Kategorie artykułu: Biznes Lifestyle

Jakub Skałbania o samodzielnym inwestowaniu w startupy: Droga donikąd, niektórzy urwali się z TikToka (WYWIAD)

Odrzucał oferty wyceniające jego firmę na duże kwoty, bo ma do zrealizowania ambitny cel. Inwestuje w fundusze, spekuluje na giełdzie, jest „totalnie antykrypto”. – Chciałbym stworzyć nietypowy fundusz wspierający uzdolnioną młodzież w konkretnych sytuacjach – mówi Jakub Skałbania, prezes i założyciel Netwise.

Jakub Skałbania, prezes i założyciel Netwise
Jakub Skałbania zniechęcił się do indywidualnego inwestowania w startupy, bo uważa, że stracił na tym czas. Do grup aniołów biznesu nie może się jednak się przebić. Fot. materiały prasowe/Netwise

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jakie doświadczenia zmieniły wyobrażenia Jakuba Skałbani o prywatnej bankowości i skłoniły do samodzielnego grania na giełdzie.
  2. Dlaczego wybrał inwestowanie w spółki technologiczne przez fundusze zamiast bezpośrednio.
  3. Jakie ma podejście do ryzyka w biznesie i inwestowaniu.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Mariusz Bartodziej: Ściągnął pan Netwise z NewConnect w 2023 r. przy wycenie ok. 50 mln zł, a w kolejnych latach odrzucał oferty przejęcia nawet znacznie większej wartości. Nie widzi pan dla siebie lepszej inwestycji, czy ważniejsza jest satysfakcja z rozwoju tej konkretnej firmy?

Jakub Skałbania, prezes i założyciel Netwise: Nie pozwala mi na to ambicja. Niby mógłbym sprzedać firmy i beztrosko żyć, ale to nie jest wcale tak proste, jak kreują to media. Zresztą kompletnie nie o to mi chodzi.

A o co?

Mam do zrealizowania z Netwise bardzo ambitny cel, który jest coraz bardziej realny. Chcę zbudować w ciągu kilku lat paneuropejską, butikową organizację oferującą skrajnie dobre usługi w środowisku Microsoftu – szczególnie w CRM [system do zarządzania relacjami z klientami – red.], ale nie tylko.

Nasz model biznesowy jest nietypowy w branży. Przy ponad 100 osobach średni staż u nas to 47 miesięcy, czyli bardzo dużo na tle branży IT. Realizujemy projekty własnymi, sprawdzonymi ludźmi. Jesteśmy gotowi odrzucić nawet duży kontrakt, jeśli nie mamy z partnerem nici porozumienia. Wierzę, że możemy dojść do 50 mln euro przychodów przy zdrowym poziomie marży EBITDA 20-25 proc.

Jeśli znajdziemy partnera podzielającego nasze podejście i gotowego wspierać nakreśloną wizję, to jesteśmy otwarci na rozmowy. Do tej pory zgłaszali się tylko inwestorzy z kompletnie odmiennym pomysłem. Nie interesują nas pieniądze, które będą wymagały np. skupowania firm o niskiej rentowności w celu zrobienia „masy” pod sprzedaż za kilka lat.

Warto wiedzieć

Polski przedsiębiorca IT wykształcony na Oksfordzie

Jakub Skałbania to jedna z bardziej wyrazistych postaci polskiego sektora IT. Już w czasie studiów w Anglii zaczął pracować w Microsoft, ale wolał zostać przedsiębiorcą. W 2008 r. założył równolegle portal społecznościowy Eventspot.net i wdrażającą system CRM firmę Netwise. Pierwszy z tych biznesów pogrążyła konkurencja w postaci Facebooka, drugi okazał się trwałym sukcesem.

Jest absolwentem Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych w Warszawie (2005 r.) oraz University of Oxford (2009 r.), a także Stanford University Graduate School of Business (2019 r.). Był finalistą konkursu EY Przedsiębiorca Roku 2014. Od 2010 r. Microsoft corocznie wyróżnia go tytułem Most Valuable Professional (MVP). Jest współautorem dwóch części specjalistycznej książki „The CRM Field Guide”.

XYZ

Budowa firmy pierwszego wyboru w Europie

Już teraz Netwise jest prawdziwie międzynarodową firmą wdrażającą CRM w globalnych korporacjach. Czy był jeden kluczowy moment dla osiągnięcia tej pozycji?

Był. Do 2018 r. byliśmy po prostu zdrową, stabilną organizacją. Wtedy podjąłem decyzję z gatunku tych, o których łatwo czyta się w książkach, ale trzeba mieć jaja i pełną kontrolę, by ją wdrożyć.

Jaką?

Zwróciliśmy uwagę, że pozyskanie i obsługa dużego kontraktu w wielkiej firmie energetycznej z Niemiec kosztowało nas tyle samo co wiele mniejszych umów z mniejszymi kontrahentami. Postanowiliśmy więc zrezygnować ze wszystkich małych klientów i skupić się na obsłudze międzynarodowych korporacji z przychodami powyżej miliarda euro i potencjałem realizacji prac przynajmniej przez trzy lata.

Dziś dziewięciu na 10 klientów wpisuje się w te kryteria, a dynamika naszych wyników znacznie przyspieszyła od 2020 r. Opłaciło się, ale decyzja była piekielnie trudna i ryzykowna.

Dlaczego?

Trudna, bo pracownicy martwili się, co ta zmiana będzie dla nich oznaczała. Musieliśmy dokładnie wyjaśniać im, dlaczego rezygnacja z bardzo małych kontraktów na progu rentowności wyjdzie nam na dobre.

Ryzykowna, bo jaką siłę przebicia mieliśmy jako niewielka i mało znana firma z Polski w zestawieniu z globalną konkurencją? Takich kontraktów nie zdobędzie się z pomocą handlowca. Jedyną szansą było polecenie nas przez klienta innemu klientowi albo przez menedżera, który w nowym miejscu chciałby współpracować właśnie z nami.

I to zadziałało. Gwałtownie przyspieszyliśmy rozwój, zachowując kulturę pracy. Zaczęliśmy jednak zauważać, że odrzucając małe kontrakty, budujemy niepotrzebnie rynek konkurencji.

Odpowiedzią na to było przejęcie w 2023 r. Atteli?

To była rewelacyjna decyzja, świetnie się uzupełniamy. Jeśli mamy z klientem chemię i oczekuje on jakości naszych doświadczonych architektów, choć jest małą czy średnią firmą, to obsługuje go Atteli. Wszystkie strony są wtedy zachwycone.

Po ściągnięciu spółki z NewConnect obrałem za cel zbudowanie organizacji pierwszego wyboru w Europie do jakościowych wdrożeń na dużą skalę. Jeśli komuś zależy na wyniku, terminowości i dobrej atmosferze pracy, to ma myśleć o Netwise. Nie chcemy pozycjonować się ceną – jest mnóstwo tańszych od nas wykonawców, ale też sporo droższych. Nie w to chcemy grać.

Inwestowanie w startupy drogą donikąd

Czy to w 2020 r., gdy zysk firmy zaczął znacząco rosnąć, zaczął pan poważniej myśleć o dywersyfikacji majątku?

Mniej więcej dwa lata później. Spotkałem mnóstwo ludzi, którzy po jednym udanym roku zostają gwiazdami konferencji, a później nie potrafią tego powtórzyć.

Gdy już potwierdziliśmy zdolność do dalszego wzrostu, zacząłem pragmatycznie szukać opcji, w co najlepiej inwestować. I miałem problem.

Jaki?

Przygotowując w Netwise budżet, staramy się zapewnić ROA [wskaźnik rentowności aktywów – red.] w przedziale 25-30 proc. Gdzie mam znaleźć równie efektywną inwestycję, ponadto z takim poziomem kontroli, jaki mam we własnej firmie, którą doskonale znam? Dekadę temu zainwestowałem w pewien biznes spożywczy i straciłem wszystko – na szczęście niedużo.

Wtedy nadarzyła się okazja inwestycji w Atteli. Zakup okazał się dla nas relatywnie tani, bo w momencie przejęcia spółka miała ok. 1 mln zł przychodów, a z naszą pomocą mierzy w tym roku już w 8 mln zł. I to przy 30 proc. rentowności EBITDA. Mamy budżet na kolejne przejęcia, ale nie znaleźliśmy właściwej firmy.

Czyli trzeba było inwestować w coś prywatnie?

Z Dominikiem Heberholzem, moim wspólnikiem w Netwise, założyliśmy wehikuł inwestycyjny. Uznaliśmy, że będziemy inwestować w startupy po 250 tys.-1 mln zł. To w końcu bardzo popularne.

Zwłaszcza wśród przedsiębiorców z branży technologicznej.

Nie zainwestowaliśmy w żaden. A straciliśmy kupę czasu, bo w pewnym sensie ciągnęliśmy drugi etat. Tylko w jednym, intensywnym kwartale przejrzeliśmy z 50 pitch decków [prezentacji startupu dla inwestorów – red.], a w całym roku znacznie więcej. Zgłupieliśmy, ponieważ nie mieliśmy pojęcia, czy to z nami jest coś nie tak, czy z rynkiem.

Dlaczego?

Czasem odnosiliśmy wrażenie, że ktoś urwał się z TikToka. Był przekonany, że Uber czy Tesla wzięły się znikąd, więc on „ot tak” stworzy podobny biznes. Naprawdę nieraz słyszeliśmy, że ktoś kiedyś planuje osiągnąć 100 tys. zł miesięcznych przychodów, a swój pomysł wycenia na 30 mln zł. Czy ktoś już go zweryfikował? Nie.

Dla mnie to był absurd, bo od kilkunastu lat ciężko pracuję codziennie u podstaw: oferty, zarządzanie, klienci, projekty itd. A nagle staje przede mną ktoś przekonany, że wystarczy pomysł. Zrozumieliśmy, że to droga donikąd.

Fundusze tarczą chroniącą przed badziewiem

Co wtedy?

Zaczęliśmy rozglądać się za kimś, kto mógłby zrobić to za nas. Postanowiliśmy zostać LP's w funduszach [limited partners, dawcy kapitału – red.]. Zdawaliśmy sobie sprawę, że inwestując samodzielnie, może zarobilibyśmy więcej, ale kluczowa była dla nas tarcza chroniąca nas przed badziewiem. Fundusz filtruje szum, ustawia pewien rytm i ma czas oraz kompetencje, by wspomóc spółki portfelowe.

Świetnie odnalazłem się w roli pasywnego inwestora w funduszu bValue Growth. Dostaję regularne raporty, cyklicznie się spotykamy. Przez pewien czas pomagałem w Hostersach, jego spółce portfelowej, zbudować drugą nogę biznesową w postaci chmury Microsoftu, ale to wszystko. Priorytetem jest dla mnie mój własny biznes i chcę na nim się skupiać. Nie mam tożsamości inwestora.

Samych funduszy venture capital jest w Polsce kilkadziesiąt, a licząc wehikuły growth (inwestujące w spółki wzrostowe) i private equity na pewno ponad sto. Czym się pan kierował w wyborze?

W przypadku bValue zadecydowały dwie kwestie. Po pierwsze, chemia. Naprawdę dobrze rozumiem się z jego założycielami. Po drugie, dotychczasowi inwestorzy są więksi i bardziej doświadczeni ode mnie. Uznałem, że wiedzą, co robią, i gdyby cokolwiek szło nie tak, to będą w stanie właściwie zareagować. Gdybym miał dołączyć do nawet setki inwestorów, ale równie zielonych w tej kwestii co ja, poważnie bym się zastanowił.

A w przypadku pozostałych?

O moim zaangażowaniu w Endeavor przesądziła siła tej globalnej marki oraz dobra znajomość osób, które zarządzają organizacją w Polsce. Natomiast w trzeci fundusz, uczestniczący w jednym z aktualnych programów PFR Ventures, zainwestowaliśmy znacznie mniej. Uznałem to za dobrą okazję, biorąc pod uwagę preferencyjny podział potencjalnego zysku. Poza tym zaangażowanie PFR traktuję jako swego rodzaju gwarancję, że nic nietypowego się z funduszem nie zadzieje.

Zbyt zamknięta grupa aniołów biznesu

Przydałoby się więcej wsparcia dla początkujących inwestorów w sektorze venture capital w postaci np. preferencyjnego podziału przyszłego zysku?

Tak i nie. Tak, ponieważ to mogłoby przekonać kolejne osoby do wyłożenia prywatnych pieniędzy po raz pierwszy. Ograniczenie wysokiego przecież ryzyka jest bardzo ważnym czynnikiem przy podjęciu takiej decyzji.

A nie, bo z powodu mojego wrodzonego pesymizmu już wyobrażam sobie lawinę afer i piramid finansowych. Grupa nieuczciwych ludzi mogłaby wykorzystać sytuację do wyłudzenia publicznych funduszy. Prywatni inwestorzy straciliby kasę i tylko się zniechęcili. Biorąc pod uwagę tę możliwość, wolę już chyba obecne warunki.

Dlaczego nigdy nie spróbował pan koinwestycji z aniołami biznesu? Można przecież dołączyć do projektu, który ktoś już w jakimś stopniu zweryfikował.

Próbowałem dostać się do tej grupy, ale jest tak zamknięta, że przestałem chcieć. Uczestniczyłem w kilku wideospotkaniach i kolacjach. Najbardziej przebijają się podczas nich osoby, które mają w sumie kilkaset tysięcy złotych i krzyczą, że teraz zrealizują dziesięć inwestycji w startupy. Nie jestem typem osoby, która informuje na LinkedInie, że ma wolne 100 tys. zł i szuka jakiejś inwestycji.

Grupa Netwise to już biznes z kilkunastoma milionami złotych zysku EBITDA, ale mało kto o tym wie, bo nie widzę potrzeby mówić o tym głośno przy każdej okazji. Nie bryluję na konferencjach, nie lubię tych wszystkich dziwnych spędów tzw. przedsiębiorców oraz founderów i klepania się po plecach. Jestem poza radarem zorganizowanych klubów aniołów biznesu. Może dużo na tym tracę, a może przeciwnie. Trudno ocenić.

Był jeden wyjątek. W 2023 r. weszliśmy z Dominikiem jako koinwestorzy do spółki bioinformatycznej Intelliseq i jestem zadowolony [startup automatyzujący analizę i wykorzystanie danych genetycznych zebrał w 2025 r. 19 mln zł od inwestorów – red.]. Zrobiliśmy to, bo znamy ludzi stojących za projektem, a mnie zwyczajnie jara to, co robią.

Spekulacyjna gra na giełdzie zamiast zdania się na zarządzających

Na pewno nie zainwestował pan w fundusze wszystkich oszczędności. Resztę też wolał pan powierzyć profesjonalnym zarządzającym?

Małą część. Nim wyjechałem na cztery lata do USA rozwijać lokalną działalność Netwise, nie interesował mnie wealth management [zarządzanie majątkiem przez profesjonalnych finansistów – red.]. Zetknąłem się z nim poważnie dopiero tam na miejscu. I muszę przyznać, że po powrocie do Polski przekonałem się, że tzw. prywatna bankowość w naszym kraju to śmiech na sali.

Dlaczego?

W USA normą jest regularny kontakt „opiekuna” z konkretną ofertą. Np. uczestniczenia w głośnej IPO [pierwszej ofercie publicznej poprzedzającej giełdowy debiut – red.] z dyskontem, dzięki czemu można zarobić 3-4 proc. w ledwie ponad miesiąc. To doświadczenie mnie „zepsuło”, bo do Polski wróciłem z podobnymi oczekiwaniami.

Tymczasem dostałem wejście do strefy lounge na lotnisku, kartę kredytową z niespecjalnie wysokim ubezpieczeniem i raz w tygodniu mail z rekomendacją kupna akcji spółki, które już wzrosły. Skorzystałem z oferty zarządzania aktywami już w czterech bankach w kraju i żadna z nich nie wyróżniła się pozytywnie na tle pozostałych. Brakuje mi usługi finansowej, która zapewniłaby nawet nie ogromny, ale przewidywalny zwrot z inwestycji.

W takim razie zadowala się pan tym, co jest, byle mieć święty spokój? Czy inwestuje pan też samodzielnie?

Nie mam czasu wchodzić w analizę fundamentalną spółek, bo wymagałoby to ode mnie pracy na drugi etat. Trzymam w portfelu akcje kilkunastu spółek dobieranych według rekomendacji, które otrzymuję. I jeszcze nie miałem roku, w którym wyszedłbym na plus.

Fakt, zdarzają się kilkunastoprocentowe wzrosty na spółce, tylko inna straciła w tym czasie jedną trzecią wartości. Fakt, że nie muszę sprzedawać akcji ze stratą, ale gdybym akurat miał inną potrzebę czy okazję? Nieporównywalnie lepiej wychodzę na czymś innym.

Na czym?

Czysto spekulacyjnej grze na giełdzie w postaci kontraktów terminowych na kilka głównych indeksów, zwłaszcza amerykański US100. Przed startem każdej sesji w USA staram się poświęcić kilkanaście minut, by zorientować się, co może się wydarzyć.

Nieprzewidywalne zachowania Donalda Trumpa potrafią ruszyć indeks nawet o 2 proc. w ciągu dnia, a w przypadku kontraktów terminowych ten wpływ jest spotęgowany.

Może zabrzmię jak wyznawca teorii spiskowych, ale wierzę, że jeśli fundusz jest gotów obstawić miliardy dolarów na spadek jakichś akcji, to do tego doprowadzi. Poza tym poznałem trochę amerykański sektor finansów od środka. Jeżeli przeciętny inwestor czyta o tym, że ma okazję na czymś zarobić, to znaczy, że ogromne fundusze z topu już dawno się obłowiły. Albo w jakimś celu wypuściły taką informację i np. za chwilę zacznie się shortowanie [obstawianie spadku notowań – red.].

Mieszkania służą do mieszkania, krypto to ultraspekulacja

Typową w Polsce inwestycją są nieruchomości. Kupił pan kiedykolwiek mieszkanie z myślą o zarobieniu na wzroście jego wartości i wynajmie?

Mieszkania służą do mieszkania. Nie umiem zarabiać na nieruchomościach. Gdy pomyślę, że miałbym liczyć na kilkuprocentowy zwrot, a później musieć przeprowadzić remont za 20 proc. wartości mieszkania – to nie dla mnie.

Z obawą obserwuję, jak bardzo jest w Polsce promowany inwestycyjny zakup domów w Hiszpanii. Wielu kupców kompletnie nie ma rozeznania w różnicach prawno-podatkowych. Zakładam więc, że – poza agentami – nieliczni dobrze na tym wyjdą. Dla mnie ryzyko bez odpowiedniej wiedzy jest zbyt duże.

Zawodowo jest pan gotów na duże ryzyko. A prywatnie?

Finalnie w obu przypadkach zarządzam w pewnym stopniu własnymi pieniędzmi, bo wyniki firmy wpływają na jej wartość. Niemniej to dwie zupełnie różne sytuacje.

W firmowych inwestycjach mam znacznie większą kontrolę. Gdy np. uruchamiamy nową linię biznesową, to z góry określamy, co i jak chcemy osiągnąć. I jestem całym sobą zaangażowany w zrealizowanie postawionych celów.

W prywatnym inwestowaniu zawsze liczę się z tym, że mogę stracić co najmniej połowę kwoty. Tak jak idę do kasyna, zawsze gram na najwyższych limitach. Tylko że mam z góry przygotowaną kwotę w gotówce, którą jestem gotów wydać. Paradoksalnie zawsze wychodzę na plus, ale to nigdy nie zmienia mojego podejścia. I nie wiem, czy w ogóle powinniśmy o tym mówić…

Duże ryzyko z powodu dużych wahań kursu mają kryptowaluty. To coś dla pana?

Byłem, jestem i będę totalnie antykrypto. W poprzednich latach sporo „zbierałem po głowie” publicznie od nastoletnich prezesów zachwyconych krypto, którzy zarzucali mi, że jestem boomerem i nie znam się na technologii blockchain. Doskonale ją rozumiem i znam jej wykorzystania w prawdziwym biznesie. Ale kryptowaluty? Nie mają żadnej fundamentalnej wartości.

Cena tych tzw. aktywów opiera się wyłącznie na narracji i na tym, że może ktoś jest gotów zapłacić więcej niż ja. To ultraspekulacja. Zwolennicy krypto przekonują, że przecież pieniądz to tylko kawałek papieru i też nie ma realnej wartości. Tylko że ten system działa znacznie dłużej i w każdej chwili mogę wymienić gotówkę np. na złoto, nieruchomości czy udziały.

Gdyby zniknęły nagle wszystkie kryptowaluty, nic by się nie stało – poza stratą ogromnych pieniędzy przez ich posiadaczy. Natomiast zawalenie się np. polskiego złotego miałoby już ogromne konsekwencje nie tylko lokalnie, ale też dla naszych partnerów handlowych i całego świata.

Nietypowy fundusz wspierający uzdolnioną młodzież

Wspomniał pan na początku, że nie wyklucza inwestora dla Netwise. Gdy nagle pojawi się ten właściwy i będzie pan musiał sprzedać znaczący pakiet akcji – co miałby pan zrobić z pieniędzmi?

Zastanawiałem się nad tym i na razie doszedłem do wniosku, że trzymałbym je na kontach. Na pewno nie kupiłbym iluś tam kawalerek ani nie zainwestował wszystkiego w akcje spółek rekomendowane mi przez analityków.

Gdy dojdzie do takiej sytuacji, pewnie będę rozmawiał z osobami o podobnym doświadczeniu. Dziś nie wiem, jak najlepiej postąpić, i nie zaprzątam sobie tym głowy. To problem oderwany od rzeczywistości większości ludzi, ale jednak problem. Jestem przyzwyczajony do ciężkiej pracy, więc nie chcę gdybać.

Czyli jeśli rozstałby się pan z Netwise, to szybko założyłby kolejną firmę?

Nie widzę potrzeby rozstawania się z Netwise i nie mam takich planów. Pewnie wspierałbym spółki portfelowe funduszy, którym powierzyłem pieniądze. Jest też pewien projekt, w który bardzo chciałbym zrealizować, ale nie wiem, jak. Chodzi o założenie nietypowego funduszu.

Jakiego?

Wspierającego uzdolnioną młodzież w konkretnych sytuacjach. W 2001 r. z jednym licealistą z Polski zakwalifikowaliśmy się do reprezentowania kraju na Global Young Leaders Conference w Waszyngtonie. Pieniądze od rodziców nie wystarczyły na uczestnictwo. Próbowaliśmy zebrać fundusze od prywatnych firm, ale trafiliśmy na prawno-podatkową barierę. Niewiele zabrakło i nie wykorzystałbym szansy wyjątkowego doświadczenia – pomogli indywidualni sponsorzy z USA.

Ze znajomymi przedsiębiorcami z Radomia rozmawialiśmy niedawno z dyrektorem jednego z liceów i zrozumiałem, że po ponad dwóch dekadach sytuacja nadal się nie zmieniła. Wciaż zdarza się, że zdolny uczeń nie jest w stanie dotrzeć np. na finał międzynarodowej olimpiady, a szkoła nie jest w stanie pokryć takiego kosztu. Nie może też przyjąć pieniędzy na ten cel.

Nie wiem, na jakich zasadach mógłbym prowadzić fundusz, który wspierałby tego rodzaju inicjatywy. Jeśli ktoś ma pomysł, z ogromną chęcią zorganizuję niezbędne finansowanie i się w to zaangażuję.

Zdaniem partnera

Ambicja i dyscyplina

W eFaktor w pracy z przedsiębiorcami wyraźnie widać, że inwestowanie to satysfakcja z budowania biznesu. Decyzje nastawione wyłącznie na krótkoterminowy zwrot dobrze wyglądają w tabelach, ale rzadko budują trwałą wartość. W MŚP nie zawsze warto być najszybszym, ale na pewno warto być konsekwentnym. 

Kluczowy pozostaje jednak temat ryzyka. We własnym biznesie przedsiębiorca ma realną kontrolę – zna rynek, klientów i strukturę kosztów. W inwestycjach zewnętrznych tej kontroli często brakuje, dlatego kapitał powinien być angażowany świadomie – tylko w takiej skali, której ewentualną stratę jesteśmy w stanie zaakceptować.

Łączenie wysokiego ryzyka inwestycyjnego z brakiem płynności to duży błąd. Wielu przedsiębiorców ma środki zamrożone w fakturach, co oznacza, że realnie finansują swoich kontrahentów, a jednocześnie podejmują odważne decyzje kapitałowe. Tymczasem stabilne przepływy finansowe to fundament bezpieczeństwa i rozwoju.

Co istotne, wielu przedsiębiorców wciąż nie znajduje realnego wsparcia po stronie instytucji finansowych. Otrzymują ofertę, która dobrze wygląda na papierze, ale nie odpowiada na ich codzienne wyzwania operacyjne. W efekcie zarządzanie płynnością pozostaje po ich stronie – często bez odpowiedniej wiedzy i narzędzi.

Ostatecznie inwestowanie to nie tylko ambicja, ale przede wszystkim dyscyplina. Bez płynności nawet najlepsza strategia przestaje mieć znaczenie.

Główne wnioski

  1. Europejskie ambicje polskiego przedsiębiorcy. Jakub Skałbania chce stworzyć z Netwise w ciągu kilku lat paneuropejską, butikową organizację oferującą dobre usługi w środowisku Microsoftu – szczególnie w CRM. Wierzy w dojście w długim terminie do 50 mln euro przychodów przy 20-25 proc. marży EBITDA. Do 2018 r. rozwijał firmę stabilnie. Wtedy podjąłem decyzję z gatunku tych, o których łatwo czyta się w książkach, ale trzeba mieć jaja i pełną kontrolę, by ją wdrożyć – przyznaje przedsiębiorca. Skupienie na dużych korporacjach zdynamizowało ekspansję Netwise, a jego prezes nie planuje sprzedaży ani odejścia. Gotów jest tylko na inwestora podzielającego jego plany.
  2. Fundusze zamiast bezpośredniego zaangażowania i koinwestycji w startupy. Wraz ze wspólnikiem Jakub Skałbania był gotów inwestować nawet po 1 mln zł w startupy. Zapoznał się z dziesiątkami projektów i żaden go nie przekonał, a wiele wydało mu się oderwanych od rzeczywistości. – Nieraz słyszeliśmy, że ktoś kiedyś planuje osiągnąć 100 tys. zł miesięcznych przychodów, a swój pomysł wycenia na 30 mln zł – mówi przedsiębiorca. Dlatego postanowił zainwestować w trzy fundusze, które mają go „chronić przed badziewiem”. Próbował dostać się do grup aniołów biznesu, by koinwestować, ale nie może się przebić w tym środowisku.
  3. Na giełdzie spekulacja zamiast fundamentów i nietypowe marzenie. Jakub Skałbania nie ma czasu na analizę fundamentalną spółek giełdowych. Trzyma więc w portfelu akcje kilkunastu firm dobieranych według rekomendacji analityków, a przede wszystkim gra spekulacyjnie na giełdzie w postaci kontraktów terminowych na kilka głównych indeksów, zwłaszcza amerykański US100. Nie inwestuje w nieruchomości, bo „mieszkania służą do mieszkania”, i jest totalnym przeciwnikiem kryptowalut. Marzy mu się stworzenie funduszu wspierającego uzdolnioną młodzież w szczególnych przypadkach jak np. brak pieniędzy na wyjazd na finał międzynarodowej olimpiady. Sam doświadczył w młodości podobnego problemu, a dziś mierzy się z prawno-podatkowymi kwestiami, jak taki fundusz mógłby funkcjonować.