Kategoria artykułu: Biznes

Ministerstwo Dobrego Mydła powstało z nudy. Dziś walczy o wyjście na zero

– Ludzie lubią słuchać startupowych historii sukcesu, które na obrazku prezentują jedynie wzrost. Jednak nasza historia to sinusoida – mówi Ania Bieluń, współzałożycielka Ministerstwa Dobrego Mydła. Po bolesnej lekcji skalowania, porządkuje biznes i inwestuje.

Ania Bieluń (po lewej) i Ula Ośmiałowska to siostry, które w 2014 r. założyły kosmetyczną markę Ministerstwo Dobrego Mydła. Dzisiaj firma generuje 10 mln zł przychodów i na koniec tego roku wyjść na tzw. „zero"/ fot. materiały prasowe Ministerstwa dobrego Mydła
Ania Bieluń (po lewej) i Ula Ośmiałowska to siostry, które w 2014 r. założyły kosmetyczną markę Ministerstwo Dobrego Mydła. Dzisiaj firma generuje 10 mln zł przychodów i na koniec tego roku wyjść na tzw. „zero"/ fot. materiały prasowe Ministerstwa dobrego Mydła

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jaka jest historia powstania Ministerstwa Dobrego Mydła.
  2. Jaki jest plan rozwoju i plan inwestycyjny Ministerstwa Dobrego Mydła.
  3. Jakie wyzwania czyhają na polskich producentów kosmetyków.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Ministerstwo Dobrego Mydła powstało w 2014 r. To był diametralnie inny rynek kosmetyczny niż dzisiejszy. Wówczas działało na nim ok. 200 polskich producentów. Obecnie jest ich już ponad 1000. Branża kosmetyczna jest przesycona konceptami. 

– Sektor beauty jest superkonkurencyjny. Tym bardziej zaskakuje mnie, jak dobrze sobie radzi. Myślę, że ogromna zasługa w tym, że jest to specyficzne środowisko ludzi o wysokiej empatii i kulturze. Do tego bardzo sfeminizowane. Kobiety wnoszą do biznesu specyficzną perspektywę. Są skuteczne, ale również uważne i wrażliwe na innych. To sprzyja rozwojowi – zapewnia Ania Bieluń, współzałożycielka Ministerstwa Dobrego Mydła.

Pomysł na Ministerstwo Dobrego Mydła  

Skąd wziął się pomysł na wejście na rynek kosmetyczny? 

– Impulsem do założenia firmy była… nuda. Pracowałam w telewizji i między programami miałam długie przerwy. Spędzałam wtedy mnóstwo czasu przy komputerze i eksplorowałam internet, który wyglądał zupełnie inaczej niż współcześnie. Szukałam pomysłu na hobby po pracy. A że zawsze lubiłam rękodzieło, wpadłam na informację, że można samemu robić np. rzemieślnicze mydło. Podjęłam taką próbę, a później wydarzyła się już klasyczna historia: robisz coś w domu, produkt podoba się znajomym, przychodzą kolejni, chcą więcej. Powoli zaczynasz myśleć o swojej pasji jako o pomyśle na biznes – wspomina Ania Bieluń. 

Nim jednak domowe hobby przerodziło się w konkretny biznesplan, musiało minąć kilka lat. 

– Wiedziałam, że muszę mieć własny lokal, że potrzebuję odpowiednich zezwoleń i że produkty trzeba rejestrować. A to wszystko oznacza dużą inwestycję. Przy takim ryzyku i braku środków długo zwlekałam z podjęciem decyzji. Jednak w 2013 r. zadzwonił do mnie znajomy z informacją, że szczeciński Urząd Marszałkowski organizuje konkurs grantowy. Do wygrania było 40 tys. zł – wspomina Ania Bieluń. 

Wymaganiem konkursu było, żeby założoną firmę utrzymać przy życiu przez co najmniej dwa lata. 

– Ja wtedy od dłuższego czasu mieszkałam już w Warszawie, miałam małego synka i pracowałam zawodowo. Nie czułam się na siłach, aby wystartować w konkursie w pojedynkę. Poprosiłam o pomoc siostrę Ulę, która studiowała wówczas w Szczecinie. Zdecydowałyśmy, że spróbujemy razem – dodaje Anna Bieluń. 

Wdzięczność zamiast „from zero to hero” 

Pierwsza pracownia powstała w Kamieniu Pomorskim, rodzinnym mieście sióstr założycielek. 

– Produkowałyśmy mydło w starym mieszkaniu, które udostępnili nam rodzice, bo już z niego nie korzystali. Pożyczyli nam również gotówkę na moje pierwsze profesjonalne szkolenie dotyczące wytwarzania mydła, na które pojechałam do Londynu. To, że w ogóle mogłam na nie pojechać, ale przede wszystkim rozumieć, czego na nim uczono, również było zasługą rodziców. Mamy z Ulą wobec nich poczucie dużej wdzięczności – mówi Ania Bieluń.

Podkreśla, że obie  nie przepadają za historiami sukcesu „from zero to hero”, w których pomija się wszystkie wątki zasobów i wsparcia, jakie dostają bohaterowie.

– Sukces niezmiernie rzadko jest dziełem przypadku. Najczęściej to ogrom pracy zespołowej kilku pokoleń rodziny, bliskich osób i współpracowników – przyznaje założycielka Ministerstwa Dobrego Mydła.  

Zdaniem eksperta

Rynek beauty wchodzi w etap bardziej świadomych decyzji zakupowych

W najbliższym czasie o wyborach konsumenckich w kategorii kosmetyków decydować będzie jakość produktu. Cena i promocje pozostają istotne, jednak coraz częściej są elementem szerszej oceny wartości. Na znaczeniu zyskują również kwestie związane ze zdrowiem, dobrym samopoczuciem oraz oszczędnością czasu i wysiłku. Jednocześnie rośnie grupa konsumentów deklarujących brak konieczności ograniczania wydatków oraz większą gotowość do wyboru produktów markowych.

Rynek beauty wchodzi w etap bardziej świadomych decyzji zakupowych. Konsumenci coraz uważniej analizują, czy wybierają markę producenta czy markę własną i są gotowi zapłacić więcej, jeśli widzą realną wartość produktu. To wyraźny sygnał, że jakość i marka będą w najbliższym czasie kluczowe.

Początki Ministerstwa Dobrego Mydła  

Ministerstwo zaczynało od produkcji mydła.  

– Nasze pierwsze kostki były prostymi, rzemieślniczymi recepturami. Nie miałyśmy ani wykształcenia chemicznego, ani technologicznego. Nasza świadomość tego, jak w ogóle funkcjonuje rynek kosmetyczny, była zerowa. Miałyśmy za to duże zamiłowanie do naturalnych składników, ekologicznych opakowań i rzemiosła. Chciałyśmy tworzyć kosmetyki od serca tak, jak gotuje się dla ukochanych ludzi – wspomina Ania Bieluń.

Tymczasem chemia kosmetyczna rządzi się swoimi prawami. Receptura musi być powtarzalna, a wpływają na nią różne czynniki.

– Chociażby temperatura w pracowni, która zmienia się między latem a zimą. Zdarzało się też, że woda w wodociągach potrafiła zepsuć nam kilka partii mydła. Dopiero później przerzuciłyśmy się na wodę kupną, destylowaną i stabilizowaną. To był niesamowity czas, miesiące prób i błędów. Napędzała nas niesamowita energia – dodaje założycielka firmy.  

Siostry uczyły się na własnych błędach.  

– Wszystko działo się bardzo szybko, więc nie miałyśmy żadnych konkretnych wyobrażeń co do rozwoju naszego biznesu. Miałyśmy tylko marzenie, żeby ktoś nas dostrzegł. Płynęłyśmy z nurtem. A początki dystrybucji wyglądały tak, że zostawiałam syna z jego tatą w Warszawie. Wsiadałam w pociąg i jechałam na dwa dni do siostry, żeby wraz z nią przygotować partię towaru. Potem brałyśmy dwie wielkie walizki, pakowałyśmy do nich nasze ręcznie robione mydła i ruszałyśmy pociągiem do stolicy. Czasami dokładałyśmy nasz towar do transportu naszych przyjaciółek, które woziły kiszonego łososia ze swojej kamieńskiej manufaktury. Okazywało się później, że kule kąpielowe pachną łososiem – wspomina Ania Bieluń.

Kosmetyki sprzedawały głównie na plenerowych targach. O rozwoju zaczęły myśleć bardziej na serio w momencie, kiedy zdały sobie sprawę, że należy powiększyć zespół. Dzisiaj Ministerstwo Dobrego Mydła zatrudnia ponad 20 osób. Firma ma w portfolio ponad 100 SKU. 

– To portfolio rosło razem z naszymi marzeniami i ambicjami. Dzisiaj mamy własny mały dział R&D, w zespole chemiczki. Jest osoba, która zajmuje się wyłącznie dokumentacją i legislacją. A mój szwagier Maciek od wielu lat odpowiada za produkcję – wylicza przedsiębiorczyni. 

Czy Ministerstwo Dobrego Mydła jest na sprzedaż?  

– Dostajemy różne zapytania, ale na razie nie doszło do dalszych rozmów. Po tych 15 latach, nareszcie możemy powiedzieć, że mniej więcej wiemy, jak dobrze robić biznes kosmetyczny. Ale nie mamy z Ulą poczucia, że Ministerstwo jest tym, czym powinno być. Ten projekt nie jest nawet w połowie zrealizowany. Mamy pomysły, jak rozwijać firmę, wciąż jesteśmy w drodze. A później? Nie mówimy nie. Ale to jeszcze nie jest ten czas – zapewnia Ania Bieluń. 

Dwucyfrowe wzrosty 

Ministerstwo Dobrego Mydła 2025 r. zamknęło z 10 mln zł przychodów ze sprzedaży i 0,5 mln zł straty. Rok wcześniej przychód wyniósł 9,4 mln zł a strata wynosiła 800 tys. zł.  

To pokłosie dużych wydatków w poprzednich latach. Nie jesteśmy gotowe na odcinanie kuponów, więc wciąż większość zarobionych pieniędzy reinwestujemy w rozwój oferty i mocy. Wiem, że ludzie lubią słuchać startupowych historii sukcesu, które w obrazku prezentują jedynie wzrosty. Takie jest  marzenie nas wszystkich, żeby było łatwo, żeby wszystko szło po prostej i żeby raz obrany kierunek był na zawsze dobry. Jednak nasza historia to sinusoida, jak w życiu. Na koniec tego roku chcemy wyjść na zero nie przestając inwestować i równocześnie optymalizować procesów. Odrabiamy również ogromną lekcję pokory dotyczącą szybkiego rozwijania i skalowania biznesu, skupiamy się więc na zwiększaniu sprzedaży i na cięciu kosztów – wylicza Ania Bieluń. 

Chociażby po to, żeby część finansów przeznaczyć na marketing i reklamę, na rosnące koszty obsługi mediów. 

Planujemy 10-procentowy wzrost obrotów w tym roku. Choć prywatnie jestem przeciwniczką idei nieustającego wzrostu, jesteśmy zmuszone dopasować się do warunków rynkowych. Chciałybyśmy zachować ten dwucyfrowy wzrost, jednocześnie stabilizując produkcję. Później  przyjdzie czas na bardziej świadomą współpracę z szerszym rynkiem, większe skalowanie, na rozwój eksportu. Produkujemy też private label dla klientów zewnętrznych. Mamy wobec nich zobowiązania, dlatego postanowiliśmy skupić się na rozbudowie parku maszynowego – zapowiada Ania Bieluń. 

Obecnie Ministerstwo Dobrego Mydła jest w momencie konsolidacji produkcji i dystrybucji w Stargardzie Szczecińskim. 

– Kupiłyśmy kawałek ziemi w strefie przemysłowej. Kompletujemy własny park maszynowy, zamontowałyśmy homogenizator, czyli duże, superprofesjonalne urządzenie do produkcji emulsji: kremów, balsamów do ciała. Zainwestowałyśmy też w większy, 200-litrowy mieszalnik do żeli, np. do szamponów. To pochłonęło ok. 600 tys. zł. Inwestujemy też w nowy sklep internetowy za ok. 100 tys. zł, którego premiera zbliża się wielkimi krokami – wylicza Anna Bieluń. 

Dzisiaj Ministerstwo Dobrego Mydła ma swoje dwa sklepy stacjonarne – po jednym w Warszawie i Szczecinie, a do tego punkty partnerskie.  

– W tym roku mocno postawiłyśmy na rozwój partnerstwa w tzw. dużym e-commerce. Weszłyśmy do sieci Rossmann online, do DOZ, wracamy do Drogerii Natura. Do tego otwieramy nowy lokal w Szczecinie, w pięknej, przedwojennej kamienicy. Z jednej strony będzie to sklep, z drugiej przestrzeń warsztatowa połączona z kawiarnią. Moim wielkim marzeniem było, żeby nasze sklepy w przyszłości były konceptem, w którym z jednej strony można popróbować i kupić kosmetyki, a z drugiej napić się dobrej kawy, przyjść, posiedzieć, zatrzymać się. Jeśli ten koncept się sprawdzi, będziemy chciały go implementować w Warszawie – zapewnia Ania Bieluń. 

Wyzwania rynku kosmetycznego  

Co dzisiaj spędza sen z powiek producentom kosmetyków?  

– Kilka rzeczy. Przede wszystkim Europa trochę cofnęła się do momentu, w którym nie generuje już tylu innowacji, co wcześniej. A zdecydowanie bardziej skupia się na reformulacjach i dostosowywaniu produktów do nieustannie aktualizowanych przepisów. I nas dotyczy to dokładnie w tym samym stopniu co duże firmy. Koszty z tym związane również są tożsame. Tylko, że u nas te koszty nie amortyzują się. Bo nie sprzedaję milionów sztuk produktu miesięcznie, tylko setki – przyznaje Ania Bieluń. 

Kwestią, która ją szczególnie dzisiaj porusza, jest „dupes culture” (dupes od słowa duplicates, czyli kopia), czyli kultura podróbek. To trend konsumencki, polegający na poszukiwaniu i kupowaniu tańszych zamienników produktów premium. 

– Bardzo irytuje mnie samo określenie „kultura”. To tak, jakbyś powiedziała, że coś takiego jest kulturalne. Jeśli bierzesz produkt, kopiujesz go jeden do jednego i stawiasz na półce w drogerii za połowę ceny, to jest to kradzież. Z perspektywy małego producenta jest to demotywujące. Jeśli rynek jest w stanie skopiować cię dzisiaj w ciągu kilku miesięcy, powielić, wyskalować i odtworzyć twój koncept, to jaki jest sens pracy nad własnym kreowaniem? – retorycznie pyta przedsiębiorczyni. 

Poza tym ogromnym wyzwaniem dla branży beauty są chińskie platformy sprzedażowe i niekontrolowany import kosmetyków z Azji.  

– Podczas gdy polscy producenci muszą przestrzegać rygorystycznych i kosztownych przepisów, np. dot. zmiany receptur, konsumenci mogą bez żadnych ograniczeń zamawiać kosmetyki przez popularne aplikacje. My nie możemy wysłać produktów do Chin bez dopełnienia odpowiednich procedur. Rejestracja trwa ponad dwa lata. W tym czasie Azja inwestuje w innowacje, bo jest bardzo trendowa. A kto ma u nas pracować nad tymi trendami, kiedy my ciągle dopasowujemy produkcję pod zmieniające się przepisy? Na szczęście branża kosmetyczna odniosła ostatnio sukces, walcząc o nałożenie cła i podatków na paczki z tych platform. To sprawiło, że import z Chin stał się mniej atrakcyjny cenowo – dodaje założycielka Ministerstwa Dobrego Mydła. 

Od 1 lipca 2026 r. produkty trafiające z Azji do UE w małych paczkach o wartości do 150 euro objęte będą stałą opłatą celną w wysokości 3 euro.  

– Mam obrazowy przykład z własnego podwórka. W domu mamy kuchnię i dwa pokoje. W jednym pokoju siedzę ja i pracuję przy komputerze, zdalnie, i załatwiam sprawy legislacyjne. Połowę czasu pracy poświęcam zmianie receptur, dostosowaniu opakowań do przepisów, które się non stop aktualizują. W tym momencie mamy kilkanaście składników podlegających dyskusji na rynku kosmetycznym i kilkanaście różnych obszarów, w których niebawem mogą zajść bardzo duże zmiany dla producentów. A za ścianą siedzą moje dzieci, nastolatkowie, którzy ściągają tanie kosmetyki z Azji przez apkę, bez żadnych legislacyjnych obostrzeń. I to się dzieje symultanicznie, w tym samym miejscu – dodaje Ania Bieluń. 

Zdaniem eksperta

Już nie tylko K-beauty, ale i C-beauty atakuje

K-beauty to zjawisko marketingowe stworzone od podstaw z myślą o promowaniu koreańskich kosmetyków na arenie międzynarodowej. Dziś jest to jedno z największych wyzwań dla europejskich producentów kosmetyków.

Jednak poza K-beauty na horyzoncie pojawia się kolejne wyzwanie. Tym razem chodzi o C-beauty, czyli kosmetyki z Chin. Chińczycy w ostatnich latach znacząco podnieśli jakość lokalnej produkcji. C-beauty to pojęcie, które prawdopodobnie coraz częściej będzie pojawiać się w branżowej dyskusji. Wiele firm, przenosząc część produkcji do Chin, przekazało tam technologię i know-how. To przełożyło się na bardzo dynamiczny rozwój lokalnych producentów, którzy dziś wyrastają na realną konkurencję dla Europy. Mam poczucie, że wiele firm myśli krótkoterminowo. Współpraca z producentami z Chin oznacza wydłużone łańcuchy dostaw, co stoi w sprzeczności z doświadczeniami wyniesionymi z pandemii. Pokazała ona wyraźnie, jak ważne jest utrzymywanie lokalnej produkcji, bo to ona zapewnia bezpieczeństwo dostaw. To bardzo niepokojący trend. Widać to chociażby na przykładzie technologii samochodów elektrycznych. Nie chcielibyśmy powtórzyć tego scenariusza.

Główne wnioski

  1. Ministerstwo Dobrego Mydła powstało w 2014 r. z inicjatywy dwóch sióstr – Ani i Uli. Wówczas działało na nim ok. 200 polskich producentów. Dzisiaj jest ich już ponad 1000. 
  2. Ministerstwo Dobrego Mydła 2025 r. zamknęło z 10 mln zł przychodów ze sprzedaży i 0,5 mln zł straty. Rok wcześniej przychód wyniósł 9,4 mln zł a strata wynosiła 800 tys. zł. W tym roku firma planuje 10-proc. wzrost obrotów.  Na koniec tego roku założycielki spółki chcą wyjść na zero.
  3. Ministerstwo Dobrego Mydła jest w momencie konsolidacji produkcji i dystrybucji w Stargardzie Szczecińskim. Założycielki firmy kupiły kawałek ziemi w strefie przemysłowej. Kompletują własny park maszynowy, zamontowały homogenizator. Inwestycja pochłonęła ok. 600 tys. zł.