Jak ograć supermocarstwo? Filipiński admirał, który postawił się Chinom (WYWIAD)
Komendant Filipińskiej Straży Przybrzeżnej opowiada o dowodach na agresywne działania Chin wobec sąsiadów, o wojnie hybrydowej i o sojuszach w świecie, w którym obowiązuje prawo pięści. „Wszyscy mają interes w utrzymaniu pokoju na Morzu Południowochińskim” – mówi w wywiadzie dla XYZ admirał Ronnie Gil Gavan.
Z tego artykułu dowiesz się…
- W jaki sposób Filipinom udało się wizerunkowo wygrać z Chinami i jak bronią swoich interesów terytorialnych w sporze ze znacznie silniejszym sąsiadem.
- Dlaczego zatarg o Morze Południowochińskie ma znaczenie dla krajów Europy i jaką rolę ten akwen odgrywa w światowym handlu.
- Jak sąsiednie państwa balansują, aby uniknąć eskalacji konfliktu z Państwem Środka, i kto może zagwarantować, że mocarstwa będą przestrzegały prawa międzynarodowego.
Tomasz Augustyniak, XYZ: Spór Chin i ich sąsiadów o Morze Południowochińskie staje się ostatnio coraz głośniejszy. To w dużej mierze zasługa Filipin. Ponad trzy lata temu pański kraj, w ramach tak zwanej inicjatywy transparentności, zaczął publicznie piętnować Chiny za nękanie na tych wodach rybaków i marynarzy z sąsiednich państw. Jak to wpłynęło na postrzeganie tego konfliktu na świecie?
Admirał Ronnie Gavan, komendant Filipińskiej Straży Przybrzeżnej: Inicjatywa transparentności okazała się niezwykle skuteczna. Ukształtowała sposób, w jaki reszta świata postrzega dziś sytuację na Morzu Południowochińskim i Morzu Zachodniofilipińskim. Umiędzynarodowiliśmy ten spór i udowodniliśmy, że nic nie zastąpi mówienia prawdy. Myślę, że bardzo pomocne okazało się też rzucenie nowego światła na nieproporcjonalność środków, które w tym sporze stosują Chiny i Filipiny.
Dzięki materiałom publikowanym przez Filipińską Straż Przybrzeżną dowiadujemy się o szczegółach chińskiej taktyki. Udostępniają państwo nagrania z konfrontacji z chińskimi okrętami. Widać na nich, jak straż przybrzeżna mocarstwa ostrzeliwuje filipińskie jednostki z armatek wodnych, jak jej okręty próbują taranować mniejsze statki, a nawet jak chińscy funkcjonariusze grożą filipińskim marynarzom toporami i maczetami. Dzieje się to na wodach, które według międzynarodowego prawa morskiego nie należą do Chin. Oczywiście Pekinowi takie publikacje są nie w smak. Jak Państwo Środka zareagowało na tę strategię i jak jego podejście ewoluowało?
Chińczycy najpierw zareagowali agresją, co widać na nagraniach, a później lepszą koordynacją działań i szerszym wykorzystaniem własnej straży przybrzeżnej. Dzięki strategii, która obejmuje demokratyzację informacji, możemy pokazać światu, jak faktycznie wygląda ta sytuacja. Po raz pierwszy zastosowaliśmy tę metodę po 2011 r. Ale wtedy nie mieliśmy jeszcze wystarczającej liczby okrętów patrolowych, środków łączności ani zdolności do transmisji informacji w czasie rzeczywistym. Zbudowanie dostatecznego potencjału zajęło nam trochę czasu, ale doszliśmy do punktu, w którym mamy już okręty, wyposażyliśmy naszych ludzi i wyedukowaliśmy obywateli w zakresie prawa morza. Mamy też wsparcie naszych przyjaciół i sojuszników, niezbędną technologię oraz personel.
Warto wiedzieć
Admirał Ronnie Gil Gavan
W 1993 r. ukończył Filipińską Akademię Wojskową i po krótkiej służbie w wojskach lądowych rozpoczął wieloletnią karierę w Filipińskiej Straży Przybrzeżnej. Od 2023 r. pełni funkcję komendanta tej formacji. Dowodził jednostkami patrolowymi oraz strukturami ochrony bezpieczeństwa morskiego. Zainicjował utworzenie elitarnej, kobiecej jednostki operatorek radiowych „Anioły Morza”. Studiował bezpieczeństwo narodowe i morskie oraz prawo morza w Narodowym Kolegium Obrony Filipin oraz na australijskim Uniwersytecie w Wollongong. Ukończył też kurs w dziedzinie przywództwa i zarządzania publicznego w Harvard Kennedy School.
Pan dowodził okrętami na Morzu Południowochińskim, prawda?
Tak, byłem pierwszym oficerem na jednostce, która eskortowała wyczarterowany statek badawczy, gdy w 2011 r. Chiny użyły przeciwko niemu nieoznakowanych, białych okrętów. Statek prowadził pomiary na polu gazowym, 85 mil morskich na zachód od wyspy Palawan, i został zaatakowany. To był pierwszy raz, gdy spotkaliśmy się z chińską taktyką używania zakamuflowanych jednostek. Dziś kwalifikujemy to jako działania w szarej strefie, poniżej progu otwartego konfliktu.
To właśnie wtedy Chińczycy zaczęli nękać filipińskie jednostki i stosować niebezpieczne manewry?
Tak, to był początek taktyki zastraszania.
Warto wiedzieć
Chińskie działania hybrydowe
2 marca 2011 r. dwie nieoznakowane chińskie jednostki patrolowe niebezpiecznie zbliżyły się do brytyjskiego statku MV Veritas Voyager, wyczarterowanego przez Filipiny do przeprowadzenia pomiarów na jednym z pól gazowych. Pomalowane na biało okręty zaczęły nękać cywilny statek, grożąc jego staranowaniem. Załoga przerwała misję. Filipiny poderwały samoloty i wysłały na miejsce zdarzenia okręty straży przybrzeżnej. Nastąpiła deeskalacja, ale incydent wymusił na Manili wstrzymanie poszukiwań gazu w tym regionie.
W 2013 r. Chiny zrezygnowały z używania zakamuflowanych jednostek i utworzyły straż przybrzeżną. Formację wyposażono w niezwykle duże okręty, rozmiarami dorównujące amerykańskim niszczycielom. Formalnie nie są to jednostki wojskowe, ale są zdolne do taranowania i zatapiania mniejszych statków. Pekin utworzył także milicję morską, złożoną z subsydiowanych kutrów i ich cywilnych załóg, które przechodzą szkolenie wojskowe. Jednostki te są często wyposażone w armatki wodne i sprzęt zagłuszający.
Analitycy określają tę taktykę jako „dyplomację białych kadłubów”. Oznacza to celowe wykorzystywanie straży przybrzeżnej zamiast marynarki wojennej do agresywnych działań, aby uniknąć oskarżeń o próbę wywołania konfliktu zbrojnego.
Dla Polski największym zagrożeniem jest Rosja. Jak wiemy, Moskwa i Pekin są bliskimi sojusznikami, a ich współpraca w wielu dziedzinach zacieśniła się po rozpoczęciu wojny w Ukrainie. Czy Chińczyków i Rosjan łączy coś pod względem taktyki w wojnie hybrydowej?
Rosja i Chiny stosują podobną taktykę w zakresie wykorzystywania sił paramilitarnych. Rosja, dokonując w 2014 r. inwazji na Krym wysłała tam żołnierzy bez dystynkcji wojskowych. Z kolei Chiny mają specjalnie wyszkolone załogi statków rybackich. W praktyce są to jednostki milicji morskiej, którym formalnie nie można przypisać przynależności do sił zbrojnych. Wykorzystanie takich milicji to działanie w szarej strefie, które może decydować o zwycięstwie albo porażce w konfliktach zbrojnych.
Rosja i Chiny stosują podobną taktykę w zakresie wykorzystywania sił paramilitarnych.
Wyobrażam sobie, że podczas pierwszych konfrontacji z chińskimi załogami nie byliście tak dobrze przygotowani jak dzisiaj.
To prawda, w sensie operacyjnym nie byliśmy gotowi. Ale mieliśmy odpowiednie przygotowanie na poziomie poznawczym. Już wtedy wiedzieliśmy, że ten, kto odda pierwszą salwę, przegra wojnę. W rozmowach z naszymi kolegami z marynarki argumentowaliśmy, że użycie białych okrętów, czyli straży przybrzeżnej, nie będzie postrzegane jako tak agresywne jak użycie szarych kadłubów, czyli marynarki wojennej. Wybraliśmy podejście oparte na egzekwowaniu prawa. Chiny to zawodowy bokser – bardzo silny i dobrze przygotowany. My jesteśmy tylko pięściarzami amatorami. To jak relacja biblijnego Dawida z Goliatem, ale jeśli na nas napadną, ucierpi przede wszystkim ich reputacja.
Chiny to zawodowy bokser – bardzo silny i dobrze przygotowany. My jesteśmy tylko pięściarzami amatorami. To jak relacja biblijnego Dawida z Goliatem, ale jeśli na nas napadną, ucierpi przede wszystkim ich reputacja.
Ale chyba nie o tym myśli oficer na mostku okrętu, gdy załoga z obcego państwa wywołuje go przez radio i twierdzi, że to jej terytorium?
Także wtedy trzeba pamiętać, że to my jesteśmy po właściwej stronie prawa. Gdy incydenty z Chińczykami rozpoczęły się na dobre, byłem świeżo upieczonym absolwentem studiów w Australii. Moją specjalnością była ochrona granic i prawo morza. Zarówno my, jak i Chińczycy poruszaliśmy się jeszcze po omacku. Obie strony próbowały zrozumieć prawną stronę sytuacji. Wiedzieliśmy, że ten, kto w tej ciemności będzie miał jaśniejszy ogląd, zdobędzie przewagę w zarządzaniu sporem. Okazało się, że to my byliśmy do tego lepiej przygotowani, a nasi przeciwnicy nie mieli dobrych argumentów.
W ciągu najbliższych pięciu lat nasza flota będzie się systematycznie powiększać. Otrzymamy około 56 nowych platform.
Na Filipińskiej Straży Przybrzeżnej spoczywa chyba największy ciężar zabezpieczenia wód terytorialnych. To okręty pańskiej służby najczęściej napotykają chińskie jednostki. Nie czujecie się przeciążeni?
Jesteśmy obciążeni, ale nie przeciążeni. Mamy co prawda niewielką liczbę statków, więc kluczowa jest optymalizacja zasobów, ale stale rośniemy. Techniczne wymagania wobec straży przybrzeżnej, aby mogła spełniać swoją rolę, to zaledwie 20 proc. wymogów stawianych wojsku. Potrzebujemy tylko okrętów pomalowanych na biało, na których można wywiesić banderę. W ciągu najbliższych pięciu lat nasza flota będzie się systematycznie powiększać. Otrzymamy około 56 nowych platform z Francji, Japonii, Stanów Zjednoczonych oraz kilku innych źródeł.

Autostrada globalnego handlu
Dlaczego konflikt na Morzu Południowochińskim powinien obchodzić kraje spoza regionu? Dlaczego Europejczycy, w tym członkowie NATO, powinni interesować się tym, co dzieje się na dalekich, azjatyckich wodach?
Przez te wody odbywa się 40 proc. europejskiego handlu z Azją. Rocznie przepływają tędy towary o wartości od 3 do 5 bln dolarów. Jeśli państwa Europy nie zapewnią bezpieczeństwa na tych szlakach, ucierpią na tym wasze gospodarki. To prawda, że sprawa dotyczy suwerenności Filipin, Wietnamu i Malezji. Ale żyjemy w wysoce zglobalizowanym świecie, w którym interesy Wschodu i Zachodu są ze sobą ściśle powiązane. Dla Korei Południowej Morze Południowochińskie to niezastąpiony szlak, używany do transportu 90 proc. towarów przewożonych drogą morską. Mówimy tu też o 65 proc. chińskiego i 40 proc. japońskiego handlu morskiego. Nie możemy oddać całej kontroli jednemu państwu. Wszyscy mamy interesy na Morzu Południowochińskim i powinniśmy współpracować, aby je wspólnie zabezpieczyć. Musimy wspólnie bronić prawa międzynarodowego i nie możemy dopuścić, aby Pekin nadal nękał sąsiadów.
Przez te wody odbywa się 40 proc. europejskiego handlu z Azją. Rocznie przepływają tędy towary o wartości od 3 do 5 bln dolarów. Jeśli państwa Europy nie zapewnią bezpieczeństwa na tych szlakach, ucierpią na tym wasze gospodarki
Przyjaciele i sąsiedzi
Tej wiosny na Filipinach odbyła się kolejna edycja amerykańsko-filipińskich manewrów „Balikatan”. Wzięło w nich udział jeszcze pięć innych krajów. Japończycy wysłali historycznie duży kontyngent. Manila buduje też i dywersyfikuje swoje partnerstwa, również w ramach współpracy straży przybrzeżnych. Dlaczego Filipiny to robią?
Chcemy stworzyć system norm, który sprawi, że jednostki innych państw, przebywając na naszych wodach, będą przestrzegać naszego prawa.
Aby zabezpieczyć nasze interesy morskie, działamy w trzech kierunkach: świadomości sytuacyjnej i reagowania w domenie morskiej, administracji państwa nadbrzeżnego oraz współpracy międzynarodowej. Dążymy do wzmocnienia pozycji ASEAN – Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej – w tym relacji między strażami przybrzeżnymi. Przy budowie sojuszów ma znaczenie to, że Azja Południowo-Wschodnia liczy około 700 mln mieszkańców. Jesteśmy dużym rynkiem i staramy się to wykorzystać. Ostatecznie wszystko sprowadza się do kwestii ekonomicznych.
Nie wszystkim państwom regionu tak samo mocno zależy na uregulowaniu kwestii granic na morzu. Odleglejsze kraje, takie jak Tajlandia czy Birma, mają swoje własne problemy. Nawet najbliżsi sąsiedzi, Wietnam i Malezja, stosują wobec Chin inną strategię niż Filipiny. Nikt nie mówi o ich roszczeniach i konieczności obrony suwerenności tak otwarcie jak Manila. Co na to choćby Wietnamczycy?
Prowadzę z nimi rozmowy jako przewodniczący Forum Straży Przybrzeżnych ASEAN. Niektóre cele łatwo zrealizować. To choćby wymiana informacji, ochrona środowiska, poszukiwania i ratownictwo. Kraje ASEAN są stronami odpowiednich konwencji Międzynarodowej Organizacji Morskiej (IMO) w tym zakresie albo je ratyfikowały. Dzięki tej platformie są lepiej przygotowane do egzekwowania protokołów zakotwiczonych w konwencjach IMO. Naszym wspólnym celem jest egzekwowanie międzynarodowych zasad i norm prawa morskiego.
Musimy wspólnie bronić prawa międzynarodowego i nie możemy dopuścić, aby Pekin nadal nękał sąsiadów
Czy stara się pan przekonać odpowiedników z sąsiednich krajów do większej transparentności w sprawie ich własnych sporów z Pekinem? Przecież wiemy, że zajścia z udziałem chińskich okrętów oraz rybaków i marynarzy z Wietnamu czy Malezji nie są rzadkością.
Rozmawiamy na ten temat, ale to nadal praca w toku. Przekonywanie partnerów na Zachodzie do okazywania nam wsparcia przynosi efekty. Zdajemy sobie sprawę, że musimy zrobić więcej, aby zachęcić do tego także naszych sąsiadów. Wymaga to czasu, bo w ASEAN cenimy konsensus i szanujemy każde państwo członkowskie.
Cicha czy głośna dyplomacja?
Wśród oficerów marynarki istnieje pogląd, że poszliście zbyt daleko w kwestii transparentności. Straży przybrzeżnej zarzucano, że zbyt szerokie informowanie o morskich potyczkach kończyło się większą asertywnością Chińczyków, eskalacją i porażką misji zaopatrzeniowych do posterunków na spornym terytorium.
Są różne oceny, ale myślę, że to my mamy rację. Pokazywanie prawdy jest naszą najlepszą polisą bezpieczeństwa.
Ale co to zmienia? Pekin nadal uważa za swoją własność 90 proc. Morza Południowochińskiego, w tym wody filipińskie.
Gdybyśmy siedzieli cicho, mogłoby być gorzej.
Jak mógłby wyglądać najgorszy scenariusz?
Gdybyśmy zachowali milczenie, druga strona mogłaby przedstawić jeszcze bardziej ekspansywne roszczenia, a reszta świata nie protestowałaby, bo nie znałaby tej sytuacji.

Tymczasem Malezyjczycy wolą milczeć. Przechwytują chińskie samoloty i śledzą okręty, które naruszają ich terytorium, ale nie robią z tego wielkiego wydarzenia. Mówię to wbrew sobie, bo jako dziennikarz chcę wiedzieć jak najwięcej, ale może to podejście Malezji jest słuszne? Mimo chińskich wtargnięć Malezja nadal prowadzi odwierty, wydobywa gaz i ropę u wybrzeży Borneo, a politycy w Kuala Lumpur twierdzą, że nie ma dla nich znaczenia, co mówią Chiny, dopóki sytuacja w terenie jest stabilna.
Ich sytuacja jest inna niż nasza. Malezyjczycy częściowo kontrolują Cieśninę Malakka, przez którą przechodzi większość chińskiego importu ropy naftowej. W relacjach z Chinami to silna przeciwwaga, której Filipiny nie mają. Pekin nie może sobie pozwolić na otwarty konflikt z Malezją, więc nigdy nie przekroczy pewnych granic.
Nawet jeśli Manila nadal będzie wzmacniała swój potencjał i sojusze, to co realistycznie może osiągnąć? Chińczycy tak po prostu się nie wycofają.
Dzięki nowemu sposobowi formowania sojuszy będziemy silniejsi, bo sojusz angażuje zasoby wszystkich swoich członków. Będziemy w znacznie lepszej sytuacji niż 10 lat temu, gdy Stały Trybunał Arbitrażowy w Hadze przyznał nam rację w sporze z Chinami. Będziemy też mieli większą pewność, że inne kraje mające interesy na Morzu Południowochińskim będą stały po naszej stronie.

Jak mogą zareagować decydenci w Pekinie?
Myślę, że nadal będą się martwić kosztami wizerunkowymi swojego zachowania, które stoi w otwartej sprzeczności z Konwencją Narodów Zjednoczonych o prawie morza, oraz potencjalnymi skutkami gospodarczymi.
Prawo pięści czy globalny ład?
Żyjemy w czasach, w których coraz więcej dużych państw wierzy w prawo pięści, a ci, którzy dysponują twardą siłą, chętnie z niej korzystają. Mamy też mniejsze kraje, których bezpieczeństwo opiera się na prawie międzynarodowym. Pytanie: kto może dziś zagwarantować przestrzeganie tego prawa? Duża liczba mniejszych państw? Szerokie sojusze? A może jednak mocarstwo, takie jak Stany Zjednoczone, które przez dekady strzegły tego porządku?
Światowy ład powinien opierać się na połączeniu wpływów największych państw i siły sojuszy. Ale musimy zaakceptować, że życie nie jest sprawiedliwe. Mocarstwa będą odgrywały większą rolę w zarządzaniu globalnym porządkiem.

Prawo międzynarodowe powinno działać jako mechanizm wyrównujący szanse w relacjach między dużymi i małymi państwami. Wierzymy, że uda nam się zachować nienaruszalność tych zasad.
Sądzi pan, że Filipiny mogą odegrać rolę w utrzymaniu tego porządku? Czy mogą wpłynąć na sąsiednie mocarstwo, nawet będąc Dawidem w tej relacji Dawida i Goliata?
Prawo międzynarodowe powinno działać jako mechanizm wyrównujący szanse w relacjach między dużymi i małymi państwami. Wierzymy, że uda nam się zachować nienaruszalność tych zasad. Ostatecznie, jako słabszy kraj, możemy polegać tylko na tym. Jeśli stracimy wiarę w użyteczność prawa w regulowaniu relacji między narodami, to co innego nam pozostaje? W sensie twardej siły nie możemy się równać z Chinami, ale w oczach prawa wszyscy są przecież równi. Myślę, że świat nie wyrzuci tej zasady do kosza. Obrona fundamentów międzynarodowego porządku to nasza najlepsza karta przetargowa. Nie ma innego wyboru, chyba że wszyscy inni pogodzą się z marginalizacją na rzecz kilku największych mocarstw.
Główne wnioski
- Filipińska strategia transparentności i pokazywania światu naruszeń Pekinu wobec sąsiadów na Morzu Południowochińskim okazała się – zdaniem rozmówcy XYZ – przełomowa. Umiędzynarodowiła spór i ukształtowała jego globalny odbiór. Gdyby Manila zachowała milczenie, Chiny mogłyby wysuwać jeszcze bardziej ekspansywne roszczenia bez sprzeciwu społeczności międzynarodowej – uważa admirał Ronnie Gil Gavan. „Nic nie zastąpi mówienia prawdy" – dodaje.
- Komendant Filipińskiej Straży Przybrzeżnej podkreśla, że roszczenia Pekinu do niemal całego Morza Południowochińskiego dotyczą interesów państw na całym świecie. Przez jego wody przepływa 40 proc. europejskiego handlu z Azją, a wartość rocznego tranzytu towarowego sięga od 3 do 5 bln dolarów. „Nie możemy oddać całej kontroli jednemu państwu. Wszyscy mamy interesy na Morzu Południowochińskim i powinniśmy współpracować, aby je wspólnie zabezpieczyć” – mówi admirał Gavan.
- Rozmówca XYZ wskazuje na podobieństwa między chińską a rosyjską taktyką hybrydową. Jego zdaniem obie potęgi posługują się siłami paramilitarnymi, aby działać poniżej progu otwartego konfliktu.


