Keir Starmer nie naprawił Wielkiej Brytanii. Lista grzechów jest długa
Zbliżające się wybory samorządowe mogą okazać się gwoździem do politycznej trumny premiera Keira Starmera. Partyjne frakcje już przygotowują scenariusze przekazania władzy komuś, kto uratuje ugrupowanie.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Co stało za przełomowym zwycięstwem brytyjskiej Partii Pracy w 2024 r.?
- Jakie wydarzenia doprowadziły do tak szybkiej utraty poparcia przez to ugrupowanie i jej lidera?
- O których politykach mówi się jako potencjalnych następcach Keira Starmera w fotelu premiera?
Niespełna dwa lata po miażdżącym zwycięstwie Partii Pracy ludzie nie pytają już tylko o to, dlaczego Keir Starmer stał się tak niepopularny. Dyskusja przesuwa się raczej ku temu, czy jego wizerunek został nadwyrężony do tego stopnia, że posłowie laburzystów wkrótce przestaną postrzegać go jako gwaranta parlamentarnej większości, a zaczną widzieć w nim jej główne zagrożenie.
Jak na razie Starmer utrzymuje się u władzy, ponieważ specyfika brytyjskiego systemu politycznego wciąż zapewnia solidną ochronę premierowi dysponującemu tak wyraźną większością. W wyborach w lipcu 2024 r. Partia Pracy zdobyła aż 411 mandatów. Partia Konserwatywna skurczyła się do zaledwie 121 miejsc, a prawicowo-populistyczne ugrupowanie Reform UK Nigela Farage’a weszło do parlamentu z zaledwie pięcioma posłami. Nawet po późniejszych przetasowaniach, patrząc na samą arytmetykę, nie jest to rząd stojący na krawędzi upadku.
Trzeba jednak pamiętać, że choć pod względem liczby zdobytych mandatów zwycięstwo laburzystów z 2024 r. było przełomowe, stanowiło ono przede wszystkim efekt zmęczenia długimi rządami konserwatystów. Wynikało też z głosowania taktycznego i ułomności ordynacji większościowej (tzw. first-past-the-post) w warunkach silnego rozproszenia głosów. Nie było związane z powszechnym entuzjazmem wobec samego Starmera.
Wielka Brytania: głosy przeciwko zużytym Torysom
W noc wyborczą triumf Partii Pracy z 2024 r. wydawał się wręcz oszałamiający. Zakończył on czternaście lat rządów konserwatystów, zapewnił Starmerowi jedną z największych laburzystowskich większości we współczesnej historii Wielkiej Brytanii, a torysów skazał na najgorszy wynik w dziejach ich partii. Za tym historycznym rezultatem kryło się jednak ostrzeżenie, które w pełni wybrzmiało dopiero po objęciu przez nową ekipę sterów w państwie: miliony wyborców jedynie „wypożyczyły” swoje głosy Partii Pracy, by odsunąć od władzy prawicę, a nie dlatego, że zbudowały w sobie trwałe przywiązanie do idei „starmerzyzmu”.
To rozróżnienie ma kluczowe znaczenie, ponieważ polityczny profil Starmera został skrojony niezwykle ostrożnie. Nie wygrał on dzięki zapowiedziom rewolucji. Zwyciężył, obiecując stabilność, sprawność państwa, odpowiedzialną politykę budżetową i powrót do politycznej normalności.
Brytyjczycy chcą skuteczności
Taka strategia miała głęboki sens po chaosie brexitu oraz burzliwych rządach Borisa Johnsona, Liz Truss i Rishiego Sunaka. Oznaczało to jednak, że gdy nowy gabinet zaczął sprawiać wrażenie niezdecydowanego, nieprzejrzystego w swoich działaniach czy po prostu politycznie nieporadnego, wizerunkowe ciosy uderzały w samo sedno jego wyborczej atrakcyjności.
Pierwsze rysy na wizerunku pojawiły się dość szybko. Już jesienią 2024 r., raptem kilka tygodni po wyborczym triumfie, Starmer znalazł się w ogniu krytyki za decyzję o ograniczeniu zimowych dodatków grzewczych dla emerytów. Sytuację pogorszyły doniesienia, że on sam i inni czołowi politycy partii przyjmowali kosztowne upominki, w tym darmowe ubrania i opłacone wejściówki na imprezy. Doroczna konferencja Partii Pracy, która z założenia miała być festiwalem zwycięstwa, przerodziła się w mozolną obronę niepopularnych cięć i tłumaczenie się z przyjętych korzyści. Po tygodniach medialnej burzy Starmer zwrócił równowartość ponad 6 tys. funtów, mimo że same darowizny były w pełni legalne i skrupulatnie odnotowane w oficjalnych rejestrach.
Wielka Brytania: gospodarka nie pomaga premierowi
Drugi problem Starmera polega na tym, że sytuacja gospodarcza nie poprawia się na tyle szybko, by zrekompensować wyborcom niepopularne decyzje. Choć oficjalne statystyki wskazywały na pewne krótkotrwałe ożywienie (w lutym 2026 r. brytyjski PKB wzrósł o 0,5 proc., notując identyczny wynik także w ujęciu trzymiesięcznym), to w szerszej perspektywie obraz wciąż nie napawa optymizmem. W marcu 2026 r. Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (OBR) prognozowało, że realny wzrost gospodarczy w całym roku 2026 wyniesie tylko 1,1 proc. (wobec wcześniej przewidywanych 1,4 proc.), a bezrobocie w szczytowym momencie osiągnie pułap około 5,3 proc.
Sytuację polityczną dodatkowo komplikują zewnętrzne wstrząsy. Narodowy Instytut Badań Gospodarczych i Społecznych (NIESR) zrewidował w dół prognozy wzrostu dla Wielkiej Brytanii do zaledwie 0,9 proc. w 2026 r. i 1 proc. w 2027. Jako powód wskazano wpływ wojny w Iranie na ceny ropy i gazu, a także inflację i pogarszające się nastroje w biznesie. Analitycy instytutu ostrzegają, że w scenariuszu bazowym inflacja na początku 2027 r. może przebić barierę 4 proc., podczas gdy bardziej pesymistyczne warianty przewidują nadejście recesji jeszcze w drugiej połowie 2026 r.
Keir Starmer to nie Winston Churchill
Kolejnym obszarem, w którym widać nieporadność Starmera jest polityka zagraniczna, zwłaszcza na linii Londyn–Waszyngton. Reuters ocenia, że dwustronne stosunki przechodzą najcięższą próbę od czasu kryzysu sueskiego z 1956 r. Napięcia wokół amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem skończyły się dla brytyjskiego premiera publicznym upokorzeniem. Po początkowej odmowie udostępnienia Amerykanom brytyjskich baz na potrzeby działań wojennych Trump zaatakował Starmera, rzucając lekceważąco, że „to żaden Winston Churchill”. W reakcji na pogarszającą się atmosferę brytyjski premier zaczął gorączkowo podkreślać, że wymiana danych wywiadowczych, współdzielenie baz i współpraca obronna stanowią dowód na to, iż słynna „specjalna relacja” wciąż funkcjonuje.
Kryzys we wzajemnych stosunkach stał się już na tyle groźny i niezręczny, że to król Karol III, a nie wyłoniony w wyborach premier, pojechał z misją ratunkową do Waszyngtonu. Monarcha spotkał się z Trumpem w Białym Domu. Następnie, jako drugi brytyjski władca w historii, po swojej matce Elżbiecie II, wygłosił przemówienie przed połączonymi izbami amerykańskiego Kongresu.
Jego wystąpienie z założenia miało charakter apolityczny, niosło jednak ze sobą niezwykle czytelne przesłanie dyplomatyczne. Wielka Brytania i Ameryka powinny na nowo zacieśnić swój sojusz wokół obronności, kwestii Ukrainy, NATO, praworządności, rozwoju technologii oraz wspólnego dobrobytu, opierając się przy tym pokusie „coraz silniejszego zamykania się w sobie”.
Starmer i problemy z ambasadorem
Afera wokół Petera Mandelsona nie tylko przysporzyła Starmerowi nowych kłopotów, ale także skupiła jak w soczewce wszystkie dotychczasowe. Mandelson, doświadczony strateg Partii Pracy i jeden z architektów „Nowej Partii Pracy” (New Labour) z okresu długich rządów Tony’ego Blaira, został w grudniu 2024 r. mianowany ambasadorem Wielkiej Brytanii w Waszyngtonie. Z politycznego punktu widzenia był to krok ryzykowny, ale zrozumiały. W obliczu zbliżającego się powrotu Donalda Trumpa do Białego Domu Downing Street chciało wysłać za ocean polityka większego kalibru. Problem w tym, że nominacja była obciążona poważnym bagażem. Ciągnące się za Mandelsonem kontrowersje, zwłaszcza te dotyczące jego bliskich kontaktów z przestępcą seksualnym Jeffreyem Epsteinem, już od pierwszego dnia czyniły z niego tykającą bombę.
Skandal wybuchł ze zdwojoną siłą, gdy wyszło na jaw, że w styczniu 2025 r. brytyjska agencja odpowiedzialna za wydawanie poświadczeń bezpieczeństwa (UK Security Vetting) zaleciła odmowę przyznania Mandelsonowi certyfikatu najwyższego stopnia (tzw. Developed Vetting). Ministerstwo Spraw Zagranicznych zlekceważyło ten sygnał i przeforsowało nominację. Sam Starmer oświadczył przed parlamentem, że nie poinformowano go o negatywnej rekomendacji służb, dodając, że gdyby o niej wiedział, natychmiast zablokowałby tę kandydaturę.
Ile wiedział premier?
Polityczny wymiar tej afery sprowadza się zatem do jednego, brutalnie prostego pytania: jeśli Starmer wiedział o sprawie wcześniej, to najprawdopodobniej świadomie wprowadził parlament w błąd. Jeśli zaś faktycznie nie miał o niczym pojęcia, to jawi się jako premier, przed którym własny aparat państwowy zataja kluczowe informacje dotyczące jednej z najważniejszych nominacji ambasadorskich w tej kadencji. Pierwszy z tych scenariuszy może okazać się zabójczy w warunkach brytyjskiej kultury politycznej. Drugi wcale go nie rozgrzesza, ponieważ rodzi poważne pytania o trafność jego politycznych ocen, realną kontrolę nad rządem oraz kulturę podejmowania decyzji w jego najbliższym otoczeniu.
Mandelson został zdymisjonowany we wrześniu 2025 r., gdy na jaw wyszły kolejne dowody obnażające prawdziwą skalę jego powiązań z Epsteinem. W lutym polityk został zatrzymany w związku z podejrzeniami o przekazywanie mu tajnych informacji rządowych w 2009 r., a więc jeszcze za czasów poprzednich rządów laburzystów. Ostatecznie nie usłyszał jednak formalnych zarzutów. Nie sformułowano też wobec niego żadnych oskarżeń o przestępstwa na tle seksualnym.
Premier pozbawiony politycznego instynktu
28 kwietnia 2026 r. posłowie Partii Pracy zablokowali wniosek opozycji o wszczęcie śledztwa parlamentarnego. Miało ono zbadać, czy w kwestii nominacji Mandelsona premier wprowadził Izbę Gmin w błąd, zarzekając się wcześniej, że dochowano „wszelkich należytych procedur”. Gdyby odpowiednia komisja orzekła, że szef rządu z premedytacją okłamał parlament, zgodnie z politycznym obyczajem oznaczałoby to dymisję. Ostatecznie rząd wygrał głosowanie stosunkiem głosów 335 do 223. Na papierze wynik ten wygląda bezpiecznie, jednak w wymiarze politycznym przyniósł on niewiele uspokojenia.
Głosowanie obnażyło bowiem fakt, że problemem Starmera nie jest już wyłącznie opozycja. Jak donosi „The Guardian”, wniosek poparło 15 laburzystowskich posłów, a zazwyczaj podzielone ugrupowania opozycyjne, w tym Partia Konserwatywna, Liberalni Demokraci, Szkocka Partia Narodowa oraz Reform UK, połączyły siły przeciwko rządowi. Downing Street starało się bagatelizować tę woltę, określając ją mianem typowej zagrywki politycznej przed majowymi wyborami samorządowymi.
Morgan McSweeney, były główny doradca Starmera, spotęgował atmosferę kryzysu, oświadczając przed parlamentarzystami, że poparcie nominacji Mandelsona było „poważnym błędem w ocenie sytuacji”. To właśnie tutaj afera wokół Mandelsona wpisuje się w szerszą narrację o stylu przywództwa Starmera. To model scentralizowany, oparty na wąskim kręgu zaufanych współpracowników i pozbawiony politycznego instynktu.
Wielka Brytania jest rozczarowana Starmerem
Przyczyną nerwowości w szeregach Partii Pracy są nastroje społeczne, które w ostatnim czasie ewoluowały od zwykłego rozczarowania rządem do otwartego sprzeciwu. Z najnowszego sondażu preferencji wyborczych, zrealizowanego przez pracownię YouGov dla dziennika „The Times” i stacji Sky News wynika, że chęć oddania głosu na ugrupowanie Reform UK deklaruje 26 proc. badanych. Partia Konserwatywna może liczyć na 19 proc., a Partia Pracy na zaledwie 18 proc. Stawkę zamykają Zieloni (15 proc.) oraz Liberalni Demokraci (13 proc.). Oznacza to, że ugrupowanie, które jeszcze w lipcu 2024 r. świętowało miażdzące zwycięstwo, niespełna dwa lata później spadło na trzecią pozycję w rankingach popularności.
Ponury obraz sytuacji potwierdzają również inne badania. Z kwietniowego pomiaru pracowni Ipsos wynika, że zaledwie 16 proc. Brytyjczyków pozytywnie ocenia pracę rządu, podczas gdy niezadowolenie deklaruje aż 78 proc. ankietowanych. Osobiste notowania samego premiera prezentują się równie źle. Aprobatę dla działań Starmera wyraża 18 proc. badanych, a dezaprobatę 74 proc., co daje mu bilans poparcia na poziomie minus 56 punktów.
Wielka Brytania przed wyborami
Krytycznym momentem dla Starmera mogą być zaplanowane na 7 maja 2026 r. wybory samorządowe i regionalne. Samo głosowanie nie pozbawi go władzy, ale może ostatecznie uzmysłowić posłom Partii Pracy, że ich lider prowadzi formację ku katastrofie. Według „The Guardian” laburzyści stoją przed widmem historycznej porażki w samorządach. Jedna z analiz wskazuje, że partia może stracić około 1900 mandatów radnych, a więc aż 74 proc. wszystkich miejsc, które obecnie zajmuje. Jednocześnie Reform UK ma szansę zdobyć ich ponad dwa tysiące.
Prognozy regionalne rysują się dla Partii Pracy równie dramatycznie. Z analitycznego modelu MRP, opracowanego przez pracownię YouGov dla regionu West Midlands wynika, że Reform UK ma szansę na zwycięstwo we wszystkich 13 badanych okręgach, podczas gdy Partię Pracy i konserwatystów czekają dotkliwe spadki poparcia.
Londyn zagłosuje po swojemu
Z kolei w Londynie inny model tej samej pracowni wieszczy laburzystom poważne straty, wskazując na jednoczesny wzrost poparcia dla Zielonych w centralnych dzielnicach oraz silną presję ze strony Reform UK na obrzeżach metropolii.
Tradycyjny elektorat Partii Pracy znalazł się pod ostrzałem z kilku stron jednocześnie. Reform UK zagraża laburzystom na terenach poprzemysłowych i w okręgach, które niegdyś poparły brexit, czyli tam, gdzie retoryka tego ugrupowania w sprawach imigracji, przestępczości, tożsamości narodowej i stanu usług publicznych trafia na najbardziej podatny grunt. Zieloni i kandydaci niezależni odbierają Partii Pracy głosy w młodszych, wielkomiejskich okręgach o postępowych nastrojach, zmagających się z wysokimi kosztami najmu mieszkań. Liberalni Demokraci pozostają groźnym rywalem na zamożniejszych terenach o nastrojach antytorysowskich. Nacjonaliści z kolei komplikują laburzystom życie w Szkocji i Walii.
Wielka Brytania: kto po Starmerze?
W Partii Pracy nie istnieje żaden mechanizm analogiczny do tego w Partii Konserwatywnej, który pozwalałby posłom na usunięcie lidera w drodze formalnego wewnątrzpartyjnego głosowania nad wotum nieufności. Jak przypominają analitycy think tanku Institute for Government, otwarte wystąpienie przeciwko przywódcy wymaga uzyskania oficjalnego poparcia 20 proc. frakcji parlamentarnej, co obecnie oznacza konieczność zebrania podpisów około 81 laburzystowskich posłów.
W praktyce jednak brytyjscy premierzy często upadają na długo przed tym, nim formalne procedury zostaną w ogóle uruchomione. Tracą władzę, gdy członkowie gabinetu uznają, że sytuacji nie da się już uratować, posłowie dochodzą do wniosku, że ich własne mandaty są zagrożone, darczyńcy i działacze tracą wiarę, a wiarygodny następca zaczyna jawić się jako mniej ryzykowny wybór niż urzędujący szef rządu.
Partia Pracy szuka alternatywy
Jak donosi „The Guardian”, rywalizujące ze sobą frakcje laburzystów już teraz dyskutują o harmonogramie, punktach zapalnych i mechanizmach ewentualnego „uporządkowanego przekazania władzy”, przy czym słaby wynik w majowych wyborach samorządowych może zdecydowanie przyspieszyć te procesy.
W kuluarowych rozmowach o potencjalnych następcach Starmera najczęściej pada nazwisko Andy'ego Burnhama, burmistrza aglomeracji Greater Manchester. W obecnym klimacie politycznym ma on w ręku mocne atuty: funkcjonuje z dala od korytarzy Westminsteru, dysponuje potężnym zapleczem na północy kraju, znacznie swobodniej niż Starmer operuje emocjami i cieszy się ogromnym poparciem wśród szeregowych członków Partii Pracy. Z sondażu pracowni Survation dla portalu LabourList wynika wręcz, że Burnham jest absolutnym faworytem partyjnych dołów. W ścisłej czołówce badanych znaleźli się również była wicepremier Angela Rayner oraz minister zdrowia Wes Streeting.
Wielka Brytania nadal do naprawy
Na drodze Burnhama do przywództwa stoją jednak przeszkody natury formalnej. Lider laburzystów musi zasiadać w parlamencie, co oznacza, że burmistrz musiałby najpierw wywalczyć sobie powrót do Izby Gmin. To z kolei wymagałoby pojawienia się wakatu i rozpisania wyborów uzupełniających. Jego kandydatura niesie ze sobą również pewne ryzyko wewnątrzpartyjne. Dla centrystów może się on okazać postacią zbyt populistyczną.
Angela Rayner wniosłaby zupełnie inny rodzaj „nowego otwarcia”. W znacznie bardziej naturalny sposób przemawia ona do tradycyjnego elektoratu wywodzącego się z klasy robotniczej i środowisk związkowych, a objęcie przez nią przywództwa byłoby czytelnym sygnałem zerwania ze sztywnym, menedżerskim stylem Starmera. Wes Streeting byłby z kolei naturalnym wyborem dla tych posłów, którzy pragną wizerunkowej odnowy, ale bez porzucania centrowego kursu Partii Pracy. Cechuje go sprawność medialna i waleczne usposobienie, a przy tym silnie kojarzony jest z postulatami gruntownej reformy usług publicznych.
Każda z tych postaci uosabia odmienną odpowiedź na kryzys trawiący Partię Pracy. Od obietnicy kontynuacji, ale z większą sprawnością w zarządzaniu, przez bardziej robotniczą wersję socjaldemokracji, aż po pokoleniową zmianę warty. Żadna z tych opcji nie gwarantuje jednak ucieczki od zasadniczego problemu. Każdy nowy przywódca laburzystów odziedziczy dokładnie tę samą kulejącą gospodarkę, ten sam rozdrobniony elektorat i to samo głęboko rozgoryczone społeczeństwo.
Główne wnioski
- Triumf wyborczy Partii Pracy przed dwoma laty wynikał w dużym stopniu ze zmęczenia rządami konserwatystów, a nie z fascynacji Keirem Starmerem. Dziś laburzyści konsekwentnie tracą zaufanie społeczne i spadają w sondażach, ustępując miejsca m.in. populistom z Reform UK Nigela Farage’a.
- Wizerunek premiera rujnuje sytuacja gospodarcza, dyplomatyczne upokorzenia w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi oraz poważne afery, na czele z zatajeniem informacji o nominacji ambasadorskiej Petera Mandelsona.
- Majowe wybory samorządowe mogą przynieść laburzystom historyczną klęskę, co już teraz napędza wewnątrzpartyjne, kuluarowe dyskusje o konieczności odsunięcia Starmera od władzy i zastąpienia go nowym liderem.


