Kategorie artykułu: Polityka Świat

„Mieliśmy jednego hegemona, teraz mamy dwóch”. Prof. Góralczyk po wizycie Xi w USA.

Donald Trump zrobił wiele, by nadać wizycie Xi Jinpinga wyjątkową rangę. Zdaniem prof. Bogdana Góralczyka najważniejsze jest jednak to, co kryje się za dyplomatyczną oprawą: świat wchodzi w epokę dwóch wielkich mocarstw, które jednocześnie rywalizują i próbują ustabilizować wzajemne relacje.

hiński dyktator Xi Jinping (z lewej) i prezydent USA Donald Trump
Chiński dyktator Xi Jinping (z lewej) i prezydent USA Donald Trump w Joint Base Andrews (Maryland, USA), 23 września 2026 r. Fot. Chip Somodevilla/Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego wizyta Xi Jinpinga w Waszyngtonie mogła oznaczać koniec „jednobiegunowej chwili” amerykańskiej dominacji.
  2. Jaką kartę przetargową wobec USA trzymają Chiny w sprawie metali ziem rzadkich.
  3. Dlaczego Tajwan pozostaje najbardziej zapalną kwestią w relacjach USA-Chiny.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Amerykanie takiego przypadku nie pamiętają, a ostatnim prezydentem, który tak zrobił, był Barack Obama, gdy witał papieża Franciszka we wrześniu 2015 roku. Trump jednak zrobił wyjątek i udał się na lotnisko wraz z małżonką. To nadało ton i oprawę, które były potem podtrzymywane, choć nie wszystko widzieliśmy ze względu na wojnę Trumpa z mediami, co zaowocowało brakiem bezpośredniej transmisji z oficjalnego powitania przed Białym Domem.

Zderzenia strukturalne

Nie do końca też wiemy, o czym dokładnie prezydenci rozmawiali, ale przełomu nie było, to pewne. Natomiast agenda tych rozmów od początku była jasna: taryfy, cła i handel, ziemie rzadkie, Tajwan oraz toczące się wojny wokół Iranu i na obszarach Ukrainy.

Wszystkie one dowodzą, że mimo dobrej atmosfery na kończącej tę krótką wizytę uroczystej kolacji (Trump ubolewał, że jeszcze nie w budowanej teraz Sali Balowej) i oceny Trumpa, że obie strony „nigdy nie dogadywały się ze sobą lepiej”, mamy obecnie do czynienia z wielowymiarowym zderzeniem strukturalnym, a więc długofalowym, dwóch mocarzy. Tego stanu rzeczy nie zmieni jedna wizyta, a nawet dwie, bo sam Donald Trump był przecież z wizytą państwową w Chinach w maju br. (o czym tutaj pisałem 18 maja). 

Oczywiście, to bardzo dobrze – dla nich i dla całego świata – że dwie potęgi ze sobą często rozmawiają, bo do końca roku Donald Trump i Xi Jinping mogą spotkać się osobiście jeszcze dwa razy: na szczycie APEC (czyli największych gospodarek regionu Azji i Pacyfiku) w chińskim Shenzhen (18-19 listopada) oraz na szczycie G-20 w Miami i być może w Mar-A-Lago (prywatnej rezydencji Trumpa)  na Florydzie (14-15 grudnia).

Czy te dobre osobiste relacje i częste kontakty przyniosą ze sobą „konstruktywną stabilność strategiczną”, o której mówił na pożegnalnej kolacji Xi Jinping? Można wątpić. A to dlatego, że  agendę tych dwustronnych, „najważniejszych na świecie” relacji definiują właśnie wspomniane zderzenia strukturalne.

Dwumiesięczne odroczenie

Spotkanie na najwyższym szczeblu poprzedzały – zwyczajowo –  rozmowy dwóch głównych negocjatorów gospodarczych, sekretarza skarbu Scotta Bessenta oraz chińskiego wicepremiera He Lifenga. Odnotowano sukces, ale specyficzny, przedłużając z końca listopada na koniec stycznia 2027 r. ustalenia z pierwszego szczytu amerykańsko-chińskiego w drugiej kadencji Trumpa w południowokoreańskim Busan, na mocy którego Amerykanie powstrzymują się  od nakładania na Chiny dodatkowych ceł i taryf, Chiny natomiast nie będą wydawać licencji na wytwarzane u nich metale ziem rzadkich, czym zagroziły.

A co będzie od lutego? Tego nikt nie wie. Wiemy natomiast, że bez tych metali niemożliwe już jest funkcjonowanie nowoczesnego sprzętu (przykładowo myśliwiec F-35 potrzebuje ich co najmniej 400 kg). Trzeba szukać długofalowego porozumienia w tej dziedzinie, bowiem Chińczycy nadal trzymają Amerykanów (i cały Zachód) w szachu grożąc, że będą dostęp do tych metali licencjonowali (a wydobywają ich ponad 60 proc., a ponad 90 proc. rafinują u siebie). To potężna dźwignia nacisku, potrafiąca szachować rywali.

Sporny inwentarz 

Nie widać też, by strony miały sięgnąć po „strategiczną stabilność” w innej kluczowej – i szybko rosnącej nam w  oczach – dziedzinie, jaką jest sztuczna inteligencja (AI). Chińczycy bowiem, o czym Xi Jinping mówił podczas tej wizyty otwarcie, są zwolennikami jej regulacji i trzymania w ryzach, Trump natomiast tuż przed wizytą raz jeszcze opowiedział się za jej „wolnością” i  nawet na forum ONZ zaznaczył: „Stany Zjednoczone całkowicie odrzucają każdą próbę zbudowania globalistycznego planu kontrolowania sztucznej inteligencji” (proponując przy okazji zmianę jej nazwy na „superinteligencja” – SI).

Wiemy, że prezydenci na ten temat rozmawiali, ale do porozumienia raczej nie doszli, bo nic o takim nie wiemy. Tymczasem dosłownie w dniu, gdy chiński prezydent przebywał w Waszyngtonie, rząd Australii – to pierwszy taki przypadek – poinformował oficjalnie, że AI wdarła się do tamtejszego systemu medycznego i wprowadziła w nim zamieszanie. Naprawdę jest o czym rozmawiać, bowiem wyzwanie – dla całej ludzkości – rośnie.

Podobnie jak na agendzie amerykańsko-chińskiej musi być postawiona, przynajmniej po stronie amerykańskiej, kwestia handlu. Albowiem wprowadzona jeszcze za pierwszej kadencji Trumpa, w marcu 2018 r. i nigdy nie odwołana wojna handlowa w najlepsze trwa, a orzeczenie Sądu Najwyższego USA z lutego br., kwestionujące większość taryf wprowadzonych przez prezydenta i uznające je za „nielegalne”, wprowadziło jedynie chaos, bo nikt do końca nie wie, jakie one teraz są.

Wyścig technologiczny

Wiemy natomiast, że – owszem – ujemne saldo w amerykańskim handlu z  Chinami spadło z rekordowych 418 mld dolarów w roku 2018 do 297 w roku 2024 i 202 w roku ubiegłym (w tym roku będzie podobne, bowiem za pierwsze półrocze odnotowano deficyt w wysokości 91,2 mld dolarów). USA nadal są skazane na chińskie towary, w tym newralgiczne ziemie rzadkie. Teraz Chińczycy, nie pierwszy raz, obiecują zwiększone zakupy amerykańskiej soi i towarów rolnych. Ale na równowagę w wymianie handlowej jeszcze się nie zanosi.

Kluczem w tych relacjach dwustronnych jest jednak – i pozostanie – wyścig technologiczny, o czym jasno mówi obecny chiński XV plan 5-letni (pisałem o nim tutaj 9 marca br.) na lata 2026-2030, gdzie otwarcie mówi się o zbudowaniu „autonomicznego ekosystemu technologicznego”. Zamiast współpracy mamy więc rywalizację, a wojna handlowa sprawiła, że chińskie inwestycje na terenie USA zostały niemalże wyzerowane. Top dlatego o ich powrót apelował Xi Jinping na uroczystej kolacji w obecności liderów wszystkich największych konglomeratów technologicznych (Big Tech) i przemysłowych w USA. Co z tego wyjdzie, zobaczymy.

Czerwone flagi: Tajwan i ustrój

Obie strony rozmawiały też o Tajwanie, co otwarcie przyznały. O ustaleniach też nic nie wiadomo. Chiny natomiast, o czym na tych łamach pisałem, wprowadziły kwestie Tajwanu jako kluczową do agendy rozmów z Amerykanami i najwyraźniej nie zamierzają odpuszczać.

Kiedy tuż przed szczytem pojawiła się informacja, że USA zamierzają wreszcie uruchomić przyznany Tajwanowi pod koniec minionego roku sprzęt wojskowy o wartości 14 mld dolarów, oficjalne czynniki w Pekinie natychmiast zareagowały i zagroziły zerwaniem szczytu. Na co z kolei zareagował, jak zwykle u niego, w mediach społecznościowych, prezydent Trump pisząc, że „nie wyobraża sobie”, by do szczytu nie doszło. Więc doszło. Ale otwarta kwestia pozostała.

Tym bardziej, że tuż przed szczytem nagłośnienie zyskała wypowiedź ambasadora w USA, Xie Fenga, który przypomniał postawione już prezydentowi Bidenowi na szczycie APEC w Peru w listopadzie 2024 r. „cztery czerwone linie”, czyli: Tajwan, demokracja i prawa człowieka, ustrój Chin i tamtejszy model rozwojowy i prawo do rozwoju. W Chinach nic nie dzieje się przypadkowo, a tym bardziej nie była przypadkowa ta wypowiedź.

Tym samym dano do zrozumienia, że do tych kwestii Amerykanie mają się nie mieszać. Przy czym wobec Tajwanu nadal obowiązuje tzw. ustawa antyrecesyjna z marca 2005 r., na mocy której Pekin nie wyklucza użycia siły przy rozwiązywaniu tej kwestii. Czyli mamy na agendzie kolejne, otwarte zagadnienie, a zarazem raczej rosnące, niż słabnące napięcie. Albowiem Xi Jinping przy każdej możliwej okazji mówi o „wielkim renesansie narodu chińskiego”, a ten w jego rozumieniu jak najbardziej obejmuje także Tajwan. Tym samym Amerykanie są testowani: czy będą chcieli walczyć za Tajwan?

Oaza spokoju

Kształtowanie „strategicznej stabilności” może być tym bardziej trudne, gdy uwzględni się aktualne postępowanie chińskich władz, które szczególnie w stosunku do państw Globalnego Południa, ale w istocie całego świata, budują obecną swoją pozycję międzynarodową na opozycji w stosunku do tego, co robi Trump i w  ślad za nim Amerykanie.

Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, Trump jest nieprzewidywalny i chaotyczny, więc Chińczycy pozycjonują się jako oaza spokoju, przewidywalności i stabilności, a nawet – co zrobiły „Biała Księgą” w czerwcu tego roku (mój tekst z 24 czerwca) – proponują nowy ład światowy, na własnych zasadach. Wiele państw na świecie raczej je wspiera, niż kontestuje.

Trump wprowadza cła i taryfy? Co robią Chińczycy? W odpowiedzi na nie zatrzymują dostęp do metali ziem rzadkich (w dwóch transzach umieściły na liście 12 z 17 z nich), a co więcej – zwolniły z wszelkich ceł i dodatkowych taryf wszystkie państwa kontynentu afrykańskiego, za wyjątkiem położonego obok RPA małego Eswatini (dawne Suazi), które utrzymuje stosunki dyplomatyczne z Tajwanem.

Trump bezustannie zachęca do korzystania z surowców spalanych (słynne: drill, baby, drill) i neguje zmiany klimatyczne, a z porozumień klimatycznych w  Paryżu z końca 2015 r. USA ponownie wycofał. Chiny natomiast odwrotnie – stawiają na wszystkie możliwe rodzaje OZE. A obok tworzenia i rozwoju  alternatywnych źródeł energii sadzą lasy i zaczęły na wielką skalę dbać o – poprzednio gruntownie zniszczoną – ekologię, co jest jednym z głównych założeń obecnej 5-latki.

Czarny sen stratega

Najważniejsze ze wszystkich jest jednak jeszcze coś innego. Amerykanie przez wiele lat, a nawet dekad, mieli przewagi komparatywne wobec rywali w postaci zwartego systemu sojuszy, od NATO począwszy. Teraz Donald Trump, jak wiemy, podważa sojusze. I to nie tylko w stosunku do Kanady, ale nawet na Bliskim Wschodzie, gdzie dotychczasowi sojusznicy amerykańscy (Katar, Kuwejt czy Arabia Saudyjska) mają poważne wątpliwości, czy działają amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa, jeśli bazy wojskowe USA na ich terenie były spektakularnie niszczone przez irańskie rakiety i drony.

Tymczasem Chiny, znów odwrotnie, sojusze budują. A przed szczytem w Waszyngtonie Xi Jinping uczestniczył w  dwóch innych: Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Biszkeku (31.08-1.09) oraz BRICS+ w New Delhi (12-13 września). A tam, w obu przypadkach, rozmawiał z Władimirem Putinem i Narendrą Modim oraz przywódcami Iranu, bo państwo to do obu tych ugrupowań należy. Należy to czytać jako nic innego, jak budowanie swej pozycji wobec dominującego dotychczas Waszyngtonu.

Na naszych oczach spełnił się „czarny sen amerykańskiego stratega”, jak go kiedyś, pod koniec lat 1990. zdefiniował Zbigniew Brzeziński. W Eurazji pojawiła się koalicja sił z ducha i litery antyamerykańskich, ze współpracującymi ze sobą Chinami, Rosją i Iranem na czele.

Toteż nic dziwnego, że o Iranie (i cieśninie Ormuz) oraz Ukrainie też teraz w Waszyngtoinie rozmawiano, ale na szczegóły dopiero czekamy. Może dowiemy się  o nich nieco więcej już  wkrótce, np. przy okazji kolejnych, już  multilateralnych spotkań, przywódców USA i Chin, teraz już dwóch praktycznie równorzędnych mocarstw na globie.

Główne wnioski

  1. Dobiegła końca „jednobiegunowa chwila” amerykańskiej dominacji, zainicjowana po rozpadzie ZSRR. Chiny wywalczyły sobie pozycję równorzędnego partnera w stosunku do USA, co zmienia układ sił na świecie.
  2. Trump podważa sojusze, Chińczycy właśnie je budują. Na długą metę może to mieć nie mniej dalekosiężne skutki.
  3. Oficjalna wizyta chińskiego przywódcy w Stanach Zjednoczonych przebiegała wręcz w kordialnej atmosferze, ale historia powszechna podpowiada nam, że nigdy dotychczasowy hegemon nie ustępuje ze swych pozycji bez walki. Chiny proponują prezydentowi Trumpowi Big Deal (szczegółów nie znamy), ale zapowiadana przez Xi Jinpinga nowa era „konstruktywnej stabilności strategicznej” obłożona jest wieloma rafami i znakami zapytania. Bliżej do starcia niż harmonii, chociaż wizyta państwa Xi w Waszyngtonie w pełni przebiegał w przyjaznej atmosferze.

.