To nie koniec zmartwień Brukseli w naszym regionie. W Słowenii do władzy wraca „mały Orban”
Miała być polityczna emerytura, a jest wielki powrót. Janez Janša, słoweński weteran polityczny, perfekcyjnie rozegrał powyborczy pat i po raz czwarty obejmuje stanowisko premiera. Co zaskakujący sukces prawicowego populisty, ochrzczonego mianem „małego Orbána”, oznacza dla Słowenii oraz reszty regionu?
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak Janez Janša, wykorzystując polityczny pat i błędy rządu Roberta Goloba, po raz czwarty sięgnął po urząd premiera Słowenii?
- Z jakimi wyzwaniami gospodarczymi będzie musiał się zmierzyć jego nowy gabinet w najbliższym czasie?
- Dlaczego rządy tego polityka, nazywanego „małym Orbánem”, najprawdopodobniej nie skończą się węgierskim scenariuszem?
Powrót Janeza Janšy do władzy nie rozpoczął się od spektakularnego triumfu w wieczór wyborczy, lecz od politycznego pata. Dotychczasowy premier Robert Golob wprawdzie minimalnie wygrał wybory parlamentarne z 22 marca, ale jego liberalno-lewicowa koalicja straciła większość. Ruch Wolności, któremu przewodzi Golob, zdobył 28,66 proc. głosów, co dało mu 29 mandatów. Tuż za nim uplasowała się Słoweńska Partia Demokratyczna (SDS) pod wodzą Janšy, która przy poparciu rzędu 27,88 proc. wywalczyła 28 miejsc w parlamencie.
Od początku było jasne, że taki wynik nie daje Golobowi mandatu do sprawowania rządów z dotychczasowym rozmachem. Jego centrolewicowy obóz skurczył się bowiem do zaledwie 40 mandatów w 90-osobowym parlamencie. Jako formalny zwycięzca i urzędujący premier początkowo podjął on jednak próbę utrzymania się u władzy. Podobnie o krok od przejęcia sterów w państwie znalazła się centroprawicowa opozycja, której do sformowania rządu także brakowało jeszcze co najmniej jednego koalicjanta. Po serii nieudanych konsultacji partyjnych Golob ostatecznie uznał 20 kwietnia swoją wyborczą porażkę i ogłosił, że jego Ruch Wolności przechodzi do opozycji.
Wobec fiaska Goloba prezydent Nataša Pirc Musar, centrystka znacznie bliższa dotychczasowemu obozowi władzy, oświadczyła chłodno, że misję tworzenia rządu powierzy temu, kto wykaże poparcie 46 deputowanych. W tym momencie plan powrotu Janšy na fotel premiera nabierał już realnych kształtów. Podczas inauguracyjnego posiedzenia parlamentu na przewodniczącego izby wybrano Zorana Stevanovicia, lidera antyszczepionkowej partii Resni.ca. Zdobył on 48 głosów, korzystając z poparcia własnego ugrupowania oraz właśnie posłów z obozu Janšy.
Jak się niebawem okazało, był to pierwszy udany sprawdzian nowej większości zjednoczonej przeciwko Golobowi. Niedługo potem, 19 maja, posłowie SDS formalnie zgłosili już kandydaturę swojego lidera, Janeza Janšy, na premiera. Jego partia zawarła porozumienie koalicyjne z centroprawicowym blokiem NSi-SLS-FOKUS oraz antykorupcyjnymi Demokratami byłego szefa dyplomacji Anže Logara. Z kolei ugrupowanie nowego szefa parlamentu, Resni.ca, ostatecznie zdecydowało się wspierać nowy rząd z zewnątrz.
Szybko roztrwoniony kapitał obozu liberalnego
Ten polityczny zwrot może się wydawać tym bardziej uderzający, że zwycięstwo Goloba w poprzednich wyborach z 2022 roku było wręcz miażdżące i w zamyśle miało ostatecznie wysłać Janšę na polityczną emeryturę.
Ruch Wolności, nowe ugrupowanie skupione wokół byłego menedżera z branży energetycznej, zdobył wówczas aż 41 mandatów. Pozwoliło to na sformowanie szerokiej postępowej koalicji z postkomunistycznymi Socjaldemokratami oraz ekosocjalistyczną Lewicą, która łącznie dysponowała stabilną większością 53 głosów. Zwycięzcy obiecywali wówczas nowe, liberalne otwarcie po okresie reakcyjnych rządów Janšy sprawowanych między 2020 a 2022 rokiem. Kreślili też plany na rządzenie przez co najmniej dwie kadencje.
Niezależnie od ostatecznej oceny politycznej porażki obozu liberalnego należy uczciwie przyznać, że gabinetowi Goloba przyszło rządzić przez ostatnie cztery lata w wyjątkowo trudnych okolicznościach. Rządzący musieli zadbać o stabilizację państwa po pandemii, amortyzować skoki cen energii oraz łagodzić skutki błyskawicznie rosnących kosztów życia. Ustępujący gabinet musiał także stawić czoła najtragiczniejszej w historii Słowenii powodzi z sierpnia 2023 roku. Kataklizm ten pochłonął co najmniej sześć ofiar śmiertelnych i wymusił uruchomienie setek milionów euro z unijnych funduszy ratunkowych.
Choć Słowenia jest stosunkowo niewielkim państwem, w polityce zagranicznej odchodząca ekipa starała się zaakcentować bardziej asertywną postawę, pozostając jednocześnie w głównym liberalno-europejskim nurcie. Zmiana kursu była szczególnie widoczna w relacjach z Izraelem: rząd Goloba uznał państwowość Palestyny, a po wydaniu przez trybunał w Hadze nakazu aresztowania Benjamina Netanjahu ogłosił izraelskiego premiera persona non grata.
Mimo ogromnego kapitału politycznego i solidnego zaplecza parlamentarnego, jakim na starcie dysponował Golob, realizacja kluczowych obietnic jego rządu postępowała powoli. Dotyczyło to zwłaszcza szumnie zapowiadanych reform systemu emerytalnego oraz opieki zdrowotnej. Wizerunek koalicji dodatkowo nadszarpnęły częste roszady na stanowiskach ministerialnych, kolejne afery, w tym ta dotycząca upolitycznienia policji, a także przedłużający się strajk lekarzy. Taki obrót spraw sprzyjał spisywanemu przez wielu na straty Janšie, który po raz kolejny mógł udowodnić, że jest prawdziwym mistrzem sztuki przetrwania w słoweńskiej polityce.
Materiał na co najmniej kilka politycznych biografii
Janez Janša ma za sobą kilka politycznych wcieleń, a każde z nich w pewien sposób procentowało na późniejszych etapach jego kariery. Swoją drogę zaczynał wewnątrz dawnego porządku, gdy jako siedemnastolatek w 1975 roku wstąpił do słoweńskiej odnogi Związku Komunistów, rządzącego wówczas niepodzielnie Jugosławią. Było to na długo przed tym, zanim wyrósł na jednego z najbardziej nieprzejednanych antykomunistów w Słowenii.
Na drugą stronę barykady przeszedł w pełni dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych. Jako młody ekspert do spraw obronności, a zarazem publicysta wpływowego tygodnika „Mladina” i innych niezależnych pism, stał się czołowym głosem dysydenckim, ostro punktującym jugosłowiańską doktrynę wojskową. Jego aresztowanie w maju 1988 roku w ramach tzw. procesu czterech, obejmującego dziennikarzy „Mladiny” oskarżonych o ujawnienie tajemnic wojskowych jugosłowiańskiej armii, uczyniło z niego symbol Słoweńskiej Wiosny, prodemokratycznego ruchu, który poprowadził kraj ku niepodległości.
Po pierwszych demokratycznych wyborach z 1990 roku objął tekę ministra obrony w rządzie prodemokratycznej koalicji DEMOS. Rola ta do dziś stanowi fundament jego politycznej legitymacji na prawicy. Słoweńska encyklopedia niepodległości wprost podkreśla, że system obronny zbudowany pod kierownictwem jego resortu pomógł nowemu państwu odeprzeć atak Jugosłowiańskiej Armii Ludowej podczas tzw. wojny dziesięciodniowej (inaczej nazywanej także słoweńską wojną o niepodległość) w połowie 1991 roku.
Późniejsze losy Janšy to podręcznikowe studium ideologicznej ewolucji oraz sztuki politycznego przetrwania. Odkąd w 1993 roku przejął stery w SDS, konsekwentnie przesuwał to ugrupowanie o socjaldemokratycznych korzeniach w stronę twardej, konserwatywnej, nacjonalistycznej i coraz bardziej suwerennościowej prawicy.
Jego pierwsza kadencja na stanowisku premiera, trwająca od 2004 do 2008 roku, wciąż bez problemu mieściła się jeszcze w europejskim mainstreamie. To właśnie w tamtym okresie, 1 stycznia 2007 roku, Słowenia jako pierwsze z państw przyjętych do Unii w ramach tzw. dużego rozszerzenia z 2004 roku weszła do strefy euro, a zaledwie dwanaście miesięcy później objęła prezydencję w Radzie Unii Europejskiej.
Zawsze z wiatrem zmian
Kolejne powroty do władzy ukazały już jednak znacznie bardziej radykalne oblicze Janšy. W 2012 roku polityk ponownie stanął na czele rządu, ale utrzymał to stanowisko zaledwie przez rok. Usłyszał bowiem wyrok skazujący w głośnej sprawie przetargu zbrojeniowego z udziałem koncernu Patria i ostatecznie trafił do więzienia. Odsiedział w nim jedynie część kary, po czym wyrok został uchylony. Zanim ponowny proces zdążył się na dobre rozpocząć, cała sprawa uległa przedawnieniu.
W 2020 roku, po długich latach kordonu sanitarnego wokół jego partii, powrócił do władzy na trzecią kadencję. To właśnie w tym okresie jego ideologiczna bliskość z Viktorem Orbánem stała się znacznie bardziej zauważalna. Na sile przybrała również rola kręgów biznesowych powiązanych z węgierskim Fideszem, które zaczęły aktywnie wspierać słoweńskie media przychylne ugrupowaniu Janšy.
Na tamtym etapie dawny promotor integracji europejskiej był już wytrawnym prowodyrem wojen kulturowych, działającym w stylu Donalda Trumpa i byłego premiera Węgier. Demonstrował otwartą wrogość wobec dziennikarzy oraz liberalnych elit i głosił radykalne hasła antyimigranckie. Do tego biegle posługiwał się językiem internetowego resentymentu na Twitterze.
Przypinane mu często łatki „małego Orbána” czy „słoweńskiego Trumpa” nie są zatem jedynie chwytliwymi przezwiskami. Oddają jego rzeczywistą ewolucję od państwowca z czasów walki o niepodległości, przez unijnego pragmatyka, aż po populistycznego weterana. Dziś brukselski liberalizm, niezależne media oraz krajową lewicę traktuje jako elementy tego samego, wrogiego establishmentu.
Słowenia dogania Zachód, także pod względem problemów
Janša wraca do władzy w kraju, w którym temperatura sporu politycznego jest niezwykle wysoka, do czego zresztą sam walnie się przyczynił. Wyzwania stojące przed jego nowym gabinetem to jednak typowe bolączki dojrzałego państwa opiekuńczego należącego do strefy euro. Zaliczają się do nich powolny wzrost produktywności, coraz bardziej napięta sytuacja na rynku pracy, starzejące się społeczeństwo, niedobór mieszkań oraz rosnące zapotrzebowanie na usługi publiczne. Dodatkowe obciążenie stanowią potężne koszty planowanych reform systemu wynagrodzeń, emerytur i opieki długoterminowej.
Komisja Europejska przewiduje, że w 2026 roku wzrost gospodarczy Słowenii wyniesie 1,9 proc., a bezrobocie utrzyma się w okolicach 6 proc. Jednocześnie Bruksela ostrzega, że inflacja pozostanie na podwyższonym poziomie. Pogłębić ma się również deficyt budżetowy, zwłaszcza gdy podwyżki w sektorze publicznym oraz zwiększone nakłady na opiekę społeczną zaczną już w pełni obciążać państwową kasę.
Nieco szersza diagnoza sformułowana przez OECD brzmi jeszcze dosadniej. Słowenia wprawdzie dogania bogatsze państwa zrzeszone w tej organizacji, jednak jej rozwój w zbyt dużym stopniu opiera się na zwiększaniu zatrudnienia, a nie na wzroście produktywności. Głównymi hamulcowymi dla dalszego rozwoju pozostają wysokie opodatkowanie pracy, płytki rynek kapitałowy oraz wspomniany już deficyt mieszkań. Sytuacji nie poprawiają przewlekłe procedury wydawania zezwoleń i wciąż niski poziom cyfryzacji usług publicznych.
Najbardziej postępowy z demoludów
W wymiarze społecznym Słowenia wcale nie przypomina konserwatywnych, postkomunistycznych peryferii, do których w swojej retoryce tak chętnie odwołuje się Janša. Przeciwnie, kraj ten wyrósł na bodaj najbardziej liberalny punkt odniesienia w całym regionie. Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2022 roku oraz nowelizacji przepisów z 2023 roku tamtejszy kodeks rodzinny definiuje obecnie małżeństwo po prostu jako związek dwojga ludzi. Gwarantuje to parom jednopłciowym równe prawo do wspólnej adopcji dzieci.
Choć marihuana wciąż nie jest w pełni legalna w celach rekreacyjnych, w praktyce jej użycie zostało w dużym stopniu zdekryminalizowane. Samo zażywanie substancji odurzających nie podlega karze. Z kolei posiadanie niewielkich ilości na własny użytek traktowane jest wyłącznie jako wykroczenie, a nie przestępstwo.
Granice tego społecznego liberalizmu dały jednak o sobie znać dość wyraźnie w listopadzie 2025 roku. Wyborcy odrzucili wówczas projekt ustawy o wspomaganym umieraniu stosunkiem głosów 53 do 46 procent. Tym samym zablokowali reformę, którą ustępujący gabinet Goloba przedstawiał jako fundamentalną kwestię ludzkiej godności i osobistego wyboru.
Janša częścią nieliberalnej rekonfiguracji w regionie
Mimo przydomku „małego Orbána” Janez Janša nigdy nawet nie zbliżył się do poziomu dominacji nad sceną polityczną, jaką przez ponad dekadę utrzymywał węgierski Fidesz. Gabinet lidera SDS opiera się na zdolnym do rządzenia, lecz wciąż politycznie kruchym i mocno rozdrobnionym zapleczu parlamentarnym. Koalicyjny trzon rządu nie dysponuje w pełni samodzielną większością. Przy kluczowych głosowaniach będzie musiał posiłkować się wsparciem posłów partii Resni.ca oraz deputowanych mniejszości węgierskiej i włoskiej. Jego powrót na stanowisko premiera Słowenii nie zwiastuje więc ani rychłego wyjścia tego kraju z Unii, ani bezpośredniej powtórki z orbanowskiego zawłaszczania państwa.
Z punktu widzenia Brukseli zmieni się zatem przede wszystkim profil ryzyka politycznego Słowenii, a nie jej formalna proeuropejska orientacja. Otwartą kwestią pozostaje to, z jaką determinacją Janša spróbuje ingerować w te obszary funkcjonowania państwa, które już w trakcie jego poprzednich rządów stawały się prawdziwymi polami bitew. Mowa tu głównie o mediach publicznych, instytucjach kontrolnych oraz policji. Pod rządami Janšy w centrum uwagi znów znajdzie się także zaostrzenie polityki migracyjnej i spory światopoglądowe. To właśnie one niezmiennie pozwalają mu mobilizować najwierniejszy elektorat.
Choć w Brukseli z wielką ulgą przyjęto jednoznaczną przegraną Viktora Orbána na Węgrzech, co zrodziło nadzieje na odblokowanie kluczowych unijnych inicjatyw, w tym pomocy dla Ukrainy, nie oznacza to wcale końca kłopotów z trudnymi partnerami w tym regionie Europy. Mniej więcej w tym samym czasie po władzę w Bułgarii sięgnął Rumen Radew, były eurosceptyczny prezydent tego kraju o wyraźnie promoskiewskich sympatiach.
Ponadto na początku maja, po niespełna roku urzędowania, rozpadł się w Rumunii z trudem sklecony proeuropejski układ rządowy. Przybliża to perspektywę przejęcia władzy w Bukareszcie przez antyunijną skrajną prawicę pod wodzą George Simiona. Tym jednak, co jednoznacznie odróżnia Janšę od wspomnianych środowisk w Bułgarii i Rumunii, jest jego stosunek do Ukrainy, znacznie bliższy postawie Warszawy czy Pragi niż Budapesztu z czasów rządów Orbána. Ku pokrzepieniu serc warto choćby przypomnieć jego udział w głośnej wyprawie do Kijowa w pierwszych tygodniach rosyjskiej agresji. Słoweński polityk udał się tam w jednym wagonie z Jarosławem Kaczyńskim i Mateuszem Morawieckim.
Główne wnioski
- Po utracie większości przez dotychczasowego premiera, liberała Roberta Goloba, Słowenia znalazła się w politycznym pacie. Sprzyjające okoliczności wykorzystał weteran tamtejszej prawicy, Janez Janša, który sformował nową, choć silnie rozdrobnioną koalicję i po raz czwarty stanął na czele rządu.
- Nowy centroprawicowy gabinet przejmuje stery w państwie, którego społeczeństwo – szczególnie jak na uwarunkowania tego regionu – jest dość liberalne. Jednocześnie kraj ten zmaga się z wyzwaniami typowymi dla rozwiniętych państw dobrobytu. Należą do nich m.in. niska produktywność, starzejące się społeczeństwo, niedobór mieszkań oraz rosnące koszty usług publicznych.
- Mimo przypinanej mu łatki „małego Orbána” Janša z pewnością nie zrealizuje w pełni węgierskiego scenariusza ze względu na zbyt słabe zaplecze parlamentarne. Ponadto, w przeciwieństwie do premiera Węgier, szefa słoweńskiego rządu cechuje zdecydowanie proukraińska postawa.