Kategoria artykułu: Biznes

Hossa na GPW, a spółki chcą opuszczać giełdę. Czy nadchodzi fala wezwań?

Indeksy na GPW biją w tym roku rekordy. Od początku roku WIG20 urósł ok. 32 proc., natomiast mWIG40 ok. 31 proc. Pomimo korzystnej koniunktury na giełdzie, w bieżącym roku pojawiły się liczne wezwania na akcje. Co to oznacza i jakich trendów możemy się spodziewać w kolejnych miesiącach? Pytamy ekspertów.

Wejście do budynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie
Na zdjęciu wejście do budynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Fot. Mateusz Wlodarczyk/NurPhoto via Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Czy rosnące indeksy stoją w kontrze do wezwań na akcje.
  2. Dlaczego indeks małych spółek radzi sobie gorzej.
  3. Które spółki mogą rozważać IPO, a które mogą chcieć delistingu.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Gdy spółka giełdowa wpadnie w oko inwestorowi, który chciałby przejąć nad nią kontrolę, musi skupić większość akcji. Kupowania ich na sesjach trwałoby wieki i być może nigdy nie zakończyłoby się sukcesem. Dlatego w takich sytuacjach inwestor ogłasza wezwania, mówiąc posiadaczom akcji: kupię od was wszystkie za określoną cenę. Inwestorzy mogą przyjąć ofertę, czyli odpowiedzieć na wezwanie lub nie.

W tym pierwszym przypadku najczęściej konsekwencją jest to, że spółka schodzi z giełdy, stając się firmą prywatną. I do takich sytuacji na warszawskiej giełdzie dochodzi ostatnio coraz częściej.

Żabka wyczuła moment

W sierpniu 2026 roku Alimentation Couche-Tard, właściciel Circle K Polska, ogłosił wezwanie na akcje Żabki. Spółka zaledwie dwa lata wcześniej przeprowadziła spektakularne IPO. Podczas debiutu w 2024 roku maksymalna cena za akcję Żabki wynosiła 21,5 zł. Teraz kanadyjski koncern zaproponował 32 zł za walor.  

Zanim pojawił się Circle K, Żabką interesował się japoński koncern stojący za siecią 7-Eleven, jednak do porozumienia nie doszło.

Oprócz Żabki, wezwania na akcje pojawiły się w ostatnich miesiącach w odniesieniu do spółki telekomunikacyjnej Telestrada notowanej na NewConnect, polskiego dewelopera Echo Investment, grupy medialnej Wirtualna Polska, Erste Bank Polska i kilku innych spółek.

I choć nie wszystkie wezwania muszą wiązać się ze ściągnięciem spółki z giełdy (przykładami są Wirtualna Polska i deklaracja Erste), to – zdaniem niektórych ekspertów – ściągania spółek z giełdy może być w najbliższym czasie więcej. I to z kilku powodów.

Naturalny cykl rozwoju

– Każda spółka ma swój cykl rozwoju. Naturalnym krokiem dla dobrej, zdrowej, dużej spółki jest wejście na giełdę, pozyskanie kapitału, czy też zapewnienie możliwości wyjścia z inwestycji akcjonariuszom – mówi Ryszard Czerwiński, partner zarządzający w Trigon.

Jego zdaniem Żabka jest idealnym przykładem wykorzystania maksymalnego potencjału spółki w odpowiednim momencie.

– Gdyby nie IPO Żabki i jej pojawienie się na globalnym radarze, nie doszłoby też do obecnego procesu, który pozwala inwestorom giełdowym zarobić tak dobrze. W związku z tym został zamknięty pewien naturalny cykl – mówi Ryszard Czerwiński.

Inny przykład? W 2018 roku głośnym procesem był delisting chemicznej spółki Synthos Michała Sołowowa. Niewykluczone natomiast, jak poinformował niedawno sam Michał Sołowow, że w 2028 roku na giełdzie pojawi się powiązany kapitałowo Synthos Green Energy. To biznes, który rozwija projekt małych reaktorów modułowych (SMR).

Zdaniem eksperta

Rosnące indeksy i liczne wezwania tylko pozornie się wykluczają

Tegoroczne wzrosty są nierówne i korzystają na nich głównie duże i średnie spółki. Wiele mniejszych firm ma niską płynność i wyceny nieodzwierciedlające potencjał. Właśnie tam przejmujący mogą znaleźć najciekawsze okazje inwestycyjne.

Mimo wzrostów polska giełda pozostaje atrakcyjna cenowo. Prognozowany wskaźnik cena do zysku wynosi ok. 11,3x wobec 14,2x dla Europy Zachodniej i 19,4x w USA. Dla inwestorów zagranicznych to atrakcyjny punkt wejścia, nawet z premią za kontrolę.
Motywacje są różne: inwestor strategiczny szuka synergii, akcjonariusz większościowy prostszej struktury właścicielskiej, a fundusz private equity możliwości przeprowadzenia transformacji spółki poza giełdą, bez związanych z notowaniem obowiązków informacyjnych i presji na wyniki krótkoterminowe. Z praktyki wiemy, że o powodzeniu wezwania decyduje nie tylko atrakcyjna cena, ale także odpowiednie przygotowanie transakcji, w szczególności porozumienie z kluczowymi akcjonariuszami i zabezpieczenie finansowania.

Enterprise Investors zna obie strony rynku. Przeprowadziliśmy łącznie 35 IPO, z czego 34 w kraju – po Skarbie Państwa wprowadziliśmy na GPW najwięcej spółek, m.in. Dino i KRUK, a ostatnio wycofaliśmy z warszawskiego parkietu PragmaGO i Sescom. W obu przypadkach planowaliśmy dalszy dynamiczny rozwój spółek z wykorzystaniem prywatnego kapitału. W PragmaGO niezbędne było znaczące dokapitalizowanie, a w Sescom priorytetem była ekspansja zagraniczna. Kluczowe było również porozumienie z głównymi akcjonariuszami. Traktujemy IPO i delisting jako narzędzia, po które sięgamy w zależności od etapu rozwoju spółki i sytuacji na rynku.

Nie ma idealnego momentu na wezwanie. Decydują wycena konkretnej spółki, jej perspektywy, dostępność finansowania i oczekiwania akcjonariuszy. W praktyce trudniej o nie po silnych wzrostach, bo ustawowa cena minimalna liczona jest m.in. ze średniego kursu z ostatnich sześciu miesięcy, a akcjonariusze mniejszościowi porównują ofertę z bieżącym notowaniem i oczekują wyraźnej premii. Spodziewamy się dalszej aktywności, szczególnie w mniej płynnych spółkach, ale liczymy też na ożywienie rynku IPO, które jest równie istotne dla długoterminowej atrakcyjności inwestycyjnej naszego kraju.

Kto na GPW wchodzi, a kto wychodzi?

Eksperci zauważają, że obecnie rzadko widzimy małe spółki, które wchodzą na giełdę.

– Trudniej jest dziś zrealizować IPO na kwotę 50 mln zł czy nawet 100 mln zł. Raczej mówimy o wyższych kwotach. Spółki, które mają niewielką kapitalizację, w naturalny sposób będą się z warszawskiej giełdy wykluczać. Po prostu szansa przyciągnięcia dużych inwestorów instytucjonalnych jest relatywnie mała – komentuje Ryszard Czerwiński z Trigon.

Jego zdaniem możemy spodziewać się w kolejnych miesiącach wezwań ze strony głównych akcjonariuszy.  

Tomasz Stamirowski, partner zarządzający w Avallon MBO, odwołuje się do danych za 2025 rok. Spółki, które opuściły wtedy GPW były w większości niewielkie. Ich średnia wartość wynosiła ok. 300 mln zł.

Kiedy to się opłaca?

– Jeśli rynek nie docenia wartości biznesu, właścicielowi lub funduszowi może bardziej opłacać się odkupienie akcji i budowanie wartości poza giełdą. Zwłaszcza gdy obecność na parkiecie nie zapewnia już dostępu do kapitału na atrakcyjnych warunkach, a pozostają związane z nią koszty, obowiązki informacyjne i nadzór regulatora. W przypadku mniejszych spółek iluzoryczna bywa również płynność akcji, szczególnie z perspektywy akcjonariuszy posiadających pakiety przekraczające 10 proc. – mówi Tomasz Stamirowski.

Ryszard Czerwiński ocenia, że możemy spodziewać się ożywienia IPO wśród dużych firm, które mają szansę na osiągnięcie wielomiliardowej wyceny, natomiast w gronie schodzących spółek będzie więcej małych.

Elastyczne podejście na giełdzie

Eksperci uważają też, że hossa na warszawskiej giełdzie jest szeroka, ale nierównomierna. Tomasz Stamirowski zwraca uwagę, że w 2025 roku spółki z sektorów górniczego, paliwowego, energetycznego i bankowego rosły o 55-130 proc., podczas gdy chemia, motoryzacja i branża spożywcza wyraźnie odstawały.

Jego zdaniem przy wyborze strategii działania, ważna jest zatem elastyczność.

– W Clovinie realizujemy w latach 2023–2026 duży program inwestycyjny związany z rozbudową mocy produkcyjnych. Na giełdzie taki program przez kilka lat obciążałby wyniki finansowe i mógłby negatywnie wpływać na kurs akcji, a podejmowane decyzje byłyby oceniane z perspektywy kolejnych kwartałów. Poza giełdą możemy działać szybciej i myśleć w horyzoncie 5-7 lat – mówi Tomasz Stamirowski.

Zdaniem eksperta

Deficyt świeżego kapitału ma znaczenie

Trwająca od kilku lat fala wezwań i wycofywania spółek z GPW, mimo hossy i wzrostu gospodarczego, ma swoje uzasadnienie z perspektywy transakcyjnej i rynku M&A. Jednym z kluczowych czynników jest deficyt świeżego kapitału. Od czasu ograniczenia roli OFE na polskim rynku nie pojawił się żaden istotny mechanizm, który skutecznie zasilałby giełdę nowym kapitałem długoterminowym. Pewną nadzieję dają nowe rozwiązania systemowe, takie jak OKI. W efekcie spółki notowane na GPW mają ograniczone możliwości pozyskiwania finansowania, choć to właśnie w okresie dobrej koniunktury gospodarczej potrzeby kapitałowe przedsiębiorstw związane z rozwojem są największe.

Z perspektywy akcjonariuszy pozyskanie kapitału na rynku prywatnym — od funduszy private equity czy inwestorów branżowych — bywa znacznie łatwiejsze niż przeprowadzenie emisji na giełdzie. Tego rodzaju transakcje często prowadzą jednak do wezwań na akcje, a w konsekwencji do wycofania spółek z obrotu. Nie dziwi więc, że od lat liczba spółek na głównym rynku GPW systematycznie maleje — z 487 w 2016 roku do ok. 400 obecnie.

Teoretycznie hossa powinna sprzyjać debiutom giełdowym. Wysokie wyceny rynkowe pozwalają bowiem emitentom pozyskiwać kapitał na atrakcyjnych warunkach. W praktyce barierą pozostaje jednak ograniczona pula środków dostępnych na rynku kapitałowym. Brakuje również impulsów, które mobilizowałyby szerokie grupy inwestorów indywidualnych do angażowania oszczędności w akcje. Nie obserwujemy już podobnych zrywów społecznych jak w okresie prywatyzacji spółek państwowych i programu „Akcjonariat Obywatelski”.

Szczególnie niepokojąca jest w tym kontekście liczba odwołanych ofert publicznych w ostatnich latach.

Przykłady takich spółek jak Smyk, Dr Irena Eris, Studenac czy — ostatnio — Botanika Farm pokazują, jak trudno pozyskać kapitał z giełdy na warunkach cenowych akceptowalnych dla emitentów i dotychczasowych akcjonariuszy. Nawet w okresie dobrej koniunktury sama gotowość spółki do debiutu nie wystarcza, jeśli po stronie inwestorów brakuje kapitału skłonnego sfinansować ofertę przy oczekiwanej wycenie.

Kierunek rozwoju warszawskiej giełdy w dużej mierze wyznaczają dostępność kapitału i globalna percepcja ryzyka. W tym drugim obszarze kluczową rolę odgrywa geopolityka, która — mówiąc wprost — nie sprzyja polskiemu rynkowi. Trzeba przy tym pamiętać, że warszawski parkiet nigdy nie korzystał na dużą skalę z napływu kapitału zagranicznego, mimo rosnącej pozycji polskiej gospodarki i jej awansów w międzynarodowych rankingach.

Dlatego potrzebujemy zarówno nowych, silnych mechanizmów mobilizujących długoterminowy kapitał i kierujących go na GPW, jak i poprawy otoczenia geopolitycznego. Równie ważne pozostaje wspieranie polskich przedsiębiorców oraz dalsze wzmacnianie krajowej gospodarki. W długim terminie to właśnie rozwój przedsiębiorstw i stabilne źródła finansowania mogą przełożyć się na większą atrakcyjność polskiego rynku kapitałowego — z korzyścią dla inwestorów, emitentów i samej GPW.

Racjonalna decyzja właścicieli

Zdaniem ekspertów delisting to przede wszystkim racjonalna decyzja właścicieli. Zestawiają oni koszty obecności na giełdzie z płynącymi z niej korzyściami. Warunki pozyskiwania kapitału na rynku publicznym coraz częściej przegrywają z możliwościami oferowanymi przez rynki prywatne, choć delisting też nie jest łatwy.

– Można postawić tezę, że gdyby nie wysokie bariery formalne i biznesowe związane z przeprowadzeniem delistingu, liczba głównych akcjonariuszy zainteresowanych wycofaniem swoich spółek z giełdy byłaby znacznie większa. Jedną z istotnych przeszkód pozostają oczekiwania części akcjonariuszy dotyczące ceny wykupu, niekiedy przewyższające realną wartość spółki – mówi Tomasz Stamirowski.

Główne wnioski

  1. Decyzja o delistingu może okazać się odpowiednim rozwiązaniem dla niektórych spółek giełdowych. Pomimo hossy, część z notowanych spółek może mieć problem z pozyskaniem odpowiedniego kapitału, przyciągnięciem inwestorów – szczególnie międzynarodowych – i utrzymaniem na giełdzie.
  2. Przy podjęciu decyzji ważne jest odpowiednie wyważenie czynników zewnętrznych. Hossa bowiem nie traktuje wszystkich sprawiedliwie. Nie każda branża może cieszyć się popularnością wśród inwestorów. Z trudnościami z utrzymaniem na giełdzie mogą mieć problem zwłaszcza małe spółki.
  3. Delisting nie jest procesem łatwym, ale może się opłacać. W ostatnich miesiącach decyzję o wyjściu z giełdy podjęło kilka spółek, a eksperci przekonują, że w najbliższych miesiącach wezwań na akcje może być więcej.