Tajlandia gra o demokrację. Wysoka stawka wyborów
Niedzielne wybory parlamentarne i referendum konstytucyjne w Tajlandii były szansą na zmniejszenie wpływów generałów, pozostających w sojuszu z dworem królewskim i sprzyjającą mu oligarchią. To także nadzieje na powrót pełnej demokracji. Wszystko jednak wskazuje na to, że rewolucji, jaką byłoby zwycięstwo przeciwników establishmentu, na razie nie będzie.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego niedzielne wybory mogły być przełomem w tajlandzkiej polityce.
- Jaką rolę w azjatyckim królestwie odgrywają wojskowi.
- Co mówią sondaże i czy Tajlandia ma szansę na polityczną stabilność.
Dwa wojskowe przewroty, więźniowie polityczni za kratkami, partie delegalizowane pomimo wygranych wyborów i konstytucja napisana przez generałów – tak od 20 lat wygląda polityczny krajobraz Tajlandii. Pod fasadą demokracji państwem, znanym jako Kraina Uśmiechów, rządzi nie tylko król, ale także wojsko i powiązani z nim oraz z dworem oligarchowie.
Prawie siedemdziesiąt dwa miliony obywateli stanęły przed szansą ograniczenia ich wpływów. Sondaże pokazywały, że 8 lutego większość Tajów i Tajek planowała głosować na proreformatorską opozycję. Od 52 proc. do blisko 70 proc. pytanych deklarowało też, że chce zmiany konstytucji, którą w 2017 r. wprowadziła wojskowa junta.
Stanowisko polityków w sprawie rządów generałów łatwo można poznać po partyjnych barwach. Kolor pomarańczowy ma na swoich sztandarach powołana niespełna dwa lata temu antyestablishmentowa Partia Ludowa. Druga w sondażach jest „czerwona” prosocjalna Pheu Thai (Dla Tajów), platforma wpływowej niegdyś rodziny Shinawatrów. Jedna i druga są widziane jako opozycja wobec tradycyjnych elit. Poparcie konserwatywnego establishmentu ma z kolei uderzające w nuty nacjonalizmu i używające koloru niebieskiego ugrupowanie Bhumjaithai (Partia Tajskiej Dumy).
Tajlandia ma trzecią co do wielkości gospodarkę w Azji Południowo-Wschodniej. Boryka się jednak ze spowolnieniem gospodarczym i konkurencją szybciej rozwijających się sąsiadów. W dodatku w ciągu ostatnich dwóch lat miała trójkę premierów, a wcześniej była areną masowych ulicznych protestów. Najbliższe tygodnie pokażą, czy kraj wreszcie doczeka się bardzo potrzebnej stabilności politycznej. Kłopot w tym, że jednocześnie toczy się w nim bezpardonowa walka o wpływy – i to nie wyborcy mają w niej ostatnie słowo.
Dwadzieścia lat napięć
Prof. Thitinan Pongsudhirak, politolog z Uniwersytetu Chulalongkorna w Bangkoku, przypomina, że po raz ostatni wynik tajlandzkich wyborów został uszanowany w 2001 r. Od tamtego czasu żaden gabinet nie dotrwał do końca kadencji.
Od czasu obalenia przez armię premiera Thaksina Shinawatry w 2006 r. wszystkie kolejne rządy były usuwane. Działo się to na drodze zamachu stanu albo przez orzeczenia sądu. Sąd konstytucyjny rozwiązał trzy partie polityczne, które zdobyły największe poparcie wyborców. Na jedną z nich, Partię Postępową („Idźmy Naprzód”), głosowało ponad 14 mln osób.
Od czasu obalenia przez armię premiera Thaksina Shinawatry w 2006 r. wszystkie rządy usuwano albo na drodze zamachu stanu, albo przez orzeczenia sądu.
– Obywatele są zakładnikami sytuacji, w której ich głos jest permanentnie ignorowany, a o tym, kto rządzi krajem, decydują siły spoza areny politycznej. Rozwiązana w sierpniu 2024 r. partia „Idźmy Naprzód” walczyła o systemową zmianę, opowiadając się za usunięciem prawa o obrazie majestatu, którego wojsko wielokrotnie używało jako pretekstu do zamachów stanu i prześladowania przeciwników. Ponieważ sąd najwyższy zabronił dyskutowania o tej kwestii, opozycja nie może już umieścić jej w swoim programie – wyjaśnia prof. Thitinan.
Po zbrojnym puczu z 2014 r. wojskowa junta, która objęła wówczas władzę, napisała konstytucję pozwalającą jej zachować kontrolę nad krajem nawet po formalnym przywróceniu demokracji. Prawo zakłada, że obywatele mogą głosować tylko na członków niższej izby parlamentu. Wyborom nie podlega izba wyższa, a wszystkich 250 senatorów mianują mundurowi. Senatorowie zyskali też specjalne uprawnienia, które pozwalały im brać udział w głosowaniu nad wyborem szefa rządu. W 2023 r. wojskowi nominaci zablokowali w ten sposób kandydaturę Pity Limjaroenrata, lidera zwycięskiej „pomarańczowej” Partii Postępowej („Idźmy Naprzód”).
Warto wiedzieć
Rządy generałów
Generałowie, pozostający w sojuszu z dworem królewskim i sprzyjającą mu oligarchią, od czasów Rewolucji Syjamskiej w 1932 r. i wprowadzenia w kraju demokracji przeprowadzili dwanaście zbrojnych przewrotów. Od władzy odsuwali każdego, kto przeciwstawiał się interesom rządzących. Ostatnio do wojskowych zamachów stanu doszło w 2006 i 2014 r. Z kolei w 2010 r. armia krwawo stłumiła protesty ruchu Czerwonych Koszul – zwolenników obalonego wcześniej premiera Thaksina Shinawatry. Żołnierze zabili ponad 90 osób.
Jak zauważa profesor Thitinan, tegoroczne wybory to test, czy Tajlandia zdoła wyrwać się z błędnego koła przemocy i pozornej demokracji, czy też tradycyjne elity znów znajdą sposób, aby zachować władzę mimo woli obywateli.

Establishment w odwrocie?
Najwyższe poparcie w ostatnich sondażach miała Partia Ludowa. To bezpośrednie wcielenie postępowych sił, krytycznych wobec monarchistów i mundurowych. Jej poprzedniczki – również legitymujące się kolorem pomarańczowym Partia Nowej Przyszłości FFP (rozwiązana w 2020 r.) i „Idźmy Naprzód” (zdelegalizowana w sierpniu 2024 r.) – padły ofiarą decyzji trybunału konstytucyjnego zdominowanego przez sędziów o rojalistycznych poglądach. Światowe organizacje broniące praw człowieka i analitycy oceniają, że konserwatywne elity używają trybunału jako narzędzia do blokowania reform.
Sfrustrowani obywatele wielokrotnie wychodzili z tego powodu na ulice. W masowych protestach w latach 2020-2021 wzięły udział dziesiątki tysięcy ludzi, głównie studentów. Wystąpienia powtórzyły się, choć na mniejszą skalę, w 2023 r.
Co najmniej 55 osób jest uwięzionych na podstawie politycznych zarzutów. W więzieniu siedzi też były premier Thaksin Shinawatra, a jego siostra Yingluck, która kierowała rządem do 2014 r., żyje na emigracji.
Społeczne niezadowolenie spotęgowały słabe wyniki gospodarcze Tajlandii, która mocno ucierpiała z powodu załamania turystyki podczas pandemii, brak perspektyw ekonomicznych młodzieży i gniew na sposób rządzenia przez skorumpowane elity.
Hasła i postulaty były rewolucyjne. Demonstranci domagali się nie tylko dymisji ówczesnego premiera, generała Prayutha Chan-ocha, ale także nowej konstytucji oraz reformy monarchii. Ten ostatni temat był wcześniej absolutnym tabu w tajlandzkiej polityce. W czasie demonstracji po raz pierwszy w historii otwarcie i publicznie krytykowano króla, członków rodziny panującej oraz samą instytucję monarchii – tradycyjnie niezwykle szanowaną. Ale demonstracje wygasły po aresztowaniu ich przywódców i nie zmieniły status quo.
Według danych organizacji Thai Lawyers for Human Rights (TLHR), po protestach aresztowano setki aktywistów, wielu z nich oskarżając o obrazę majestatu. Od listopada 2020 r. ponad 281 osób zostało oskarżonych na mocy mówiącego o tym artykułu 112 kodeksu karnego. Według danych TLHR co najmniej 55 osób jest uwięzionych na podstawie politycznych zarzutów. W więzieniu siedzi też były premier Thaksin Shinawatra, który w 2023 r. wrócił z wieloletniej imigracji. Jego siostra Yingluck, która kierowała rządem do wojskowego puczu z 2014 r., żyje na emigracji.
Warto wiedzieć
Co leży na sercu tajskim wyborcom?
Wstępne wyniki referendum pokazują, że blisko dwie trzecie głosujących chcą nowej konstytucji.
W czasie kampanii wyborczej obok kwestii konstytucyjnych dominowały tematy gospodarcze. Analitycy są zaniepokojeni rosnącym zadłużeniem tajlandzkich gospodarstw domowych i niepewnością ekonomiczną. Tajlandia, przez dziesięciolecia uznawana za jednego z „azjatyckich tygrysów”, dziś zmaga się ze stagnacją. Wzrost PKB w ostatnich latach nie przekracza 3 proc., podczas gdy inne kraje regionu rozwijają się znacznie szybciej.
Szczególnie dotkliwie odczuwają to młodzi ludzie. Bank Światowy wskazuje, że bezrobocie wśród młodzieży rośnie, a realne płace stoją w miejscu. Według tajlandzkiego banku centralnego zadłużenie gospodarstw domowych sięga 90 proc. PKB i jest jednym z najwyższych w tej części Azji. Wielu wyborców oczekuje konkretnych rozwiązań: redukcji długów, wsparcia dla małych przedsiębiorstw i podniesienia płacy minimalnej.
Partia Ludowa obiecuje radykalne reformy gospodarcze, w tym zwiększenie wydatków socjalnych i opodatkowanie najbogatszych. Pheu Thai stawia na programy socjalne. Mowa tu o subwencjach dla rolników, tanich kredytach oraz o jednorazowych transferach pieniężnych dla obywateli. Partie prorządowe bronią sprzyjającego oligarchom status quo, ostrzegając przed „nieodpowiedzialną polityką fiskalną” opozycji.
Wstępne wyniki w niedzielę wieczorem lokalnego czasu sugerują, że wbrew sondażom prowadzi dotychczas rządząca partia Bhumjaithai (choć w Bangkoku to reformatorzy zdobyli wszystkie mandaty). Do poparcia dla konserwatystów prawdopodobnie przyczynił się trwający konflikt z Kambodżą i wzrost nastrojów nacjonalistycznych. Konserwatywne ugrupowanie nie będzie mogło jednak rządzić samo. Jego zwycięstwo będzie oznaczało z jednej strony utrzymanie dotychczasowego układu sił wewnątrz kraju, a z drugiej - stabilność.
Niepewne jutro
Po niedzielnych wyborach po raz pierwszy od ostatniego zamachu stanu wojsko nie będzie mogło zablokować kandydata na premiera. Wygasły pozwalające na to specjalne uprawnienia senatorów. Mimo to nie wiadomo, jaką część władzy uda się uzyskać reformatorom.
Eksperci wskazują na kilka możliwych scenariuszy. Gdyby Partia Ludowa zdobyła większość, może powtórzyć się sytuacja z 2023 r. – zauważa think tank Carnegie Endowment for International Peace. Mimo formalnego zwycięstwa wyborczego reformatorzy nie zdołają utworzyć rządu, a ugrupowanie może zostać rozwiązane.
Pheu Thai, dawniej stojące w obronie praw zwykłych ludzi, może wejść w koalicję z prowojskowymi i rojalistycznymi ugrupowaniami. Takie porozumienie partia klanu Shinawatra zawarła już niespełna trzy lata temu, ale rozczarowała tym wyborców chcących głębokich reform.
Najbardziej optymistyczny scenariusz zakładał utworzenie koalicji między obiema głównymi partiami opozycyjnymi, choć – jak ostrzegał dziennik „Bangkok Post” – na przeszkodzie mogą stanąć różnice programowe i wzajemna nieufność.
– Gdyby Partia Ludowa zdecydowanie wygrała wybory, nieuchronnie doszłoby do tarć między nią a establishmentem, który jest gotowy do nieczystych zagrań. Nie sposób przewidzieć czy ci, którzy zakulisowo sprawują kontrolę nad państwem, pozwolą reformatorom przejąć władzę i dopiero później postarają się doprowadzić ich do upadku – mówi prof. Thitinan Pongsudhirak.
W niedzielę wieczorem, po ogłoszeniu wstępnych wyników głosowania, lider Partii Ludowej Natthaphong Ruengpanyawut zadeklarował, że jest gotowy do pozostania w opozycji. Premier Anutin Charnvirakul, przewodniczący zwycięskiej Bhumjaithai, podziękował wyborcom. Podkreślił, że na pierwszym miejscu będzie stawiał korzyści dla kraju.
Główne wnioski
- Obywatele Tajlandii głosowali w kluczowym referendum konstytucyjnym i wyborach, które mogły zadecydować o zmniejszeniu wpływów w kraju generałów, pozostających w sojuszu z dworem królewskim i sprzyjającą mu oligarchią. Sukces demokratyzacji pozostaje niepewny, bo kontrolujące kraj elity w przeszłości ingerowały w proces powoływania rządu.
- Sąd konstytucyjny systematycznie rozwiązywał demokratycznie wybrane ugrupowania, które dążyły do systemowych zmian. W ostatnich latach doprowadziło to do masowych antyestablishmentowych protestów i wielokrotnych zmian premierów. Sondaże nadal pokazują rosnącą popularność partii opozycyjnych, ale nieoficjalne wyniki niedzielnego głosowania sugerują zwycięstwo konserwatystów.
- Trzecia co do wielkości gospodarka Azji Południowo-Wschodniej potrzebuje stabilności politycznej, aby rozwiązać problemy związane ze spowolnieniem gospodarczym. Jeśli konserwatywne elity zdecydowałyby się na dalsze blokowanie opozycji, którą popiera większość obywateli, może to doprowadzić do dalszych niepokojów. Prawdopodobne zwycięstwo konserwatywnej Bhumjaithai z jednej strony będzie oznaczało utrzymanie dotychczasowego układu sił wewnątrz kraju, a z drugiej - polityczną przewidywalność.

