Kategorie artykułu: Biznes Technologia

AI, energia i startupy to klucz do mocnej gospodarki. „Nie chrońmy miejsc pracy z przeszłości” (WYWIAD)

Europa nie dogoni USA i Chin, jeśli będzie kopiować ich model rozwoju technologii. Były premier Estonii Taavi Rõivas odpowiedzialny za rewolucję cyfrową przekonuje w rozmowie z XYZ, że jej szansą są startupy, inwestycje w AI i energetykę oraz odwaga, by automatyzować gospodarkę – zamiast za wszelką cenę chronić zawody, które tracą znaczenie.

Taavi Rõivas został premierem w wieku 34 lat. Odpowiadał za ambitne projekty cyfryzujące państwo. Potem poszedł do biznesu a dziś wspiera nie tylko innowacyjne, europejskie pojazdy autonomiczne, ale i polski fundusz VC
Taavi Rõivas został premierem w wieku 34 lat. Odpowiadał za ambitne projekty cyfryzujące państwo. Potem poszedł do biznesu, a dziś wspiera nie tylko innowacyjne, europejskie pojazdy autonomiczne, ale i polski fundusz VC. Fot. materiały prasowe

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego europejskie startupy nie muszą ścigać się z USA i Chinami na ich warunkach, aby zbudować globalną przewagę.
  2. Co zdaniem rozmówcy naprawdę blokuje rozwój europejskich firm technologicznych i dlaczego nie zawsze chodzi o brak pieniędzy.
  3. Dlaczego centra danych, automatyzacja i cyfryzacja administracji mogą stać się dla Europy szansą, a nie tylko źródłem nowych kosztów i zagrożeń.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

XYZ: Europa przegrała już część technologicznego wyścigu ze Stanami Zjednoczonymi i Chinami?

Taavi Rõivas: Bardzo trudno konkurować z regionami większymi i być może mniej zróżnicowanymi niż Europa. Jednocześnie ta różnorodność jest również jedną z mocnych stron Europy i jednym z powodów, dla których powstaje tutaj tak wiele innowacji.

Jeśli porównamy obecną sytuację z tą sprzed 10 czy 15 lat, dostęp do finansowania znacząco się poprawił. Europejski rynek venture capital nadal bardzo różni się od amerykańskiego, ale dobre pomysły i solidne zespoły są dzisiaj w stanie pozyskać finansowanie.

Co w takim razie musi zrobić Europa, żeby jej firmy technologiczne rosły szybciej i były w stanie skuteczniej konkurować z Amerykanami i Chińczykami? Więcej publicznych pieniędzy?

Nie wierzę w napędzanie innowacji publicznymi pieniędzmi. Ale konkurencja z Chinami czy USA nie odbywa się na równych zasadach. W Chinach sektor publiczny dysponuje bardzo głębokimi kieszeniami i finansowanie niektórych technologii ze strony państwa ma realne znaczenie.

Europa nie powinna oczywiście całkowicie zamykać się na zagraniczne rozwiązania, bo to również byłaby ślepa uliczka. Możemy jednak wspierać własny przemysł, na przykład dając europejskim firmom uczciwą szansę na zdobywanie kontraktów. Niekoniecznie chodzi o subsydiowanie ich działalności. Już samo zapewnienie im możliwości uczciwego konkurowania jest pomocne.

Podobnie podczas negocjacji dotyczących wolnego handlu czy szerzej w rozmowach geopolitycznych trzeba pamiętać o interesach europejskiego sektora technologicznego. Jestem pewien, że Europa również to robi. Widzimy jednak bardzo wyraźnie, jak konsekwentne są w tej kwestii Chiny i Stany Zjednoczone i jak silnie wieje dzisiaj wiatr z tamtych kierunków.

Warto wiedzieć

Taavi Rõivas czyli premier, który poszedł do biznesu

Taavi Rõivas to były premier Estonii, który po dwóch dekadach w polityce przeniósł się do świata technologii i inwestycji. Na czele estońskiego rządu stał w latach 2014-2016, a obejmując urząd w wieku 34 lat, był wówczas najmłodszym szefem rządu w Unii Europejskiej. Wcześniej pełnił m.in. funkcję ministra spraw społecznych i zasiadał w Riigikogu. Dziś łączy doświadczenie polityczne z biznesem technologicznym. Jest venture partnerem w Montis VC, gdzie zajmuje się m.in. wyszukiwaniem inwestycji w regionie bałtyckim, oraz przewodniczącym rady nadzorczej estońskiej spółki Auve Tech rozwijającej autonomiczne pojazdy.

XYZ

AI i walka kontynentów

Dziś głównym frontem walki jest generatywna AI. Skala inwestycji w tym obszarze jest nieporównywalnie inna między USA a Europą. Może europejskie firmy powinny przestać próbować wygrać i zamiast tego szukać nisz, w których mogą być najlepsze na świecie?

Tak, to jeden ze sposobów. Dokładnie tak podchodzimy, chociażby do rynku robotaksówek. Europejscy gracze nie są nawet blisko skali chińskich czy amerykańskich firm. Jednocześnie istnieje wiele innych nisz. Może to być transport ostatniej mili i autonomiczne busy, którymi zajmujemy się my, albo dostarczanie niewielkich przesyłek, czym zajmuje się na przykład estońskie Starship Technologies.

Znajdowanie takich nisz i stawanie się w nich najlepszym ma bardzo dużo sensu. Musimy również przekonać inwestorów – a jako inwestorzy sami musimy znajdować firmy – które mogą dokonać istotnej zmiany nie tylko w Europie, ale globalnie.

Czasami będą działały w mniejszych segmentach rynku. Tyle że te mniejsze nisze mogą rosnąć szybciej i osiągnąć dojrzałość rynkową wcześniej niż wielki rynek, taki jak, chociażby robotaksówki.

Czy w takim razie Europa potrzebuje dzisiaj suwerenności technologicznej?

Estonia jest zbyt mała, żeby myśleć o niej wyłącznie w kategoriach narodowych. W tym kontekście zawsze postrzegamy siebie jako Europejczyków. W idealnym świecie mielibyśmy oczywiście globalną współpracę i globalną synergię. Ale skoro Chiny bardzo wyraźnie koncentrują się na własnym interesie, a Stany Zjednoczone robią to samo, Europa nie może po prostu zostać z tyłu i przyglądać się temu z boku.

W tym sensie europejska suwerenność technologiczna ma sens. Nie sądzę jednak, żeby nawet Polska, która jest dużym krajem, mogła całkowicie oddzielić się od reszty Europy. Europa jest bardzo silna wtedy, kiedy działamy wspólnie. Oczywiście w niektórych państwach jest sporo protekcjonizmu, ale działanie razem jako Europa zdecydowanie wzmacnia nas bardziej niż działanie każdego kraju osobno.

Polska. Jak powinniśmy rozmawiać z big techami

W Polsce trwa dyskusja o uzależnieniu administracji publicznej od amerykańskich big techów. Czy europejskie rządy powinny się od nich uniezależniać?

Myślę, że tak. Rządy zdały sobie sprawę, że jeżeli zbyt dużą część naszego wykorzystania technologii oddamy zewnętrznym dostawcom, a wszyscy będziemy korzystali wyłącznie z technologii chińskich albo amerykańskich, będzie to wpływało na siłę i pozycję Europy. Dlatego bardzo sensowne jest wzmacnianie europejskiego sektora technologicznego. Czy robimy to dobrze czy źle – to już inna sprawa.

Są jednak pewne inicjatywy, nawet bardzo oczywiste, takie jak wykorzystanie europejskich pieniędzy publicznych do finansowania venture capital i wspierania europejskich innowacji. Mamy Europejski Fundusz Inwestycyjny, w Polsce PFR, a w Estonii SmartCap. Może się wydawać, że to drobne rzeczy, ale w rzeczywistości nimi nie są. Pokazują prywatnym inwestorom, że angażowanie publicznego kapitału i wiarygodności państwa w innowacje jest czymś wspieranym przez sektor publiczny.

Jednocześnie Unia Europejska jest nieustannie krytykowana za nadmierne regulacje. Pan przez lata był po drugiej stronie jako polityk.

Powinniśmy być ambitni i zrobić wszystko, co możemy, aby zwiększyć konkurencyjność, deregulować gospodarkę i nie komplikować sobie nadmiernie życia. Nie jestem jednak naiwny. Widziałem od środka, jak powstaje prawo. Łatwiej więc o tym mówić, niż to zrobić. Ambicja powinna być jednak jasna. Nikt jeszcze nie stał się bogaty dzięki temu, że sam siebie regulował. Trzeba ciężko pracować i wprowadzać innowacje. To właśnie tworzy bogactwo.

Dlatego także w Europie powinniśmy skupiać się przede wszystkim na tym, żeby powiększać gospodarczy tort, zamiast koncentrować się na jego ograniczaniu czy hamowaniu wzrostu.

Politycy a nowe technologie

Mam wrażenie, że europejskim politykom nadal łatwiej myśleć o fabryce czy magazynie niż o startupie, który za dziesięć lat może stworzyć zupełnie nową branżę.

Tak, ale podobne podejście występuje również w Stanach Zjednoczonych. Kiedy jadę do Ameryki i mówię, że nasze rozwiązanie będzie w stanie wykonywać tę samą usługę przy trzy- albo pięciokrotnie mniejszej liczbie pracowników, pierwsze pytanie często brzmi: „Ale co z miejscami pracy?”. Moja odpowiedź jest zazwyczaj taka: stworzymy więcej miejsc pracy o wysokiej wartości dodanej.

Spójrzmy na rewolucję przemysłową, wynalezienie silnika parowego czy choćby koparki. Jedna koparka zastępuje pracę być może 50 ludzi z łopatami, ale jednocześnie radykalnie zwiększa produktywność i wartość dodaną. Nie powinniśmy więc opłakiwać miejsc pracy z wczoraj albo z poprzedniego stulecia. Powinniśmy zastanawiać się, jak możemy konkurować o miejsca pracy jutra.

Wiele z tych zawodów będzie w jakiś sposób wykorzystywało AI. Wiele innych będzie korzystało z technologii na inne sposoby. Zresztą już dzisiaj dotyczy to również bardzo tradycyjnych sektorów. Spójrzmy na rolnictwo. Kiedyś jedna osoba doiła kilka krów. Dzisiaj robot może obsługiwać stado liczące ponad tysiąc krów, a nad systemem może czuwać jeden człowiek.

Czyli zamiast chronić zawody przed technologią, powinniśmy zaakceptować, że część z nich po prostu zniknie?

Produktywność dzięki technologii rośnie. Możemy tworzyć lepsze produkty i być konkurencyjni globalnie, a ostatecznie wszystkim żyje się lepiej. Z perspektywy byłego polityka powiedziałbym więc: nie powinniśmy aż tak kurczowo trzymać się ochrony miejsc pracy z przeszłości. Powinniśmy bardziej koncentrować się na tworzeniu miejsc pracy przyszłości. Technologie i startupy mają tutaj ogromną rolę do odegrania.

Szansa dla firm technologicznych to nie tylko AI

Gdzie poza AI widzi pan największą szansę dla europejskich firm technologicznych?

Na co dzień zajmuję się automatyzacją i sztuczną inteligencją, więc naturalnie właśnie tam dostrzegam duży potencjał. Wszyscy patrzą na Chiny i Stany Zjednoczone, ale uważam, że powinniśmy również przyglądać się europejskim graczom. Bardzo ciekawe rzeczy dzieją się również w optymalizacji energetycznej. Europejczycy doskonale wiedzą, że musimy znaleźć sposoby na bilansowanie sieci czy ograniczanie szczytów cen energii.

Trochę podobnie można spojrzeć na Ukrainę. Dlaczego jest dzisiaj tak innowacyjna? Ponieważ musi być innowacyjna. Z tego powodu ukraiński ekosystem startupowy jest prawdopodobnie jednym z najbardziej innowacyjnych na świecie.

Także Europa mierzy się z megatrendami, takimi jak rosnące zużycie energii czy konieczność konkurowania ze Stanami Zjednoczonymi i Chinami w takich obszarach jak AI. To tworzy konieczność innowacji. Podobnie europejski sektor defense tech dostał bardzo silny impuls do rozwoju. Wielkie koncerny zbrojeniowe same przyznają, że nie są w stanie poruszać się tak szybko, jak wymaga tego wzrost popytu. I właśnie tutaj pojawiają się startupy. We współpracy z największymi firmami przemysłu obronnego mogą naprawdę wiele zmienić.

Europa Środkowa ma zupełnie inną historię niż Francja czy Wielka Brytania. Widzi pan różnicę w mentalności startupów z Polski czy Estonii?

Zdecydowanie. Nazywam to głodem sukcesu. Na szczęście bardzo wyraźnie widać go również w Polsce. Chcemy odnieść sukces. Chcemy udowodnić światu, ale być może także krajom Europy Zachodniej, że my również jesteśmy w stanie dojść do miejsca, do którego one doszły wcześniej dzięki zupełnie innym uwarunkowaniom historycznym sprzed 80 czy 100 lat.

Uważam, że ten głód był niezwykle produktywny i nadal taki będzie. Przyniesie kolejne sukcesy zarówno europejskim startupom, jak i europejskim funduszom VC, które bardzo intensywnie szukają takich głodnych sukcesu firm i zespołów gotowych ciężko pracować, żeby go osiągnąć.

Ambicje startupów

Czyli startup z Polski lub Estonii musi mieć więcej ambicji niż amerykański, żeby dojść do tego samego miejsca?

W pewnym sensie tak, ponieważ nic nie jest nam dane z góry. Jeśli spojrzymy nie tylko na ekosystem startupowy czy venture capital, ale po prostu na to, gdzie Polska i Estonia znajdowały się 30-35 lat temu i gdzie jesteśmy dzisiaj, zobaczymy historię sukcesu, którą trudno znaleźć w jakimkolwiek innym regionie świata. A przecież jeszcze nie skończyliśmy. Nadal pojawia się mnóstwo nowych pomysłów, a świat zmienia się coraz szybciej. Finansowanie tych pomysłów i znajdowanie solidnych inwestorów, którzy wierzą w szybko zmieniający się świat, jest właśnie zadaniem, które przed nami stoi. Myślę, że mamy duże szanse na sukces.

Co w takim razie rządy robią źle, kiedy próbują budować własne ekosystemy technologiczne?

W wielu krajach podstawowym problemem jest dostęp do talentów. Część państw prowadzi bardzo restrykcyjną politykę migracyjną. Inne nie mają korzystnego systemu podatkowego dotyczącego programów opcji pracowniczych. Czasami są to naprawdę niewielkie rzeczy do zmiany, które dla startupów mają ogromne znaczenie.

Startupy z definicji są międzynarodowe. Jeżeli firma ma świetny pomysł, który może naprawdę wiele zmienić, może po prostu przenieść się do innego kraju. Dlatego europejskie państwa powinny bardzo ciężko pracować nad stworzeniem ekosystemu, do którego przedsiębiorstwa będą chciały przychodzić.

Kiedy przy kancelarii premiera prowadziłem startupowy okrągły stół, bardzo intensywnie współpracowaliśmy z founderami i inwestorami VC, żeby zidentyfikować najsłabsze elementy naszego systemu, a następnie zastanowić się, jak je usunąć albo poprawić. Jako małemu krajowi było nam szczególnie trudno przekonać globalnych inwestorów, że estońska jurysdykcja jest wystarczająco dobra. Że firma nie musi przenosić swojej siedziby do Delaware i może bez problemu działać zgodnie z estońskim prawem. Piętnaście lat temu nie było to oczywiste. Dzisiaj już jest. Większość inwestorów VC nie ma problemu z inwestowaniem w estońskie spółki. Wiedzą, że inni już to robili, że mamy stabilne otoczenie prawne i że system sprawdził się w praktyce.

Z polityki do technologii

Sam po odejściu z polityki przeszedł pan właśnie do świata technologii. Dlaczego?

Przez dość długi czas zajmowałem się polityką, ale jednocześnie zakończyłem karierę polityczną, będąc wciąż stosunkowo młodym człowiekiem. Miałem około 40 lat i uznałem, że w takim wieku nadal mogę zrobić w życiu coś naprawdę ekscytującego. Nie twierdzę oczywiście, że polityka nie była ekscytująca. Zajmowałem się nią jednak przez 20 lat, właściwie od czasów studiów.

Jako premier bardzo blisko współpracowałem z estońskimi startupami, całym ekosystemem startupowym i funduszami venture capital. Pracowaliśmy, żeby stworzyć możliwie najlepsze warunki dla estońskich startupów i całego sektora technologicznego. Gdy zdecydowałem się zakończyć karierę polityczną, naturalnym krokiem było dla mnie dołączenie do środowiska technologicznego.

Dzisiaj jest pan m.in. venture partnerem Montis VC. Po co polskiemu funduszowi były premier Estonii?

Wnoszę do funduszu bezpośrednie doświadczenie z rynku estońskiego, pomagam wyszukiwać najlepsze inwestycje i przedstawiać Montis estońskie startupy. Montis bardzo dobrze pasuje do rynku bałtyckiego, a powiedziałbym, że również fińskiego, ponieważ jest funduszem większym niż większość funduszy działających na przykład w Estonii czy szerzej w krajach bałtyckich. Typowa wielkość funduszu w naszym regionie to 20-50 mln euro.

Wielu estońskich inwestorów VC jest zainteresowanych współpracą z Montis i zapraszaniem funduszu do kolejnych rund finansowania spółek, w które wcześniej sami zainwestowali. Niewiele polskich funduszy VC inwestowało do tej pory w Estonii. W pewnym sensie moją misją jest więc znalezienie dobrego połączenia między polskim kapitałem venture capital a estońskim ekosystemem startupowym.

Jestem przekonany, że w Estonii można znaleźć wiele interesujących spółek – zarówno w sektorach, którymi interesuje się Montis, takich jak energetyka, AI czy robotyka i autonomizacja, jak też na przykład w defense techu czy rozwiązaniach związanych ze zrównoważonym rozwojem.

W Estonii nadal bardzo dużo się dzieje, mimo że nasz ekosystem startupowy jest już stosunkowo dojrzały, a pierwszą wielką gwiazdą, która wskazała kierunek kolejnym firmom, był Skype.

I słynna „mafia Skype'a”.

Dokładnie.

Autonomiczne pojazdy z Europy

Osobiście koncentruje się pan na Auve Tech, czyli autonomicznych pojazdach. Pokonacie w tym Chiny?

Próbujemy. W Estonii jesteśmy coraz bliżej dużych wdrożeń na lotniskach. W Japonii mamy 18 pojazdów, które codziennie poruszają się głównie po drogach publicznych. Na przykład Sakai Machi ma około 25 tys. mieszkańców, wielu seniorów, ale też dzieci, które korzystają z autonomicznych busów, żeby dostać się do szkoły, pracy czy sklepów. W jednej z miejscowości działa osiem takich pojazdów – mniej więcej połowa z nich została wyprodukowana przez nas, a połowa przez inną europejską firmę.

Ale rynek, który chcecie zaatakować jako pierwszy na dużą skalę, to niekoniecznie transport publiczny?

Pojazdy mogą być wykorzystywane zarówno do przewozu ludzi, jak i ładunków. W samych Stanach Zjednoczonych jest ponad 200 tys. pojazdów obsługujących transport ostatniej mili na terenach prywatnych. To rynek, do którego chcemy wejść w pierwszej kolejności. Oczywiście istnieje także wiele zastosowań związanych z przewozem ładunków po drogach publicznych. Uważam jednak, że najlepiej zaczynać tam, gdzie otoczenie regulacyjne jest gotowe.

Nie próbujemy konkurować z robotaksówkami, które napotykają wiele barier prawnych i innych trudności. Znacznie łatwiej zaoferować podobną usługę w środowisku, w którym regulacje są prostsze, a dzisiaj wciąż pracuje wielu kierowców. To właśnie takie miejsca będą automatyzowane jako pierwsze.

Centra danych a przyszłość gospodarki

Skoro mówimy o ogromnym wzroście wykorzystania AI: czy Europa powinna walczyć także o centra danych? W Polsce coraz częściej pojawia się pytanie, czy warto zużywać ogromne ilości energii na infrastrukturę budowaną często przez amerykańskie koncerny.

Jeśli spojrzymy na globalne trendy, nie ma żadnych wątpliwości, że zapotrzebowanie na centra danych będzie ogromne. Nie możemy wykorzystywać AI na skalę, do której zmierzamy, bez odpowiedniej infrastruktury. Tak naprawdę dopiero zaczynamy korzystać z dużych modeli językowych. Bardzo wiele osób nadal wykorzystuje je w minimalnym stopniu w stosunku do ich możliwości.

Popyt będzie więc bez wątpienia ogromny. Pytanie brzmi, czy znajdziemy sposób, żeby na tym skorzystać, czy zostaniemy w tyle.

Znajdziemy?

Mam nadzieję, że tak. Oczywiście przy każdej inwestycji można wskazać również negatywne aspekty. Trudno mi jednak znaleźć wiele rodzajów działalności, które w tak dużym stopniu polegają na produkowaniu – nazwijmy to – wiedzy. Możemy powiedzieć, że centrum danych czy „fabryka AI” właśnie temu służy.

Oczywiście musimy patrzeć na produkcję energii i zastanawiać się, czy mamy jej wystarczająco dużo. Ale jeżeli mamy stabilne zapotrzebowanie na przykład na 400 MW czy 1 GW mocy, to właśnie pod taki popyt można budować nowe źródła wytwarzania. To z kolei tworzy nowe możliwości, miejsca pracy, w tym stanowiska o wysokiej wartości dodanej.

Jeżeli spojrzymy na korelację między PKB a zużyciem energii, jest ona bardzo silna. Im wyższy PKB, tym większe zużycie energii. Dlatego znajdowanie sposobów na zrównoważoną produkcję energii, która może zasilać centra danych, ma moim zdaniem bardzo dużo sensu.

Co z energią dla centrów danych

Mimo wszystko niedobór energii jest realny.

Jestem przekonany, że jeśli prawidłowo zaprojektujemy funkcjonowanie centrów danych w systemie energetycznym, mogą one pomagać również w ograniczaniu części wahań, łagodzeniu szczytów i stabilizowaniu systemu.

Czyli nie kupuje pan argumentu: rozwijajmy software w Europie, a energochłonną infrastrukturę niech budują inni?

Nie. Nie widzę sposobu, żeby ukryć się przed rozwojem technologii. Jeżeli spróbujesz się przed nim schować, technologia po prostu cię ominie, ale nadal będzie się rozwijała. Tyle że gdzie indziej. Dlatego lepiej wykorzystać jej najlepsze elementy, sprawić, żeby działała na naszą korzyść, zamiast udawać, że nie istnieje. Centra danych tworzą wiele miejsc pracy. Jeżeli są prawidłowo zaprojektowane, a operator systemu energetycznego właściwie je uwzględnia, mogą wyraźnie przynosić korzyści sieci energetycznej.

Są też inwestycjami zapewniającymi stały strumień dochodów dla państwa. Generują wpływy budżetowe w kilku różnych formach, przede wszystkim przez podatki, ale mogą również obniżyć udział zwykłych konsumentów w kosztach funkcjonowania sieci.

Jeżeli centra danych podpisują długoterminowe umowy zakupu energii, czyli PPA, jest bardzo prawdopodobne, że pod takie kontrakty powstaną dodatkowe moce wytwórcze.

Cyfrowe państwo. Czy Polska pójdzie śladem Estonii

Estonia stała się symbolem cyfrowego państwa. Jaka jest najważniejsza lekcja, którą Polska powinna z niej wyciągnąć?

Za każdym razem, kiedy tłumaczę, jak działa cyfrowa administracja w Estonii, słyszę pytania: „Ale co się stanie, jeśli wasza cyfrowa identyfikacja – która jest najbezpieczniejszym sposobem potwierdzania tożsamości – przestanie działać albo zostanie zhakowana?”. Odpowiadam wtedy: oczywiście teoretycznie można sobie wyobrazić taką sytuację, choć nigdy się to nie wydarzyło. Tylko jaka jest alternatywa?

Czy porównujemy cyfrową identyfikację z jakimś idealnym systemem, czy z podpisem składanym długopisem? Przecież podpis na papierze jest absurdalnie łatwy do podrobienia. Dziewięciolatek prawdopodobnie jest w stanie podrobić podpis rodzica dla nauczyciela. Technologia przynosi społeczeństwu bardzo wiele oczywistych korzyści i zwiększa jego efektywność. Banki nie zamykają swoich oddziałów i nie przenoszą klientów do bankowości internetowej z powodów charytatywnych. Robią to dlatego, że jest to efektywniejsze.

Zmiany są nieuchronne?

Przestaliśmy w większości korzystać ze stacjonarnych biur podróży, a zaczęliśmy używać Booking.com i podobnych usług. W praktycznie każdej dziedzinie życia coraz więcej Europejczyków bardzo sprawnie korzysta z usług cyfrowych. Powinniśmy więc nie tyle pozwalać naszym rządom na cyfryzację, il wręcz jej wymagać. Jako podatnicy chcemy przede wszystkim otrzymywać możliwie najlepsze usługi publiczne, a po drugie chcemy, żeby państwo funkcjonowało możliwie efektywnie.

Główne wnioski

  1. Europa nie musi próbować pokonać USA i Chin w każdej technologicznej kategorii. Taavi Rõivas przekonuje, że skuteczniejszą strategią może być wybieranie segmentów, w których europejskie firmy mają realną szansę zostać światowymi liderami. Jako przykłady wskazuje autonomiczne busy, transport ostatniej mili, energetykę, robotykę i defense tech. Jego zdaniem mniejsze nisze mogą dojrzewać szybciej niż największe rynki, takie jak robotaksówki. Europa powinna przy tym działać wspólnie. Pojedyncze państwa mają zbyt małą skalę, by samodzielnie budować pełną suwerenność technologiczną i skutecznie konkurować z globalnymi mocarstwami.
  2. Kluczową rolą państwa nie powinno być bezpośrednie finansowanie innowacji za wszelką cenę, lecz tworzenie warunków, w których europejskie firmy mogą skutecznie konkurować. Chodzi między innymi o dostęp do kontraktów, odpowiednie otoczenie prawne, przyciąganie talentów, korzystne zasady dotyczące opcji pracowniczych oraz współpracę z prywatnym kapitałem. Taavi Rõivas zwraca też uwagę na potrzebę deregulacji i większej koncentracji na wzroście gospodarczym. Państwa powinny jego zdaniem słuchać przedsiębiorców i inwestorów oraz usuwać bariery, które mogą skłaniać startupy do przenoszenia działalności do innych jurysdykcji.
  3. Rozwój AI, automatyzacji i cyfryzacji oznacza głęboką zmianę rynku pracy oraz rosnące znaczenie infrastruktury technologicznej. Zamiast chronić za wszelką cenę zawody, które mogą znikać wraz ze wzrostem produktywności, Europa powinna tworzyć miejsca pracy przyszłości o większej wartości dodanej. Dotyczy to także centrów danych. Taavi Rõivas odrzuca pomysł, by Europa rozwijała wyłącznie oprogramowanie, pozostawiając energochłonną infrastrukturę innym regionom. Jego zdaniem odpowiednio zaprojektowane centra danych mogą stymulować inwestycje w nowe źródła energii, wspierać sieć oraz generować dochody i zatrudnienie. Podobną logikę stosuje wobec cyfryzacji państwa. Technologię należy oceniać w porównaniu z realnymi, często mniej efektywnymi rozwiązaniami, a nie z hipotetycznym systemem pozbawionym ryzyka.