jego wynik okaże się bliższy sondażom niż realnej mobilizacji elektoratu.
Ciekawe zjawisko zobaczyliśmy w Krakowie podczas badania exit poll. Frekwencja referendalna była najwyższa wśród wyborców Konfederacji i PiS, a dużo niższa wśród sympatyków Brauna. Zagłosowało tylko czterech na dziesięciu.
To rodzi pytanie: czy antysystemowy elektorat Brauna interesuje się lokalnym samorządem? A może jego aktywność sprowadza się głównie do głośnych deklaracji w internecie?
Od wyniku Brauna może zależeć kształt przyszłej sceny politycznej. Jeśli uzyska dobry rezultat, bez niego trudno będzie zbudować rząd. Jeśli jednak zamiast sondażowych 10 proc. dostanie w wyborach 5-6 proc., otworzą się zupełnie inne możliwości koalicyjne.
...ale w badaniach jest jedynym prochińskim elektoratem
Z przygotowanego niedawno przez OGB raportu o stosunku Polaków do Ameryki i Chin wynika, że to właśnie elektorat Brauna często postrzega Chiny jako przyszłą potęgę, z którą należy współpracować gospodarczo i wojskowo. Czy w przyszłym roku możemy w Polsce zaobserwować nasilenie chińskich wpływów i próbę narzucenia tej narracji szerszej grupie wyborców?
Uważam, że nie, bo te sympatie dotyczą głównie specyficznego elektoratu Brauna. Mitem jest też przekonanie, że są to przede wszystkim osoby starsze. Największe poparcie Braun ma w grupie 30–39-latków.
Obce wpływy już u nas działają, ale raczej „pod dywanem”: w internecie, mediach społecznościowych i na zamkniętych platformach. Ten raport dobrze pokazał, że antysystemowy elektorat, podatny na teorie spiskowe, stał się skutecznym celem chińskich narracji. Skupiamy się na zagrożeniu ze strony Rosji, a tymczasem wpływa na nas także ktoś z zupełnie innej strony.
Młodszy polityk nie znaczy sprawniejszy w sieci
Którzy politycy najlepiej odnajdują się w szybko zmieniających się warunkach cyfrowych?
Nie powiedziałbym, że najmłodsi. Dobrym przykładem jest kampania samorządowa Aleksandra Miszalskiego w Krakowie. Nowoczesna, wręcz „tiktokowa” formuła skończyła się wizerunkową klapą. W internecie kluczowa nie jest sama znajomość narzędzi i trendów, ale polityczne wyczucie nastrojów społecznych.
Pod tym względem świetnie odnajdują się doświadczeni politycy, tacy jak Donald Tusk, który regularnie znajduje się w czołówce rankingów zasięgów w polskim internecie. Młodzi często znają platformy i algorytmy, ale nie zawsze czują masy.
Sławomir Mentzen bardzo dobrze radzi sobie z przekazem cyfrowym do młodej widowni. Brakuje mu jednak narzędzi dotarcia do starszych wyborców, u których ma marginalne poparcie. To blokuje Konfederacji drogę do pełnej kontroli nad emocjami prawicy.
Kraków to obalenie mitu o skuteczności kampanii negatywnej
Zatrzymajmy się jeszcze przy Miszalskim. Zaszkodziło mu wiele rzeczy, w tym kampania w sieci. Czy można na tej podstawie uznać, że KO jest dziś nieprzygotowana do kampanii internetowej? Czy to po prostu krakowska specyfika?
To osobna historia. Po pierwsze, tej kampanii nie prowadziła centrala Platformy, tylko lokalny sztab. Po drugie, wyraźnie zabrakło wyczucia przeciętnego mieszkańca Krakowa. To, co w sieci uchodzi za nowinkę, zostało odrzucone przez bardziej zdystansowane społeczeństwo tego miasta.
Ważną lekcją z Krakowa jest też obalenie mitu o skuteczności kampanii negatywnej. Uważano, że w sieci trzeba zawsze mocno atakować rywali. W Krakowie przybrało to jednak formę tak brutalną, że zraziło część wyborców i obróciło ich przeciwko samemu komitetowi. Sztaby będą musiały zweryfikować swoje przerysowane strategie negatywne.
Porażka Miszalskiego ma lokalne podłoże, ale może uruchomić kolejne referenda
Prawica w sieci mocno promuje tezę, że krakowska klęska zwiastuje serię porażek KO. Czy nie przecenia się wpływu tych wyborów na politykę ogólnopolską?
To dwie osobne kwestie. Po pierwsze, uważam, że PiS w Krakowie tych wyborów nie wygra. Nie ma dziś realnych szans na zwycięstwo w dużych miastach. Koalicji Obywatelskiej też będzie bardzo trudno i prawdopodobnie również nie wygra. Ostatecznie urząd obejmie raczej lokalny kandydat.
Dlatego zaangażowanie premiera i samej KO będzie minimalne. To cyniczna kalkulacja: chodzi o to, by ewentualnej porażki kandydata nie przypisano wizerunkowo rządowi.
Jeśli chodzi o prawicową narrację, to jest klasyczny polityczny spin. Podobnie wieszczono schyłek PiS, gdy Konrad Fijołek wygrał wybory w Rzeszowie w 2021 r. Prawica wykorzystała potknięcie władzy, ale porażka Miszalskiego miała podłoże lokalne. Nie jest zapowiedzią ogólnopolskiej prawicowej fali.
Ten przypadek może jednak uruchomić falę naśladowców w samorządach. Działacze w takich miastach jak Kielce, Wrocław, Rzeszów czy Lublin mogą próbować organizować podobne referenda, widząc sukces Krakowa.
Żyjemy w permanentnej kampanii
Czy najbliższe trzy wakacyjne miesiące będą ostatnim spokojnym okresem przed roczną kampanią wyborczą?
Szczerze mówiąc, nie mam wrażenia, że ostatnio mieliśmy jakikolwiek spokojny okres. Żyjemy w permanentnej kampanii. Partie stale dostarczają konfliktów, a wszystko ciągle wisi na włosku.
Znów będziemy słyszeć o najważniejszych wyborach w historii i ratowaniu Polski – z jednej albo drugiej strony. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Polaryzacja na świecie, co dobrze widać choćby w USA, tylko rośnie.
Czyli w wakacje obywatele odpoczywają, a politycy dalej się naparzają?
Kto ma odpocząć, ten odpocznie. Dla ludzi związanych z polityką jedynym realnym czasem na urlop jest sierpień. Przerwa sejmowa oznacza mniej posłów, a więc mniej okazji do gwałtownych narracji i konfliktów. To właściwie jedyny dobry moment na oddech.
Główne wnioski
- Zdaniem Łukasza Pawłowskiego Donald Tusk zdominował liberalną część sceny politycznej i osłabia opozycję, przejmując jej retorykę w kluczowych sprawach światopoglądowych. Obóz władzy znajduje się jednak w trudnej sytuacji budżetowej z powodu comiesięcznych kosztów dopłat do cen paliw. Rezygnacja z tego programu mogłaby wywołać silne niezadowolenie społeczne i zagrozić wynikowi wyborczemu rządu.
- Po prawej stronie sceny politycznej trwają ciągłe przetasowania i narastają wewnętrzne podziały. Według szefa OGB ewentualne utworzenie nowej partii przez Mateusza Morawieckiego nie ma dziś politycznego uzasadnienia, bo taki projekt nie zdobyłby istotnej liczby nowych wyborców. W samej Konfederacji największy potencjał dotarcia do tradycyjnego konserwatywnego elektoratu ma Krzysztof Bosak dzięki stonowanemu wizerunkowi i roli stabilnego polityka prawicy.
- Pawłowski ocenia szanse głównych obozów w przyszłych wyborach parlamentarnych po równo. Jego zdaniem kolejna kampania będzie oparta przede wszystkim na strachu przed przeciwnikiem i mobilizowaniu wyborców przeciwko drugiej stronie. O sukcesie nie zdecyduje sama znajomość narzędzi cyfrowych, lecz umiejętność odczytywania realnych nastrojów społecznych.