Polska na własnym kodzie. Jak państwo i biznes mogą budować polską suwerenność technologiczną
„To już jest racja stanu”. Eksperci wskazują, jak Polska może zbudować technologiczną siłę
Cyfrowa suwerenność nie oznacza technologicznej izolacji. Polska i Europa muszą rozwijać własne kompetencje, inwestować w innowacje i wzmacniać swoją pozycję na globalnym rynku – wynika z debaty XYZ. Równie istotne są swoboda wyboru najlepszych rozwiązań, konkurencyjność i zdolność do tworzenia własnych technologii.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego rozwijanie własnych technologii może nie wystarczyć do zapewnienia Polsce cyfrowej niezależności i jakie nowe zagrożenia niesie rozwój sztucznej inteligencji.
- Co utrudnia polskim startupom pozyskiwanie dużych klientów i dlaczego administracja publiczna nie zawsze wykorzystuje potencjał krajowych innowacji.
- O co spierają się politycy i przedstawiciele branży technologicznej oraz jakie decyzje mogą przesądzić o przyszłości polskiego rynku cyfrowego.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Europa musi stać się nie tylko odbiorcą, lecz także liczącym się twórcą nowoczesnych technologii. Nie oznacza to jednak odwracania się od dostawców amerykańskich ani azjatyckich. Przeciwnie – siła europejskiej gospodarki powinna opierać się zarówno na własnych kompetencjach i innowacjach, jak i na współpracy z zaufanymi partnerami z całego świata. To jeden z najważniejszych wniosków debaty „Polska na własnym kodzie”, zorganizowanej przez redakcję XYZ.
Uczestnicy dyskusji podkreślali, że technologicznej suwerenności nie buduje się za pomocą deklaracji ani poprzez dążenie do samowystarczalności za wszelką cenę. Potrzebne są konkretne działania: rozwój infrastruktury i mocy obliczeniowej, inwestycje w rodzime firmy technologiczne, lepsze wykorzystanie zamówień publicznych oraz skuteczniejsza współpraca państwa ze startupami.
Równie ważne jest zachowanie swobody wyboru najlepszych rozwiązań, niezależnie od ich pochodzenia, i unikanie uzależnienia od jednego dostawcy. Otwarte pozostaje także pytanie, czy administracja powinna samodzielnie tworzyć usługi cyfrowe, czy raczej zapewniać warunki do ich rozwijania przez prywatne firmy.
W debacie uczestniczyli Edyta Malesza-Malatrat, dyrektorka ds. marketingu w Symfonii, Michał Kanownik, prezes Cyfrowej Polski, Sebastian Kondracki, szef projektu Bielik, a także posłowie Bartłomiej Pejo, przewodniczący sejmowej Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii, oraz Artur Gierada, wiceprzewodniczący tej komisji.
Cyfrowa suwerenność – własna technologia czy swoboda wyboru?
Pierwsza ożywiona dyskusja dotyczyła już samej definicji cyfrowej suwerenności. Edyta Malesza-Malatrat przekonywała, że Polska i Europa powinny mieć ambicję tworzenia własnych rozwiązań, zdolnych konkurować z technologiami globalnych koncernów. Zastrzegła przy tym, że europejskie pochodzenie produktu nie może usprawiedliwiać jego gorszej jakości.
– Chciałabym, żeby technologia była polska i europejska, a przy tym jakościowa. Chciałabym, żeby była również technologią konkurującą z big techami. Miejmy duże ambicje. Nasza zależność budowała się przez 30 czy 40 lat, więc nie zniknie jutro. Będziemy musieli wypracować tę zmianę, ale uważam, że jest możliwa – mówiła Edyta Malesza-Malatrat.
Artur Gierada zwracał uwagę, że pojedyncze państwo europejskie nie jest w stanie samodzielnie stworzyć przeciwwagi dla największych koncernów technologicznych. Jego zdaniem działania w tym kierunku muszą być podejmowane przynajmniej na poziomie Unii Europejskiej. Nie powinno to jednak oznaczać odcinania się od zagranicznych dostawców. Współpraca z nimi powinna sprzyjać pozyskiwaniu know-how i rozwijaniu własnych kompetencji.
Bardziej pragmatyczną definicję przedstawił Michał Kanownik. Prezes Cyfrowej Polski przekonywał, że podstawowym kryterium wyboru nie powinno być pochodzenie technologii, lecz jej jakość, bezpieczeństwo i możliwość zmiany dostawcy.
– Chciałbym, żebyśmy używali najlepszych rozwiązań, niezależnie od tego, czy są polskie, niemieckie czy francuskie. Dla mnie suwerenność to przede wszystkim prawo wyboru. Znacznie większym problemem niż pochodzenie dostawcy jest vendor lock-in – mówił Michał Kanownik.
Jego zdaniem uzależnienie od jednego dostawcy może stanowić problem niezależnie od tego, czy jest on amerykański, europejski czy japoński. Jako przykład wskazywał administrację samorządową, która może zdecydować się na usługi chmurowe firmy dostarczającej jej wcześniej inne rozwiązania. Taki wybór nie musi wynikać z porównania dostępnych ofert, lecz z wcześniejszego związania się z jednym ekosystemem technologicznym.
Same deklaracje nie wystarczą
Michał Kanownik przestrzegał także przed sprowadzaniem suwerenności technologicznej do politycznych deklaracji.
– Nie jest tak, że polityk powie: od 1 stycznia 2027 r. będziemy suwerennym kontynentem. To skomplikowany proces technologiczny i inwestycyjny, wymagający gigantycznych pieniędzy i determinacji. Nie chodzi o to, żeby wydać pieniądze. Chodzi o to, żeby wydać je efektywnie – podkreślał prezes Cyfrowej Polski.
Jego zdaniem Europa powinna przestać postrzegać siebie wyłącznie jako rynek zbytu dla technologii powstających w innych częściach świata.
– Dzisiaj jesteśmy w Europie klientem, a powinniśmy stać się partnerem w globalnym wyścigu technologicznym – mówił Michał Kanownik.
AI stawia nowe wyzwania
Sebastian Kondracki zgodził się z koncepcją suwerenności rozumianej jako swoboda wyboru. Zaznaczył jednak, że rozwój sztucznej inteligencji zmienił jego podejście do tego zagadnienia.
Jak wyjaśniał, w przypadku tradycyjnego oprogramowania czy usług chmurowych ryzyko dotyczyło przede wszystkim bezpieczeństwa danych. Można było próbować ograniczać je za pomocą odpowiednich zapisów w umowach, wymogów dotyczących lokalizacji danych czy innych gwarancji. W przypadku modeli AI pojawia się jednak dodatkowy problem – ich właściciel może decydować o tym, do jakich zadań wolno je wykorzystywać.
Sebastian Kondracki przywoływał przypadki, w których zabezpieczenia modeli ograniczały możliwość ich wykorzystania do zadań związanych z cyberbezpieczeństwem. Jego zdaniem pokazuje to, że w strategicznych obszarach sam dostęp do usług globalnego dostawcy może okazać się niewystarczający.
– Jeżeli chcemy napisać artykuł na bloga albo wygenerować śmieszną grafikę, możemy używać najlepszych modeli amerykańskich. Ale w cyberbezpieczeństwie czy przy tworzeniu strategicznych produktów cyfrowych musimy mieć modele u siebie, żeby nikt nie mógł nam ich zablokować. To już jest racja stanu – mówił Sebastian Kondracki.
Jako przykład wskazał rozwijany w Polsce model Bielik oraz współpracę przy tym projekcie z wojskiem. Przewagą takiego rozwiązania ma być nie tylko jego jakość, lecz także możliwość dostosowania go do własnej wiedzy, infrastruktury i konkretnych potrzeb.
Wyzwaniem pozostaje jednak skala niezbędnych zasobów. Rozwój sztucznej inteligencji sprawia, że zapotrzebowanie na centra danych, akceleratory i energię rośnie znacznie szybciej niż europejska infrastruktura. Sebastian Kondracki zwracał uwagę, że cykl rozwoju technologii skrócił się do miesięcy, a czasem nawet do tygodni. Tymczasem firmy i instytucje wciąż często działają w rytmie wielomiesięcznych procedur.
Jak biznes radzi sobie z technologicznymi wyzwaniami?
Edyta Malesza-Malatrat przedstawiła ten problem z perspektywy firmy działającej na rynku. Symfonia korzysta równolegle z usług AWS, Microsoftu i Google Cloud. Taka dywersyfikacja pozwala ograniczać ryzyko uzależnienia od jednego dostawcy, ale nie rozwiązuje zasadniczego problemu. Jak wskazywała przedstawicielka firmy, na polskim rynku trudno znaleźć lokalnego dostawcę dysponującego mocą obliczeniową niezbędną do obsługi części usług spółki.
– Czy chcielibyśmy mieć taką możliwość? Oczywiście. Ale potrzebujemy dużych mocy obliczeniowych. Na razie takich mocy na polskim rynku po prostu nie ma – mówiła Edyta Malesza-Malatrat.
Michał Kanownik studził przy tym oczekiwania, że wszystkie dane i usługi można w krótkim czasie przenieść do Polski. Zwracał uwagę, że przygotowanie dużego centrum danych może trwać kilka lat. Potrzebne są więc szybsze procedury inwestycyjne, odpowiednia infrastruktura, a przede wszystkim dostęp do ogromnych ilości energii.
Bartłomiej Pejo właśnie w dostępie do energii upatrywał jednego z największych ograniczeń dalszej cyfryzacji. Przekonywał, że polityka energetyczna musi uwzględniać rosnące zapotrzebowanie centrów danych i nowych projektów technologicznych.
Państwo ma budować czy kupować?
Największe różnice zdań ujawniły się podczas dyskusji o roli państwa. Zamówienia publiczne, współpraca z prywatnymi dostawcami usług cyfrowych i pomysł tworzenia przez administrację własnych systemów to kwestie, w których uczestnicy debaty nie byli zgodni.
Bartłomiej Pejo przekonywał, że polska administracja w zbyt małym stopniu współpracuje z krajowym biznesem. Jako przykład wskazywał zamówienia na sprzęt komputerowy dla szkół. Jego zdaniem wymagania formalne mogą praktycznie wykluczać krajowych producentów z udziału w przetargach, nawet jeśli ostatecznie zamówienie otrzymuje polski pośrednik sprzedający sprzęt globalnej marki.
Poseł krytycznie odniósł się również do pomysłu stworzenia przez państwo własnego e-dziennika. Argumentował, że prywatni dostawcy rozwijali takie rozwiązania przez kilkanaście lat. Zamiast budować konkurencyjny system, administracja powinna więc, jego zdaniem, stworzyć mechanizmy nadzoru i audytu bezpieczeństwa już istniejących produktów.
– Jeżeli coś działa dobrze przez kilkanaście lat, to dlaczego państwo ma przejmować ten pomysł i ten biznes? Te firmy stworzyły rozwiązania, kiedy były innowacyjne. Państwo powinno mieć możliwość audytu bezpieczeństwa danych, ale to nie znaczy, że musi samo tworzyć i dostarczać usługę – mówił Bartłomiej Pejo.
Z takim podejściem polemizował Artur Gierada. Zwracał uwagę m.in. na strukturę własnościową największych dostawców. Argumentował, że stworzenie państwowego, bezpłatnego systemu może być uzasadnione, jeśli administracja chce wziąć odpowiedzialność za usługę, z której powszechnie korzystają obywatele.
– Jeżeli państwo proponuje jeden bezpłatny system dla wszystkich i bierze za niego odpowiedzialność, to uważam, że była to dobra decyzja – mówił Artur Gierada.
Pejo pozostawał jednak przy stanowisku, że państwo powinno kontrolować bezpieczeństwo usług, a nie wypierać z rynku działających przedsiębiorców. Spór przeniósł się następnie na e-doręczenia. Poseł krytykował model, w którym szczególną rolę odgrywa Poczta Polska, przekonując, że rynek tej usługi powinien być szerzej otwarty na konkurencję. Gierada odpowiadał, że sama cyfryzacja doręczeń jest przykładem sytuacji, w której działania państwa nieuchronnie zmieniają wcześniej istniejący rynek.
Regulacje są potrzebne, ale gdzie postawić granicę?
Bartłomiej Pejo i Michał Kanownik dyskutowali także o wpływie regulacji na branżę technologiczną. Przewodniczący sejmowej komisji cyfryzacji domagał się większych możliwości kontrolowania prywatnych podmiotów przetwarzających istotne dane, choć jednocześnie krytykował nadmierne regulowanie działalności gospodarczej. Kanownik zwrócił uwagę na sprzeczność między tymi postulatami.
– Jeżeli chcemy dać państwu narzędzia do wymuszania na prywatnych podmiotach nadzoru i kontroli bezpieczeństwa, to jednak rozszerzamy regulacje i uprawnienia państwa wobec prywatnej firmy. Ja to popieram, tylko trzeba mieć świadomość tej konsekwencji – odpowiadał Michał Kanownik.
Bartłomiej Pejo zaznaczył, że dodatkowe wymogi dotyczące bezpieczeństwa uznałby za uzasadnione. Kanownik opowiadał się jednak co do zasady za modelem, w którym państwo przede wszystkim ustala reguły funkcjonowania rynku, zamiast samodzielnie zastępować działające na nim firmy.
– Państwo powinno stworzyć optymalne warunki do rozwoju biznesu, zapewnić dobre otoczenie regulacyjne, podatkowe i inwestycyjne. Nie wierzę, że nakazami lub zakazami można skutecznie pomóc polskim czy europejskim dostawcom – mówił prezes Cyfrowej Polski.
Jedną z propozycji Kanownika było wprowadzenie ulgi podatkowej zachęcającej przedsiębiorstwa do inwestowania w cyberbezpieczeństwo. Przekonywał również, że bez większego napływu prywatnego kapitału Europa nie zbuduje konkurencyjnego sektora technologicznego. Budżety publiczne nie wystarczą bowiem do sfinansowania inwestycji na potrzebną skalę.
Startupów nie brakuje. Trudniej otworzyć im drogę na rynek
W jednej kwestii uczestnicy debaty byli wyjątkowo zgodni. Polska potrafi tworzyć innowacyjne firmy i technologie, ale znacznie gorzej radzi sobie z ich skalowaniem oraz wykorzystywaniem przez sektor publiczny.
Sebastian Kondracki wskazywał Francję jako przykład kraju, który umożliwia młodym firmom technologicznym testowanie rozwiązań w administracji publicznej. Dzięki temu startup może zdobyć pierwszego dużego klienta i referencje, a instytucje państwowe zyskują dostęp do nowych technologii.
W Polsce przeszkodą jest nie tylko prawo, lecz także sposób funkcjonowania instytucji. Michał Kanownik zwracał uwagę, że największym wyzwaniem nie jest dziś samo tworzenie i wspieranie startupów na początkowym etapie działalności.
– Startupy mają się w Polsce nieźle. Problemem Polski i całej Europy jest to, co zrobić ze startupem po inkubacji i jak pomóc mu wejść na rynek. Prawo zamówień publicznych tego nie ułatwia. Nawet jeśli zamawiający chciałby kupić innowacyjne rozwiązanie, może się obawiać, że później kontrolujący nie zrozumie, dlaczego podjął takie ryzyko – mówił Michał Kanownik.
Sebastian Kondracki proponował stworzenie dla urzędników swego rodzaju „bezpiecznych zatok”, w których mogliby na ograniczoną skalę testować technologie młodych firm bez obawy, że każda nieudana próba stanie się powodem kolejnych kontroli.
– Musimy pozwolić urzędnikowi czasem zaryzykować. Państwo powinno stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której można szybko przetestować rozwiązanie startupu. Technologia zmienia się tak szybko, że trzy miesiące to dzisiaj bardzo dużo – przekonywał szef projektu Bielik.
Michał Kanownik odpowiadał, że część potrzebnych instrumentów już istnieje, ale urzędnicy często obawiają się z nich korzystać. Zakup innowacyjnego rozwiązania wiąże się bowiem z osobistym ryzykiem. W razie kontroli trzeba wyjaśnić audytorom, kontrolerom, a niekiedy nawet organom ścigania, dlaczego wybrano nową technologię zamiast sprawdzonego produktu.
Jak uniknąć uzależnienia od jednego dostawcy?
W dyskusji powracał również problem vendor lock-in, czyli uzależnienia od jednego dostawcy technologii. Sebastian Kondracki proponował, aby przy zakupie rozwiązań informatycznych administracja uwzględniała nie tylko początkową cenę, lecz także koszt ewentualnej rezygnacji z usługi. Pozornie tania chmura może okazać się bardzo droga, jeśli po kilku latach przeniesienie danych do innego dostawcy będzie kosztować wielokrotnie więcej niż samo korzystanie z niej.
Rozmówcy wskazywali również na bariery związane z dostępem do kapitału i procedurami formalnymi. Kondracki przekonywał, że Polska powinna ułatwić zagranicznym inwestorom finansowanie rodzimych spółek, eliminując konieczność przechodzenia przez procedury niedostosowane do tempa rozwoju globalnego rynku technologicznego.
Edyta Malesza-Malatrat zwracała uwagę, że nie można jednocześnie domagać się większego kapitału dla polskich firm i traktować zagranicznych inwestorów jako zagrożenia. Jej zdaniem ważniejsze od narodowości kapitału jest to, gdzie pozostają kompetencje i gdzie rozwijana jest technologia.
Osobnym wyzwaniem pozostaje luka kompetencyjna. Przedstawicielka Symfonii podkreślała, że państwo powinno znacznie skuteczniej wyjaśniać przedsiębiorcom, szczególnie tym z sektora MŚP, jakie korzyści mogą osiągnąć dzięki transformacji cyfrowej.
Michał Kanownik dodawał, że problem zaczyna się już w szkołach. Jak mówił, testy kompetencji prowadzone przez jego organizację pokazują, że młodzi ludzie dobrze radzą sobie z częścią zagadnień dotyczących cyberbezpieczeństwa, ale mają trudności z obsługą podstawowych narzędzi biurowych.
Jak budować cyfrową suwerenność?
Uczestnicy debaty różnili się przede wszystkim w ocenie tego, jak daleko powinna sięgać ingerencja państwa. Czy administracja ma samodzielnie tworzyć systemy uznawane za strategiczne, czy jedynie nadzorować ich bezpieczeństwo? Czy powinna preferować polskich i europejskich dostawców, czy też o wyborze technologii powinny decydować przede wszystkim jej jakość i funkcjonalność?
Sebastian Kondracki określił podejście łączące te elementy mianem „technopatriotyzmu”. Nie chodzi w nim o cyfrową samowystarczalność, lecz o zachowanie strategicznych kompetencji, kontroli nad danymi i możliwości działania na własnych zasadach.
Michał Kanownik przekonywał z kolei, że zamiast opracowywać kolejne wieloletnie strategie, państwo mogłoby zacząć od kilku stosunkowo prostych zmian, które szybko zwiększyłyby popyt na rozwiązania polskich firm technologicznych.
Wskazał m.in. szybsze dopuszczenie do użytku kas fiskalnych działających jako aplikacje na smartfonach oraz zmianę zasad dotyczących e-doręczeń przy rejestracji działalności gospodarczej. Jego zdaniem przedsiębiorca powinien od początku mieć swobodę wyboru między Pocztą Polską a prywatnym dostawcą usługi, zamiast korzystać z rozwiązania preferującego operatora państwowego.
Trzecia propozycja dotyczyła szkół. Zdaniem prezesa Cyfrowej Polski samorządy otrzymały ogromne ilości sprzętu komputerowego, ale często brakuje im narzędzi umożliwiających sprawne zarządzanie nim.
– Doposażmy samorządy w polskie programy do zarządzania sprzętem na poziomie gminy. To są trzy elementy, które mogą dać polskiemu sektorowi cyfrowemu ogromny zastrzyk i stworzyć rynek dla nowych, coraz lepszych produktów – podsumował Michał Kanownik.
Główne wnioski
- Polska i Europa powinny rozwijać własne technologie, ale cyfrowa suwerenność nie oznacza rezygnacji ze współpracy z globalnymi dostawcami. Uczestnicy debaty „Polska na własnym kodzie” zgodzili się, że Europa musi przestać być wyłącznie odbiorcą technologii i zacząć odgrywać większą rolę w ich tworzeniu. Różnili się jednak w ocenie sposobów osiągnięcia tego celu. Część rozmówców podkreślała potrzebę budowania europejskich rozwiązań zdolnych konkurować z największymi koncernami technologicznymi. Inni wskazywali, że najważniejsze są jakość, bezpieczeństwo i swoboda wyboru dostawcy. Szczególną uwagę poświęcono ryzyku uzależnienia od jednego ekosystemu technologicznego, czyli vendor lock-in.
- Rozwój sztucznej inteligencji zmienia znaczenie technologicznej niezależności, a jednymi z największych wyzwań stają się dostęp do mocy obliczeniowej, infrastruktury i energii. W przypadku modeli AI dostawcy mogą ograniczać nie tylko dostęp do usług, lecz także zakres ich zastosowań. Budowa nowych centrów danych wymaga ogromnych nakładów finansowych, zapewnienia odpowiedniej ilości energii i przyspieszenia procedur inwestycyjnych. Bez tych działań rozwój rodzimych technologii będzie ograniczony, nawet jeśli Polska dysponuje niezbędnymi kompetencjami.
- Jedną z największych barier rozwoju polskich firm technologicznych nie jest brak innowacji, lecz trudność w zdobywaniu klientów, pozyskiwaniu kapitału i nawiązywaniu współpracy z administracją publiczną. Uczestnicy dyskusji wskazywali, że Polska potrafi tworzyć startupy, ale znacznie gorzej radzi sobie z ich skalowaniem. Szczególnym problemem pozostają zamówienia publiczne. Urzędnicy często obawiają się wybierania nowych rozwiązań ze względu na ryzyko późniejszych kontroli. W debacie pojawił się więc postulat stworzenia mechanizmów, które pozwoliłyby instytucjom państwowym bezpiecznie testować innowacje.