Konrad Weiske o inwestowaniu: Dużo ludzi chce się wzbogacić, nie robiąc nic. Takich cudów nie ma (WYWIAD)
Zainwestował ze wspólnikami kilkaset tysięcy złotych we własną firmę IT i chciał po prostu z niej żyć. Dziś jest warta setki milionów, a ambicje sięgają znacznie wyżej. Jako inwestor Konrad Weiske odprawił już kilka funduszy, a w startup zaangażował się bezpośrednio. – Jestem inwestorem, który pomaga czynem, a nie tylko daje kasę i pyta, jak jest – mówi współzałożyciel grupy Spyrosoft.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego Konrad Weiske traktuje własną firmą jako główną inwestycję i nie potrzebuje dużej dywersyfikacji.
- Co trzyma go z dala od inwestowania w nieruchomości.
- Z czym dla niego wiązało się porzucenie etatu na rzecz zostania przedsiębiorcą.
Mariusz Bartodziej, XYZ: Jest pan świeżo po ogłoszeniu nowej strategii grupy, na lata 2026-28. Średni wzrost przychodów w latach 2022-26 rzędu 25-35 proc. rocznie i dwucyfrowa marża EBITDA to u państwa żadna nowość.
Konrad Weiske, prezes i współzałożyciel grupy Spyrosoft: Faktycznie chyba już przyzwyczailiśmy inwestorów do tego. Niemniej patrząc na naszą najbliższą konkurencję, bardzo pozytywnie wyróżniamy się pod tym względem.
W strategii zmieniło się natomiast to, że większą szansę na kapitał finansujący kolejne przejęcia widać wśród inwestorów branżowych niż na giełdzie. Dlaczego?
Myśleliśmy o debiucie na dużej giełdzie o prawdziwie międzynarodowym profilu. W obecnych warunkach nie byłoby to jednak – łagodnie mówiąc – dobrym rozwiązaniem. Wystarczy spojrzeć na notowania podobnych do nas, nawet większych spółek. Ceny ich akcji szorują po dnie.
A my chcemy dalej dynamicznie rosnąć i możemy nawet przyspieszyć. Potrzebujemy jednak do tego paliwa. Dużo większe możliwości w tym zakresie widzimy na rynku prywatnym niż na publicznym. Mamy trochę pieniędzy na koncie – na koniec trzeciego kwartału 2025 r. było to ok. 77 mln zł – bo nigdy nie wypłaciliśmy dywidendy. Jednak nie przeznaczylibyśmy całej kwoty wyłącznie na akwizycje, a poza tym potrzebujemy większego finansowania na kilka celów.
Jakich?
Pierwszy to kolejne przejęcia. W nowej rzeczywistości rynkowej musimy być jeszcze bliżej klienta, na progu jego drzwi. Mieć z nim fizyczny kontakt, mówić w jego języku. Potrzebujemy więc lokalnych konsultantów wyspecjalizowanych w branżach, w których działają nasi klienci.
Obecny model, czyli zapewniające nam większość przychodów świadczenie usług na odległość, będzie stopniowo wypierany przez narzędzia AI. To perspektywa paru dobrych lat, ale zamierzamy się na to przygotować. Dlatego analizujemy obsługiwane rynki pod kątem akwizycji lokalnych firm.
A kolejne cele?
Wymienię jeszcze dwa. Jeden z nich to konieczne w naszej branży nakłady na własność intelektualną. W dużej mierze oparte na sztucznej inteligencji, ale nie tylko. Tworzymy na zlecenie klientów zupełnie nowe rozwiązania.
Natomiast ostatni cel to utrzymanie odpowiedniego poziomu płynności finansowej. Zdajemy sobie sprawę, że z uwagi na zmieniające się warunki rynkowe będziemy zmuszeni obsługiwać więcej mniejszych klientów. Średni koszt ich pozyskania relatywnie wzrośnie, a na zwrot z tej inwestycji będzie trzeba zaczekać nawet kilka lat.
Brzmi dość mało konkretnie.
To celowe. Mamy bardzo precyzyjny plan, co i jak chcemy osiągnąć, niemniej szczegóły uznajemy za swoją przewagę konkurencyjną. Do jego realizacji potrzebujemy pieniędzy, których nie uzyskalibyśmy z rynku publicznego na atrakcyjnych warunkach. Na zagranicznej giełdzie pewnie zostalibyśmy wycenieni nawet niżej niż na GPW, o ile w ogóle znaleźlibyśmy wystarczające grono inwestorów.
Warto wiedzieć
Przedsiębiorca zaangażowany w rozwój branży
Konrad Weiske jest związany z branżą IT od ponad dwóch dekad. W 2002 r. ukończył Politechnikę Wrocławską, po czym zatrudnił się w Siemens Polska. Zaczął jako programista, a dwa lata później był już kierownikiem projektu. W kolejnych latach zajmował menedżerskie stanowiska w Nokii, Vodafone, IBM i Microsoft. Na dłużej związał się z firmą IT Intive. W latach 2014-16 zasiadał w jej zarządzie.
To był jego ostatni etat. W tym samym roku założył ze wspólnikami software house Spyrosoft, którego prezesem jest od początku. W 2020 r. wprowadzili spółkę na NewConnect, a dwa lata później na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Dynamicznie rozwija się ona m.in. dzięki akwizycjom, także na Zachodzie. W tym roku przejęła firmę w Niemczech, a w 2025 r. w USA.
Konrad Weiske angażuje się w rozwój sektora IT w Polsce. Jest współzałożycielem i wiceprezesem stowarzyszenia Software Development Association Poland (SoDA).
Kilkusetmilionowa wycena przerosła pierwotne ambicje
Giełdowa kapitalizacja Spyrosoftu od debiutu w 2020 r. na GPW – najpierw na NewConnect – się zwielokrotniła. Jednak od ponad trzech lat utknęła w widełkach 400-600 mln zł. Czy słusznie zakładam, że uznaje pan spółkę za niedowartościowaną przez rynek?
Nie. Gdy weszliśmy na giełdę w 2020 r., dostałem od prezesa GPW jedną radę: „Niech pan nigdy nie dyskutuje z rynkiem”. Nie zamierzam więc tego robić. Jeśli rynek wycenia nas obecnie na ok. 500 mln zł, to pewnie tyle jesteśmy warci.
W 2025 r. zapewne przekroczyli państwo 500 mln zł przychodów, a zysk EBITDA zamknął się w przedziale 60-70 mln zł. Zatrudniają państwo prawie 2 tys. pracowników. Z myślą o szybkim dojściu do takiej skali zakładał pan ze wspólnikami tę firmę w 2016 r.?
Zakładałem firmę w swoim 50-metrowym mieszkaniu z myślą, że będziemy zatrudniać ok. 100 osób i że będziemy w stanie z tego żyć. To wszystko. Nie wyobrażałem sobie, gdzie będziemy za dekadę, bo szczególnie w naszej branży rzeczywistość zbyt szybko się zmienia.
Gwałtowne zmiany w IT następują dosłownie co kilka lat. Najpierw pojawienie się chmury publicznej bardzo zmieniło sposób, w jaki działamy. Potem pandemia COVID-19 sprawiła, że przynajmniej w naszym regionie zdecydowana większość programistów pracuje zdalnie. Teraz kolejną minirewolucję napędza rozwój sztucznej inteligencji.
Firma własna, pracy tyle co na etacie
Zamiana posady w zarządzie sporej firmy IT na własny biznes była w jakimś stopniu wymuszona, czy była to w pełni zamierzona chęć rozpoczęcia pracy na własny rachunek?
Odszedłem sam, niemniej sądzę, że gdybym został, to zwolniono by mnie po kilku tygodniach. Mieliśmy z właścicielem spółki i wyznaczonym przez niego prezesem całkowicie rozbieżne wizje firmy i sposób zarządzania nią. Zanosiło się więc na zmianę, choć wcale jej nie szukałem.
Założenie firmy było oczywistym kierunkiem?
Szczerze mówiąc, to nawet nie rozglądałem się za etatem w innym miejscu, więc tak.
Trzeba przyznać, że ryzyko się opłaciło – własność prawie jednej trzeciej firmy wartej około pół miliarda złotych to sporo. Jak dużego poświęcenia wymagało dojście do tego?
Jesteśmy umówieni ze wspólnikami ze spółek-córek na wymianę akcji, więc mój udział spadnie, ale faktycznie się opłaciło. Niemniej to wysiłek całego zespołu. Nie muszę pracować więcej niż wcześniej ani więcej niż inni w firmie. W każdej branży, w pańskiej pewnie też, na sukces trzeba ciężko pracować.
Nie zamierzam uprawiać martyrologii. Słyszałem historie przedsiębiorców, jak wiele poświęcili, że musieli pracować 29 godzin na dobę itd. Może rzeczywiście tak było, ale ja specjalnej różnicy nie widzę. Czerpię z prowadzenia własnej firmy bardzo dużo przyjemności.
A największe wyzwanie?
Nie przychodzą mi do głowy szczególne przeciwności losu, które musielibyśmy pokonać. Może to konsekwencja tego, że wzięliśmy się ze wspólnikami za coś, co bardzo dobrze znamy.
W momencie założenia firmy pracowałem w branży IT już lata. Wiedziałem, jak funkcjonuje rynek, znałem ludzi, miałem dojścia do klientów. Jeśli ma się świadomość, za co się bierze, to łatwo uniknąć wielkich wyzwań. Chyba w tym tkwi duża część naszego sukcesu.
Spyrosoft jedyną giełdową inwestycją
Od czasu wprowadzenia spółki na giełdę nie tylko nie sprzedał pan akcji, a wręcz zwiększył zaangażowanie o ponad 1 pkt proc. Nie ma pan finansowej potrzeby spieniężenia części walorów, a ciągle wierzy w ich duży potencjał wzrostu wartości?
Wynika to z mojego przeświadczenia, że należy inwestować w to, co się rozumie. Sądzę, że jako prezes firmy nie tylko wiem, co się w niej dzieje, ale też mam na to realny wpływ. Rozumiem, z czego wynika jej wartość i uważam, że to dobra inwestycja.
Bez względu na to, w co innego zainwestowałbym te pieniądze, nie miałbym równie dużej kontroli ani nie widziałbym równie dużego potencjału. Miałbym za to większe opory, by coś robić.
Ale zna pan przecież dobrze nie tylko własną firmę, ale generalnie branżę IT. A jej reprezentantów na giełdzie, w tym polskiej, nie brakuje.
Wierzę, że zainwestowałem w najlepszą możliwą firmę z branży. Nie czuję więc potrzeby kupowania akcji innych.
Nigdy nie inwestował pan na giełdzie?
Nigdy. Nie czuję się więc uprawniony, by cokolwiek komuś w tej kwestii doradzać. Zdumiewa mnie jednak podejście niektórych inwestorów. Przed zakupem butów chociaż je zobaczą na żywo, przymierzą. A na akcje wydają sto razy więcej od tak, klikając sobie na ekranie. Bez większego zastanowienia.
Gdy dobrze znam firmę i ludzi, którzy za nią stoją, mogę mówić o inwestycji. Wszystko inne traktuję jako grę i spekulację. I to w porządku, jeśli ktoś szuka adrenaliny. Ja równie dobrze mógłbym pójść do kasyna. Miałbym może nawet większą szansę na zarobek.
Eksperymentalna inwestycja w startup
Wśród przedsiębiorców ze świata technologii popularne jest inwestowanie w startupy. One też pana nie interesują?
Zainwestowałem kilkaset tysięcy złotych w jeden, by sprawdzić, jak wygląda to od środka. Tak w ramach eksperymentu. Nie znam Owl Sentry tak dobrze jak własnej firmy, ale lepiej niż inne [na automatyczne pułapki na gryzonie startup zebrał od prywatnych inwestorów ponad 3 mln zł – red.].
Najpierw jednak spędziłem sporo czasu z głównymi osobami w tej spółce, by dobrze ich poznać. Po inwestycji udostępniłem im przestrzeń w naszym biurze, więc codziennie się widzimy i rozmawiamy. Pomogłem też im znaleźć szefów technologii i finansów.
Czyli nie jest pan największym inwestorem w spółce, ale za to najaktywniejszym?
Nie wiem, jak aktywni są pozostali. Jestem inwestorem, który pomaga czynem, a nie tylko daje kasę i pyta, jak jest. Uważam, że problem rozwiązywany przez Owl Sentry, czyli walka z gryzoniami, jest tego wart. Poza tym najbardziej skusiło mnie coś, co przeciętnego inwestora odrzuca.
Co?
Hardware, fizyczny komponent. Z jednej strony to problem, bo produkcja i sprzedaż urządzeń wymaga dużych inwestycji oraz mrożenia znacznej części kapitału. Generalnie trudniej ją wyskalować. Ale z drugiej strony agentem AI nie wyprodukuje pan niczego, więc sztuczna inteligencja nie wyeliminuje tego biznesu. A wręcz korzysta on z pełni jej dobrodziejstw, wykorzystując AI w swoim produkcie.
Trzeba umieć mówić grzecznie „nie”
Jakie największe obawy miał pan przed pierwszą inwestycją w startup?
Właściwie żadne. Dostrzegłem realny problem, za którego rozwiązanie biorą się właściwi ludzie. Jedyne co, to musiałem wyznaczyć sobie dokładny limit inwestycji. W świecie startupów trochę już tak jest, że gdy raz się da pieniądze, to można spodziewać się kolejnych próśb. Trzeba więc umieć mówić „nie” w miły sposób.
Startupy to bardzo ryzykowne inwestycje, więc skoro zaangażowałem się tylko w jeden, to musiała to być bardzo niewielka kwota. Mniejsza od moich możliwości. Gdybym budował portfel 10 spółek z nadzieją, że jedna czy dwie pozwolą mi dobrze zarobić, wtedy mogłoby to odpowiadać za większą część mojego majątku.
Na razie jednak chcę sprawdzić, czym tak naprawdę jest startup, bo my nigdy nim nie byliśmy. Już w pierwszym pełnym roku działalności mieliśmy zysk i skupiliśmy się na usługach, a nie własnym produkcie.
Nazwał pan swoją inwestycję „eksperymentem”. Jak długo ma on trwać, nim zdecyduje pan, co dalej?
W przypadku Owl Sentry do końca jego działalności albo pojawienia się opcji sprzedaży udziałów na atrakcyjnych warunkach. Nie mogę wyjść w dowolnym momencie, to właśnie specyfika takich inwestycji.
Natomiast jeśli pyta pan o kolejne inwestycje w startupy, to na razie tego nie planuję. Mam za dużo do roboty we własnej firmie. Przed nami fantastyczne lata i mamy konkretny plan, jak najlepiej wykorzystać ten okres. Nie mogę rozpraszać uwagi na poboczne zajęcia.
Jak inwestycja w fundusz VC, to tylko w USA
A zaangażowanie w sektor przez fundusze venture capital (VC)? Z roku na rok coraz więcej prywatnego kapitału płynie na ten rynek w Polsce, do czego zachęcają m.in. preferencyjne warunki w przypadku publiczno-prywatnych wehikułów.
Fundusze VC traktuję jak dowolne inne przedsiębiorstwo. Przed inwestycją musiałbym dobrze poznać zespół, strategię, osiągnięcia, perspektywy itd. Wymaga to czasu, a ryzyko wcale nie jest mniejsze od inwestycji w akcje spółek giełdowych. Natomiast gdybym już musiał zainwestować w sektor VC , to zdecydowanie w USA, a nie w Polsce.
Dlaczego?
Wynika to z mojego przekonania, że w tej branży największy sukces odnoszą inwestorzy, którzy są blisko najlepszych spółek. Są tam, gdzie naprawdę „robi się” pieniądze, a nie tylko obserwuje to z daleka.
Zgłosiło się już do mnie kilka funduszy VC i każdemu odmówiłem. Ich założyciele nie mieli większego doświadczenia w biznesie niż ja, a w inwestowaniu prawie żadnego. Równie dobrze sam mógłbym dziś uznać, że zakładam fundusz i inwestuję w startupy – domyśla się pan, z jakim skutkiem.
Zresztą zgłaszające się fundusze prosiły o kwoty rzędu 100 tys. zł. Taka skala inwestycji nie ma dla mnie sensu, biorąc pod uwagę czas, który musiałbym poświęcić ich ocenie.
Obligacje zamiast nieruchomości
To z jakiego rodzaju inwestycjami czuje się pan najbardziej komfortowo?
Z polskimi obligacjami Skarbu Państwa. Do amerykańskich niestety nie mam dostępu na rynku pierwotnym. Mógłbym kupować je na wtórnym, ale nie mam aż tyle pieniędzy, by było to konieczne.
Polskie obligacje mi wystarczają. Zapewniają zwrot nieco powyżej inflacji i to jest dla mnie ok, bo ich celem jest zabezpieczenie oszczędności. „Agresywną” inwestycją, która ma przynieść mi duży zarobek, są akcje Spyrosoftu.
Czyli nieruchomości to nuda i strata czasu?
Prezentuję skrajnie niepopularny w Polsce pogląd, że jakiekolwiek aktywa fizyczne to tylko problem. Może poza złotem w sztabce, ale je można ukraść. Wśród Polaków powszechne jest myślenie, że jak trochę się dorobiłem, to kupię mieszkanie i będę je wynajmować. O Jezus, Maria, nigdy w życiu! Każde aktywa fizyczne są problematyczne, bo trzeba się nimi zajmować, dbać o nie itp.
Można też zdać się na pośrednika, który zajmie się wszystkim w naszym imieniu.
Jasne, można wynająć ludzi, którzy pilnują następnych ludzi itd. Tylko że jeśli coś poważnego się zdarzy, to będzie to na pana głowie, bo wszyscy umyją ręce. Znam osoby, które lubią zajmować się nieruchomościami i wtedy ma to sens. Ale robić to wbrew sobie? Szczególnie, że stopa zwrotu wcale nie jest szczególnie atrakcyjna.
To znaczy?
Na wynajmie można zarobić średnio może z 5-6 proc. rocznie. Tyle zapewniają mi obligacje i to bez wszystkich zmartwień związanych z nieruchomościami. W odróżnieniu od innych osób nie mam poczucia, że trzeba mieć coś namacalnego, a papiery wartościowe są przecież niematerialne.
Można zarobić więcej, jeśli nieruchomość zyska na wartości. I ok, jeśli ktoś obstawia to za gotówkę. Ale jeśli bierze kredyt na 30 lat z przekonaniem, że mieszkanie na pewno będzie droższe, to jakie ma do tego podstawy poza zapewnieniami doradców? Trend demograficzny jest jednoznaczny – będzie nas coraz mniej. W wielu krajach, w tym w Chinach, już obserwujemy spadek cen mieszkań. A nieruchomości, z definicji, nie przesuniemy – jeśli wybraliśmy złą lokalizację, to wtopa. Nie uznaję więc nieruchomości za bezpieczną inwestycję.
A nie ciągnęło pana nigdy do mniej oczywistych inwestycji?
Kolekcje win, Lego, znaczków, tokenów – nic z tych rzeczy. Widzę, że dużo ludzi chce się wzbogacić, nie robiąc nic. Takich cudów nie ma. Załóż firmę, zainwestuj własne pieniądze i zapracuj na sukces. Ale niektórzy naoglądali się TikToków nagranych przez osoby, którym się poszczęściło i kupili kilka bitcoinów w czasach, gdy wszyscy uznawali je za chłam. I chcą być jak oni. Tylko to, że paru osobom się udało, nie oznacza, że uda się wszystkim.
Najlepsza inwestycja? Własna firma
Skoro są państwo otwarci na inwestora branżowego, to oznacza, że może pan zostać nakłoniony do sprzedania przynajmniej części akcji. Wszystko zainwestowałby pan w obligacje?
Na dzisiaj tak. Nie wyobrażam sobie powierzenia pieniędzy komuś, kto ma mnie ozłocić – takie sytuacje są zbyt rzadkie, bym w to uwierzył. A adrenalinę czerpię z budowy firmy. Nie potrzebuję dodatkowego ryzyka.
Czyli przed panem jeszcze lata koncentracji na byciu przede wszystkim przedsiębiorcą, a nie inwestorem?
W stu procentach. Lubię swoją pracę i w dodatku to najlepsza inwestycja. Zainwestowaliśmy ze wspólnikami w Spyrosoft kilkaset tysięcy złotych, a dziś jest wart kilkaset milionów. To naprawdę dobry zwrot, a z osiągnięcia go czerpię ogromną satysfakcję.
Zdaniem partnera
Płynność przede wszystkim
Rozwój AI jest kolejnym etapem tej transformacji, ale nie zmienia jednego: realna wartość biznesu wciąż często opiera się na inwestycjach, projektach i „twardych” aktywach. Tam kluczowe pozostaje finansowanie wzrostu oraz sprawne zarządzanie kapitałem obrotowym.
Dlatego też coraz częściej obserwujemy, że jako główny KPI [kluczowy wskaźnik efektywności – red.] zgłaszających się do nas firm jest wskazywana płynność finansowa. Dla wielu spółek jest ona ważniejszy niż sam zysk. W końcu to właśnie płynność decyduje o zdolności do realizacji inwestycji i utrzymania tempa wzrostu, a także na możliwość reagowania na dynamicznie zmieniające się otoczenie rynkowe.
Główne wnioski
- Własna firma najlepszą inwestycją. Konrad Weiske założył ze wspólnikami Spyrosoft z myślą, że będą zatrudniać ok. 100 pracowników i będą w stanie z tego żyć. Po dekadzie mają ich prawie 2 tys., setki milionów złotych przychodów i dziesiątki milionów zysku. Spółka IT jest warta ok. 0,5 mld zł, a początkowa inwestycja wyniosła… kilkaset tysięcy. Ambicje, zgodnie z nową strategią, sięgają jednak znacznie wyżej. Kluczowe są kolejne przejęcia, by być jeszcze bliżej klientów i uniknąć wyeliminowania przez AI.
- Obligacje dobrym uzupełnieniem, startup w ramach eksperymentu. Przedsiębiorca podkreśla, że należy inwestować w to, co się rozumie. Jako prezes własnej firmy wie, co się w niej dzieje, ma na to wpływ i rozumie, z czego wynika wartość. Dlatego to Spyrosoft jest jego główną inwestycją. Poza tym ma w portfelu głównie obligacje, które dzięki zwrotowi przekraczającemu nieznacznie inflację mają zabezpieczać majątek. Zainwestował też, w ramach eksperymentu, kilkaset tysięcy złotych w startup Owl Sentry.
- Z dala od mieszkań pod inwestycje. Konrad Weiske przyznaje, że prezentuje skrajnie niepopularny w Polsce pogląd, że jakiekolwiek aktywa fizyczne to tylko problem. Nie widzi sensu inwestowania w nieruchomości, bo zajmowanie się nimi wymaga uwagi, wzrost ich wartości wcale nie jest przesądzony, a sam najem nie zapewnia znacznie większego zwrotu niż np. obligacje. – Nieruchomości, z definicji, nie przesuniemy. Jeśli wybraliśmy złą lokalizację, to wtopa – podkreśla przedsiębiorca.







