Rosji brakuje żołnierzy. Kreml zastanawia się nad kolejną mobilizacją
Rosyjska propaganda przekonuje, że ochotnicy tłumnie zgłaszają się do armii. Tymczasem Kreml ma coraz większy problem z pozyskaniem ludzi na wojnę przeciwko Ukrainie. Władze sięgają po łapanki w miastach, werbunek studentów i fikcyjne oferty pracy. Jesienią możliwa jest powszechna mobilizacja.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Ile nowych żołnierzy kontraktowych pozyskuje obecnie Rosja na wojnę przeciwko Ukrainie i jak ta liczba zmieniła się w porównaniu z wcześniejszym okresem.
- Jakie metody stosują władze, aby zwiększyć liczbę rekrutów.
- Co świadczy o tym, że na Kremlu coraz poważniej rozważany jest scenariusz kolejnej mobilizacji i czym mogłaby różnić się ona od tej z 2022 r.
„Kraje NATO nie rozumieją, że nawet jeśli doprowadzą do tego, że całkowicie zabraknie nam benzyny, osiągną tylko tyle, że wielokrotnie wzrośnie liczba ludzi podpisujących kontrakty z Armią Czerwoną” – stwierdził na antenie telewizji Rossija 1 czołowy kremlowski propagandzista Władimir Sołowjow.
Prezenter opowiedział, że niedawno odwiedził jeden z oddziałów wojskowych. Jak zapewniał, zaledwie kilka tygodni po tym, jak ukraińskie drony uderzyły w Petersburg, do jednostki zaczęły zgłaszać się tłumy ochotników. Chętnych miało być więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Tyle propaganda. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej. Owszem, w Rosji ustawiają się kolejki, ale nie przed wojenkomatami, czyli tamtejszymi wojskowymi komendami uzupełnień, lecz przed stacjami benzynowymi. Chętnych do wyjazdu na front wyraźnie brakuje.

Mniej nowych rekrutów
Jak podają „Ważne Historie” („Важные истории”), niezależny rosyjski serwis dziennikarzy śledczych, w kwietniu tego roku z Moskwy na wojnę przeciwko Ukrainie wyjechało 1708 żołnierzy kontraktowych. W maju było ich już tylko 1378. Rok wcześniej liczba ochotników w każdym z tych miesięcy była o ponad 1 tys. większa. W całej Rosji w tym roku średnio niespełna 1 tys. osób dziennie podpisywało kontrakty. To o 20 proc. mniej niż rok wcześniej.
Według serwisu problem polega również na tym, że nie wszyscy ochotnicy są zdolni do walki. Wielu z nich to mężczyźni znacznie starsi od tych, którzy zgłaszali się do wojska w poprzednich latach. Często – zwłaszcza w przypadku osób, które wcześniej odbywały kary więzienia – są to ludzie poważnie schorowani.
Łapanki i przemoc
Władze szukają więc wszelkich sposobów, aby zwiększyć nabór. Podwyższanie wypłat dla żołnierzy kontraktowych nie rozwiązuje jednak problemu. Dlatego służby organizują regularne łapanki. Najgłośniejszy stał się przypadek z położonej około 550 km na południowy wschód od Moskwy półmilionowej Penzy.
17 czerwca mieszkająca tam Natalia Solomina opublikowała na portalu WKontaktie poruszające nagranie. Widać na nim, jak kilka kobiet próbuje wydostać z autobusu grupę mężczyzn pilnowanych przez eskortę wojskową. Jak opisywał portal Meduza, do zdarzenia doszło przed budynkiem jednego z miejskich wojenkomatów. Według relacji świadków oraz organizacji broniących praw poborowych zatrzymani mieli być poddawani presji, a część z nich – także przy użyciu siły – zmuszana do podpisania kontraktów z rosyjską armią.
– Dotychczas w Moskwie i innych miastach policja wyszukiwała poborowych uchylających się od obowiązkowej służby wojskowej. W Penzie zatrzymano jednak głównie rezerwistów – mówi cytowany przez serwis Artiom Kłyga, szef działu prawnego „Ruchu Świadomych Odmów” („Движение сознательных отказчиков”, DSO).
To organizacja społeczna pomagająca osobom, które z powodów religijnych lub moralnych nie chcą odbywać służby wojskowej. Rosyjskie władze umieściły ją na liście tzw. zagranicznych agentów.
Wabik na studentów
Wprawdzie rosyjskie służby już wcześniej przeprowadzały podobne akcje, ale były one wymierzone w konkretne osoby lub grupy. Przypadek z Penzy dotyczył natomiast przypadkowo zatrzymanych mężczyzn. Podobne łapanki miały miejsce również w Kamience i Kuzniecku.
Od miesięcy Rosja prowadzi też masową kampanię werbunkową skierowaną do studentów. Niezależne „Echo Moskwy” niedawno informowało o licznych akcjach mających na celu nakłonienie ich do podpisania kontraktów wojskowych. Tylko wiosną tego roku przeprowadzono je na co najmniej 70 rosyjskich uczelniach w 23 regionach Rosji oraz na anektowanym Krymie. Zachętą miała być m.in. „gwarancja zwolnienia ze służby” po zakończeniu kontraktu.
Agitatorzy często zapewniali, że służba będzie odbywać się w wojskach dronowych, z dala od linii frontu. Jednak – jak zauważa wspomniany już Artiom Kłyga, prawnik z DSO – z załączników do umów przedstawianych studentom wynikało, że zamiast do obsługi dronów mogą zostać oni skierowani do piechoty.
Praca w fikcyjnym zakładzie
Zdarzają się również znacznie bardziej wyrafinowane oszustwa. Kilka miesięcy temu na portalu ogłoszeniowym Avito pojawiła się oferta pracy przy ochronie Ługańskiej Elektrowni Atomowej. Problem w tym, że taki obiekt nie istnieje.
Gdy dziennikarz niezależnego medium internetowego „Wiorstka” („Вёрстка”) zadzwonił pod podany w ogłoszeniu numer i przedstawił się jako osoba zainteresowana ofertą, usłyszał, że praca będzie odbywać się „tam, gdzie zdecyduje ojczyzna” – m.in. w obwodzie kurskim, na „wyzwolonych terenach” lub przy Moście Krymskim.
Polegli, ranni i dezerterzy
W rzeczywistości nie chodziło więc o ochroniarzy, lecz o żołnierzy kontraktowych wysyłanych na wojnę przeciwko Ukrainie. Oferowane warunki finansowe były zresztą standardowe dla tego typu kontraktów – od 210 tys. rubli miesięcznie oraz jednorazowa wypłata w wysokości od 1,5 do 4 mln rubli.
Warto wiedzieć
Prowojenne telewizyjne show
Rosyjska telewizja TNT, należąca do holdingu Gazprom-Media, przygotowuje nowe reality show. Michaił Galustian, znany prezenter i satyryk, kilka dni temu zaprezentował Władimirowi Putinowi projekt programu pt. „Bitwa dronów”.
W programie mają wystąpić uczestnicy tzw. specjalnej operacji wojskowej, studenci, blogerzy oraz celebryci, którzy będą rywalizować w sterowaniu dronami. Show ma być nagrywany „w najpiękniejszych miejscach Rosji”.
Jak zapowiedział przyszły prowadzący, program ma „sprawić, by temat wojny z wykorzystaniem dronów stał się zrozumiały, interesujący i popularny”. Jak informuje niezależna telewizja Dożd, projekt jest elementem szerszej kampanii mającej na celu zwiększenie zainteresowania służbą w wojskach dronowych.
Critical Threats Project, program badawczy amerykańskiego think tanku American Enterprise Institute (AEI), przytacza dane zbieżne z ustaleniami „Ważnych Historii”. Według analityków CTP rosyjski resort obrony w pierwszych miesiącach tego roku pozyskiwał średnio 940 żołnierzy dziennie. Tymczasem, aby zrealizować tegoroczny cel rekrutacyjny, Rosja musiałaby werbować 1100-1150 osób dziennie.
Dane ukraińskiego wywiadu wskazują z kolei, że od stycznia do marca tego roku kontrakty podpisało około 70,5 tys. nowych rosyjskich żołnierzy. To co najmniej o 30 tys. mniej, niż zakładało rosyjskie Ministerstwo Obrony.
Problem jest tym większy, że – jak wskazują zachodnie ośrodki analityczne oraz niezależne rosyjskie media – od kilku miesięcy Rosja może mieć trudności z uzupełnianiem strat na froncie wyłącznie dzięki rekrutacji żołnierzy kontraktowych. Chodzi przy tym nie tylko o zabitych, ale również o rannych, zaginionych, wziętych do niewoli i dezerterów.
Szkolenia dla urzędników
Rosyjskie władze zdają sobie sprawę z tego problemu. Jak informuje wiele niezależnych rosyjskich mediów, na Kremlu od kilku tygodni analizuje się scenariusz kolejnej fali mobilizacji.
Dlatego coraz częściej pojawiają się spekulacje, że jeszcze w tym roku Rosja może zdecydować się na kolejny pobór na dużą skalę. Najczęściej wskazywany termin to październik – po zaplanowanych na wrzesień wyborach parlamentarnych. Oficjalnie wyznaczono je na 20 września, ale głosowanie ma trwać trzy dni – od 18 do 20 września.
Mobilizacja stała się jednym z najważniejszych tematów rozmów zwykłych Rosjan – obok problemów gospodarczych, takich jak braki paliwa czy wzrost cen. Z każdym tygodniem pojawiają się też kolejne sygnały, które mogą wskazywać, że władze przygotowują się również na taki scenariusz.
Niespełna miesiąc temu w obwodzie wołgogradzkim przeprowadzono szkolenie dla urzędników z kilku południowych regionów Rosji. Jak informowali organizatorzy, spotkanie dotyczyło „spraw bieżących” oraz „procesów dotyczących czasu pokoju”. Radio Swoboda podało jednak, że uczestników szkolono m.in. w zakresie przygotowania administracji do przeprowadzenia masowej mobilizacji.
Mobilizacja z udziałem policji
W lipcu Rosja niespodziewanie zamknęła kolejowe przejścia graniczne z Finlandią, Estonią i Łotwą. Jak podał Euronews, jednym z możliwych powodów tej decyzji mogły być obawy związane z ewentualną mobilizacją. Nie ma jednak oficjalnego potwierdzenia, że obie sprawy są ze sobą powiązane.
Kilkanaście dni temu Dmitrij Pieskow, rzecznik Władimira Putina, po raz pierwszy oficjalnie przyznał, że Rosja prowadzi wojnę. „Wszystko zaczęło się jako specjalna operacja wojskowa, trwa jako wojna” – stwierdził. Ta wypowiedź również może być jednym z elementów przygotowujących społeczeństwo na ewentualną mobilizację.
Artiom Kłyga obawia się, że jesienna mobilizacja mogłaby być znacznie brutalniejsza niż częściowa mobilizacja z 2022 r. W podcaście serwisu Meduza z 15 lipca mówił, że o ile cztery lata temu część Rosjan szła do wojska dobrowolnie lub przynajmniej bez większego oporu, o tyle obecnie sytuacja może wyglądać inaczej. Jego zdaniem władze mogą być zmuszone do znacznie szerszego wykorzystania aparatu przymusu – w tym policji, która podczas mobilizacji w 2022 r. odgrywała jedynie ograniczoną rolę.
A mimo to ówczesna fala mobilizacji wywołała protesty i zmusiła setki tysięcy Rosjan do ucieczki za granicę. Zdaniem prawnika DSO skala niezadowolenia społecznego, które mogłaby wywołać kolejna mobilizacja, może być jeszcze większa.
Główne wnioski
- Rosja ma coraz większy problem z uzupełnianiem strat na froncie. System ochotniczego naboru przestaje wystarczać. Mimo kremlowskiej propagandy mówiącej o „tłumach ochotników”, liczba nowych kontraktów spada. Rosja pozyskuje mniej żołnierzy, niż zakładały plany Ministerstwa Obrony. Dodatkowo część rekrutów to osoby starsze lub w złym stanie zdrowia. Władze muszą więc szukać nowych, coraz bardziej radykalnych metod.
- Kreml coraz częściej opiera rekrutację na przymusie, manipulacji i oszustwie. Rosyjskie służby zatrzymują przypadkowych mężczyzn na ulicach, a studentów nakłaniają do podpisywania kontraktów. Władze publikują też fikcyjne oferty pracy, które w rzeczywistości służą do werbowania żołnierzy wysyłanych na wojnę. To pokazuje, że finansowe zachęty i propaganda nie wystarczają już do pozyskiwania ochotników.
- Kolejna mobilizacja staje się coraz bardziej prawdopodobnym scenariuszem. Na Kremlu poważnie rozważa się powtórzenie manewru z 2022 r. Pojawiają się już sygnały, że administracja przygotowuje się do takiego rozwiązania, m.in. szkoląc urzędników. Tym razem mobilizacja mogłaby jednak wymagać szerszego wykorzystania aparatu przymusu – ostrzegają przedstawiciele niezależnych organizacji. Wielu Rosjan zna już realia wojny i może próbować uniknąć wysłania na front.