Kategorie artykułu: Polityka Świat

Prof. Góralczyk: Orbán nie ma już kasy, Magyar obiecuje miliardy z UE. W kampanii Zełenski przejął rolę Sorosa

Węgry potrzebują miliardów zamrożonych w UE, bo gospodarka po 16 latach rządów Viktora Orbána jest w opłakanym stanie, na skraju recesji. Władimir Putin i Donald Trump popierają tego samego kandydata.

Węgry postawią na Europę czy Rosję? Fot. Bloomberg/AdobeStock/PAP

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego rządzący niepodzielnie Viktor Orbán może przegrać niedzielne wybory.
  2. Jaki pomysł na Węgry ma lider opozycji Péter Magyar.
  3. Dlaczego wybory na Węgrzech są tak ważne dla Donalda Trumpa i Władimira Putina.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Węgierski premier Viktor Orbán od lat gra zdecydowanie ponad potencjał swojego kraju. Stał się partnerem najsilniejszych: Donalda Trampa, Xi Jinpinga, Władimira Putina, Benjamina Netanjahu i Recepa Tayyipa Erdogana. Tylko z europejskimi demokratami i liberałami nie szło mu najlepiej. Wszedł z nimi w zwarcie, a nawet montuje konserwatywną frakcję Patriotów na forum Parlamentu Europejskiego. Jej główne hasło i motto jest znamienne: „Zdobyć Brukselę!” Co to znaczy? Należy gruntownie zmienić proces europejskiej integracji, odejść od prób ukształtowania podmiotu ponadnarodowego na rzecz klasycznej współpracy międzyrządowej w ramach Europy ojczyzn, czyli suwerennych państw. Chodzi o zachowanie wspólnego rynku, a nie mieszanie się Brukseli do spraw wewnętrznych i systemu prawnego.

Europa patrzy na Węgry

Wybory parlamentarne, które odbędą się 12 kwietnia na Węgrzech wpisują się w tę batalię o europejską tożsamość i w ten sposób stawiają całe Węgry, nie tylko Orbána, w roli języczka u wagi. Wynik pokaże w jakim kierunku pójdziemy jako kontynent, a przede wszystkim organizm polityczny o nazwie Unia Europejska (UE). Natomiast ostatnie enuncjacje Donalda Trumpa definiującego sojusz NATO jako „papierowego tygrysa” zdają się wskazywać, że sprawa ma jeszcze głębszy wymiar związany z międzynarodowym systemem bezpieczeństwa. Węgry mogą być papierkiem lakmusowym, który pokaże co dalej ze spójnością Zachodu i całej wspólnoty transatlantyckiej, bo Biały Dom sfrustrowany brakiem poparcia dla interwencji w Iranie sygnalizuje nawet zerwanie sojuszniczych więzi.

Rola Węgier jest w tej rozgrywce znacząca dlatego, że premier Orbán był jedynym politykiem tej rangi w UE, który przed ostatnimi wyborami prezydenckimi w USA wszystkie karty postawił na Trumpa i wygrał. Za co teraz obecny gospodarz Białego Domu się mu odwdzięcza, najpierw kierując do Budapesztu sekretarza stanu Marco Rubio, a ostatnio – na kilka dni przed wyborami – także wiceprezydenta J. D. Vance’a. Dla Trumpa i jego obecnej administracji Orbán jest bowiem nie tylko akuszerem ruchu MAGA (Make America Great Again), ale przede wszystkim pionierem nurtu antyliberalnego, bo nieliberalną demokrację buduje w Budapeszcie od lat. Trump robi to samo w Waszyngtonie tworząc programową alternatywę wobec zdominowanych przez liberałów elit, z którymi bezpardonowo walczy. Natomiast w Europie, czego nawet nie ukrywa, najchętniej robiłby to rękoma „prawdziwego męża stanu”, jak mówił w Budapeszcie wiceprezydent Vance, czyli Viktora Orbána i montowanego przez niego sojuszu Patriotów.

Wybory na Węgrzech: służalstwo wobec Kremla

Otwarte wsparcie Ameryki dla obecnego węgierskiego premiera to jedno, ale jest jeszcze drugi, nie mniej ważny czynnik zewnętrzny w tych wyborach, a mianowicie Władimir Putin i Rosja. Viktor Orbán co najmniej od 2014 r. konsekwentnie – i w opozycji do Brukseli – opowiada się za współpracą, a nie ostracyzmem w relacjach Rosją.

Na największego oponenta, a nawet wroga w tej kampanii wykreował sobie Ukrainę i jej prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Przejął on rolę, którą wcześniej odgrywał znienawidzony, pochodzący z Węgier amerykański miliarder George Soros. Na sponsorowanych przez rząd –  i widocznych wszędzie – plakatach zamienili się twarzami, ale hasło pozostało to samo: „Nie będzie Soros (teraz Zełenski) śmiał się ostatni”. A to dlatego, że ten drugi – rzekomo – nie chce pokoju, dąży do wojny, jak mówi rządowa propaganda, podczas gdy władze w Budapeszcie kreują się na gołąbka pokoju. Tyle że takiego, który nic nie mówi o Rosji i Putinie oraz ich warunkach pokojowego porozumienia.

Ta propaganda oraz wsparcie zewnętrzne (udowodniono, że rosyjscy doradcy pojawili się podczas tej kampanii u boku węgierskiego rządu) mogłaby być całkiem skuteczna, bo strach przed wojną pozwolił Orbánowi w cuglach wygrać poprzednie wybory, podobnie jak wcześniej strach przed migrantami i „biurokratyczną Brukselą”.

Węgierskie pogawędki z Putinem

Tyle tylko, że w lutym zapalił się Bliski Wschód, jeszcze bardziej wzrosła niepewność, a wiarygodność Trumpa uległa erozji. Z kolei ujawnione w trakcie kampanii ingerencje rosyjskie (z niedawną prowokacją na granicy z Serbią włącznie), nagrania rozmów szefa dyplomacji Pétera Szijjártó z Siergiejem Lawrowem, a nawet samego Orbána z Putinem i słyszalne w nich wiernopoddaństwo jeszcze bardziej wzmocniły jedno ze sztandarowych haseł opozycji: „Ruscy do domu!”

W takim kontekście wcale nie jest pewne, czy uwidocznione wsparcie z zewnątrz dla obecnych władz będzie dla nich błogosławieństwem.

Orbán nie ma już kasy

Tegoroczna kampania różni się od poprzednich nie tylko ze względu na wagę tych wyborów i skalę zewnętrznych ingerencji. Na węgierskiej scenie w ciągu zaledwie dwóch lat wyłoniła się i ukształtowała wyrazista alternatywa programowa w postaci partii Tisza (Tisztelet és Szabadság – Szacunek i Wolność) charyzmatycznego Pétera Magyara. On nie stawia na Moskwę, o Waszyngtonie dyplomatycznie milczy, a popiera – i to mocno – Brukselę. Węgry są jedynym państwem członkowskim UE, które nie otrzymało środków pomocowych po pandemii Covid-19, a co więcej w ostatnich dwóch latach nie wypłacono im - z powodu łamania norm prawnych - po miliardzie euro z normalnego, siedmioletniego funduszu spójności. Na dodatek zamrożono ostatnio także wypłatę środków z funduszu SAFE, o którym tak głośno zrobiło się w Polsce.

Liczące 9,5 mln mieszkańców Węgry mają teraz w Brukseli zamrożone ok. 20 mld euro. Tamtejsza gospodarka jest w opłakanym stanie, w stagnacji i na pograniczu recesji. I właśnie dlatego Péter Magyar umiejętnie oparł kampanię na kulejących usługach publicznych (oświata, służba zdrowia, komunikacja itd.), skutecznie punktując rząd, który przez lata składał solenne obietnice poprawy, rozwoju, czy wręcz Eldorado.

Zestawienie niespełnionych obietnic z trudną sytuacją gospodarczą kraju to jedno, ale opozycji udało się zagrać jeszcze na innej strunie. Wywodzący się z samego jądra rządzącej partii Fidesz Magyar, który doskonale zna mechanizmy jej działania i ma świadomość monopolu medialnego, ruszył – pieszo, kajakiem, rowerem – na węgierską prowincję, stanowiącą – w przeciwieństwie do liberalnego i kosmopolitycznego Budapesztu – ostoję Fideszu. Teraz w ostatniej fazie objazdu kraju Magyar brał udział na prowincji w nawet w sześciu wiecach dziennie, podczas gdy Orbán przyjmował Vance’a i innych gości, a na wiecach pojawiał się rzadko. Co więcej, publiczność często witała go gwizdami.

Magyar punktuje błędy Fideszu

Te codzienne spotkania z ludźmi, często w małych miejscowościach, które nigdy nie gościły polityka tej rangi, sprawiły, że we wszystkich sondażach – poza tymi na zlecenie rządu – Tisza prowadzi i to nawet dość wyraźnie. Do ludzi dotarło bowiem inne najważniejsze przesłanie Magyara: dość już tych skorumpowanych do cna rządów, uwłaszczonej nomenklatury, oligarchów skupionych wokół Orbána. Zestawienie ich ostentacji i przepychu z siermiężna codziennością zadziałało.

Tyle tyko, że wyniki sondaży to jedno, a rezultaty wyborów na Węgrzech to drugie. Rządzący nieprzerwanie od 16 lat, na dodatek z konstytucyjną większością, Viktor Orbán, polityk niewątpliwie sprawny i efektywny, zadbał o to, by dobrze dbać o swoje interesy. Tak skroił i ukształtował ordynację wyborczą, by pasowała jego partii. W efekcie mamy nie do końca przejrzysty system, w ramach którego do podziału jest 199 mandatów, ale aż 106 w okręgach jednomandatowych (JOW), gdzie zwycięzca bierze wszystko. Tymczasem w tych okręgach, jak pokazuje praktyka, także w tej kampanii, często dochodziło do prostego kupowania głosów (np. wśród mniejszości romskiej o największym poziomie bezrobocia. Na poprzednie wybory Fidesz wydał ok. 2 proc. PKB, a teraz też obiecuje 13 i 14 emeryturę.

Orbán majstruje przy okręgach

Rozdawnictwo i bonusy socjalne to nie wszystko. Orbán, kreując siebie na wodza narodu, nadał czynne i bierne prawa wyborcze diasporze. A ta dotychczas w większości odpowiadała mu wyborczym poparciem. Diaspora jest jednak na tyle duża, że trzeba organizować też głosowanie kopertowe, a ono, jak pokazuje praktyka, potwierdza starą zasadę: nieważne, kto głosy oddaje, lecz ważne, kto je liczy.

Krótko ujmując, węgierska ordynacja jest mocno asymetryczna, promuje wielkich, silnych i bogatych, bo obiecują, a nawet dają. Decydujące są JOW - w ostatnich wyborach w 2022 r. Fideszowi wystarczyło wygranie w 87 z nich, by utrzymać konstytucyjną większość. Orbán o tym doskonale wie, dlatego w tej kampanii wrogiemu mu Budapesztowi ograniczył ich liczbę z 18 do 16 i nadal liczy na prowincję, dzięki której wygrywał poprzednio.

Wiosenna fala przeleje się przez Węgry

Tu jednak wyłania się czynnik kolejny, kto wie czy nie rozstrzygający. Otóż przez lata największą partią polityczną na Węgrzech był „obóz apatii” sięgający 35-40 proc. ogółu elektoratu. Wiele warstw społecznych, głównie młodzież, ale też kobiety (poza emerytkami) nie brało udziału w wyborach argumentując, że i tak wszyscy politycy kradną.

Péter Magyar stawiając na wiece, podróże po prowincji i bardzo wyrazistą, aktywną kampanię w mediach społecznościowych, w których pokazywał korupcję rządzących, poruszył wielu obojętnych dotąd ludzi, rzucając chwytliwe hasła: „koniec, towarzysze” (nawet po rosyjsku), „koniec Viktatora” (to o Orbánie), a przede wszystkim wersami zaczerpniętymi z Sándora Petőfiego: „Teraz albo nigdy”. „Tisza wzbiera” - krzyczał tłum na wiecu Magyara w dniu święta narodowego 15 marca, grając na zbitce słownej, że Tisza to nic innego jak rzeka Cisa, a ta każdej wiosny wzbiera i zmywa dotychczas nagromadzone brudy.

Czy Cisa tej wiosny doświadczy tak wielkiej fali, która przyniesie zmianę? Ostatnie, bardzo wnikliwe badania JOW przeprowadzone przez sondażownie na zlecenie jedynego opozycyjnego dziennika „Népszava” mówią o wyniku 55:51 na rzecz Tiszy. To daje wygraną, ale niewielką, za to z dużym marginesem błędu. Jest jednak niemal pewne, że każdy kolejny głos z dotychczasowej „partii apatii” podnosi szanse opozycji. Tymczasem inne sondaże mówią, że ludzie zdali sobie sprawę, jak wielka jest stawka, więc frekwencja może być rekordowa, powyżej 75 proc., może nawet 80 proc. A czym będzie wyższa, tym większa szansa na zmianę.

Główne wnioski

  1. Ktokolwiek wygra, raczej na pewno nie będzie miał konstytucyjnej większości (jak w minionych 16 latach), za to silną opozycję i słabiutką gospodarkę. Rządzić Węgrami po tych wyborach nie będzie łatwo.
  2. Na Węgrzech kluczowe wybory. Sondaże mówią o wygranej opozycji i odsunięciu Viktora Orbána, ale tamtejsza specyficzna ordynacja wyborcza i determinacja premiera by utrzymać władzę sprawiają, że trzeba być ostrożnym w prognozowaniu.
  3. Stawka wyborów jest ogromna, bo na Węgrzech ukształtowały się dwa wyraziste obozy: proputinowski i antyeuropejski oraz proeuropejski i antyputinowski. Ten wynik będzie sygnałem dla całej Europy.