Kategoria artykułu: Społeczeństwo

Rosyjski pocisk spadł w Polsce. Ekspert o lukach w systemie ostrzegania i Alertach RCB (WYWIAD)

– Mamy dysonans między narracją polityków, którzy werbalnie przygotowują nas do wojny i mówią nam o powinnościach, które musimy ponosić jako społeczeństwo, a faktycznymi wysiłkami polityków w kierunku uzyskania odporności na tego typu zagrożenia – mówi dr hab. Przemysław Mazur. Czy systemy ostrzegania są wystarczające? Dlaczego nie było Alertów RCB?

Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, premier Donald Tusk i szef MSWiA Marcin Kierwiński podczas wypowiedzi dla mediów w miejscu upadku obiektu w okolicach miejscowości Tarnawa-Kolonia. Według Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych o godz. 3.40 w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto obiekt, dla jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16. W miejscu upadku rakiety powstał krater o średnicy ok. 10 m. Fot. PAP/Wojtek Jargiło

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak służby zareagowały na pojawienie się obiektu w polskiej przestrzeni powietrznej.
  2. Czy polskie instytucje zdały ten egzamin.
  3. Jakie lekcje powinniśmy wyciągnąć z tego wydarzenia.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Łukasz Grzesiczak, XYZ: Czy nasze służby właściwie zareagowały na pojawienie się niezidentyfikowanego obiektu w polskiej przestrzeni powietrznej?

Dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Najprawdopodobniej mieliśmy do czynienia z przypadkowym atakiem przy użyciu rakiety manewrującej Ch-101. To jest specyficzny rodzaj pocisku manewrującego o dużym zasięgu około 2500 km, który rzadko pojawia się tuż przy polskiej granicy.

Specyfika polega przede wszystkim na tym, że jest to pocisk manewrujący, a więc taki, który zmienia tor lotu. Może lecieć pewną trajektorią, a zaraz ją zmienić. Kolejną specyfiką jest dość niskie odbicie echa radarowego. Nie jest to pocisk tzw. niewidzialny dla radarów, ale o obniżonych parametrach. Dość trudny do wykrycia dla systemów radarowych. Ponadto ma zdolność do przelotu na bardzo niskiej wysokości. Wtedy te systemy radarowe są dość mocno ograniczone.

Typowym dla rosyjskiej taktyki sposobem używania tych pocisków jest to, że lecą w kierunku Polski, a następnie zawracają, tak by uderzyć np. we Lwów od strony zachodniej, czyli tej, która nie jest dobrze zabezpieczona. To także ogranicza nam rozpoznanie, dokąd ten pocisk leci.

Warto wiedzieć

Dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN

Doktor nauk o polityce, doktor habilitowany nauk o bezpieczeństwie, profesor Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, pracuje w Instytucie Bezpieczeństwa i Informatyki UKEN. Wśród jego zainteresowań naukowych znajdują się zagadnienia bezpieczeństwa Bliskiego Wschodu, zagrożeń asymetrycznych, odstraszania militarnego i geopolityki, szczególnie rosyjskiej. Od 2019 r. współpracuje z USSTRATCOM (Dowództwo Strategiczne Stanów Zjednoczonych). Popularyzator i komentator wiedzy na temat bezpieczeństwa międzynarodowego, głównie dotyczącego Rosji i Bliskiego Wschodu

Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie

Rosjanie zrobili to specjalnie?

Najprawdopodobniej ten lot był przypadkowy w wyniku ukraińskiej interwencji lub awarii systemu naprowadzania czy sterowania. Te systemy są dość dokładne – niektórzy twierdzą, że trafiają z dokładnością nawet 10 metrów. Mało prawdopodobne, by uderzenie w pole pod Lublinem było właściwym celem.

Druga kwestia dotyczy naszego systemu radarowego i obrony przeciwlotniczej. Nie wiemy do końca, jak bardzo jest on spójny. Wojskowi różnie wypowiadają się na ten temat, część z nich twierdzi, że nie jest kompatybilny. Taki system składa się z kilku poziomów, które łącznie dają pełen obraz. Niestety przy granicy nie mamy za dużo stacji rozpoznania radarowego, które są kluczowe dla rozpoznania pocisków lecących nisko. Poza samolotami wczesnego ostrzegania typu AWACS, które na ogół użycza nam USA lub NATO, to jedyny sposób, który mógłby nas ostrzec i określić trajektorię lotu.

Czy powinno się zestrzelić ten pocisk?

Czy strącenie tego pocisku było możliwe?

Oficjalny komunikat władz mówi, że pocisk był kontrolowany i była gotowość do jego strącenia. Miała być podniesiona para dyżurna, więc należy przypuszczać, że rzeczywiście pocisk był w jakimś stopniu obserwowany. Z drugiej strony, upadł dwa kilometry od zabudowań. To się trochę nie klei. Raczej nie powinno się dopuścić do tak niskiego przelotu w termalnej fazie pocisku przed jego wybuchem w tak niedużej odległości od zabudowań. Tutaj mam pewne wątpliwości, czy ten pocisk na końcowym etapie był przez nas nadzorowany.

Nie wiem, czy Ukraińcy nas wcześniej oficjalnie poinformowali, że taki pocisk leci. Podejrzewam, że tak, bo dotychczas tak robili.

Pod względem technicznym strącenie tego pocisku było możliwe. Samoloty F-16, które były zadysponowane, mają taką zdolność. Jeszcze lepiej nadaje się do tego system Patriot z rakietami PAC-3 MSE, ale on nie ma całego pokrycia, więc jego działanie jest ograniczone. Ponoć efektory (antyrakiety) tego systemu zostały oddane Ukraińcom. Nie wiem, w jakim stopniu ten system jest dziś w dyspozycji operacyjnej.

System ostrzegania zawiódł

Mieszkańcy Lublina oraz kilku innych powiatów województwa lubelskiego m.in. krasnostawskiego i biłgorajskiego usłyszeli systemy alarmowe z powodu zagrożenia z powietrza. Syrenom najprawdopodobniej nie towarzyszyły inne informacje. To standardowa procedura?

To stało się wbrew sztuce.

Fakt, że syreny się odezwały, jest zgodny z zasadami. Samo Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zaleca w takim przypadku szybkie sprawdzenie informacji w innych ogólnodostępnych mediach. Z tego, co mi wiadomo, w żadnych nie było informacji na ten temat.

Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych w nocy poinformowało, że para dyżurna samolotów została uruchomiona. To standardowa informacja, że będzie głośno i mogą być np. opóźnienia w lądowaniu cywilnych samolotów. Zatem to zalecanie RCB, by po usłyszeniu syren sprawdzić media, nie zadziało.

Biorąc pod uwagę same miejscowości, gdzie syreny zawyły, to Lublin był prawdopodobnie bezpodstawny. Oczywiście, tak jak wspomniałem, mieliśmy do czynienia z pociskiem manewrującymi, więc mógł zmienić trajektorię lotu. Dziwne, że w niektórych miejscowościach, przez które pocisk przeleciał, syreny nie zawyły. Tam byłoby to bardziej uzasadnione. Tutaj też coś nie do końca zadziałało, jak należy.

Dlaczego nie wysłano Alertów RCB?

Wydaje się, że syrenom mogła towarzyszyć wysyłka SMS z Alertem RCB. Ostrzegające SMS-y otrzymujemy często z bardziej błahych powodów, np. z ostrzeżeniem o opadach śniegu w grudniu.

Po pierwsze powstaje pytanie, czy technologia SMS w połowie lat 20. XXI wieku to właśnie ta technologia, na której powinniśmy polegać.

Po drugie, mogą sobie państwo zrobić eksperyment i zobaczyć, kiedy przychodzą Alerty RCB nawet do mieszkańców jednego domu. Jest różnica nawet kilku godzin pomiędzy smartfonami i to nawet w jednej sieci komórkowej.

To pokazuje, że system SMS zwłaszcza do alarmowania w czasie rzeczywistym, czy bardzo krótkim czasie od alarmu do wystąpienia zagrożenie po prostu się nie sprawdza. To nie działa. To jest system przestarzały.

W przypadku, o którym rozmawiamy, chodzi być może o minuty między tym, kiedy Dowództwo Operacyjne zidentyfikowało obiekt jako zagrożenie, a jego upadkiem. To bardzo krótki czas. Tutaj potrzebujemy narzędzi, które reagują natychmiast, w czasie rzeczywistym, a nie po sprawie.

To nie może być zarządzane – jak mamy to dzisiaj – centralnie, ale na poziomie wojewódzkim. To wojewoda i jego sztab powinni decydować o jego uruchomieniu. To oni lepiej znają te rejony, lepiej są w stanie tym zarządzać.

Alerty SMS w ogóle nie zostały wysłane.

Dlaczego?

Być może zdecydował czynnik ludzki. W tym konkretnym przypadku procedura jest mniej więcej taka: Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych informuje Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Wiemy, że ta informacja była. Wojsko postąpiło tutaj zgodnie z zasadami. RCB decyduje o wysłaniu takiego alarmu. Czy trwały jakieś konsultacje, czy mieliśmy do czynienia z jakimś paraliżem decyzyjnym? Tego nie wiem i lepiej, żeby tego typu informacje się nie wydostawały, co tam było, bo to pokazuje słabość naszego państwa i nasze zagrożenie.

Coś w RCB nie zadziałało – na poziomie komunikacji z Dowództwem Operacyjnym lub w samym RCB. Być może – bo tego nie wiemy – technicznie jest to trudne do zrobienia. Nawet jeśli zapadła decyzja o wysłaniu Alertów RCB, okazało się, że tego technicznie nie da się zrobić. Tego nie wiem, to są tylko moje spekulacje.

Nie jesteśmy gotowi na podobne zdarzenia

Jakie wnioski musimy wyciągnąć z tej sytuacji?

Kolejny raz udowodniliśmy, że panuje u nas chaos. Mamy ustawę o obronie cywilnej, która teoretycznie reguluje te kwestie, ale w praktyce okazuje się, że nie wiemy, kto ma podjąć decyzję i kiedy ma być podjęta. Przypominam, że mamy sytuację wojny za naszą granicą.

Mamy dysonans między narracją polityków, którzy werbalnie przygotowują nas do wojny i mówią nam o powinnościach, które musimy ponosić jako społeczeństwo, a faktycznymi wysiłkami polityków w kierunku uzyskania odporności na tego typu zagrożenia.

Potrzebujemy schronów i miejsc schronienia. Jest projekt rządowy i coś tam się buduje. Ale czy mamy jakiś sprawny system informowania ludzi, gdzie mają się schować? Kiedy są w swoim domu, mniej więcej wiedzą, ale kiedy są gdzieś na wczasach? Skąd mają wiedzieć, gdzie się schronić?

Powinniśmy się uczyć, choćby od Ukraińców, których zdolności improwizacyjne i doświadczenia z wojny są imponujące. Oni mają swoje aplikacje, które były często tworzone oddolnie. Taką aplikacją jest choćby Tryvoha.

Jak robią to Ukraińcy?

Miałem okazję obserwować, jak działają takie aplikacje u ukraińskich kolegów. W momencie, kiedy jest ogłaszany alarm przeciwlotniczy, to komórka wydaje takie same dźwięki jak syreny. Ona też mruga. Mamy tutaj w czasie rzeczywistym informacje przy pomocy aplikacji na smartfonie. My rozwijamy mObywatela, ale na razie to nie działa. Podobny system jak Ukraina ma Izrael. To jest coś, co powinniśmy już dawno mieć. Jeżeli naprawdę rozpoznajemy, że Polska jest w stanie zagrożenia i potencjalnego konfliktu zbrojnego. A przypominam, że tak twierdzą nasi politycy.

Być może potrzebujemy jakiejś formy decentralizacji w zakresie decydowania o informowaniu. To niższe szczeble decydują o włączeniu syren, a te zadziałały. O wysłaniu SMS-a decyduje Warszawa.

Po tej nocy dowiedzieliśmy się, że nie jesteśmy przygotowani w żaden sposób. Ani instytucjonalnie, ani jako społeczeństwo. Zastanawiam się, ile osób słysząc te syreny, cokolwiek zrobiło. Na szczęście nie było takiej potrzeby, żeby się schronić, ale to jest kwestia świadomości społecznej, której nie mamy.

Główne wnioski

  1. Ekspert ds. bezpieczeństwa dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN uważa, że pocisk pojawił się w polskiej przestrzeni powietrznej przypadkiem w wyniku ukraińskiej interwencji lub awarii systemu naprowadzania czy sterowania. – Te systemy są dość dokładne – niektórzy twierdzą, że trafiają z dokładnością nawet 10 metrów. Mało prawdopodobne, by uderzenie w pole pod Lublinem było właściwym celem tego pocisku – mówi ekspert.
  2. W jego ocenie zawiódł system ostrzegania przed niebezpieczeństwem. Samo Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zaleca w takim przypadku szybkie sprawdzenie informacji w innych ogólnodostępnych mediach. Z tego, co wiadomo – w żadnych – nie było informacji na ten temat.
  3. Ekspert krytykuje polskie elity polityczne. – Mamy dysonans między narracją polityków, którzy werbalnie przygotowują nas do wojny i mówią nam o powinnościach, które musimy ponosić jako społeczeństwo, a faktycznymi wysiłkami polityków w kierunku uzyskania odporności na tego typu zagrożenia. I to dotyczy zarówno tego, jak i poprzedniego rządu – mówi dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN.