Usługi w Polsce tracą nieco impet, lecz pozostają filarem wzrostu
Poznaliśmy pierwsze dane dotyczące produkcji usług w Polsce za 2026 r. Wzrosła ona w styczniu po odsezonowaniu o 4,6 proc. w ujęciu r/r, wynika z danych GUS. To rezultat przyzwoity, ale dynamika wyraźnie osłabła względem grudnia ub. r.
Wówczas wzrost wyniósł 9,9 proc. r/r. Tak wysoki wynik można traktować jako jednorazowy „wyskok”, ale średnia za ub. r. też była wyższa niż styczniowa (6 proc.).
Usługi vs. produkcja przemysłowa: kontynuacja trendu
Usługi od dłuższego czasu radzą sobie jednak lepiej niż produkcja przemysłowa. Początek roku potwierdza ten trend. Dla przypomnienia produkcja przemysłowa w cenach stałych, po wyeliminowaniu czynników sezonowych, wzrosła w lutym o 1,7 proc. r/r. Nie był to zachwycający wynik, ale lepszy niż w styczniu, gdy produkcja spadła o 1,5 proc. r/r. Dla porównania, w całym 2025 r. wzrost w tej gałęzi wyniósł 3 proc. r/r.
Usługi zatem „przetrwały” mroźną zimę w lepszej kondycji niż przemysł. Najwyższa dynamika została odnotowana w informacji i komunikacji oraz działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej (ok. 7 proc. r/r). Jedyną kategorią, która zanotowała spadek w ujęciu r/r, była działalność związana z administrowaniem i wspieraniem działalności gospodarczej. To usługi związane z wynajmem i dzierżawą, obsługą biura czy pośrednictwem pracy.
Ciemna strona wzrostu udziału usług: choroba kosztów
Skąd bierze się wzrost w produkcji usług? W dużej części to naturalny efekt rozwoju gospodarczego. Generalnie im wyższy poziom rozwoju, tym mniejszą rolę w zaspokajaniu potrzeb konsumentów odgrywają towary, a większą rolę przejmują usługi.
Ale zwiększający się udział usług w gospodarce ma też swoje potencjalne negatywne efekty w dłuższym okresie. Wzrost produktywności w usługach uważany jest za wolniejszy niż w pozostałych gałęziach. Wynika to z tego, że usługi w większym stopniu zależą od kapitału ludzkiego i są mniej podatne na automatyzację. Tę koncepcję opracował ekonomista William Baumol. Od jego nazwiska nazywana jest „chorobą kosztów Baumola”. Wydajność w części usług rośnie wolniej – często tych związanych z sektorem publicznym, czyli edukacji, kultury, zdrowia – natomiast płace w nich rosną tak jak w pozostałych częściach gospodarki. To powoduje wzrost kosztów.