Przyjęcie definicji local content to pierwszy krok. Teraz czas na praktykę
Kodeks dobrych praktyk zwiększający udział krajowych firm w inwestycjach najpierw obejmie budowę morskich farm wiatrowych. – Potem rozszerzymy pilotaż na całą energetykę, przemysł obronny i kolejne sektory gospodarki – zapowiedział minister aktywów państwowych Wojciech Balczun.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego polski rząd przyjął projekt local content.
- Jak spółki Skarbu Państwa chcą wspierać polskie firmy.
- Jakie zastrzeżenia do tej inicjatywy mają prawnicy.
Spółki z udziałem Skarbu Państwa zaczynają wdrażać przygotowany przez Ministerstwo Aktywów Państwowych kodeks dobrych praktyk. Zawiera on rekomendacje, jak zwiększyć szanse polskich firm na zlecenia przy realizowanych właśnie potężnych inwestycjach związanych m.in. z energetyką, obronnością, rozwojem infrastruktury i cyfryzacją gospodarki. Kodeks ten określa też, jak mierzyć poziom „krajowości” podmiotów i jak uwzględniać ten czynnik przy zamówieniach publicznych. Oznacza to, że zleceniodawcy odejdą od prostej zasady wyboru oferty z najniższą ceną.
– Bardzo dokładnie to analizowaliśmy i okazało się, że nie ma konieczności zmiany ustawy o zamówieniach publicznych. W pierwszej kolejności nowe zasady zostaną wdrożone przy budowie farm wiatrowych w polskiej części Bałtyku. W kolejnym kroku będziemy ten pilotaż rozszerzali na całą energetykę, na przemysł obronny i wszystkie sektory gospodarki – zapowiedział minister aktywów państwowych Wojciech Balczun podczas tegorocznej edycji Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.
Szef MAP zaznaczył, że wdrożenie projektu local content wymaga zmiany mentalności w spółkach Skarbu Państwa. Jest to konieczne, jeśli chcemy wspierać lokalne przedsiębiorstwa.
– To nie jest projekt przeciwko jakimkolwiek regulacjom. Jako kraj, który jest 20. gospodarką świata i jednym z liderów europejskich, powinniśmy umieć tworzyć dobre warunki dla rozwoju polskiego biznesu. Tylko w energetyce w ciągu 10 lat wydamy na inwestycje 1 bln zł. Trudno sobie wyobrazić, by polskie firmy nie wzięły w tym udziału. Zachęcamy też prywatne przedsiębiorstwa do uwzględniania krajowego komponentu w swoich projektach – podkreślił Wojciech Balczun.
Local content na Bałtyku
Morskie farmy na Bałtyku buduje m.in. Orlen. Podczas dyskusji w Katowicach szef koncernu przekazał, że przy pierwszej polskiej farmie wiatrowej na morzu udział krajowego komponentu szacowany jest na 21 proc w całym cyklu życia farmy. Pierwszy prąd z Baltic Power popłynie już w tym roku.
– Przewidujemy, że przy drugim morskim projekcie – Baltic East – udział ten zostanie podwojony. To wymaga budowania relacji, bliskiej współpracy z potencjalnymi wykonawcami, informowania ich o naszych potrzebach, wymogach technologicznych, terminach dostaw. Chcemy wybierać krajowych dostawców nie tylko dlatego, że to polskie firmy, ale także dlatego, że oferują dobre i rozsądne cenowo produkty i usługi – podkreślił Ireneusz Fąfara, prezes Orlenu.
Dodał, że realizacja idei wzmacniania krajowego komponentu w inwestycjach w praktyce wymaga od zamawiających większej inicjatywy.
– To my, jako duże firmy, musimy wyjść ze swojej strefy komfortu. Stosowaliśmy przy przetargach utarte przez lata procedury, i to do pewnego czasu dobrze działało. Jednak teraz musimy iść krok dalej, wymagać od siebie więcej, zmienić nasz sposób myślenia. W ten sposób stworzymy przestrzeń dla rozwoju polskich firm. W Orlenie to już się dzieje – zaznaczył Ireneusz Fąfara.
Polskie rozwiązania
Koncerny energetyczne wskazują, że w takich sektorach jak dystrybucja energii elektrycznej już teraz zdecydowaną większość zleceń wykonują rodzimi przedsiębiorcy. Enea zamówiła niedawno liczniki do zdalnego odczytu zużycia prądu od Apatora, który swoją siedzibę ma koło Torunia. Współpraca między tymi firmami jest o tyle wyjątkowa, że Enea jest nie tylko odbiorcą technologii, ale też jej współtwórcą. Miała więc wpływ na to, jak licznik został skonstruowany.
– Szukamy rozwiązań na polskim rynku. Licznik wykonany przez Apatora ma ponad 200 parametrów i 100 różnych funkcji dla klientów – odbiorców energii. Kluczowe dla nas było bezpieczeństwo. Współtworzyliśmy ten produkt, a więc wiemy dokładnie, co w nim jest. Licznik został wyprodukowany w polskiej fabryce na polskiej linii produkcyjnej. To też pokazuje, że polskie firmy dobrze radzą sobie technologicznie – podkreślił Grzegorz Kinelski, prezes Enei.
Polscy dostawcy szukają też aktywnie zleceń za granicą. Przykładem jest Atlas Ward, który buduje dla wielkich koncernów obiekty przemysłowe, logistyczne i technologiczne, w tym także centra danych.
– Na zagranicznych rynkach konkurujemy z firmami z Europy, USA czy Japonii. Tam wcale nie wygrywamy ceną, bo tam liczą się też kompetencje, doświadczenie, zrozumienie potrzeb klienta. Na polskim rynku widzę natomiast, że od lat uznaje się dostawców z Zachodu za lepszych od krajowych. Dla nas walka o kontrakty w innych krajach jest trudna. Często trzeba tam założyć lokalną firmę, zatrudnić lokalnych pracowników. Natomiast w Polsce takich obostrzeń co do zagranicznych dostawców nie było. Widać więc ogromną dysproporcję w ochronie lokalnego rynku – zauważył Mariusz Górecki, prezes Atlas Ward.
Świadome decyzje
Eksperci podkreślają jednocześnie, że zamawiający nie mogą wprost w warunkach przetargu wpisać preferencji dla krajowych wykonawców. Nie oznacza to jednak, że mają oni związane ręce.
– Jak dotąd byliśmy maksymalnie otwarci na wykonawców z całego świata. Okazuje się, że to nie było najlepsze rozwiązanie. Wiele państw subsydiuje swoich przedsiębiorców i w ten sposób zaburza konkurencję na rynku. Dzięki niedawnemu wyrokowi Trybunału Sprawiedliwości UE zamawiający mogą świadomie podejmować decyzje dotyczące udziału w postępowaniu firm z tzw. państw trzecich. Do tego istnieje wiele instrumentów, które pozwalają zwiększyć szanse rodzimych przedsiębiorców na zlecenia, a nie były jak dotąd szeroko stosowane. To na przykład wstępne konsultacje rynkowe, dzięki którym zleceniodawca może dobrze rozpoznać rynek, porozmawiać z wykonawcami, poznać ich mocne strony. To pozwala świadomie prowadzić proces zakupowy nastawiony na realizację celów ważnych z punktu widzenia państwa – stwierdziła Agnieszka Olszewska, prezeska Urzędu Zamówień Publicznych.
Na ile możemy sobie pozwolić?
Prawnicy ostrzegają jednocześnie, że czasami nawet miękkie narzędzia dotyczące wspierania lokalnych firm, mogą okazać się niezgodne z unijnym prawem.
– Zasada jest taka, że pomoc czy preferencja dla przedsiębiorców nie może doprowadzić do zaburzenia konkurencji, dyskryminacji innych podmiotów, nie może zaburzać wolnego handlu wspólnotowego – wyjaśnił Marcin Trepka, partner kierujący praktyką prawa ochrony konkurencji i konsumentów w Baker McKenzie.
Jakie chwyty są dozwolone, a jakie z dużym prawdopodobieństwem zostaną zakwestionowane przez organy unijne? Możemy to wyczytać z dotychczasowego orzecznictwa Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości UE.
– Pozytywnie organy te oceniały jak dotąd preferencje wobec lokalizacji, a więc miejsca prowadzenia działalności przez dostawcę, a także wskazywanie oczekiwanego poziomu zatrudnienia lokalnych pracowników. Przy czym nie można wskazywać tutaj konkretnej narodowości pracowników. Jeśli zaś chodzi o łańcuch dostaw, to jeśli zleceniodawca preferował europejskie firmy, to KE oceniała to pozytywnie. Natomiast jeśli miały to być tylko lokalne, krajowe firmy wykonawcze albo produkty, to już ocena była najczęściej negatywna. Czasami nawet miękkie preferencje, nieumocowane w krajowym prawie, były kwestionowane przez KE. Warto to mieć na uwadze przy realizacji projektów – podkreślił Marcin Trepka.
Główne wnioski
- Spółki z udziałem Skarbu Państwa pracują nad zwiększeniem komponentu krajowego przy realizowanych inwestycjach. Pomóc ma im w tym kodeks dobrych praktyk, przygotowany przez Ministerstwo Aktywów Państwowych. W pierwszej kolejności kodeks ten realizować będą spółki energetyczne. Po tym pilotażu inicjatywę podejmą kolejne branże.
- Polskie koncerny podkreślają, że realizacja projektu local content wymaga zmiany mentalności i większej inicjatywy ze strony zamawiających. Potrzebna jest też bliska współpraca z potencjalnymi wykonawcami, aby obie strony poznały swoje potrzeby. – Chcemy wybierać krajowych dostawców nie tylko dlatego, że to polskie firmy, ale także dlatego, że oferują dobre i rozsądne cenowo produkty i usługi – podkreślił Ireneusz Fąfara, prezes Orlenu.
- Prawnicy ostrzegają jednocześnie, że czasami nawet miękkie narzędzia dotyczące wspierania lokalnych firm, mogą okazać się niezgodne z unijnym prawem. O tym, na ile mogą sobie pozwolić zamawiający w przetargach, możemy dowiedzieć się z dotychczasowego orzecznictwa Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości UE.
Artykuł powstał na zlecenie Orlen S.A.
