Kategorie artykułu: Biznes Lifestyle

Szymon Negacz: Nie chcę być więźniem inwestycji, potrzebuję dużej dywersyfikacji (WYWIAD)

Nie umiał odnaleźć się na etacie, więc zaczął działać w pojedynkę, a dziś zarządza prawie dwustuosobową grupą usługową. Inwestował już w startupy, ale wolał założyć własny fundusz. Jest fanem Lego i wielu drobnych inwestycji, w tym najbardziej ryzykownych. – Kryptowaluty w portfelu traktuję jako swego rodzaju zakład, że mają fundamentalną wartość w długiej perspektywie. Jestem gotów zaryzykować 1 proc. majątku – mówi Szymon Negacz, twórca WiseGroup.

Szymon Negacz, założyciel WiseGroup i WiseVentures
Szymon Negacz skończy czterdziestkę za ponad cztery lata. Do tego czasu planuje już żyć ze wzrostu wartości majątku, a pracować wyłącznie dlatego, że chce. Fot. materiały prasowe/WiseGroup

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak do dywersyfikacji majątku i zarządzania ryzykiem podchodzi Szymon Negacz.
  2. Jaką strategię obrał względem giełdy i nieruchomości.
  3. W jaki sposób wybiera pod kątek inwestycji samochody i zegarki, a dlaczego nie traktuje w ten sposób swojej kolekcji zestawów Lego
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Mariusz Bartodziej, XYZ: Zrealizował pan ostatnio pierwszą inwestycję swoim własnym – założonym z Michałem Balcerzakiem – funduszem. Gdy rozmawialiśmy tuż po jego starcie, zażartował pan: „Ile kawalerek można kupować?”. Jak ważną motywacją, obok konkretnych celów inwestycyjnych, była właśnie dywersyfikacja majątku?

Szymon Negacz, założyciel WiseGroup i WiseVentures: Dywersyfikacja jest fundamentem mojej działalności biznesowej i inwestycyjnej. Założyłem WiseGroup w odpowiedzi na rynkowy popyt oraz zmienność otoczenia. W latach 2024–2025 było ono słabe, np. dla biznesu rekrutacyjnego, ale dla agencyjnego świetne. To się zmienia w czasie, a my zawsze możemy nadrabiać słabsze wyniki w jednym segmencie doskonałymi w innym.

Także WiseVentures powstał z potrzeby dywersyfikacji. Nie wszystko musimy robić pod parasolem WiseGroup, a poza tym gdybym kiedykolwiek chciał ją sprzedać, to musiałbym całość, a nie poszczególne linie biznesowe. Natomiast w WiseVentures każda inwestycja jest niezależna. Ryzyko jest ograniczone, bo inwestujemy wyłącznie w dokładnie przeanalizowane spółki z dodatnim wynikiem EBITDA, którym możemy realnie pomóc wznieść się na wyższy poziom.

Podobnie podchodzę do prywatnego majątku. Jestem zwolennikiem realizowania wielu niewielkich inwestycji o dobrze skalkulowanym ryzyku zamiast pojedynczych, wysokiego ryzyka ruchów o potencjalnie wysokiej stopie zwrotu. Tam, gdzie to możliwe, staram się ograniczać prawdopodobieństwo niepowodzenia.

Warto wiedzieć

Przedsiębiorca z powołania, podcaster z zamiłowania

Etat nie był dla niego, karierę freelancera uznał za zbyt ryzykowną, ale spełnia się w roli przedsiębiorcy. Szymon Negacz ukończył w 2014 r. informatykę na Politechnice Śląskiej, a w kolejnych latach został także absolwentem Akademii WSB i Uniwersytetu SWPS. Karierę związał z marketingiem i sprzedażą. Był m.in. szefem zespołu sprzedaży i dyrektorem tego działu, a wśród jego pracodawców były firmy Senetic oraz SKK.

Własną działalność zaczął prowadzić w 2018 r., a na jej bazie stworzył cztery lata później grupę doradczo-wdrożeniową WiseGroup. W jej skład wchodzą: SellWise, AdWise, HireWise, Finerto, Let's Automate oraz Instytut Rozwoju Sprzedaży i Marketingu. W 2025 r. Szymon Negacz założył własny fundusz – WiseVentures – inwestujący w małe, rentowne spółki o komplementarnym do grupy profilu. W tym roku zrealizował pierwszą inwestycję: Lean Action Plan.

Przedsiębiorca zdobył już w biznesie sporą rozpoznawalność. Na LinkedInie obserwuje go prawie 76 tys. osób, a na YouTube ma ponad  83 tys. subskrybentów. Prowadzi także podcast Nowoczesna Sprzedaż i Marketing.

Etat, freelancer, twórca dużej grupy

Jeszcze dekadę temu nie miał pan podobnego „problemu” z wynajdywaniem możliwości inwestycyjnych. Własną działalność doradczą w zakresie sprzedaży i marketingu B2B zaczął pan w 2018 r. Czego najbardziej obawiał się pan, porzucając etat?

Największym lękiem było utrzymanie rodziny, miałem już wtedy dwójkę dzieci. Jednak nie potrafiłem się odnaleźć na etacie. Trafiałem do coraz to nowych zamkniętych silosów, w których wymagano ode mnie cudów.

Generalnie problem w polskim sektorze MŚP [małych i średnich przedsiębiorstw – red.] jest taki, że dyrektor sprzedaży ma do rozwiązania większość problemów firmy. Bo najczęściej sprowadzają się one do zbyt niskiej sprzedaży. Tylko że nigdy nie miałem w tej roli wpływu na to, na co chciałbym mieć wpływ. To było strasznie frustrujące. Na tyle, że finalnie skończyłem na terapii.

Zaczęliśmy z żoną się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, skoro sytuacja się powtarza, czy z rynkiem. Uznaliśmy, że warto spróbować niezależności.

Jak trudny był początek?

Mieliśmy 160 tys. zł oszczędności, tylko że wraz z etatem rozstałem się ze służbowym samochodem. Do dziś pamiętam, że 20 tys. zł musiałem wydać na sześcioletnie Audi w leasingu.

Na całe szczęście moje przejście „na swoje” było delikatne. Moim atutem okazały się tworzone w internecie treści biznesowe, które przyciągnęły do SellWise pierwszych klientów. Już pierwszego miesiąca zarobiłem więcej niż na etacie i to nigdy się nie zmieniło. A na etacie zarabiałem bardzo dużo na ówczesne realia, ok. 25 tys. zł. Przebicie tej kwoty umożliwiło mi kilka kontraktów, w tym jeden trzyletni na 16 tys. zł miesięcznie. Zmiana zdecydowanie więc się opłaciła, choć początkowo wymagała długiego łączenia etatu z pracą wieczorami i w weekendy nad swoją firmą.

A przekucie własnej działalności w dużą grupę, w której stał się pan odpowiedzialny także za duże grono pracowników, z czym się wiązało?

To nie była zaplanowana decyzja. Pierwotnie chciałem zostać rozchwytywanym freelancerem. Uzmysłowiłem sobie jednak, że próg wejścia dla konkurencji jest w tej sytuacji zerowy. Poza tym gdy moja córka złamała rękę w wypadku, zaczęliśmy się z żoną zastanawiać, co by było, gdybym to ja nagle nie był w stanie pracować.

To oznaczałoby poważny problem.

Najpierw więc zbudowałem w SellWise zespół kilkunastu doradców w sprzedaży i marketingu dzięki wystarczającemu popytowi na takie usługi. Zauważyliśmy jednak, że klienci mają problem ze znalezieniem odpowiedniej agencji i z rekrutowaniem właściwych ludzi, by zrealizować przygotowaną im strategię. W pewnym stopniu winą za fiasko obarczali więc nas.

Systematycznie rozszerzaliśmy zakres usług i powiększaliśmy zespół – dziś to już ok. 200 pracowników – by móc brać pełną odpowiedzialność za wdrożenie stworzonej koncepcji. W ten sposób powstała WiseGroup. W pierwszych latach mojej działalności żona pracowała gdzie indziej na etacie. Dołączyła do mnie w 2020 r. i dziś zarządza spółką HireWise.

Transformacja własnego biznesu

W zaledwie kilka lat, od 2021 r., grupa urosła z kilku do kilkudziesięciu milionów złotych przychodów przy wysokiej rentowności – zysk EBITDA wynosi już kilkanaście milionów złotych. Jak duże to wyzwanie dla biznesu usługowego, czyli bazującego przede wszystkim na ludziach?

Najwyższą dynamikę przychodów zanotowaliśmy w 2021 r. – wzrosły z 2,5 do ponad 8 mln zł. Wtedy też mieliśmy rekord niezadowolonych klientów – procentowo i liczbowo. To doświadczenie okazało się bardzo potrzebne, ale też bolesne.

Trudno było spojrzeć każdemu z nich w oczy, przeprosić i wynagrodzić nieudane projekty. Zwłaszcza że nawet dzisiaj, a wtedy tym bardziej, firmuję działalność własnym imieniem i nazwiskiem. Nie dostawałem więc zwykłych reklamacji. Niezadowoleni klienci reagowali emocjonalnie i mówili mi wprost, że jestem oszustem. To bolało.

Do czego doprowadziło?

Priorytetem stała się jakość naszych projektów. To m.in. dlatego SellWise przekształcił się w WiseGroup. Umożliwiło nam to wzięcie szerszej odpowiedzialności za działania u klienta, a tym samym znacząco poprawiło jakość. Od tego czasu mamy zdecydowanie mniej niezadowolonych klientów, mimo że firma jest prawie dziesięciokrotnie większa. Przyznam, że moja twórczość internetowa przyciąga nie tylko kontrakty, ale także wysokiej klasy specjalistów do ich realizacji.

To były trudne lata. Na niedawnym posiedzeniu zarządu stwierdziłem, że gdybym wiedział, jak wymagająca będzie ta droga – nie mam pewności, czy podjąłbym taką decyzję ponownie. Ostatecznie jednak się udało, co nie oznacza, że dziś jest już łatwo. Nadal powtarzamy w grupie, że uruchomienie każdej kolejnej linii biznesowej jest procesem długim i wymagającym.

Kryptowaluty pierwszą inwestycją

A czy pojawienie się pierwszych milionów złotych, które należało zainwestować w zdywersyfikowany sposób, również było wyzwaniem?

W pewnym stopniu się do tego przygotowałem, ponieważ zacząłem inwestować stosunkowo wcześnie – około 2019 r. Pierwszym obszarem były kryptowaluty, które okazały się bardzo wymagającą, ale cenną lekcją zarządzania emocjami.

Poza tym bardzo lubię rozkminiać. Bardzo. Obserwując więc różne podejścia do inwestowania wśród znajomych przedsiębiorców, zrozumiałem, czego chcę unikać.

Czyli czego?

Nadmiernych oczekiwań co do spektakularnych stóp zwrotu. Wystarczy mi wynik o kilka punktów procentowych wyższy od inflacji. Jeżeli w perspektywie trzech dekad średnioroczna stopa zwrotu wyniesie około 10 proc., będzie to w pełni satysfakcjonujące.

Ponadto uznałem, że nie chcę być więźniem inwestycji. Nie chcę i nie mam czasu codziennie doglądać portfela, bo to odciąga moją uwagę od własnej firmy. A skoro tak, to potrzebuję dużej dywersyfikacji.

Jak dużej?

Inwestuję w surowce, akcje, obligacje, kryptowaluty, nieruchomości, spółki, fundusze indeksowe [ETF – red.], a także w fundusz inwestycyjny zamknięty zarządzany przez mojego znajomego. Kluczowy jest jeden warunek: czy wierzę, że dane aktywo ma fundamenty pod znaczący wzrost wartości w ciągu dekady.

Moi rozmówcy często wskazują kryptowaluty jako obszar, w który nie inwestują – ze względu na brak fundamentalnej wartości i wysoką zmienność. Z czego wynika pana odmienne podejście?

Głównie z niezależności kryptowalut od globalnego systemu finansowego – nawet mimo rosnącej stopniowo regulacji sektora – oraz ich funkcjonalności. Który bank umożliwia przelanie w pół godziny na zagraniczny rachunek ogromnej kwoty? Żaden, a to może mieć swoje zastosowania. W tradycyjnym systemie finansowym trudno też o kontrakty, które można zapisać w technologii blockchain.

Zdaję sobie sprawę, że to niebezpieczny instrument, dlatego stanowi zaledwie 1,2 proc. mojego majątku. To kwota, z której zniknięciem z dnia na dzień mógłbym się pogodzić. A nie chcę rezygnować z możliwości ponadprzeciętnego zwrotu – przez ostatnie lata kryptowaluty pozwoliły mi fenomenalnie zarobić; zwrot wyniósł kilkaset procent. Unikam jednak niszowych coinów, które upadają równie szybko jak powstają. Stawiam wyłącznie na bitcoina i ethereum będące fundamentem systemu.

Kryptowaluty są wykorzystywane nie tylko w celach inwestycyjnych, ale także w działaniach na granicy legalności lub etyki. Jak pan to ocenia?

Wszystko może być wykorzystywane nie tak, jak należy. Środowisko kryptowalut jest niebezpieczne. Jeśli ktoś wchodzi w nie bez tej świadomości, to prosta droga do straty ekstremalnie dużych pieniędzy. Sam doświadczyłem oszustwa już na samym początku, straciłem ponad 20 tys. zł. To było bardzo bolesne.

Traktuję inwestycje w kryptowaluty jako zakład na ich długoterminową wartość. Jestem gotów przeznaczyć na to niewielką część majątku – około 1 proc. – akceptując związane z tym ryzyko.

Giełda i fundusze indeksowe

A do giełdy z jak dużą gotowością do ryzyka pan podchodzi? Zaczął pan wcześniej od wielu małych inwestycji po kilkaset złotych czy od razu od tysięcy złotych?

Inwestycję w akcje traktuję generalnie jako ryzykowne. Skoczyłem od razu na głębszą wodę. Podszedłem do giełdy od strony fundamentów. Wyszukałem spółki na GPW wypłacające dywidendę regularnie od mniej więcej sześciu do ośmiu lat – było ich kilkadziesiąt. Później zastanowiłem się, które z nich mogą liczyć na wzrost popytu w długim terminie.

Wybrałem kilkanaście spółek i wszystkie dały mi zarobić. Niektóre nawet bardzo dobrze – powyżej 100 proc. w ciągu dwóch, trzech lat – co nie jest oczywiste na GPW. Miałem szczęście, bo wybrałem dobry moment, gdy generalnie giełdy przeżywały gorszy okres. Podobnie dobrze trafiłem w dołek kryptowalut i surowców.

Spadek to dla mnie sygnał do zakupu, a wzmożone zainteresowanie jakimiś aktywami – do odpuszczenia. Nigdy nie podążam za tym, co modne. W WiseVentures też inwestujemy w spółki, które nie są na radarze innych funduszy, a my mamy dla nich konkretną propozycję wartości.

A co z funduszami indeksowymi?

Jestem zaangażowany w pięć funduszy. Jeden z nich próbuje odwzorować zachowanie indeksów w ujęciu globalnym, a drugi ogranicza się do rynków wschodzących – dobrze się równoważą. Jest też fundusz ETF oparty na indeksie Nasdaq 100, skupiający największe spółki technologiczne w USA.

W przypadku rynku amerykańskiego wytypowałem kilka spółek, które – w mojej ocenie – mają największą szansę dobrze poradzić sobie w przypadku pęknięcia bańki związanej ze sztuczną inteligencją. Uważam, że obecna sytuacja nosi cechy bańki spekulacyjnej. W portfelu mam przede wszystkim akcje Microsoftu i Alphabetu, które wykazują dużą odporność na zmienne warunki rynkowe.

A Nvidia? Czy najcenniejsza spółka na świecie wciąż ma przestrzeń do wzrostu po skoku notowań o grubo ponad tysiąc procent w pięć lat?

Wahałem się, czy nie jest już przeszacowana. Jednak z moich rozmów z osobami z branży wynika, że jest jeszcze potencjał, biorąc pod uwagę to, czym spółka może zaskoczyć za więcej niż  pięć lat. Mam więc jej akcje w portfelu.

Inwestycje ryzykowne i bezpieczne

Jak pod względem proporcji dobrał pan aktywa uznawane za bezpieczne i ryzykowne?

Bezpieczeństwo jest dla mnie kluczowe, więc tego rodzaju inwestycje odpowiadają za dokładnie 75,9 proc. wartości portfela – mam to wyliczone. Oczekuję, że będą przynosić średnio 7–9 proc. zwrotu rocznie.

Ryzykowne inwestycje to dla mnie kryptowaluty, akcje, surowce, spółki oraz nietypowe aktywa, jak samochody czy zegarki. Natomiast za bezpieczne uznaję przede wszystkim obligacje, które pozwoliły mi dobrze zarobić zwłaszcza przed obniżkami stóp procentowych, oraz fundusze indeksowe. Traktuję w ten sposób także nieruchomości.

Jak podszedł pan do inwestowania w nie? Mikroapartamenty w wakacyjnych miejscowościach czy średniej wielkości mieszkania w największych miastach?

Na nieruchomościach zarabiają przede wszystkim ci, którzy sprzedają je początkującym flipperom albo mniej doświadczonym inwestorom. Zyskują też ci, którzy zajmują się tym profesjonalnie – np. odkupują, remontują i zmieniają funkcję całych budynków. Ja tego nie potrafię, a poza tym odciągałoby mnie to od własnego biznesu, więc nie chciałbym się tym zajmować.

Wierzę, że dobrze wybrane nieruchomości wyraźnie zyskają na wartości w długim terminie, nawet przy uwzględnieniu przejściowych wahań cen. Kupiłem kilka małych mieszkań w Gliwicach, które dobrze znam, z myślą o bieżących wpływach z wynajmu. Po trzech latach jedno sprzedałem, osiągając ponad 20 proc. zysku – co należy uznać za dobry wynik.

Postawiłem także na Szczecin – mam tam kilka lokali, w tym usługowe. To miasto wyróżniało się na tle innych wojewódzkich pod względem wzrostu wartości nieruchomości, a jego potencjał pozostaje znaczący. W regionie powstaje wiele dużych inwestycji zagranicznych, podczas gdy podaż mieszkań rośnie wolniej niż w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie czy nawet Katowicach.

Szuka pan kolejnych nieruchomości?

Uważam, że mam ich już wystarczająco. Gdyby nagle mnie zabrakło, a firma przestała funkcjonować, byłyby w stanie zabezpieczyć finansowo moją rodzinę. Nie widzę potrzeby dalszego zwiększania zaangażowania w ten segment, zwłaszcza że nie postrzegam go obecnie jako szczególnie atrakcyjnego inwestycyjnie – głównie ze względu na dużą konkurencję.

To znaczy?

Nawet mój dziesięcioletni syn rozumie, na czym polega zarabianie na mieszkaniu – kupuje się nieruchomość, a następnie czerpie dochód z jej wynajmu. Świadomość bardziej złożonych instrumentów inwestycyjnych, takich jak fundusze indeksowe, jest w społeczeństwie wciąż wyraźnie niższa.

Zamiłowanie do motoryzacji i biżuterii

Wspomniał pan wcześniej o samochodach.

Motoryzacyjną pasję mam od dziecka. Bardzo długo marzyłem o zrobieniu prawa jazdy. Gdy tylko kupiłem pierwsze auto, od razu pojechałem na motoryzacyjny zlot na terenie galerii M1 w Zabrzu. Bardzo cenię tę społeczność i możliwość dawania pojazdom drugiego życia. Ważne jest dla mnie także to, że mogę wspólnie z dziećmi coś rozkręcić, złożyć czy zmodyfikować. Kupuję jednak wyłącznie samochody, w których wierzę w długoterminowy wzrost wartości.

A zegarki?

Tak samo. Kultowe modele takich marek jak Rolex, Patek Philippe czy Audemars Piguet zyskują na wartości z biegiem lat. Poza tym lubię na nie spoglądać, bo doceniam kunszt ich wykonania. I fajnie zostawić coś takiego po sobie synowi – bez znaczenia, co z tym zrobi. Podkreślę jednak, że nie mam żadnych ogromnych kolekcji. To pojedyncze sztuki zegarków i samochodów.

Wzrost ich wartości ma pan jak dotąd tylko na papierze, czy znalazł on odzwierciedlenie w transakcjach?

To drugie, całkiem dobrze na tym wyszedłem. W przypadku samochodów stawiam wyłącznie  na modele, które mogą stać się kultowe. Unikam w pełni nowych pojazdów, bo nie wierzę, że dołączą do tego grona. Aktualnie marki takie jak Ferrari, Lamborghini czy Porsche zbyt nasyciły rynek i płacą tego cenę.

Żyć ze wzrostu wartości majątku, pracować tylko z chęci

Z czego wynikają pana inwestycyjne sukcesy?

Tak naprawdę nie wiem nic o inwestowaniu. Zauważyłem, że wiele osób naprawdę kompetentnych i doświadczonych w tym zakresie osiąga porównywalne efekty do indeksowych funduszy. Jeśli więc mam zarobić może nieco mniej w perspektywie 20 lat, ale włożyć to 99 proc. mniej wysiłku, to po co tak się starać? Kieruję się regułą SWR. Słyszał Pan o niej?

Nie.

Safe Withdrawal Rate. To wskaźnik kwoty majątku, jaką może pan sobie wypłacić, by żyć komfortowo w roli rentiera. Załóżmy, że zgromadzi pan majątek 50 mln zł, który może dać zarobić 10 proc. rocznie. Ledwie 2 proc. tej kwoty, czyli milion złotych, wystarczy na naprawdę wygodne życie przez rok, a 8 proc. zostaje na powiększanie wartości portfela.

Do czterdziestki zostały mi jeszcze ponad cztery lata. Mam konkretny plan, jak obudzić się dzień później ze świadomością, że już nie muszę pracować, a wyłącznie chcę to robić. To piękne uczucie.

Jest pan już mentalnie gotowy do sprzedaży części biznesu partnerowi, z którym przyspieszyłby pan ekspansję i zdywersyfikował ryzyko?

Jeśli miałbym zgodzić się na jakąkolwiek transakcję, to tylko przewidującą moje pełne wycofanie się po określonym terminie. Nie widzę sensu w pozyskaniu partnera do wzrostu. Sądzę, że wraz z zespołem dobrze znamy się na skalowaniu biznesu, więc wolę zachować kontrolę.

Rozwijam firmę tak, bym w każdej chwili mógł ją sprzedać, ale bym nigdy nie był do tego zmuszony. To najbardziej komfortowy scenariusz. W najbliższej perspektywie nie przewiduję sprzedaży, zwłaszcza że WiseGroup daje mi coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. Bezpośredni wgląd w codzienne funkcjonowanie małych i średnich firm w Polsce – ich sukcesy, problemy itd. Zapewnia mi to doskonałe rozeznanie w rynku.

Został pan też już aniołem biznesu: zaangażował się w platformę crowdinvestingu Emiteo oraz internetową telewizję Silver TV. Co popchnęło pana do tej roli?

W obu przypadkach uwierzyłem w potencjał wzrostu wartości firmy w długim terminie. Emiteo jest dziś jedyną w Polsce platformą do crowdfundingu inwestycyjnego, więc chyba dobrze wybrałem. Zwłaszcza że Dawid Paczka, jej prezes, ma kilka pomysłów na nią. Natomiast Silver TV jest nastawiony na grupę mocno dziś pomijaną przez marketerów, a mającą pieniądze i przede wszystkim czas, czyli seniorów. Ich znaczenie dla marketingu cyfrowego będzie coraz większe.

Zainwestowałem w te dwie spółki ok. 1,3 mln zł. Nie planuję kolejnych tego typu inwestycji, bo zwyczajnie nie mam czasu, by się w nie zaangażować. A kompletnie nie widzę się w roli anioła biznesu, który tylko wykłada kapitał i czeka, aż urośnie.

A w co nigdy pan nie zainwestował i nie planuje?

Unikam wszystkiego, czego mechanizmu działania kompletnie nie rozumiem. Trzymam się też z dala od spekulacji, a uznaję za nią np. inwestowanie z tzw. dźwignią, czyli kwot większych od dostępnych na rachunku. W jaki sposób mam przewidzieć, czy do jutra notowania złota wzrosną, czy spadną? To stuprocentowa spekulacja, kosztująca mnie zbyt wiele emocji i wysiłku.

Kiedyś myślałem o kupnie i wyremontowaniu kamienicy, ale zdałem sobie sprawę, że przecież się na tym nie znam. Co prawda można komuś zaufać i powierzyć mu to zadanie, ale doświadczenie moich znajomych wskazuje, że lepiej nie.

Generalnie nie mam dobrych doświadczeń z doradcami finansowymi. Ilekroć pytałem obsługującą mnie osobę z  tzw. bankowości prywatnej o fundamenty rekomendacji, odnosiłem wrażenie, że kieruje się bardziej własnym interesem niż troską o mój portfel. Może miałem pecha i źle trafiałem, ale zniechęciłem się tym.

Zestawy Lego częścią najcenniejszej inwestycji

Może jest też coś, czego nie traktuje pan jak inwestycji, mimo że to możliwe?

Zestawy Lego. Pierwszy dostałem w wieku siedmiu lat i od razu bardzo się nimi zainteresowałem. Dziś jestem tzw. „afolem”, Adult Fan of Lego. Ta pasja połączyła się z moim zamiłowaniem do „Gwiezdnych Wojen”, stąd popiersie Dartha Vadera w moim gabinecie. Mam już nawet zamówioną jego figurę w rzeczywistych wymiarach. Dojdzie prawdopodobnie w kwietniu i stanie przy wejściu do biura.

Jeśli moja kolekcja wzrośnie na wartości, to będzie tylko miły bonus, bo nie taki jest mój cel. Lubię pielęgnować w sobie wewnętrzne dziecko. Dzięki wspólnym zainteresowaniom dobrze dogaduję się z własnymi dziećmi. Poza tym składanie Lego dobrze mi robi w trudniejszych okresach w biznesie. Pozwala się oderwać od zawodowych problemów.

Jak dużą kolekcję już pan zgromadził i w jakim tempie się powiększa?

W gabinecie w biurze mam ich ponad 40, a w domu pewnie drugie tyle. Regularnie dokupujemy z synem po kilkanaście zestawów rocznie, ale tylko takich, które nam się podobają. Np. najnowsza Gwiazda Śmierci, kosztująca ok. 4 tys. zł, jest dla nas absolutnie brzydka. Kupiliśmy za to zestaw Naboo Starfighter wyprodukowany na początku lat dwutysięcznych – dobrze komponuje się ze współczesnym wydaniem. Żadnego zestawu do tej pory nie sprzedałem, tylko dokupuję kolejne witryny, by je pomieścić.

Ile zapłacił pan za najdroższy do tej pory zestaw?

Około 7–8 tys. zł, ale nawet już nie pamiętam, który to był. Nie przywiązuję szczególnej uwagi do cen, bo robimy z synem coś absurdalnego dla części kolekcjonerów – każdy zestaw składamy. Po rozpakowaniu traci na wartości, ale co z tego?

Nie wszystko w życiu musi być inwestycją. Choć można traktować to jako inwestycję, to nie taką finansową, tylko w moje dziecko, relację z nim, wspólne wspomnienia. To najcenniejsza inwestycja, jaka przychodzi mi do głowy.

Zdaniem partnera

Mądre tempo rozwoju

Właściciele MŚP [małych i średnich przedsiębiorstw – red.] bardzo często wpadają w ten sam schemat: każdy nowy kontrakt, każda nowa linia biznesowa czy kolejny etap rozwoju są traktowane wyłącznie jako szansa. Tymczasem wzrost niemal zawsze ma swoją cenę. Nowy projekt to nie tylko perspektywa większych przychodów, ale również większe koszty, nowe zobowiązania operacyjne i presja na utrzymanie płynności finansowej.

I właśnie tutaj wielu przedsiębiorców popełnia ten sam błąd: w fazie entuzjazmu chcą robić wszystko naraz. Rozwijają kilka obszarów jednocześnie, zbyt długo trzymają większość zadań po swojej stronie i zbyt późno delegują odpowiedzialność. A to prowadzi do przeciążenia organizacji, spowolnienia decyzji i napięć finansowych.

Z naszej perspektywy zrównoważony wzrost nie oznacza rezygnacji z ambicji. Oznacza mądre tempo rozwoju: wybieranie priorytetów, skoncentrowanie się na kluczowych kierunkach, delegowanie zadań dalej w organizacji i świadome zarządzanie gotówką. Firma nie musi chwytać kilku srok za ogon jednocześnie, żeby rosnąć skutecznie.

Dlatego tak bliskie jest nam podejście oparte na zrównoważonym wzroście. To podejście, które zwykle przychodzi wraz z doświadczeniem, ale naszym celem jest, by przedsiębiorcy nie musieli uczyć się wszystkiego wyłącznie na własnych błędach. W eFaktor staramy się nie tylko finansować rozwój, ale też edukować, pokazując, że trwały wzrost zaczyna się od właściwych decyzji: co rozwijać, kiedy odpuścić i co przekazać innym.

Główne wnioski

  1. Dużo dywersyfikacji i bezpiecznych inwestycji. Dywersyfikacja jest dla Szymona Negacza fundamentem działalności biznesowej i inwestycyjnej. Jest fanem realizowania bardzo wielu niewielkich inwestycji o dobrze skalkulowanym ryzyku w miejsce szałowych, jednostkowych ruchów o ogromnym ryzyku i równie dużym potencjale zwrotu. Bezpieczeństwo uznaje za kluczowe, więc tego rodzaju inwestycje odpowiadają za ok. 76 proc. wartości jego portfela – mają przynosić średnio 7–9 proc. zwrotu rocznie. Za tego rodzaju aktywa uważa przede wszystkim obligacje oraz fundusze indeksowe, a także nieruchomości. Ryzykowne inwestycje to dla niego kryptowaluty, akcje, surowce, spółki oraz nietypowe aktywa, jak samochody czy zegarki.
  2. Unikanie spekulacji, minimum czasu na inwestycje i „klockowa” pasja. Choć na większości inwestycji Szymon Negacz przyzwoicie zarabia, to podkreśla, że nie wie nic o inwestowaniu. Zauważył, że wiele osób naprawdę kompetentnych i doświadczonych w tym zakresie osiąga porównywalne efekty do indeksowych funduszy – woli więc wkładać w to 99 proc. mniej wysiłku i skupić się na własnym biznesie. Unika wszystkiego, czego mechanizmu działania kompletnie nie rozumie. Trzyma się też z dala od spekulacji, a uznaje za nią np. inwestowanie z tzw. dźwignią. Zaznacza, że nie wszystko musi być w życiu inwestycją i właśnie tak podchodzi do zestawów Lego – ich składanie to jego pasja dzielona z dziećmi.
  3. Żyć ze zgromadzonego majątku, pracować tylko z chęci. Przedsiębiorca kieruje się regułą SWR: Safe Withdrawal Rate. To wskaźnik kwoty majątku, jaką można sobie wypłacić, by żyć komfortowo w roli rentiera. Szymon Negacz zamierza za ponad cztery lata – gdy skończy czterdziestkę – mieć już tyle oszczędności i tak ułożony portfel inwestycyjny, by zarobek pozwalał mu spełniać wszystkie potrzeby. – Mam konkretny plan, jak obudzić się dzień później ze świadomością, że już nie muszę pracować, a wyłącznie chcę to robić. To piękne uczucie – mówi twórca WiseGroup.