Kategoria artykułu: Świat

Zmierzch ery call center. Jak AI i geopolityka podkopują filipiński sen o potędze

Sektor outsourcingu chwieje się w posadach pod naporem sztucznej inteligencji, inwestycje infrastrukturalne zamarły przez afery korupcyjne, a spór na Morzu Południowochińskim płoszy inwestorów. Filipiny zderzyły się ze skumulowanym kryzysem.

Prezydent Karol Nawrocki z prezydentem Filipin Ferdinandem Marcosem Jr. Fot. Ezra Acayan / POOL / Getty Images AsiaPac / PAP/EPA

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. W jakiej kondycji są Filipiny w momencie, w którym odwiedza je prezydent Karol Nawrocki.
  2. Jakie błędy popełnił ten kraj w ostatnich latach.
  3. W jakim kierunku zamierzają się rozwijać Filipiny.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Karol Nawrocki rozpoczął pierwszą w historii wizytę urzędującego prezydenta Polski na Filipinach. W Manili spotyka się z prezydentem Ferdinandem Marcosem Jr., a jednym z głównych tematów rozmów jest współpraca gospodarcza. W programie wizyty znalazły się m.in. V Polsko-Filipiński Szczyt Biznesowy IT, spotkania z przedstawicielami biznesu obu krajów oraz wizyta w filipińskiej bazie lotniczej, gdzie prezydent obejrzy śmigłowce Black Hawk wyprodukowane w PZL Mielec.

Filipiny są w tym roku także przewodniczącym ASEAN, dlatego Pałac Prezydencki traktuje wizytę jako okazję do wzmocnienia relacji gospodarczych i zabiegania o poparcie dla polskich ambicji związanych z G20.

Kraj z różową przyszłością

Kiedy na początku 2025 roku pisałem razem z Jakubem Bisem poradnik dla Polaków zaczynających życie na Filipinach, rozmowa o przyszłości tego kraju brzmiała inaczej niż dziś.

Outsourcing procesów biznesowych (BPO) był jednym z filarów gospodarki. Miliony Filipińczyków pracowały w centrach obsługi klienta, zapleczu administracyjnym i jako wirtualni asystenci dla zachodnich firm. Dla młodego Filipińczyka była to często droga do pierwszej dobrej pensji, samodzielności i klasy średniej.

Filipiny jawiły się jako stabilny, azjatycki kraj z różową przyszłością. Wtedy trudno było sobie wyobrazić, że ten model może wkrótce zacząć się kruszyć.

Pierwsze pęknięcie: energia

24 marca 2026 roku prezydent Ferdinand Marcos Jr. ogłosił narodowy energetyczny stan wyjątkowy. To pierwszy taki przypadek na świecie w tym roku. Powód był prosty i brutalny: wojna między USA i Izraelem a Iranem doprowadziła do zamknięcia Cieśniny Ormuz, przez którą przepływa około jedna piąta światowej ropy i LNG. Filipiny importują 98 proc. zużywanej ropy, w większości z Bliskiego Wschodu, a ich rezerwy strategiczne w marcu spadły do zaledwie 45 dni zapasu.

Dla polskiego czytelnika ten mechanizm nie jest trudny do zrozumienia. Jeszcze na początku transformacji ustrojowej także my zakładaliśmy, że surowce energetyczne będą płynąć nieprzerwanie ze wschodu. Rosja była dla Polski tym, czym dziś niestabilny Bliski Wschód jest dla Filipin – źródłem surowców, od którego trudno było się szybko uniezależnić. Gazociągi, ropa i długoterminowe kontrakty tworzyły system, którego nie dało się przebudować z dnia na dzień. Wojna Rosji z Ukrainą pokazała, jak szybko geopolityczny konflikt może przełożyć się na ceny energii, inflację i konieczność szukania nowych dostawców.

I właśnie tutaj kończy się analogia z Polską, a zaczyna problem samych Filipin. Bezpieczeństwo energetyczne nie zależy wyłącznie od geografii. Japonia również niemal całkowicie opiera się na imporcie surowców energetycznych i również musi sprowadzać je z odległych regionów świata. Do Zatoki Perskiej ma nawet znacznie dalej niż Filipiny. Różnica polega na tym, jak państwo przygotowuje się na kryzys – jak duże buduje zapasy, jak dywersyfikuje dostawy, jak szybko potrafi zmienić kierunki importu i jaką infrastrukturą dysponuje.

W przypadku Filipin kryzys energetyczny odsłonił więc nie tylko ich zależność od wydarzeń na Bliskim Wschodzie, ale również słabość własnego systemu zarządzania energią. Geografia była problemem. Brak wystarczających zabezpieczeń przed jej konsekwencjami był już wyborem państwa.

Drugie pęknięcie: waluta i inflacja

Skutek szoku naftowego był podręcznikowy. Wyższe ceny ropy zwiększyły deficyt handlowy i osłabiły peso. To z kolei sprawiło, że importowana ropa stała się jeszcze droższa, dodatkowo napędzając inflację, która wzrosła z 4,1 proc. w marcu do 7,2 proc. w kwietniu. Był to największy miesięczny skok w XXI wieku. Bank centralny, Bangko Sentral ng Pilipinas, musiał odwrócić rozpoczęty wcześniej cykl obniżek stóp i podnieść główną stopę do 4,5 proc.

Dla gospodarstw domowych oznaczało to szybki wzrost kosztów życia. Droższe paliwo podnosi koszty transportu i produkcji żywności, a słabsze peso zwiększa cenę importowanych towarów. W gospodarce tak mocno uzależnionej od zagranicznych dostaw szok energetyczny bardzo szybko zamienił się więc w problem walutowy i inflacyjny.

Trzecie pęknięcie: korupcja, która zatrzymała budowę kraju

Tu robi się ciekawiej, bo to pęknięcie jest już całkowicie wewnętrzną robotą, bez udziału Bliskiego Wschodu. W 2025 roku wybuchł skandal korupcyjny wokół finansowanych przez państwo projektów infrastrukturalnych. Chodziło o miliardy peso wydane na wątpliwe kontrakty budowlane. Śledztwa były konieczne, ale miały swoją cenę. Państwowa machina inwestycyjna straciła tempo. Budownictwo i górnictwo skurczyły się o 2,4 proc., podczas gdy usługi rosły o 4,5 proc. W pierwszym kwartale 2026 roku inwestycje kapitałowe odjęły 1,6 punktu procentowego od wzrostu PKB.

Problem polega na tym, że Filipiny zatrzymały inwestycje dokładnie w momencie, w którym najbardziej ich potrzebowały. Infrastruktura miała być jednym z fundamentów nowego modelu gospodarczego. Miała przyciągać przemysł, poprawić logistykę i pozwolić Filipinom wykorzystać relokację produkcji z Chin. Tymczasem firmy, które rozważały przeniesienie części produkcji do tego kraju, nadal widzą niedokończone drogi, zatłoczone porty i niewystarczającą infrastrukturę energetyczną. Każdy miesiąc opóźnienia zwiększa przewagę Wietnamu, Malezji czy Tajlandii.

Efekt widać w danych o wzroście gospodarczym. W pierwszym kwartale 2026 roku Wietnam urósł o 7,8 proc., Indonezja o 5,6 proc., Malezja o 5,3 proc., natomiast Filipiny zaledwie o 2,8 proc. Wszystkie te gospodarki musiały zmierzyć się z tym samym szokiem energetycznym. Filipiny poradziły sobie jednak wyraźnie gorzej.

I właśnie to jest w tej historii najważniejsze. Kryzys energetyczny był ciosem z zewnątrz. Zatrzymanie inwestycji infrastrukturalnych było problemem wytworzonym już wewnątrz kraju. Gospodarka, która potrzebuje nowych dróg, portów, elektrowni i zakładów produkcyjnych, nie może sobie pozwolić na wielomiesięczne zamrożenie inwestycji. Tym bardziej że konkurenci nie czekają.

Czwarte pęknięcie: fundament modelu, czyli AI kontra call center

To pęknięcie jest najbardziej dotkliwe, bo nie dotyczy skutków zewnętrznego kryzysu, lecz samego rdzenia filipińskiego modelu gospodarczego. Outsourcing procesów biznesowych (BPO), druga po Indiach największa branża outsourcingowa na świecie, zatrudnia blisko 1,9 mln ludzi i odpowiada za około 8 proc. PKB. Przez dwie dekady był jednym z głównych motorów wzrostu klasy średniej, dawał pracę kolejnym rocznikom absolwentów i napędzał popyt na biura w Manili, Cebu i innych dużych miastach.

Teraz sama branża zaczyna obniżać swoje oczekiwania. IBPAP, największa organizacja sektora, zmniejszyła prognozę zatrudnienia na 2028 rok z 2,5 mln do 1,85 mln osób. Prognozowane przychody obniżono z 59 mld dolarów do 43,3–50,5 mld dolarów. Powód jest prosty: sztuczna inteligencja przejmuje coraz więcej rutynowych zadań jak odpowiadanie na podstawowe pytania, resetowanie haseł, wprowadzanie danych, transkrypcję czy umawianie wizyt. A właśnie na takich czynnościach przez lata budowano filipiński przemysł call center.

Nie oznacza to jeszcze załamania branży. Bank HSBC w swoim wrześniowym raporcie zauważa, że eksport usług biznesowych i zatrudnienie nadal rosną, a firma nie odnotowała dotąd załamania wywołanego przez sztuczną inteligencję. Firmy próbują przesuwać się w stronę bardziej zaawansowanych usług, takich jak outsourcing procesów opartych na wiedzy czy centra usług dla globalnych korporacji. Problem w tym, że ta transformacja musi nastąpić bardzo szybko.

Filipiny mają bowiem do czynienia nie z końcem BPO, lecz z wyścigiem o to, jaka jego część przetrwa. Jeśli sztuczna inteligencja przejmie najprostsze i najbardziej masowe zadania, przewaga kraju oparta na milionach stosunkowo tanich pracowników zacznie tracić znaczenie. A wtedy pytanie nie będzie już brzmiało, ile nowych miejsc pracy stworzy filipiński sektor usług, lecz ile z dotychczasowych uda się zachować.

Paradoks AI: Filipińczycy pomagali ją trenować

Jest w tym jeszcze jeden paradoks. Filipiński przemysł outsourcingowy nie tylko znalazł się pod presją rozwoju sztucznej inteligencji. Przez lata jego pracownicy wykonywali również żmudne zadania związane z przygotowywaniem i oznaczaniem danych, transkrypcją, oceną treści czy sprawdzaniem odpowiedzi generowanych przez modele AI. To praca niewidoczna dla użytkownika końcowego, ale potrzebna, aby systemy mogły się uczyć i stawać coraz lepsze.

W pewnym sensie przypominało to naukę pisania dziecka. Ktoś musiał miliony razy wskazać maszynie, co jest poprawne, co błędne, co przedstawia obraz, jakie znaczenie ma dane słowo albo która odpowiedź jest lepsza od innej. Filipińczycy, dzięki ogromnemu doświadczeniu sektora BPO, stali się częścią tego zaplecza.

Dziś widać przewrotny skutek tego procesu. Praca, która przez lata była źródłem dochodów dla milionów Filipińczyków, pomogła rozwinąć technologię automatyzującą część tych zadań. Nie chodzi oczywiście o to, że Filipińczycy stworzyli sztuczną inteligencję. Chodzi o coś bardziej ironicznego: pomagali ją doskonalić, a teraz ta sama technologia zaczyna ograniczać zapotrzebowanie na pracę, którą wykonywali.

Można powiedzieć, że Filipiny pomogły Amerykanom zbudować maszynę, która zaczyna podcinać gałąź, na której same siedzą.

I właśnie dlatego AI jest dla Filipin czymś więcej niż kolejną technologiczną zmianą. Uderza dokładnie w model, który przez dwie dekady miał być ich przewagą konkurencyjną.

Czy jest plan B?

To pytanie zadałem sobie, siadając do tego tekstu. Odpowiedź okazała się bardziej skomplikowana, niż się spodziewałem. Formalnie plan istnieje. Rząd Marcosa ma cały zestaw dokumentów strategicznych: AmBisyon Natin 2040, Pagtanaw 2050 i Philippine Development Plan 2023–2028. W czerwcu 2026 roku zatwierdził także nowy Strategic Investment Priority Plan, który ma skierować gospodarkę w stronę produkcji elektroniki, lotnictwa, przetwórstwa żywności oraz bardziej zaawansowanych technologii, w tym sztucznej inteligencji i centrów danych.

Jest też Europa. 22 września Unia Europejska i Filipiny osiągnęły zasadnicze porozumienie w sprawie umowy o wolnym handlu. To jeszcze nie jest podpisana i ratyfikowana umowa, ale ważny krok w tym kierunku. Porozumienie ma otworzyć filipińskim firmom większy dostęp do europejskiego rynku, a europejskim inwestorom do Filipin. Ma też ułatwić handel cyfrowy, inwestycje i budowę bardziej odpornych łańcuchów dostaw.

To może być dla Filipin ważna szansa. Problem w tym, że sama umowa handlowa nie zbuduje portów, elektrowni, dróg ani fabryk. Nie rozwiąże też problemu kosztów energii ani nie zatrzyma automatyzacji BPO. Może natomiast stworzyć rynek i warunki.

Zmieniły się warunki

I właśnie tutaj pojawia się największy problem. Ekonomiści zwracają uwagę, że warunki, które umożliwiły państwom Azji Wschodniej szybki rozwój dzięki eksportowi, uprzemysłowieniu i taniej sile roboczej, w dużej mierze zniknęły. Globalna produkcja rośnie wolniej, automatyzacja zmniejsza znaczenie przewagi taniej pracy, a geopolityczna fragmentacja przebudowuje łańcuchy dostaw. Kraje, które wchodzą do tego wyścigu później, konkurują z tymi, które zdążyły już zbudować przemysł, infrastrukturę i zaplecze technologiczne.

Filipiny właśnie przegapiły jedną z takich fal. Kiedy globalne firmy zaczęły realizować strategię „China+1”, czyli przenosić część produkcji poza Chiny, zmianę znacznie lepiej wykorzystały Wietnam i Tajlandia. Filipiny nie zdołały przyciągnąć porównywalnej części nowych inwestycji.

Pociąg „China+1”, który mógł stać się nowym silnikiem wzrostu w miejsce słabnącego BPO, odjechał. Filipin na pokładzie nie było.

Demografia, która nie wybacza błędów

Filipiny wciąż mają bardzo młodą populację: mediana wieku wynosiła w 2024 roku 27,7 roku, a osoby w wieku produkcyjnym stanowiły 66,7 proc. mieszkańców. Populacja kraju rośnie obecnie netto o około milion osób rocznie.

To ogromny potencjał, ale również presja, której nie da się odłożyć na później. Każdego roku na rynek pracy wchodzi kolejna fala młodych ludzi, którzy potrzebują zatrudnienia, mieszkań i perspektyw na awans. Jeśli gospodarka nie stworzy dla nich wystarczającej liczby miejsc pracy, młoda populacja zamiast być przewagą stanie się źródłem rosnącego napięcia społecznego i ekonomicznego.

Właśnie dlatego problem Filipin jest poważniejszy, niż wynikałoby z samego tempa wzrostu gospodarczego. Kraj nie może przez kilka lat funkcjonować w spowolnieniu i poczekać na pojawienie się nowego modelu. Każdy rok bez nowego silnika wzrostu oznacza kolejne setki tysięcy młodych ludzi wchodzących na rynek pracy, które mają problemy z perspektywami. BPO przez lata wchłaniało znaczną część tego pokolenia. Jeśli branża przestanie tworzyć miejsca pracy w dotychczasowym tempie, ktoś będzie musiał je zastąpić.

Dotychczasową odpowiedzią na ten problem był eksport pracowników. OFW, czyli Overseas Filipino Workers, to nie margines gospodarki, lecz jeden z jej filarów. Państwo stworzyło rozbudowany system wspierający zatrudnianie Filipińczyków za granicą, a przekazy pieniężne od pracujących poza krajem stały się stałym elementem gospodarki.

To rozwiązanie pozwala rozładowywać presję na krajowym rynku pracy, ale ma też swoją cenę. Filipiny eksportują ludzi właśnie dlatego, że krajowa gospodarka nie jest w stanie zaoferować wszystkim wystarczającej liczby atrakcyjnych miejsc pracy. Pieniądze przysyłane przez OFW podtrzymują konsumpcję i poprawiają sytuację milionów rodzin, ale nie zastępują fabryk, centrów technologicznych ani miejsc pracy, które powinny powstawać w kraju.

Morze Południowochińskie: nie przepychanki, tylko realny front

Jest jeszcze jeden element tej układanki. Napięcia wokół spornych raf i wysepek na Morzu Południowochińskim to nie cykliczne przepychanki dyplomatyczne. To realny, eskalujący konflikt prowadzony świadomie poniżej progu otwartej wojny.

W sierpniu 2025 roku doszło do incydentu, który w innych okolicznościach mógłby mieć znacznie poważniejsze konsekwencje. Chiński okręt straży przybrzeżnej, ścigając filipińską jednostkę w pobliżu Scarborough Shoal, zderzył się z chińskim niszczycielem. Od tego czasu napięcia wokół tej rafy jeszcze wzrosły. Chiny zwiększyły obecność straży przybrzeżnej i uzbrojonej milicji rybackiej, ustawiając boje i tworząc quasi-stałe struktury, a filipińskie jednostki są coraz częściej wypychane z obszarów, na których wcześniej mogły swobodnie operować.

Militaryzacja regionu nie jest już kwestią przyszłości. Chiny zbudowały na kilku spornych wyspach instalacje wojskowe wyposażone między innymi w rakiety i sprzęt walki elektronicznej. International Crisis Group ocenia, że mimo defensywnej strategii Manili to Pekin ma dziś wyraźną przewagę. Filipińska próba wynegocjowania regionalnego Kodeksu Postępowania na Morzu Południowochińskim, który miał być jednym z priorytetów filipińskiego przewodnictwa w ASEAN w 2026 roku, nie przyniosła dotąd przełomu.

Inwestor nie lubi granicy pod ostrzałem

Dla gospodarki problem nie kończy się na statkach straży przybrzeżnej i sporach o rafy. Filipiny próbują jednocześnie przyciągnąć firmy szukające alternatywy dla Chin. Chcą produkcji elektroniki, centrów danych, nowych zakładów przemysłowych i inwestycji w logistykę. Każdy potencjalny inwestor musi jednak uwzględnić, że kraj znajduje się na pierwszej linii jednego z najważniejszych sporów strategicznych w Azji.

To szczególnie istotne dlatego, że Chiny są jednocześnie największym regionalnym partnerem gospodarczym Filipin i państwem, z którym Manila prowadzi spór o terytoria i prawa do eksploatacji zasobów. Trudno więc oddzielić gospodarkę od geopolityki. Firma, która wybiera Filipiny jako bazę produkcyjną dla Azji, nie analizuje wyłącznie kosztów pracy, cen energii czy jakości portów. Musi również brać pod uwagę ryzyko zakłócenia transportu morskiego, pogorszenia relacji z Chinami i ewentualnej eskalacji konfliktu.

Filipiny mają oczywiście traktat obronny ze Stanami Zjednoczonymi, a obecność Amerykanów jest jednym z najważniejszych elementów ich strategii bezpieczeństwa. Nie oznacza to jednak, że każdy incydent na morzu automatycznie prowadzi do militarnej konfrontacji. Właśnie ta niejednoznaczność jest częścią problemu. Pekin może zwiększać presję stopniowo, pozostając poniżej progu otwartego konfliktu, a Manila musi za każdym razem zdecydować, jak odpowiedzieć, nie doprowadzając do eskalacji.

I właśnie dlatego Morze Południowochińskie jest czymś więcej niż problemem bezpieczeństwa. Jest również problemem gospodarczym. Filipiny potrzebują dziś kapitału, technologii i nowych inwestycji bardziej niż kiedykolwiek. Każde zwiększenie ryzyka geopolitycznego oznacza jednak, że część inwestorów może wybrać kraj położony dalej od potencjalnego konfliktu.

Filipiny bez odpowiedzi

Kraj ma strategiczne plany, ale wciąż nie ma odpowiedzi na najważniejsze pytanie: kto zatrudni kolejne pokolenie, jeśli BPO przestanie rosnąć, a kolejna fala inwestycji przemysłowych ominie Filipiny?

Problem nie polega na tym, że Filipiny nie wiedzą, co chciałyby zbudować. Wiedzą. Chcą produkcji, nowych technologii, centrów danych, elektroniki i większego udziału w globalnych łańcuchach dostaw. Mają też właśnie otwierającą się szansę na bliższe związki gospodarcze z Unią Europejską. Problem polega na czasie. Młodzi Filipińczycy wchodzą na rynek pracy już dziś, podczas gdy nową gospodarkę trzeba dopiero zbudować.

Podróżując wiele tygodni po Filipinach, słyszałem opowieść o kraju, który miał plan. Prawie dwa lata później wracam do tych samych notatek i widzę kraj, który wie już bardzo dobrze, co zaczyna się kończyć. Najtrudniejsze pytanie brzmi teraz: co powstanie w jego miejsce?

Główne wnioski

  1. Sektor outsourcingu procesów biznesowych, stanowiący źródło utrzymania dla niemal 2 mln ludzi i 8 proc. PKB Filipin, traci na znaczeniu przez rozwój sztucznej inteligencji. Przy przyroście populacji o milion osób rocznie i braku nowych miejsc pracy tworzy to ryzyko poważnego kryzysu społeczno-gospodarczego.
  2. Zależność od importu energii (98 proc.), afery korupcyjne zamrażające kluczowe inwestycje w infrastrukturę oraz napięcia geopolityczne na Morzu Południowochińskim sprawiły, że Filipiny przegrywają w rywalizacji o kapitał i przemysł przenoszony z Chin z sąsiadami z ASEAN (Wietnamem, Malezją i Tajlandią).
  3. Mimo kryzysu Filipiny poszukują nowych impulsów rozwojowych (m.in. poprzez umowę o wolnym handlu z UE i dywersyfikację technologiczną), co stwarza przestrzeń dla polskiego biznesu w obszarze IT, sektora zbrojeniowego (np. dostawy śmigłowców Black Hawk) oraz dyplomacji związanej z ASEAN i G20.