Prof. Góralczyk: Nowa Jałta na horyzoncie? Trump „usmażony" w Pekinie, a Chiny czekają na wizytę Putina
Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald Trump po dziewięciu latach udał się do Chin z oficjalną wizytą państwową. Tym razem wyłamywała się ona ze sztywnych reguł protokołu dyplomatycznego.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jakie znaczenie miała ta wizyta dla Chin i co było najważniejszym tematem rozmów.
- Jakie są obecnie priorytety Chin i co udało się w tych kwestiach ugrać podczas rozmów z Trumpem.
- Dlaczego możemy już mówić o nowej epoce geopolitycznej i jakie będą skutki tej zmiany.
Wbrew protokolarnym wymogom, głowie państwa nie towarzyszyła małżonka, a program daleko odbiegał od przyjętych zasad. W sesji plenarnej w Wielkiej Hali Ludowej siedziało naprzeciw siebie po kilkunastu panów, nie było żadnej kobiety. Wizyta naszpikowana była rozmowami twarzą w twarz dwóch przywódców, o co zadbała strona chińska.
Nikt nie ma wątpliwości, że Xi Jinping pełni już rolę jedynowładcy i cesarza z nadania Komunistycznej Partii Chin (KPCh), a Donald Trump ma wyraźne skłonności do charyzmatycznych i jednoosobowych rządów. Sednem wizyty były więc wielogodzinne rozmowy tête-à-tête przywódców, a delegacje, dziennikarze i opinia publiczna miały dostęp tylko do obrazków – ceremonii powitania, wizyty w Świątyni Niebios, przechadzki w zamkniętej dzielnicy rządowej Zhongnanhai. Pozostało spekulowanie, o czym rozmawiali i jakich argumentów używali przywódcy za zamkniętymi drzwiami.
Dopiero pewne enuncjacje ze strony amerykańskiej, krótkie wypowiedzi Trumpa na pokładzie Air Force One oraz jego pierwsze tweety uchylają rąbka tajemnicy. Kontekst tworzy komunikat strony chińskiej, który opublikowany został w dzień wyjazdu Amerykanów. Informuje, że niespełna tydzień później, 20 maja będzie w Pekinie prezydent Rosji Władimir Putin. Czyżby zanosiło się na jakąś globalną nową Jałtę, jak spekulują niektórzy?
Chiny rozmawiają z USA. Tajwan na talerzu
Na razie jedno jest pewne: strona chińska wyraźnie wskazała swój priorytet, jakim było – wyraziste jak nigdy – położenie na stół kwestii Tajwanu, czyli pokojowego – najlepiej – zjednoczenia dwóch organizmów z Chinami w nazwie po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej.
W wymiarze bieżącym obaj przywódcy musieli więc rozmawiać o dodatkowych dostawach amerykańskiego sprzętu wojskowego dla wyspy o wartości 11 mld dolarów, o czym jest głośno o wielu miesięcy, a zapewne także o innej liczbie – 20 mld dolarów, jakie prezydent Tajwanu Lai Ching-te chciałby przeznaczyć na dodatkowe zbrojenia. Chce stworzyć kopułę ochrony przeciwlotniczej wyspy na wzór izraelskiej. Czy Trump zgodzi się na te dostawy? W jednym ze swoich wpisów przyznał, że się nad tym zastanawia.
Chiny wyznaczyły czerwoną linię
W czasie rozmów plenarnych, a nawet w zapisach z tych rozmów ujawnionych po wizycie, nic na ten temat nie ma. Tajwan był jednak tematem przewodnim, czego dowodem są dwie wypowiedzi Trumpa. Najpierw – jeszcze na pokładzie samolotu – ostrzegł władze w Tajpej, by nie deklarowały niepodległości, a potem dla jednej ze stacji telewizyjnych, ulubionego kanału Fox, gdzie – nieco mętnie co do treści, ale jasno w przesłaniu – dowodził, że Tajwan to bardzo mała wyspa, oddalona od Chin kontynentalnych zaledwie 59 mil, podczas gdy USA są 9500 mil. „To trochę trudny problem” – kontynuował, dając tym samym do zrozumienia, że niełatwo będzie bronić interesów Tajwanu, gdy Chiny są wielkie i znaczące, czytaj: można z nimi robić (wielkie) interesy.
Tym samym amerykański prezydent dał powód do dodatkowych spekulacji. Wynikają one nie z gestów, zachowań czy oprawy protokolarnej wizyty, ale ze słów i treści prowadzonych niejawnie, w cztery oczy rozmów. Xi Jinping pokazał, że nie ma dla niego kwestii ważniejszej, niż Tajwan i dał jasno do zrozumienia, że zarówno tamtejsze tendencje niepodległościowe, jak i wspieranie ich przez Amerykanów, to dla niego i tym samym dla Chin nieprzekraczalna czerwona linia.
Konstruktywna strategiczna stabilność
Co więcej, po raz kolejny nawiązał do głośnej koncepcji Grahama Allisona z Uniwersytetu Harvarda, mówiącej o „pułapce Tukidydesa”, czyli niebezpieczeństwie wybuchu prawdziwej, kinetycznej wojny między tracącym siły dotychczasowym hegemonem, a szybko nabierającym rozmachu pretendentem. Chiński przywódca stwierdził, że nie jest ona nieunikniona, ale zarazem mocno podkreślił, że jedynym powodem może być właśnie Tajwan.
W tym kontekście pojawił się podczas tej wizyty nowy termin: „konstruktywna strategiczna stabilność”. Ma ona od tej pory stanowić podstawę dwustronnych relacji między mocarzami. Dziennikarze i analitycy natychmiast zajęli się interpretacją i egzegezą tego nowego sformułowania. Wygląda na to, że postawiono na współpracę, a nie konflikt. Chodzi o unikanie eskalacji oraz stabilną, długoterminową współpracę i dialog, także w rozwiązywaniu narastających wyzwań globalnych.
Przy czym eksperci wywodzący się z Chin, bo to strona chińska w większej mierze dyktowała warunki tej wizyty, powołując się na słowa Xi Jinpinga, oceniają, że może to być „największy szczyt w historii”, o ile faktycznie dojdzie do implementacji jego „pokojowych” założeń. A przy okazji przypominają, że Xi Jinping nazwał stosunki chińsko-amerykańskie najważniejszymi na świecie i dodał: „Musimy sprawić, by działały i nigdy ich nie zepsuć”.
Trump zainteresowany chińskim drzewem
Dlaczego Chińczycy są zadowoleni? Najwyraźniej ugrali swoje. Po raz pierwszy mogli się poczuć jak równy z równym, a przy tym zaczęli Trumpowi i Amerykanom udzielać lekcji. Czego najlepszym dowodem jest – nagrana i udostępniona szerokiej publiczności, co nie było przypadkiem – przechadzka obu liderów po zamkniętej dzielnicy rządowej Zhongnanhai. W trakcie spaceru Xi Jinping zauważył: „To drzewo widziało już wzloty i upadki imperiów”. Na co Trump odpowiedział: „OK., ale czy widziało już mnie?”. Wcześniej spytał gospodarza: „Czy Obama już też tu był?” Xi: „Inni przywódcy przychodzą tu bardzo rzadko. Ale Putin tu był”. Trump stwierdził: „Bardzo dobrze”.
Ze strony chińskiej sens i przesłanie tej sceny było oczywiste: nasz naród ma długą historię, wiele przeszedł, zawsze wykazuje się witalnością. Mimo burz przetrwał, nadal trzymając się prosto i mocno, jak te stare drzewa. Nawet nie próbuj myśleć o ruszeniu nas z posad czy wyrwaniu z korzeniami. Rozbuchane ego Trumpa nie pozwoliło mu przyswoić tych subtelnych treści.
Wiek niepewności
Chińczycy swoje ugrali, Amerykanie zdecydowanie mniej. Nie usłyszeliśmy o żadnym przełomie ani w nabrzmiałej kwestii dodatkowych taryf i ceł, ani ziem rzadkich.
Amerykańskiej delegacji towarzyszył wielki biznes, od Elona Muska, przez szefa Apple’a, Tima Cooka, po Yensena Huanga z Nvidii, który dosiadł się dopiero podczas międzylądowania na Alasce. On jeden coś ugrał, bo wyrwał się z protokolarnych obowiązków, poszedł na pekińską ulicę i jadł tam lokalne makarony. Przy okazji zaznaczył swoje chińskie korzenie, budząc tym samym spore zainteresowanie mediów. Co ugrali inni biznesmeni z łącznie aż 18 firm? Być może dowiemy się o tym dopiero po pewnym czasie.
Specyficzna, ukryta za bambusową kurtyną i otoczona nimbem tajemniczości wizyta prezydenta Trumpa nie przyniosła, patrząc w krótkiej perspektywie, żadnych przełomów i sukcesów. Trudno bowiem za takie uznać chęć zakupu 200 Boeingów przez Chińczyków, podczas gdy w ofercie było ich 500. Nie wiadomo też, kiedy i jak zostanie powołana do życia wspólna Izba Handlowa. Mają się tym zająć obecni podczas rozmów główni negocjatorzy: sekretarz skarbu Scott Bessent i wicepremier He Lifeng.
Chiny witają świat w nowej epoce
Mimo pewnej zbieżności interesów, czyli chęci odblokowania Cieśniny Ormuz, ostatecznie – przynajmniej jawnie – nic nie ustalono w kwestii wojny z Iranem, choć w delegacji był zarówno Marco Rubio – znajduje się na chińskiej liście sankcyjnej, więc zmieniono znaki w jego nazwisku po to, by mógł tam być – jak i Pete Hegseth. Nie było sygnałów, by mówiono o Ukrainie, przynajmniej oficjalnie. Zobaczymy, co pod tym względem dadzą rozmowy z Putinem.
Tym samym, w sensie geopolitycznym, zgodnie z chińskimi intencjami, całość wizyty przykryła kwestia Tajwanu. Tym samym jeszcze bardziej wzmocniono niepewność na arenie międzynarodowej.
Po tej specyficznej wizycie w Pekinie wiemy już jedno: Chiny stały się jednym z głównych graczy na arenie globalnej i raczej trudno sobie przyszły pokój i ład bez ich udziału. Wchodzimy w nową erę, w ramach której Amerykanie nie są już jedynym mocarstwem rozdającym karty, bo wiele z tych kart, jak się okazuje, wyprodukowano w Chinach. A chiński przywódca już od lat powtarza, iż „wkroczyliśmy w epokę zmian niewidzianych od stu lat”. Podczas ostatniej wizyty w Moskwie, w 2023 r. dodał jeszcze: „To my jesteśmy siłami sprawczymi tych zmian”. Na co Putin przystał ochoczo, że się z tym zgadza. Zobaczymy, co powiedzą po zbliżających się rozmowach.
Główne wnioski
- Po tej wizycie głosy o tym, że Donald Trump „zamienił demokrację w żeton przetargowy”, będą się powtarzały. Amerykański prezydent wszedł bowiem na pole twardej gry interesów, a w tej od wieków to Chińczycy, ale też Rosjanie, są prawdziwymi mistrzami.
- Prezydent Trump został przyjęty po cesarsku, ale dyplomatycznie został wręcz usmażony. To strona chińska podyktowała agendę, pokazując się tym samym w nowej roli – globalnego supermocarstwa.
- Kolejnym sprawdzianem będzie wizyta Władimira Putina, a następnie wizyta Xi Jinpinga w USA, zapowiedziana przez Trumpa podczas toastu w Pekinie.


