Realne zagrożenie czy wiele hałasu o nic? Szefowie ryzyka o wyzwaniach dla sektora bankowego
Szefowie ryzyka największych banków w Polsce mówią jednym głosem: era kredytów frankowych dobiega końca, ale na horyzoncie pojawiają się nowe wyzwania i zagrożenia. Chodzi np. o agresywną działalność kancelarii frankowych czy znalezienie równowagi w informowaniu klientów o zagrożeniach związanych z finansowaniem.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak długo kredyty frankowe będą jeszcze wyzwaniem dla polskich banków.
- Które nowe zagrożenia prawne i regulacyjne mogą zastąpić problem frankowy.
- Jakie konsekwencje dla sektora i klientów przyniesie przejście na nowy wskaźnik POLSTR.
Na co dzień zarządzają ryzykiem w dużych instytucjach finansowych. Mają dostęp do szczegółowych analiz, szukają potencjalnych zagrożeń, szacują prawdopodobieństwo ich wystąpienia. Przygotowują też rozwiązania, które minimalizują koszty w razie ich materializacji. Nie bez powodu ich funkcja jest jedyną, poza stanowiskiem prezesa banku, którą można objąć wyłącznie po otrzymaniu zielonego światła ze strony Komisji Nadzoru Finansowego (KNF).
Szefowie ryzyka banków (Chief Risk Officers), bo o nich mowa, nie są zbyt często bohaterami pogłębianych artykułów, a na konferencjach wynikowych zwykle jedynie uzupełniają wypowiedzi prezesa banku. W XYZ postanowiliśmy jednak wysłuchać ich spostrzeżeń. W ostatnich tygodniach przeprowadziliśmy łącznie sześć pogłębionych wywiadów z szefami ryzyka PKO BP, Pekao, Santandera, mBanku, BNP Paribas i VeloBanku. Przedstawiamy pierwszą część ich opinii, na początku związanych z ryzykiem prawnym i regulacyjnym.
Franki wypadają z listy głównych wyzwań sektora
Zaczęliśmy od głównego tematu ostatnich lat, czyli kwestionowania kredytów frankowych w sądach. Chodzi o 775 tys. kredytów frankowych, udzielanych głównie w latach 2006-2008. Banki zawiązały na kredyty frankowe ponad 102 mld zł rezerw, z czego 40 proc. zostało już realnie rozliczone przez ugody z klientami lub realizację prawomocnych wyroków. Nasi rozmówcy są przekonani, że temat powoli schodzi z agendy najbardziej palących problemów sektora.
Marcin Gadomski, szef ryzyka Pekao uważa, że w skali całego sektora można spodziewać się jeszcze kilku miliardów dodatkowych rezerw związanych z frankami. Jego zdaniem nie są to jednak kwoty, które w istotny sposób wpływałyby na strategie biznesowe banków.
– Operacyjnie sektor jest na to przygotowany: procesy rozliczeniowe i obsługa prawna są dobrze zorganizowane, a liczba nowych spraw systematycznie spada. W efekcie kwestia kredytów frankowych stopniowo przestaje być jednym z kluczowych wyzwań sektora – przekonuje Marcin Gadomski.
Podobnie uważa Artur Głembocki, szef ryzyka Santander Bank Polska. Jego zdaniem szczyt obciążenia finansowego związanego z kredytami sektor ma już za sobą. Kolejne lata będą dużo mniej kosztowne, choć problem kredytów się całkowicie nie zniknie. Szacuje, że jeszcze przez dwa lata sektor może zawiązywać pewne rezerwy na ten cel. Operacyjnie będzie się stykać z tym tematem nawet przez cztery, pięć lat.
W skali całego sektora można spodziewać się jeszcze kilku miliardów dodatkowych rezerw związanych z frankami. Nie są to jednak kwoty, które istotnie wpływałyby na strategie biznesowe banków.
Mniejsza skłonność do podważania umów frankowych
Marek Lusztyn, szef ryzyka mBanku wierzy, że dla jego banku w 2026 r. każdy kolejny kwartał przyniesie niższe odpisy na ryzyko prawne.
– Temat powoli się wysyca, bo jest skończona liczba kredytów, które zostały udzielone. Nie ma już w mBanku klientów, którzy mają aktywny portfel i nie podjęli żadnych działań, czyli nie są w procesie ugodowym lub nie złożyli pozwu w sądzie – przekonuje nasz rozmówca.
– W miarę upływu czasu od momentu spłaty kredytu frankowego naturalnie maleje skłonność części klientów do podważania zawartych umów. Z jednej strony wynika to z mniejszej gotowości do angażowania się w postępowania sądowe, z drugiej z faktu, że wiele osób koncentruje się już na bieżących sprawach życiowych – dodaje natomiast Wojciech Kembłowski, szef ryzyka BNP Paribas Bank Polska.
Branży nie niepokoi nawet portfel kredytów spłaconych, z którym kancelarie frankowe obsługujące frankowiczów wciąż wiążą spore nadzieje. Votum szacuje, że tylko w pięciu największych bankach jest 195 tys. takich kredytów, w tym 71 tys. w PKO BP.
Artur Głembocki zaznacza, że potencjalna strata banku z tytułu sądowej przegranej przy kredycie spłaconym jest dużo mniejsza niż przy kredycie aktywnym. Powód? Kredyty były zwykle zaciągane i spłacone przed momentem, gdy kurs franka się umocnił. W efekcie daje to dużo mniejszy uzysk dla klienta, zwłaszcza biorąc pod uwagę opłaty na rzecz sądów oraz kancelarii prawnych.
Pojawił się nowy agresywny gracz: kancelarie frankowe
Jak bumerang wraca też wątek działalności kancelarii frankowych, które reprezentują w sądach stronę konsumencką. Szef ryzyka Santandera zwraca uwagę, że przychód brutto firm prawniczych zajmujących się tematami frankowymi osiągnie ponad 10 mld zł, z czego 4 mld zł w samym 2025 r.
– Mówimy zatem o gigantycznym transferze środków do tych kancelarii, które powstały na fali braku uregulowania kwestii kredytów frankowych. Pojawił się na rynku bardzo agresywny gracz i nie do końca jestem pewien, czy jest on prokonsumencki. Te środki można byłoby zagospodarować w dużo lepszy sposób – komentuje Artur Głembocki.
Mówi o tym także Marek Lusztyn. Jego zdaniem brak systemowego rozwiązania problemu kredytów frankowych doprowadził do wzrostu rynku kancelarii odszkodowawczych. Ich funkcjonowanie w tej skali generuje już ryzyko systemowe samo w sobie. Mówimy bowiem o całym sektorze, który od lat żyje z kwestionowania umów frankowych. Jest monoproduktowy, a przychody z tych pozwów zaczynają się kończyć.
– Na rynku funkcjonują kancelarie, które szukają obecnie nowych źródeł dochodów i są pod presją, by dalej dynamicznie rozwijać działalność. Tym bardziej że towarzyszy im coraz silniejsza ochrona prawna konsumentów poparta prokonsumencką wykładnią sądów – dodaje Marcin Gadomski.
Mówimy o gigantycznym transferze środków do kancelarii, które powstały na fali braku regulacji kredytów frankowych. Pojawił się na rynku bardzo agresywny gracz i nie jestem pewien, czy jest on prokonsumencki.
Umowy z WIBOR? TSUE i KSF-M po stronie banków
Zdaniem naszych rozmówców, dla kancelarii takim nowym źródłem dochodów może być podważanie umów kredytów hipotecznych opartych na wskaźniku WIBOR.
– Nie wydaje mi się, żeby akurat w kwestii WIBOR był ku temu duży potencjał. Wskaźnik WIBOR jest osadzony w unijnych regulacjach [rozporządzeniu BMR – red.]. Ponadto w przeciwieństwie do kredytów frankowych, wszystkie instytucje sieci bezpieczeństwa finansowego [Komitet Stabilności Finansowej ds. makroekonomicznych – red.] dość głośno mówią, że ten wskaźnik jest zgodny z prawem. Znajduje to potwierdzenie w dotychczasowej linii orzeczniczej, również w rozstrzygnięciach TSUE – ocenia Marek Lusztyn.
O tym wyroku mówi także Piotr Mazur, szef ryzyka PKO BP. Jego zdaniem rozstrzygnięcie TSUE z 12 lutego (C-471/24) potwierdza stabilność i zasadność stosowania wskaźnika.
– Wyrok potwierdza, że nie ma obowiązku szczegółowego opisywania w umowie sposobu wyliczania tego wskaźnika. W konsekwencji sama konstrukcja wskaźnika wydaje się trudna do zakwestionowania – dodaje Marcin Gadomski.
Przypominają, że liczba spraw sądowych dotyczących WIBOR jest mała. Według „Rzeczpospolitej” to niecałe 1700 pozwów wobec pięciu największych banków. Co więcej, dotychczas nie zapadł żaden prawomocny wyrok podważający ten wskaźnik.
Umowy sprzed regulacji BMR? Prawo nie działa wstecz
Nasi rozmówcy rozumieją próby kwestionowania umów sprzed wejścia w życie rozporządzenia BMR. Marek Lusztyn podkreśla jednak, że walka nie toczy się na linii banki kontra prawnicy, ale także w bankach nad umowami pracowały sztaby najlepszych prawników.
– Trudno, żeby przepisy prawa, które ewoluowały przez ostatnie kilkanaście lat i są odzwierciedleniem unijnej dyrektywy, stosować retrospektywnie. Wiadomo, że zarówno treść, jak i spełnione obowiązki informacyjne zmieniają się w czasie. Banki działały tu z należytą starannością. Pamiętajmy, że jedną z zasad porządku prawnego jest zasada Lex retro non agit, mówiąca o tym, że prawo nie działa wstecz – podkreśla szef ryzyka mBanku.
Artur Głembocki ocenia, że kluczowa jest kwestia odpowiedniego informowania klienta o ryzykach zmiennej stopy procentowej. Kancelarie kwestionują sposób informowania, ale – także jego zdaniem – nie można stosować obecnych zasad i praktyk do tego, co było 10 lat temu. Gdyby to rozszerzyć, wszystkie umowy długoterminowe można by było podważyć.
Wojciech Kembłowski mówi jasno: jeśli wszystkie instytucje będą stały po jednej stronie i dojdą do tego prawomocne wyroki sądowe na korzyść banków, to temat może być szybko zamknięty. Kancelariom trudno będzie mieć jakikolwiek punkt zaczepienia.
Rozumiem próby kwestionowania umów sprzed wejścia w życie rozporządzenia BMR. Pamiętajmy jednak, że walka nie toczy się na linii banki i prawnicy, ale także w bankach nad umowami pracowały sztaby najlepszych prawników.
Liczba spraw SKD nieduża, a ryzyko przegranej małe
Drugim frontem walki banków z kancelariami jest tzw. sankcja kredytu darmowego (SKD). To obejmująca kredyty do 255,55 tys. zł kara dla banku zakładająca zwrot przez klienta kredytu bez odsetek i innych kosztów należnych kredytodawcy. Dotyczy pożyczek i kredytów gotówkowych wziętych po 18 grudnia 2011 r. lub między 19 września 2002 r. a 18 grudnia 2011 r., o ile ich kwota nie przekroczyła 80 tys. zł. Związek Banków Polskich (ZBP) szacuje, że w sądach jest obecnie ok. 30 tys. takich pozwów.
Zdaniem Piotra Mazura ryzyko prawne jest trudne do przewidzenia, bo – w przeciwieństwie do ryzyka kredytowego – zależy od interpretacji prawnych, które mogą się dynamicznie zmieniać i ostatecznie wpływać na wycenę ryzyka.
– Przykładem jest SKD, gdzie zdecydowaną większość spraw sądy rozstrzygają na korzyść kredytodawców. Liczba nowych pozwów natomiast jest marginalna w porównaniu do skali kredytów frankowych – komentuje szef ryzyka największego polskiego banku.
Podobnego zdania jest Marcin Gadomski z Pekao. Powołuje się na dane, zgodnie z którymi 80 proc. wyroków zapada na korzyść banków i przypomina, że lutowy wyrok TSUE ws. WIBOR ma też znaczenie dla tematu SKD, ponieważ zakłada, że nie powinno być automatyzmu w stosowaniu sankcji za naruszenie obowiązków informacyjnych. Do tego te kredyty opiewają na dosyć małe kwoty, co ogranicza chęć składania pozwów.
Nie ma powodów, by zawiązywać rezerwy na SKD
Jedynym bankiem, który na razie informuje o zawiązywaniu rezerw na sankcję kredytu darmowego jest Alior Bank. Robi to, bo ma spory udział kredytów gotówkowych w swoim portfelu, co zwiększa jego wrażliwość na ten czynnik. Inne banki na razie nie widzą takiej potrzeby.
– Prawdopodobieństwo przegrania tych spraw jest względnie niskie. Gdyby było wyższe niż 20 proc., to zaczęlibyśmy zawiązywać rezerwy na takie sprawy. Na razie tego nie robimy – zaznacza Marcin Gadomski.
Także Wojciech Kembłowski przekonuje, że bank zacznie je zawiązywać, jeśli pojawi się dużo korzystnych dla kredytobiorców wyroków.
– Na razie są one ograniczone, co naturalnie zmniejsza apetyt banków na tworzenie takich rezerw – zaznacza szef ryzyka w BNP Paribas.
Jeszcze dalej idzie Artur Głembocki, który wskazuje, że bank wygrywa 90 proc. tego typu spraw. Uważa, że temat domagania się stosowania SKD na salach sądowych powoli się kończy i nie ma podstaw, by podważać praktyki stosowane przez banki.
Branżę niepokoi SKD za ocenę zdolności kredytowej
Są jednak szefowie ryzyka, którzy widzą potencjalne ryzyko gdzieś indziej. Chodzi o projekt ustawy o kredycie konsumenckim autorstwa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Zakłada ona możliwość stosowania sankcji kredytu darmowego w wypadku braku oceny zdolności kredytowej.
– Niepokoi mnie inicjatywa UOKiK, aby stosować sankcję kredytu darmowego czy nawet darowanego w przypadku zastrzeżeń dotyczących oceny zdolności kredytowej. Kierunek ten prowadzi do sytuacji, że to bank miałby ponosić odpowiedzialność za decyzje klienta, a nie on sam za własne działania. Sama ocena zdolności kredytowej jest przy tym pojęciem nieostrym. Opiera się na modelach i prawdopodobieństwie, a nie na możliwości przewidzenia, czy klient w przyszłości napotka trudności ze spłatą. Obecne brzmienie proponowanych przepisów rodzi więc szereg wątpliwości interpretacyjnych i praktycznych – komentuje Marcin Gadomski.
Podobnie uważa Wojciech Kembłowski. Jego zdaniem według przepisów to bank miałby ponosić wyłączną odpowiedzialność za ocenę zdolności kredytowej klienta. Uważa jednak, że klient także powinien ją odczuwać i dokonać samooceny.
– W życiu dzieją się różne rzeczy. Kto zapewni, że klient nie straciłby potencjalnie tej zdolności przez kilkanaście lat spłaty kredytu hipotecznego? Gdyby klient zawsze miał zdolność, w bankach w ogóle nie byłoby kredytów z utratą wartości – komentuje Wojciech Kembłowski.
Jednocześnie UOKiK nie chce, by sektor brał do oceny zdolności kredytowej liczby zapytań kredytowych do Biura Informacji Kredytowej (BIK). Do czego banki i tak już się dostosowują.
– Z jednej strony słyszymy, że klient składał wnioski do różnych banków i potem przez to nie dostał finansowania, z drugiej jednak widzimy, co dzieje się z kredytami, gdy klient często wnioskuje o finansowanie. Ryzyko niespłacania takich kredytów jest wyższe. Statystycznie jest to czynnik istotny, dlatego nie powinniśmy go pomijać – zaznacza Wojciech Kembłowski.
Standardy ochrony klientów systematycznie rosną
Nasi rozmówcy są zgodni, że prokonsumencka linia orzecznicza, regulacje, a także działalność kancelarii frankowych sprawiają, że banki muszą brać pod uwagę scenariusze podważania w przyszłości innych umów i jeszcze bardziej skupiać się na ich konstrukcji.
– Na fali frankowej zaczęto w Polsce kwestionować inne umowy. Dochodzi do tego, że gdy próbujemy w umowie wytłumaczyć coś klientowi w prosty sposób, to zarzuca się bankom, że tych informacji jest za mało, albo są niedokładne. Gdybyśmy robili to z kolei zbyt dokładnie, to wtedy byśmy słyszeli, że jest to niezrozumiałe dla klienta i nie jest on świadomy ryzyka, jakie się wiązało z podpisaniem umowy – uważa Wojciech Kembłowski.
Piotr Mazur nie ma wątpliwości, że standardy ochrony klienta będą systematycznie rosnąć. Twierdzi, że PKO BP postrzega to jednak nie jako zagrożenie, ale jako naturalną ewolucję otoczenia prawno-regulacyjnego. Bank skupia się na tym, by klient znał warunki umowy i czuł się bezpiecznie. Dlatego, że prostsza i zrozumiała komunikacja zmniejsza ryzyko nieporozumień.
Dodaje, że rosnąca liczba wymogów regulacyjnych ma jednak swoje konsekwencje. Ocenia, że zbyt rozbudowane dokumenty i nadmierna liczba zabezpieczeń formalnych mogą paradoksalnie osłabiać realną ochronę klienta. Wielostronicowe umowy stają się mniej zrozumiałe, a informacje przestają pełnić swoją funkcję.
Na fali frankowej zaczęto w Polsce kwestionować inne umowy. Dochodzi do tego, że gdy próbujemy w umowie wytłumaczyć coś klientowi w prosty sposób, to zarzuca się bankom, że tych informacji jest za mało, albo są niedokładne.
Branżę czeka wymagający proces zmiany wskaźnika
Nasi rozmówcy wskazują, że jednym z kluczowych wyzwań w kolejnych latach będzie reforma wskaźników referencyjnych, czyli wprowadzenie stawki POLSTR w miejsce wskaźnika WIBOR.
– Niestety, temat reformy wskaźnika referencyjnego został początkowo mocno upolityczniony i ten wątek cały czas się za nim ciągnie. Nie jest to jednak pierwsza reforma wskaźnika, która następuje w Polsce i w umowach, które banki zawierały z klientami. Zmiany wskaźników na bardziej dojrzałych rynkach niż nasz następowały bez żadnych ryzyk prawnych. I to mimo że takich umów było tam znacznie więcej i na znacznie wyższe kwoty niż w Polsce. Sam proces jest jednak dość wymagający i nie będę tego negować. Wymaga to zarówno komunikacji z klientami, jak i pełnej obudowy regulacyjno-prawnej – komentuje Marek Lusztyn z mBanku.
Zarówno on, jak i Artur Głembocki podkreślają, że resort finansów przeprowadził już pierwsze emisje obligacji oparte na wskaźniku POLSTR, co istotnie różni tę reformę od nieudanego wprowadzania wskaźnika WIRON w latach 2022-2023.
– Wdrożenie wskaźnika POLSTR będzie przede wszystkim testem komunikacji z klientem. Bazując na dotychczasowych doświadczeniach, także tych związanych ze wskaźnikiem WIBOR, trzeba postawić na prosty, transparentny język i głęboką edukację klientów oraz uświadomienie im długoterminowych ryzyk związanych z zaciąganymi zobowiązaniami – dodaje Paulina Strugała, szefowa ryzyka w VeloBanku.
Wdrożenie wskaźnika POLSTR będzie testem komunikacji z klientem. Trzeba postawić na prosty, transparentny język i głęboką edukację klientów
Wyzwaniem będzie jasne wyjaśnienie zmiany klientom
Nasi rozmówcy wskazują, że po emisjach obligacji, kolejnym etapem będzie wprowadzenie produktów kredytowych opartych o nową stawkę w tym samym czasie w całym sektorze. Ma to nastąpić już w drugim kwartale roku.
– Przeprowadziliśmy już zmiany w procesach. Poza poinformowaniem klientów, z czego wynika różnica, ważna będzie też zmiana sposobu zarządzania płynnością. Dlatego, że dziś bazujemy na produktach opartych na wskaźniku WIBOR. Jeśli przejdziemy na POLSTR to pojawi się niedopasowanie. Na pewno trzeba będzie kupować dług oparty na nowej stawce – zaznacza Artur Głembocki.
– W odróżnieniu od WIBOR, który opierał się na oczekiwaniach rynkowych, POLSTR odwołuje się do rzeczywistych, już zrealizowanych stawek. W warunkach stabilnego rynku różnice są niewielkie, natomiast w okresach zmian stóp procentowych klienci mogą odczuwać wahania wskaźnika bardziej bezpośrednio. Dlatego kluczowe staje się rzetelne wyjaśnianie klientom zasad działania wskaźnika i jego potencjalnego wpływu na raty kredytów – mówi z kolei Piotr Mazur.
Marcin Gadomski wskazuje, że największym ryzykiem podlegającym jeszcze analizom jest ewentualny brak rozporządzenia, które z mocy prawa zmieniałoby istniejący w umowach wskaźnik WIBOR na nowy wskaźnik z zastosowaniem marży korygującej. Gdyby go nie było, banki musiałyby zmienić warunki każdej z umów przez aneksy.
Zmiana rządu nie zwiększyła przewidywalności prawa
Nasi rozmówcy wskazują, że zmiany regulacyjne stały się już częścią krajobrazu. Marek Lusztyn mówi wprost, że część inwestorów liczyła, że zmiana rządu trzy lata temu wprowadzi większą dyscyplinę w tym zakresie, ale ta nadzieja się nie spełniła.
– Pamiętajmy, że nie jest to jednak wyłącznie polska specyfika. Dlatego, także w innych krajach Unii Europejskiej mieliśmy już różnego rodzaju interwencje regulacyjne. Nieprzewidywalność widać też po drugiej stronie Atlantyku. Deregulacja w Unii Europejskiej pojawiła się bardziej na poziomie słów niż czynów. Realnie wystąpiła jedynie w Stanach Zjednoczonych, co prowadzi do jeszcze większej nierównowagi konkurencyjnej po obu stronach Atlantyku – komentuje Marek Lusztyn.
Na kwestie konkurencyjności wywołanej regulacjami zwraca też uwagę Marcin Gadomski.
– Podatek bankowy [obowiązuje w Polsce od 2016 r. – red.] karze banki za zwiększanie bilansu, co uderza w ich konkurencyjność. Ostatnio w konsorcjum banków finansujących budowę morskich farm wiatrowych, część z nich miała siedzibę w Polsce, a reszta to instytucje, które nie prowadzą biznesu w kraju, a przez to nie płacą podatku bankowego od aktywów charakterystycznego dla Polski. To sprawia, że mogły zaoferować korzystne marże niż banki polskie, gdyż w ich przypadku kredyt nie jest obciążony podatkiem bankowym – ocenia Marcin Gadomski.
Jednym ze sposobów minimalizacji ryzyka jest stworzenie modelowej umowy hipotecznej
Na koniec zapytaliśmy menedżerów także o sposoby minimalizacji ryzyk prawnych i regulacyjnych. Najczęściej słyszeliśmy, że trudno się przed nimi zabezpieczyć, bo dziś skuteczne rozwiązania i konstrukcje umów za 10-15 lat mogą okazać się niewystarczające. Mimo tego branża uważa, że wprowadzenie modelowej umowy kredytu hipotecznego byłoby krokiem w dobrym kierunku. Pracuje nad nią zarówno zespół ekspertów powiązany z Europejskim Kongresem Finansowym, jak i UOKiK. Ten ostatni jednak poinformował w marcu, że porzucił prace ze względu na niechęć do dalszego forsowania pomysłu przez stronę rządową.
– Modelowa umowa hipoteczna jest po to, byśmy nie mieli sytuacji podważania kolejnych umów. Z tego punktu widzenia wydaje się, że wprowadzenie tego wyłącznie przez sektor bankowy jest niewystarczające. Konieczna jest interwencja ustawowa, by przeciąć dyskusję na kolejne lata. To są zbyt duże tematy, by sektor działał tu sam – nie ma wątpliwości Artur Głembocki.
– Modelowa umowa kredytu hipotecznego stanowi przykład kierunku, w którym powinien iść sektor, najlepiej przy wsparciu ustawodawcy. Do czasu zmian legislacyjnych warto zastosować wypracowane [przez sektor – red.] rozwiązanie – dodaje Piotr Mazur.
W podobnym tonie wypowiada się też Marcin Gadomski. Jego zdaniem, aby modelowa umowa hipoteczna miała realny sens, jej wprowadzenie musiałoby nastąpić w formie regulacji ustawowej. Miękkie regulacje, np. rekomendacje KNF, zbiory dobrych praktyk samych banków mogą bowiem nie stanowić dla sądów wystarczającego punktu odniesienia. Podkreśla, że wprowadzenie modelowej umowy, przy takiej skali kredytów mieszkaniowych w bilansach banków, wydaje się rozwiązaniem naturalnym i uzasadnionym. Według ZBP na koniec 2025 r. zadłużenie z tytułu kredytów mieszkaniowych sięgało 512,5 mld zł, a łączna liczba aktywnych umów sięgnęła 2,1 mln.
Modelowa umowa hipoteczna stanowi przykład kierunku, w którym powinien iść sektor. Najlepiej przy wsparciu ustawodawcy.
Główne wnioski
- Kredyty frankowe przestają być systemowym zagrożeniem dla banków. Banki mają już za sobą szczyt kosztów związanych z kredytami frankowymi i są operacyjnie przygotowane na ich wygaszanie. Skala nowych pozwów maleje, a większość klientów podjęła już działania – ugodowe lub sądowe. Dodatkowe rezerwy będą potrzebne, ale nie wpłyną istotnie na strategie banków. Temat pozostanie obecny jeszcze przez kilka lat, lecz przestaje determinować kondycję sektora.
- Nowym źródłem ryzyka staje się otoczenie prawno-regulacyjne i działalność kancelarii. Po sukcesie spraw frankowych kancelarie szukają nowych pól do sporów, m.in. w obszarze WIBOR czy sankcji kredytu darmowego. Choć dziś banki wygrywają większość spraw SKD, to ryzyko może wzrosnąć wraz ze zmianami legislacyjnymi. Szczególne obawy budzi projekt powiązania SKD z oceną zdolności kredytowej, co przenosi odpowiedzialność na banki. W efekcie ryzyko prawne staje się mniej przewidywalne niż klasyczne ryzyko kredytowe.
- Największym wyzwaniem na przyszłość jest zmiana systemu i komunikacji z klientami. Reforma wskaźników (przejście z WIBOR na POLSTR) będzie testem nie tylko operacyjnym, ale przede wszystkim komunikacyjnym. Banki muszą jasno wyjaśnić klientom mechanikę nowych rozwiązań, aby uniknąć przyszłych sporów. Jednocześnie rosnące wymogi regulacyjne mogą paradoksalnie obniżać czytelność umów i zwiększać ryzyko nieporozumień. Dlatego sektor postuluje wprowadzenie ustawowej, modelowej umowy hipotecznej jako sposobu ograniczenia sporów w przyszłości.




