Rosyjski odpowiednik Starlinka zalicza wpadkę za wpadką. Żaden z nowych satelitów nie wzniósł się na wymaganą wysokość

Rosja szykuje własną odpowiedź na Starlinka. Na razie jednak Moskwa zalicza kolejne wpadki. Z 16 wystrzelonych satelitów żaden nie znalazł się na docelowej wysokości. Dwa zaś wkrótce spłoną w atmosferze Ziemi.

System Rasswiet miał zrekompensować utracony dostęp do Starlinka nad Ukrainą. Wyszło jak we wszystkich żartach o rosyjskich technologiach. 19 lipca wystrzelono bowiem 16 satelitów tego systemu. Docelowo miały się znaleźć na orbicie na wysokości 870 km. Tylko 12 osiągnęło jednak stabilną orbitę i to na wysokości od 300 do 400 km – podaje amerykański think tank Instytut Sztuki Wojennej. To pozwala na jedynie dwa okna łączności dziennie, które trwają łącznie 1,5 godziny.

Najsłabszym punktem całego pomysłu jest korzystanie z drogich i rzadkich rakiet Sojuz-2.1b. Pozwalają one zaledwie na kilka startów rocznie. Rosja jest więc w stanie wynieść na orbitę zaledwie 128 satelitów w ciągu czterech lat. Do zapewnienia łączności w stylu Starlinka potrzeba jednak od 200 do 300 satelitów.

Planom Moskwy przeszkadzają też precyzyjne ukraińskie uderzenia w kluczowe zakłady. W połowie sierpnia Ukraina uderzyła w Zakłady Rakietowo-Kosmiczne Progress w Samarze, które produkują Sojuzy. Do tego zaatakowała kosmodrom w Plesiecku, skąd te rakiety startują. To, zdaniem ISW, ogranicza zdolności Rosji do zastąpienia Starlinka.

Mimo to eksperci ostrzegają, że nawet obecna konstelacja z ograniczoną dostępnością pomaga Rosji. Pozwala bowiem podczas okienek łączności na precyzyjne naprowadzanie zdalnie sterowanych dronów oraz wykorzystanie łączności satelitarnej.

Źródło: PAP