100 tys. dolarów za posty Donalda Trumpa. Fundusze już płacą
Donald Trump stworzył subskrypcję gwarantującą szybszy dostęp do jego postów w mediach społecznościowych. Cena to 100 tys. dolarów miesięcznie, a mimo to chętnych nie brakuje. Zainteresowane są fundusze, które opierają inwestycje na wpisach prezydenta USA.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego fundusze są gotowe płacić ponad milion dolarów rocznie za przewagę liczoną w milisekundach.
- W jaki sposób algorytmy analizują wpisy Donalda Trumpa i automatycznie podejmują decyzje inwestycyjne.
- Dlaczego nowa usługa Trumpa wywołała polityczne kontrowersje i może doprowadzić do zmian w amerykańskim prawie.
Co można zrobić z milionem dolarów? Zbudować rodzicom dom, kupić sobie jacht albo sfinansować dzieciom studia za granicą. Ewentualnie wydać wszystko na 10 miesięcy subskrypcji gwarantującej szybszy dostęp do postów Donalda Trumpa. Co kto lubi.
Jak fundusze zarabiają na wpisach Donalda Trumpa
Na Wall Street działają duże firmy inwestycyjne, które swój biznes opierają na automatycznych systemach obserwujących aktywność internetową Donalda Trumpa. Komputery analizują wpisy prezydenta USA w poszukiwaniu słów kluczowych, by na tej podstawie w ciągu ułamka sekundy otworzyć lub zamknąć pozycję giełdową.
Ten mechanizm dostrzegła firma Trump Media & Technology Group i postanowiła go wykorzystać. Stworzyła aplikację Trump API, gwarantującą ultraszybki dostęp do postów publikowanych na platformie społecznościowej Truth Social przez prezydenta USA, jego synów czy JD Vance'a.
Koszt takiej usługi to 100 tys. dolarów miesięcznie albo 60 tys. dolarów, jeśli klient podpisze wieloletnią umowę. Kwoty wydają się kosmiczne, a w dodatku oferują naprawdę niewiele. Mimo to, jak podają „Financial Times” i „Wall Street Journal”, chętni się znaleźli, a usługa działa od początku sierpnia.
Milisekundy warte ponad milion dolarów rocznie
By usługa była legalna, wszystkie posty prezydenta muszą być udostępniane w tym samym momencie. Różnicą będzie więc czas między kliknięciem przycisku „opublikuj” a pojawieniem się wpisu u danego odbiorcy. Przeciętni użytkownicy zobaczą go na swoich telefonach po sekundzie, a subskrybenci kilka milisekund wcześniej. To właśnie za taką przewagę fundusze będą płaciły ponad milion dolarów rocznie.
Nie zdziwi to nikogo, kto wie, jak działają wspomniane fundusze. Krążą różne historie o ich desperackim poszukiwaniu przewagi nad konkurencją. Wynajmują nowojorskie lokale w pobliżu NYSE i Nasdaq, by ich serwery znajdowały się możliwie blisko giełdowych komputerów. Walczą o serwerownie zlokalizowane niedaleko budynków rządowych w Waszyngtonie, by mieć dostęp do danych gospodarczych o nanosekundę szybciej niż konkurenci.
Oczywiście poza bliskim położeniem wobec miejsc, z których w świat trafiają informacje, fundusze od lat płacą także za oprogramowanie, gwarantujące możliwie najszybszy dostęp do danych. Do tego służą przecież agregatory informacji, takie jak terminal Bloomberga czy Reutersa. Trump API ma być jednak od nich szybsze i oferować kanał pozbawiony jakichkolwiek opóźnień w transmisji danych.
Dlaczego fundusze są gotowe płacić tak ogromne kwoty
Gotowość do takich wydatków wynika z korzyści, jakie fundusze mogą osiągnąć dzięki ekspresowym inwestycjom opartym na nowych informacjach. Przewaga liczona w mikro- lub milisekundach często decyduje o tym, kto jako pierwszy kupi lub sprzeda dane aktywa po określonej, dobrej cenie. Gra toczy się o grube miliony, które, jak pokazują dane, przepływają między spółkami w ciągu minuty od publikacji niektórych wpisów Donalda, Trumpa dotyczących wojny w Iranie czy ceł. W czasie, który zajmie ci przeczytanie posta prezydenta USA, fundusze algorytmiczne zdążą wykonać setki transakcji.
Obecnie reakcje rynkowe na słowa Donalda Trumpa są znacznie spokojniejsze niż jeszcze rok temu. Częste zmiany stanowiska oraz wielokrotne poruszanie tych samych tematów sprawiły, że inwestorzy są mniej wyczuleni. Mimo to wciąż trudno wskazać osobę, która miałaby równie duży wpływ na rynki finansowe jak prezydent USA. Fundusze wykorzystują to na różne sposoby.
Jak algorytmy podejmują decyzje inwestycyjne
Pierwszy sposób jest stosunkowo prosty i oczywisty. Załóżmy, że fundusz ma otwartą długą pozycję na ropę, czyli zakłada wzrost ceny surowca. Komputery śledzą więc posty Donalda Trumpa i sprawdzają, czy pojawiają się w nich wzmianki o ropie, Iranie lub innych kwestiach istotnych dla ceny czarnego złota. Jeżeli słowo kluczowe się pojawi, cały wpis jest analizowany, a następnie podejmowana jest decyzja, czy pozostawić pozycję, zwiększyć ją, czy zamknąć i otworzyć przeciwną, nastawioną na spadek ceny.
W takiej sytuacji z góry narzucony jest kontekst i potencjalne działania algorytmu. Zdarza się jednak, że otrzymuje on większą swobodę. Dla przykładu posty prezydenta USA analizowane są pod kątem słów lub zdań, które mogą wskazywać na wyjątkową wagę tematu. Mowa nie tylko o wojnie, pokoju czy regulacjach, ale również o frazach takich jak kultowe już „dziękuję za zwrócenie uwagi na tę sprawę”, wykorzystywanej przez Donalda Trumpa jako zakończenie wpisów uznawanych za szczególnie istotne.
W takich sytuacjach algorytm sam analizuje wpis, jego potencjalne skutki oraz spółki, które mogą zyskać lub stracić. Na początku roku, zupełnie bez zapowiedzi, prezydent USA wypowiedział wojnę korporacjom zajmującym się handlem domami jednorodzinnymi. Zapowiedział wówczas wprowadzenie zakazu sprzedaży małych nieruchomości mieszkalnych inwestorom instytucjonalnym, dlatego kursy spółek z tej branży spadły. Wyraźnie i w ciągu zaledwie milisekund od publikacji wpisu Donalda Trumpa. Nie trzeba było nawet wymieniać nazw spółek, by komputer wiedział, jak zareagować.
Kontrowersje wokół nowej usługi Trumpa
Taki model, choć ciekawy z czysto akademickiego punktu widzenia, ma wielu przeciwników. Poszkodowani są inwestorzy indywidualni, którzy bez dostępu do podobnego oprogramowania muszą zaakceptować straty powodowane w ułamku sekundy przez fundusze sterowane algorytmami. Są też tacy, którzy próbują się odegrać i na forach internetowych udostępniają narzędzia do automatycznego śledzenia wpisów prezydenta USA. Te jednak, choć szybkie, wciąż przegrywają z rozwiązaniami wykorzystywanymi przez duże instytucje.
Rozwiązanie Donalda Trumpa, gwarantujące funduszom jeszcze szybszy dostęp do postów, naturalnie spotkało się z dużym oporem politycznym. Przedstawiciele Partii Demokratycznej argumentują, że subskrypcja stworzyłaby dwupoziomowy system dostępu do informacji publicznych. Podzieliłaby inwestorów na bardziej i mniej uprzywilejowanych, co mogłoby podważyć wiarygodność amerykańskiego rynku kapitałowego.
Senator Alex Padilla, demokrata z Kalifornii, zapowiedział już projekt ustawy, który ma zakazać urzędującemu prezydentowi sprzedaży szybszego dostępu do publicznych wypowiedzi i wpisów. Obecnie w USA nie obowiązują przepisy, które wyraźnie tego zakazują. Cóż, potrzeba jest matką wynalazku.
Główne wnioski
- Wpisy Donalda Trumpa stały się dla części funduszy inwestycyjnych źródłem danych o porównywalnym znaczeniu do tradycyjnych serwisów informacyjnych. Instytucje wykorzystujące handel algorytmiczny są gotowe płacić ponad milion dolarów rocznie za przewagę liczoną w milisekundach, ponieważ nawet tak niewielkie opóźnienie może decydować o wynikach transakcji i wysokości osiąganego zysku.
- Handel algorytmiczny opiera się nie tylko na analizie danych ekonomicznych, ale coraz częściej także na automatycznej interpretacji treści publikowanych w mediach społecznościowych. Komputery błyskawicznie rozpoznają temat wpisu, oceniają jego potencjalny wpływ na konkretne branże i podejmują decyzję o kupnie lub sprzedaży aktywów.
- Sprzedaż szybszego dostępu do publicznych wypowiedzi urzędującego prezydenta wywołała debatę o równym dostępie do informacji na rynku kapitałowym. Przeciwnicy rozwiązania obawiają się, że zwiększy ono przewagę największych funduszy nad pozostałymi inwestorami, dlatego w USA pojawiły się już propozycje zmian przepisów ograniczających możliwość oferowania takich usług.




