Kategoria artykułu: Biznes

Efekt anty-Midasa i budowanie na pustyni. Dlaczego polska nauka wciąż mija się z biznesem? (WYWIAD)

Polska nauka i biznes od lat próbują nawiązać dialog, ale mimo prób efekty są raczej mizerne. O tym, dlaczego polska gospodarka pilnie potrzebuje innowacyjnych kombinatów, rozmawiamy z profesorem Maciejem Wojtkowskim, dyrektorem Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER).

Prof. dr hab. Maciej Wojtkowski
– Dopóki aktywność badawcza nie stanie się fundamentalną potrzebą rodzimych przedsiębiorców, działania naukowców nadal będą postrzegane jako sztuczne – mówi prof. dr hab. Maciej Wojtkowski, dyrektor Międzynarodowego Centrum Badań Oka (ICTER). Fot. Grzegorz Krzyżewski, ICTER.

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego polska nauka nie umie nawiązać skutecznego dialogu z rodzimym biznesem oraz z jakiego powodu proces tworzenia innowacji w naszym kraju przypomina często budowanie na pustyni.
  2. Czym jest urzędniczy „efekt anty-Midasa” paraliżujący instytuty badawcze i w jaki sposób wdrożenie sprawdzonych modeli z Izraela mogłoby uzdrowić system zarządzania publicznymi dotacjami.
  3. Jaki fundamentalny błąd w ocenie prof. Macieja Wojtkowskiego popełniają uczelnie.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Paweł Sołtys: Przyglądając się pańskim doświadczeniom na styku wynalazczości i komercjalizacji w dziedzinie diagnostyki obrazowej oka, nietrudno odnieść wrażenie, że mamy w Polsce potężny potencjał. W jakim punkcie dziś jesteśmy i czego nam brakuje, abyśmy na poziomie makroekonomicznym stali się światowymi liderami innowacji?

Prof. dr hab. Maciej Wojtkowski: Wydaje się, że wszystkie elementy w tej skomplikowanej układance są na miejscu, tylko trzeba byłoby je mądrze poukładać, żeby system dynamicznie ruszył. Z wiekiem i doświadczeniem widzę tu jednak coraz więcej systemowych i kulturowych komplikacji. Kiedyś myślałem, że wystarczy sprawniej zarządzać jednostką naukową i zorganizować ją na wzór dobrze funkcjonujących instytucji zagranicznych, nie wyważając otwartych drzwi. To faktycznie pomaga zredukować marnotrawstwo i sprawia, że pieniądze publiczne są wykorzystywane o wiele efektywniej. Prawdziwy problem leży jednak głębiej, ponieważ nauka w Polsce wciąż nie jest naturalnym elementem krwiobiegu naszej ekonomii. Nasza aktywność badawcza, jako naukowców, nie jest wpleciona w główny nurt, tworzący przychód i dobra materialne w kraju.

Kiedyś myślałem, że wystarczy sprawniej zarządzać jednostką naukową i zorganizować ją na wzór dobrze funkcjonujących instytucji zagranicznych (...). Prawdziwy problem leży jednak głębiej, ponieważ nauka w Polsce wciąż nie jest naturalnym elementem krwiobiegu naszej ekonomii.

Czy to kwestia tego, że ludzie nauki traktowani są po macoszemu przez szeroko pojęty biznes?

Wynika to wprost ze specyfiki polskiej ekonomii, która w przeważającym stopniu opiera się na usługach. Nawet krajowy segment kreatywny bazuje na elementach przychodzących z zewnątrz, czyli zagranicznych inwestycjach i filiach wielkich korporacji, które otwierają u nas swoje centra badawczo-rozwojowe. Należy szczerze przyznać, że to wszystko jest dość sztuczne dla naszego ekosystemu gospodarczego. Od XVIII w. stanowimy przede wszystkim zasób siły roboczej, najpierw dla wielkich fabryk, a dziś dla międzynarodowej aktywności, która przynosi korzyść innym społecznościom. Prawdziwe wytwórstwo i własny produkt powstają w Niemczech, Japonii czy Korei. Tymczasem to z finalnym produktem zawsze wiąże się stymulująca gospodarkę sfera usług dodanych, która organicznie dofinansowuje innowacje. Dopóki aktywność badawcza nie stanie się fundamentalną potrzebą rodzimych przedsiębiorców, nasze działania nadal będą postrzegane jako sztuczne.

Warto wiedzieć

Prof. dr hab. Maciej Wojtkowski

Jest fizykiem w dziedzinie optyki stosowanej, fizyki medycznej i fizyki doświadczalnej. Swoją karierę naukową rozpoczął na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, a w trakcie swojej kariery akademickiej pracował jako badacz na Uniwersytecie Wiedeńskim, a później w Massachusetts Institute of Technology (MIT) iTufts New England Eye Center w Bostonie, USA. 

Prof. Wojtkowski jest jednym z pionierów w rozwoju metody spektralnej tomografii optycznej (SdOCT), znanej również jako metoda OCT w domenie Fouriera. Jest kluczowym wynalazcą pierwszego prototypowego klinicznego urządzenia SdOCT do obrazowania oka, które zrewolucjonizowało nieinwazyjną diagnostykę chorób oczu. Urządzenie to zostało opracowane na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, stając się standardowym narzędziem w klinikach okulistycznych na całym świecie.  

W 2000 r. prof. Wojtkowski jako pierwszy na świecie zbudował system laboratoryjny do obrazowania oka SdOCT. Trzy lata później otworzył nieosiągalne wcześniej możliwości trójwymiarowego obrazowania oka, redukując czas akwizycji obrazu do 64 mikrosekund.

Od 2016 r. prof. Wojtkowski kieruje Zakładem Chemii Fizycznej Układów Biologicznych w Instytucie Chemii Fizycznej Polskiej Akademii Nauk. W 2019 r. stworzył ICTER – Międzynarodowe Centrum Badań Oka, realizując swoją wizję integracji fizyki i badań biomedycznych w celu poprawy zdrowia oczu. 

Oprócz osiągnięć akademickich i badawczych jest przedsiębiorcą. Był założycielem i dyrektorem generalnym biomedycznej firmy AM2M, a obecnie jest aktywny w firmie In Cell Vu. 

XYZ

Drenaż talentów to skutek, a nie przyczyna problemu

W środowisku mówi się często, że to firmy wysysają największe talenty ze świata akademickiego, a wybitne jednostki albo przechodzą „na stronę biznesu” albo szybko wyjeżdżają za granicę. Walka o zasoby jest nierówna?

Jeśli nasza gospodarka wymusiłaby systemowy transfer nowoczesnych technologii, tworząc masowo rodzime firmy produkujące np. drony czy zaawansowane systemy, to wpłynęłoby to kolosalnie na przyspieszenie samej nauki. Szybko rozwijające się spółki nie stanowią bowiem zagrożenia dla akademii, lecz potężny stymulator wymuszający kształcenie specjalistów i pojawianie się lokalnych talentów. Z kolei zagraniczny drenaż mózgów to zupełnie odrębny mechanizm. Tam po prostu dawno już osiągnięto masę krytyczną. Jeśli system funkcjonuje bez zarzutu, zachowana jest sprawna współpraca instytutów z odpowiednio finansowanym biznesem technologicznym, młody i zdolny człowiek z naszej części Europy bez trudu wskakuje tam w ramy świetnie opłacanego zespołu. W takich zagranicznych ekosystemach praca kusi nie tylko szybszym rozwojem kariery, ale przede wszystkim marginalnym wręcz ryzykiem w rozwoju kariery.

Czyli uważa pan, że wybór polskiej ścieżki badawczej jest dla młodych naukowców bardzo ryzykowny?

Niestety tak, gdyż innowacje w Polsce bardzo często budujemy jak na pustyni. Jeśli nowatorski projekt upadnie z braku dalszego finansowania, człowiek, który poświęcił młodość na eksperymenty, wiązanie przyszłości z tą jedną, konkretną inicjatywą, musi szukać pracy poniżej swoich faktycznych kompetencji. A to uderza poniekąd w cały sens kariery zawodowej. Dla kontrastu podam przykład ze Stanów Zjednoczonych, gdzie wizytowałem słynne zagłębie optyki w Tucson. Tamtejsi specjaliści opowiadali mi, że przeciętnie pracują w jednym miejscu przez siedem lat. Kiedy poczują znużenie lub osiągną limit rozwoju, bez stresu przechodzą ulicę dalej do kolejnej nowoczesnej firmy na kolejne wyzwania. Dzięki obfitości kapitału i firm nie znają strachu przed bezrobociem. U nas takiego komfortu naukowcy często nie mają.

Innowacje w Polsce bardzo często budujemy jak na pustyni. Jeśli nowatorski projekt upadnie z braku dalszego finansowania, człowiek, który poświęcił młodość na eksperymenty, wiązanie przyszłości z tą jedną, konkretną inicjatywą, musi szukać pracy poniżej swoich faktycznych kompetencji.

Paradoks grantów i potrzeba naukowych kombinatów

Skoro obawiamy się budować na pustyni, to czy uzależnienie uczelni od kapryśnego systemu grantowego jest naszą strukturalną słabością?

Sytuacja w naszym kraju bywa niejednorodna, ponieważ znam jednostki mogące pochwalić się świetnie zorganizowanym, stabilnym budżetem i zadowalającym poziomem płac. Zgadzam się jednak, że generalnie polska akademia jest w wielu aspektach niedoinwestowana i bardzo nierówna. Mamy liczne ośrodki uniwersyteckie, które doskonale realizują misję kształcenia, ale przez szczupłość budżetów nie pozwalają badaczom pracować z odpowiednią swobodą i bez presji. Głównym problemem publicznego systemu finansowania jest to, że wymusza wręcz szkodliwą konkurencyjność, zupełnie nie promując szerokiej współpracy i dzielenia się doświadczeniem między poszczególnymi instytucjami. Choć moje zdanie może okazać się niepopularne, jestem wielkim zwolennikiem koncentracji naukowego potencjału i dobrze zorganizowanego, transparentnego systemu ewaluacji jednostek opartego na analizach eksperckich niezależnych od czynnika politycznego. Granty są potrzebne, ale powinny być uzupełnieniem finansowania potrzebnym do realizacji pewnych strategii, a nie podstawowym sposobem finansowania – jak jest obecnie w przypadku dobrze funkcjonujących grup badawczych, które bez kroplówki w postaci grantów skazane są na szybką zagładę, przy niskim poziomie płac bazowych.

Choć moje zdanie może okazać się niepopularne, jestem wielkim zwolennikiem koncentracji naukowego potencjału i dobrze zorganizowanego, transparentnego systemu ewaluacji jednostek opartego na analizach eksperckich niezależnych od czynnika politycznego.

W jaki sposób moglibyśmy osiągnąć tego typu rynkową i naukową spójność, dysponując zazwyczaj konkurującymi ze sobą uniwersytetami?

Polsce brakuje dużych technologicznych kombinatów o potężnej masie krytycznej. Wyobrażam sobie jednostki zdolne prowadzić zarówno eksploracyjne badania podstawowe, jak i profesjonalne prace aplikacyjne nakierowane na zysk. To bardzo ważne, ponieważ komercjalizacja wymaga zupełnie innego modelu zarządzania, dynamiki harmonogramów i specyficznego budowania kadry. Prowadzenie prac fundamentalnych to jedno, ale bez procesów translacyjnych polegających na adaptacji pomysłu do rynkowego produktu cała para idzie w gwizdek. Klasycznym i namacalnym obszarem takich wdrożeń mogłoby być dziś polskie rolnictwo, które obiektywnie przeżywa zapaść. Presja cenowa na rynkach światowych uderzająca w sprzedaż zbóż czy chociażby problemy hydrologiczne stanowią bezprecedensowe pole do działania dla krajowej nauki. To idealny czas, by zaoferować rolnikom rodzime technologie obniżające koszty operacyjne i gwarantujące podniesienie jakości samej produkcji.

Nasz cykl

Energia Nauki

Polska nauka stoi dziś na rozdrożu. Z jednej strony mamy funkcjonujące jednostki badawcze, utalentowanych młodych naukowców, ponad 300 uczelni wyższych. Z drugiej – systemowe bariery, niedofinansowanie, brak stabilności zawodowej i ograniczone możliwości rozwoju. Wielkość nakładów na naukę nie zachwyca, więc warto zastanowić się nad tym, jak zatrzymać talenty w kraju i mądrze inwestować w badania.

Projekt Energia Nauki to cykl rozmów z naukowcami, wynalazcami i badaczami – tymi, którzy dają energię polskiej nauce, często wbrew trudnościom. Ten artykuł jest pierwszą rozmową w naszej serii. Łączymy w niej różne perspektywy i punkty widzenia, by wspólnie znaleźć odpowiedzi na pytania o przyszłość polskiej nauki, jej organizację i finansowanie.

XYZ

Efekt anty-Midasa a sprawdzony model izraelski

Wiele osób twierdzi, że do tak potężnych wdrożeń rynkowych po prostu brakuje nam odpowiednich menedżerów wewnątrz struktur badawczych. Czy obrona przed biznesem wynika z braku kompetencji?

Zupełnie nie zgadzam się z tezą o braku odpowiednich predyspozycji wśród zespołów uniwersyteckich, bo chętnych i zdolnych do komercjalizacji nam nie brakuje. Mur jest ukryty gdzie indziej, na styku operowania pieniądzem publicznym i prywatnym. Instytucje badawcze zasilane przez aparat państwowy są uwięzione w gigantycznej maszynerii biurokratycznej, którą nazywam potocznie „efektem anty-Midasa”. Niestety w polskiej administracji finansowej to, co zostanie tknięte przez państwowy system, natychmiast zamienia się w coś bardzo nieprzyjemnego. Pilne decyzje np. o zakupie sprzętu przeciągane są przez urzędników ze skali kilkutygodniowej do wielomiesięcznej z powodu procedur. Z perspektywy szybko zmieniającego się rynku to strzał w stopę.

Instytucje badawcze zasilane przez aparat państwowy są uwięzione w gigantycznej maszynerii biurokratycznej, którą nazywam potocznie „efektem anty-Midasa”. Niestety w polskiej administracji finansowej to, co zostanie tknięte przez państwowy system, natychmiast zamienia się w coś bardzo nieprzyjemnego.

Jeśli nasze systemy przetargowe tworzą barierę mentalną i proceduralną, na jakich wzorcach zagranicznych moglibyśmy oprzeć sprawną współpracę?

Myślę, że warto podpatrzeć, jak rozwiązano to w Izraelu, w którym szybko zauważono, że państwowe huby współpracujące z akademikami zawodzą w konfrontacji z twardymi realiami biznesu. Izraelczycy wdrożyli sprawny mechanizm, w którym ciężar rynkowy przeniesiono do w pełni prywatnych spółek i to one zarządzają dotacjami państwowymi przeznaczonymi na innowacje. Te organizacje są kontrolowane przez aparat państwa, podlegają prawom o transparentności, aby zapobiec nadużyciom z tym związanym, ale dysponują powierzonymi środkami z dynamiką funduszy prywatnych. Odciąża to uczelnie i likwiduje problem paraliżu decyzyjnego, o którym wspomniałem. Korzysta zresztą na tym budżet akademii zgarniającej pieniądze za sprzedane licencje, a pracownicy naukowi mają otwarte drzwi do rozwoju nowatorskich koncepcji w sprawnych przedsiębiorstwach.

Urealnianie inwestycji i budowa pokoleniowych mostów

Obserwujemy od niedawna inicjatywy państwowe typu „Innovate Poland”, w których publiczne środki trafiają do doświadczonych zarządców w funduszach typu venture capital. Czy to właśnie ten zwinny kierunek?

Gorąco wspieram takie koncepcje, ponieważ właśnie tego typu hybrydy są nam potrzebne i wyznaczają znakomity kierunek. Ważne jest jednak, aby strumień pieniądza publicznego skierowany do prywatnych inicjatyw sterowany był przez kompetentnych ludzi, opierających swoje decyzje inwestycyjne na uznanych wzorcach. Zdecydowanie potrzebujemy stymulacji zaawansowanej ekonomii, opartej na wiedzy i budowania zaufania między wykształconymi kadrami zarządzającymi, biznesem a uczelniami. Jednak tu pojawia się kolejne wyzwanie: kapitał zewnętrzny musi się wyedukować i urealnić stawiane przed innowatorami wymagania. Oczekiwanie zysku z eksperymentalnych koncepcji po upływie – dajmy na to – trzech lat jest nierealne, a takie przypadki się zdarzają. Tymczasem przy projektowaniu i skomplikowanym certyfikowaniu produktów wywodzących się z badań o potencjale medycznym, realnym horyzontem czasowym, w którym dokonuje się rewolucja technologiczna, to niejednokrotnie dziesięć, a nierzadko kilkanaście lat prac.

Ostatni zarzut do polskiej nauki brzmi: zła komunikacja. Podobno wkraczający na rynek badacze bywają kompletnie zdezorientowani w kwestii możliwości swojego rozwoju w istniejącej infrastrukturze. Mit czy smutna rzeczywistość?

Pewnym zaniedbaniem środowiska akademickiego jest to, że nie potrafimy wybudować czytelnego mostu komunikacyjnego do reszty społeczeństwa.

Przyznam, że tutaj nauka powinna uderzyć się w piersi. Robimy w Polsce za mało w celu pokazania szerokiemu światu wspaniałych szans drzemiących w naszych nowocześnie wyposażonych pracowniach badawczych. Co prawda najsprytniejsi studenci dość szybko odnajdują drogę do zaawansowanego sprzętu przez sieć kół naukowych, ale to działania punktowe. Oczywiście można częściowo zrzucić to na karb tego, że młodsze pokolenie na rynku pracy charakteryzuje się mniejszym zaangażowaniem w aktywne wyszukiwanie możliwości, a raczej oczekuje dobrego „zaopiekowania” przez potencjalnego pracodawcę. Ale pewnym zaniedbaniem środowiska akademickiego jest to, że nie potrafimy wybudować czytelnego mostu komunikacyjnego do reszty społeczeństwa. Powinniśmy otworzyć nasze drzwi na taką publiczność, gdyż to właśnie ta społeczna znajomość innowacji sprawia, że ambitni rodzice decydują się potem kierunkować pasje swoich dzieci w szkołach. Zdecydowanie na tym polu mamy w Polsce jeszcze dużo do zrobienia.

Główne wnioski

  1. Polska nauka wciąż pozostaje odcięta od głównego nurtu gospodarki, która opiera się w dużym stopniu na usługach i zagranicznym kapitale. Brak rodzimego przemysłu wysokich technologii sprawia, że innowacyjne projekty często powstają w rynkowej próżni, a naukowcy ponoszą ogromne ryzyko zawodowe.
  2. Skuteczna komercjalizacja wynalazków jest systemowo blokowana przez państwową biurokrację, opisywaną przez eksperta jako destrukcyjny „efekt anty-Midasa”. Wydłużone procedury przetargowe i paraliż decyzyjny instytutów publicznych zniechęcają biznes do współpracy. Rozwiązaniem mogłoby być wdrożenie wzorców izraelskich, gdzie państwowe dotacje celowe są dystrybuowane przez zwinne spółki prywatne.
  3. Środowisko akademickie boryka się również z problemem braku skutecznej komunikacji i niedostatecznej edukacji społeczeństwa. Uczelnie nie potrafią odpowiednio promować swoich nowoczesnych laboratoriów, co utrudnia przyciąganie zdolnej młodzieży i budowanie międzypokoleniowych mostów. Ponadto angażujący się w naukę kapitał zewnętrzny musi zweryfikować swoje oczekiwania – inwestorzy powinni zrozumieć, że tworzenie zaawansowanych innowacji, szczególnie tych medycznych, wymaga lat i nie przyniesie natychmiastowych zysków.