Kategorie artykułu: Polityka Społeczeństwo

Polska ma się dobrze. Norman Davies o scenariuszach dla USA, Rosji i AI

Pozycja Polski ulega wyraźnej i systematycznej poprawie. Jej status geopolityczny, gospodarczy i militarny stale rośnie, pomimo ostrych i często destrukcyjnych konfliktów na rodzimej scenie politycznej. Te wewnętrzne spory, z perspektywy makrohistorycznej, nie mają jednak większego znaczenia – mówi prof. Norman Davies. Co sądzi o AI? Jaka będzie przyszłość Polski, Rosji i USA?

Bliski jest mi pogląd, że kolejnym supermocarstwem nie będzie pojedynczy podmiot państwowy, lecz struktura, która zdominuje rozwój sztucznej inteligencji – mówi prof. Norman Davies. Fot. Leszek Szymański/PAP

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Co czeka USA po prezydenturze Donalda Trumpa.
  2. Jakie będzie przyszłość Władimira Putina i Rosji. 
  3. W jaki sposób AI zmieni historię świata. 
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Z prof. Normanem Daviesem, jednym z najważniejszych zachodnich badaczy popularyzujących historię Polski i Europy Środkowo-Wschodniej na świecie, rozmawiamy w gorący letni dzień. Przyjął nas w swoim krakowskim mieszkaniu. Opowiedział o prognozach dotyczących Stanów Zjednoczonych pod wodzą Donalda Trumpa. Nakreślił wizję rozpadu Rosji Władimira Putina. Pochwalił rozwój Polski.

Łukasz Ostruszka, XYZ: Profesorze spoglądając z perspektywy globalnej i biorąc pod uwagę wnioski płynące z pana dotychczasowej pracy naukowej, jak należałoby określić ten moment dziejów, w którym teraz jesteśmy?

Prof. Norman Davies: Nazwałbym to okresem przejściowym (transitional period). To proces odchodzenia od dawnego ładu światowego ku nowemu porządkowi. Normy międzynarodowe skonsolidowane po II wojnie światowej opierały się na fundamentach demokratycznych lub przynajmniej na dążeniu do nich, a także na zasadach liberalnej gospodarki wolnorynkowej. Obecnie wszystko ulega destrukcji z powodu działań prezydenta Donalda Trumpa. Zasiada on na szczycie systemu określanego jako Pax Americana, który ma charakter globalny, a mimo to nie legitymizuje owych fundamentalnych wartości. Co więcej, każdego dnia narusza zasadę praworządności. Posługuje się permanentnym fałszem i nikt nie jest w stanie przewidzieć jego realnych intencji. Deklaruje pacyfizm, podczas gdy w rzeczywistości wykazuje agresję. Przecież atak na Iran nastąpił bez wyraźnej, bezpośredniej prowokacji.

Warto wiedzieć

Prof. Norman Davies

Urodzony 8 czerwca 1939 r. w Bolton brytyjsko-polski historyk, emerytowany profesor SSEES-UCL w Londynie, honorowy członek St Antony’s College w Oksfordzie, członek zarówno British Academy, jak i Akademii Umiejętności.

Posiada siedem doktoratów honoris causa w Wielkiej Brytanii i w Polsce oraz sześć honorowych obywatelstw.

Autor głośnych książek: „Boże igrzysko. Historia Polski”, „Zaginione królestwa” i „Europa. Rozprawa historyka z historią”. Mieszka w Oksfordzie i Krakowie.

XYZ

Wszystkie pomysły Donalda Trumpa


Światowi przywódcy drżą w oczekiwaniu na nowe pomysły prezydenta USA.

Oczywiście, a on posługuje się przy tym wulgarną retoryką. Kluczowy problem nie tkwi jedynie w samym fakcie mijania się z prawdą, lecz w sposobie, w jaki Trump traktuje swoich sojuszników, partnerów oraz podwładnych. Swoim autorytarnym działaniem samodzielnie demontuje hegemonię Stanów Zjednoczonych w stosunkach międzynarodowych.

Czy ten stan się utrzyma?

Tego nie wiemy. Obecnie Chiny wyrastają na drugie supermocarstwo. Rosja natomiast, w mojej ocenie, została zepchnięta na margines geopolityczny i stała się de facto wasalem Pekinu. Chińczycy wykazują się cierpliwością, wnikliwie obserwują rozwój wydarzeń i sukcesywnie umacniają swoją pozycję. Czy ostatecznie zdominują globalną hierarchię? Tego jeszcze nie można przesądzić, jednak samo przesunięcie wektora sił jest niezaprzeczalnym faktem. Te głębokie przeobrażenia determinują sytuację na wszystkich kontynentach, włączając w to Europę. Proszę spojrzeć, jak instrumentalnie Trump traktuje Europejczyków. Przypomnijmy sobie niedawne próby przejęcia Grenlandii. To rodzaj „dyplomacji szantażu”.

Trump ma poczucie całkowitej bezkarności. W swoich działaniach i wypowiedziach posuwa się coraz dalej i przekracza kolejne granice. Jednocześnie na Bliskim Wschodzie stał się zakładnikiem Izraela, a samo państwo Izrael stało się źródłem poważnych niepokojów geopolitycznych. Oczywiście tamtejsze władze nieustannie posługują się narracją, że ich przeciwnicy to terroryści, lecz obecny reżim sam stosuje metody o charakterze terrorystycznym. Dawny syjonizm, którego założenia formułował twórca tego ruchu Theodor Herzl, zakładał w swojej wizji pokojowe współżycie ludności arabskiej i żydowskiej. Choć była to koncepcja utopijna, u jej podstaw leżała harmonijna koegzystencja. Dziś te idee zostały całkowicie zarzucone. Współczesne państwo Izrael wykazuje cechy skrajnie nacjonalistyczne, wręcz faszyzujące.

Trump na wielu frontach

A może Izrael jest zakładnikiem doktryny politycznej Benjamina Netanjahu?

Wszystko na to wskazuje, bo Netanjahu stoi na czele najbardziej radykalnego gabinetu w historii Izraela. Choć nie cieszy się szerokim poparciem społecznym wśród obywateli, utrzymuje się przy władzy dzięki permanentnemu stanowi wojny. Ma pełną świadomość, że zakończenie kadencji otworzy drogę do procesu sądowego, a immunitet chroni go wyłącznie tak długo, jak długo sprawuje urząd premiera. Z tego powodu eskaluje konflikty na wszystkich możliwych frontach. To właśnie on skłonił Trumpa do uderzenia w Iran. W konsekwencji cały Bliski Wschód został kompletnie zdestabilizowany.

Trump popiera bezkrytycznie Netanjahu, żeby przypodobać się amerykańskiej prawicy skupionej wokół fundamentalistów chrześcijańskich w tzw. pasie biblijnym w USA. To specyficzny odłam prawicy. Fundamentalistyczni protestanci z tzw. megakościołów dokonujący literalnej interpretacji tekstów biblijnych. Co intrygujące, w sferze teoretycznej sprzeciwiają się oni angażowaniu Ameryki w nowe konflikty zbrojne, a sam Donald Trump obiecywał przecież w kampanii, że nie dopuści do wybuchu nowych wojen. Wyłania się z tego głęboka, niezwykle frapująca sprzeczność. Ale Netanjahu w czasie wizyt w USA spędza z nimi więcej czasu niż ze społecznością żydowską.

Jak długo może potrwać ten okres przejściowy?

Niezwykle trudno jest przewidzieć, czy rządy Trumpa zakończą się gwałtownym kryzysem przesilenia, czy też proces ten będzie rzutował na nadchodzące dekady. Trump bez wątpienia podejmuje próby uformowania swoich sukcesorów. Postacie w jego najbliższym otoczeniu bywają zresztą znacznie bardziej radykalne, czego doskonałym przykładem jest wiceprezydent J.D. Vance. To człowiek o skrajnych, dogmatycznych przekonaniach. Podobnie zresztą jak sekretarz obrony Pete Hegseth, który z aprobatą przywrócił temu urzędowi dawną, historyczną nazwę departamentu wojny. Żywi głębokie, mesjanistyczne przekonanie, że Ameryka prowadzi wojnę sprawiedliwą w obronie absolutnej prawdy. To formacja ludzi całkowicie pozbawionych pragmatycznych skrupułów.

Na obecnym etapie nie jesteśmy więc w stanie określić, w którym momencie ten proces destrukcji się zatrzyma. Wiemy jedynie, że dawne aksjomaty odchodzą w przeszłość, a architektura nowego ładu pozostaje wielką niewiadomą. Jest oczywiście ewentualność, że Trump utraci władzę, jednak nie sposób przewidzieć, czy kolejna administracja zdoła odwrócić szkody wyrządzone w ostatnim czasie.

Przyszłość USA i wojna domowa

Być może system jest zdemoralizowany do tego stopnia, że polityk, który przejmie władzę po Trumpie – niezależnie od przynależności partyjnej – wejdzie w te same buty. Pewne nieprzekraczalne dotąd granice zostały bezpowrotnie zatarte i inni przywódcy również mogą je ignorować.

Niestety, podzielam tę obawę. Uważam, że scenariusz wojny domowej w Stanach Zjednoczonych przestaje być jedynie teoretyczną abstrakcją, a staje się realną ewentualnością. Nie jest to nieuniknione, ale pamiętajmy, że mówimy o państwie, w którym wolumen broni palnej w rękach prywatnych przewyższa liczbę mieszkańców. Wystarczy, że jedna ze zradykalizowanych grup podejmie destabilizujące działania zbrojne.

Zatem nie jest to wyłącznie projekcja z pogranicza fikcji literackiej?

Absolutnie nie. Gdy mieszkaliśmy w Kalifornii, w Berkeley, regularnie organizowano różnego rodzaju protesty publiczne oraz testy gotowości służb bezpieczeństwa. Stany Zjednoczone nie są społeczeństwem spacyfikowanym i spokojnym. To kraj o potężnym bogactwie, ale jednocześnie targany skrajnymi polaryzacjami. Równolegle do pokaźnej reprezentacji miliarderów jest tam strefa tak drastycznej nędzy, jakiej w Europie Zachodniej czy Środkowej w zasadzie się nie spotyka.

Spory nie zatopią Polski

A gdzie w tym globalnym układzie sił znajduje się dziś Polska? Jak ocenia pan naszą obecną pozycję, perspektywy oraz wyzwania strategiczne?

Pozycja Polski ulega wyraźnej i systematycznej poprawie. Jej status geopolityczny, gospodarczy oraz militarny stale rośnie, pomimo ostrych i często destrukcyjnych konfliktów na rodzimej scenie politycznej. Te wewnętrzne spory, z perspektywy makrohistorycznej, nie mają jednak większego znaczenia.

Czyli sami naszymi wewnętrznymi sporami nie wywrócimy tego statku?

Polska jest wyjątkowo prężna. W niedługiej perspektywie prześcignie wiele zachodnich gospodarek pod względem PKB per capita.

Koniunktura sprzyja Polsce

Prognozy makroekonomiczne na to wskazują.

To zjawisko widać, chociażby w Krakowie – w dynamice powstawania nowej tkanki urbanistycznej. Panuje tu porządek, estetyka, poziom życia obywateli manifestuje się w ich statusie materialnym, nowoczesnej infrastrukturze motoryzacyjnej oraz rozwiniętej sieci autostrad. Pod względem materialnym Polska rozwija się niezwykle dynamicznie. Z kolei w wymiarze politycznym – paradoksalnie w efekcie wojny w Ukrainie – kraj zyskał status kluczowego państwa frontowego Unii Europejskiej, co sprawia, że podmioty zachodnie muszą obligatoryjnie liczyć się z głosem Warszawy.

Równie imponująco prezentujemy się w komponencie militarnym. W tej chwili dysponujemy jedną z największych armii na kontynencie. To fakt bezprecedensowy, że Polska ma obecnie liczniejsze siły zbrojne niż Niemcy. Stan ten zapewne nie będzie permanentny, ponieważ Berlin zweryfikował swoją doktrynę obronną i zainicjował proces intensywnych zbrojeń. I słusznie, gdyż przez dekady Niemcy prowadzili politykę skrajnie prorosyjską, uzależniając się od tamtejszych surowców energetycznych i uprawiając swoistą apologię Władimira Putina. Brutalna agresja przeciwko Ukrainie radykalnie to zmieniła, a obecna koniunktura sprzyja Polsce.

Moją wieloletnią obsesją pozostaje jednak fakt, że Polska wciąż jest niezwykle słabo znana i rozumiana w globalnym obiegu intelektualnym. Polacy chyba nie do końca rozumieją, jak trudny dla obcokrajowców jest to język i próbują promować kraj w sposób mało efektywny. W Polsce nie wykształcił się również nawyk szerokiej filantropii kulturowej i naukowej.

Władimir Putin jest słaby

Zaraz przejdziemy do tego, gdzie Polska powinna inwestować w sojusze, ale chciałbym na moment wrócić do Rosji. Czy nasze głębokie, egzystencjalne obawy przed Rosją, którą, jak pan wspomniał na początku, można uznać za państwo pozbawione kłów, są jeszcze uzasadnione? Jaką siłę ma dziś Władimir Putin?

To niezwykle frapujące zagadnienie z pogranicza politologii i psychologii społecznej. Wpadła mi ostatnio w ręce znakomita rozprawa o paranoi w ujęciu historycznym, napisana przez włoskiego autora Luigiego Zoję, który z wykształcenia jest psychiatrą. Na podstawie jego pracy można postawić tezę, że Polska cierpi na swoistą traumę paranoiczną na punkcie Rosji. Oczywiście jest to lęk w pełni zrozumiały i uprawniony z historycznego punktu widzenia. Polacy doskonale wiedzą, do jakich okrucieństw zdolna jest Rosja, podczas gdy społeczeństwa zachodnie nie mają tej pamięci społecznej.

Z drugiej strony ta zbiorowa świadomość jest silnie determinowana przez przeszłość. Starsi Polacy wciąż pamiętają epokę stalinizmu – ja sam ją pamiętam – lub okres PRL, który jawi się we wspomnieniach jako rzeczywistość szara, ponura i opresyjna. Była to w gruncie rzeczy zdegenerowana dyktatura satelicka, ale wielu obywateli nie znało wówczas alternatywnego świata. W konsekwencji dzisiejsze społeczeństwo postrzega Putina jako bezpośredniego sukcesora Stalina, zwłaszcza że on sam chętnie instrumentalizuje i gloryfikuje tamten zbrodniczy system.

W rzeczywistości jednak współczesna Federacja Rosyjska to zaledwie cień dawnego imperium radzieckiego. Terytorialnie i demograficznie stanowi mniej niż połowę tamtego potencjału, a wewnętrznie panuje w niej gigantyczny chaos. Rosja stała się ekonomicznym i politycznym petentem Chin. Same Chiny stanowią zresztą fascynujący fenomen ustrojowy. To wciąż ortodoksyjna dyktatura marksistowsko-leninowska w wymiarze politycznym, która jednak z sukcesem zaimplementowała wysoce efektywne mechanizmy wolnorynkowe. Związkowi Radzieckiemu nigdy nie udało się stworzyć tak sprawnie funkcjonującej hybrydy, łączącej centralne planowanie z rynkowym pragmatyzmem.

Chiny ostrzą sobie zęby

Władimir Putin stosuje agresywną retorykę i próbuje zastraszyć całą społeczność międzynarodową. Prawdą jest, że jego strategicznym celem pozostaje odbudowa imperium, jednak nie posiada on ku temu adekwatnych narzędzi materialnych. Rządzi krajem od ponad dwóch dekad, a jego jedyne „osiągnięcia” terytorialne to zaanektowanie skrawka Gruzji oraz kilku obwodów w Ukrainie, których permanentne utrzymanie wcale nie jest przesądzone. Do tego dochodzą silne wpływy na Białorusi, ale w skali globalnej to bilans niezwykle skromny. To ułamek dawnej potęgi ZSRR. Putin nie odważył się np. na rewizję granic z Kazachstanem, choć rosyjscy oligarchowie chętnie przejęliby tamtejszy przemysł i zasoby naturalne. Każde imperium dąży do kontrolowania swojej strefy wpływów, tzw. bliskiej zagranicy. Rosja zgłasza do niej pretensje, ale brakuje jej realnej mocy sprawczej. Jestem przekonany, że w niedalekiej perspektywie historycznej Rosja utraci na rzecz Chin swój Daleki Wschód. W Pekinie te terytoria są niezmiennie postrzegane jako historyczne ziemie chińskie.

Ziemie do odzyskania.

Tak, te ziemie zostały zagarnięte przez carat w ramach imperializmu kolonialnego w XIX w., a Chińczycy potrafią operować w długich horyzontach czasowych. Już teraz stopniowo dominują gospodarczo i demograficznie na Syberii, wobec czego Putin jest całkowicie bezradny. Nie wiem, czy dożyję tego momentu, ale taki rozwój wypadków wydaje się deterministycznie nieunikniony. Jeżeli Putin nie odniesie spektakularnego sukcesu strategicznego w Ukrainie, cała Federacja Rosyjska może runąć niczym domek z kart. W pierwszej kolejności destabilizacji ulegną regiony o dominacji muzułmańskiej: Czeczenia, Dagestan i sąsiednie republiki kaukaskie, gdzie lokalne elity czekają tylko na dogodny moment przesilenia.

Proszę spojrzeć, co dzieje się obecnie na Krymie. To sytuacja niezwykle symptomatyczna. Ukraińcy zdołali sparaliżować rosyjskie działania operacyjne na Morzu Czarnym, nie dysponując w zasadzie klasyczną flotą wojenną. Dokonali tego z pomocą zaawansowanych dronów morskich. W efekcie flota rosyjska nie śmie zbliżać się do wybrzeży Ukrainy, straciwszy uprzednio niemal połowę swoich kluczowych jednostek nawodnych. Rosjanie nie dominują również bezwzględnie w powietrzu. Na froncie lądowym panuje co prawda pat pozycyjny, ale pociągi do Kijowa kursują bez zakłóceń. Rosja zaczyna tracić inicjatywę strategiczną. Putin został zmuszony do wycofania nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej z linii frontu i rozmieszczenia ich wokół Moskwy, by chronić stolicę przed uderzeniami dronów. Przez to całe bezpośrednie zaplecze frontowe stało się podatne na ataki.

Dwa scenariusze dla Rosji

Jak w takim razie rysuje się przyszłość Rosji po odejściu Putina? Kto może przejąć po nim władzę?

Są w zasadzie tylko dwa możliwe scenariusze: albo sytuacja ulegnie względnej normalizacji, albo wręcz przeciwnie – drastycznie się pogorszy. Rosja to terytorialny kolos, którego Moskwa nie jest w stanie efektywnie i autorytarnie kontrolować na dłuższą metę. To największe państwo świata pod względem powierzchni i ostatecznie czeka je proces dezintegracji. Rozpad ten nie nastąpi jednak symetrycznie. Jednym z pierwszych regionów, który może odłączyć się od centrum, jest obwód królewiecki. Dla Polski to kwestia o charakterze egzystencjalnym, gdyż przez ostatnie kilkadziesiąt lat rejon ten stanowił bezpośrednie zagrożenie militarne. Obecnie niemal cały tamtejszy garnizon został zaangażowany i wykrwawiony w wojnie w Ukrainie, przez co enklawa pozostaje militarnie bezbronna.

Mieszkańcy tego regionu, którzy wcześniej regularnie odwiedzali Polskę czy Litwę w celach turystycznych i handlowych, doskonale dostrzegają cywilizacyjną przepaść oraz poziom swobód obywatelskich dzielący ich od Zachodu. Po odejściu Putina ruszy lawina procesów odśrodkowych, choć ich dokładny wektor polityczny jest dziś niezwykle trudny do sformułowania. Nie można bowiem wykluczyć, że do głosu dojdą siły jeszcze bardziej szowinistyczne i radykalne.

Skoro nie powinniśmy ulegać historycznej paranoi i paraliżującemu lękowi przed Rosją, to jak definiować dzisiejsze położenie geostrategiczne naszego kraju? Gdzie powinniśmy upatrywać naszych naturalnych sojuszników, a gdzie kryją się realne zagrożenia dla Polski?

Wspomniana trauma paranoiczna rzutuje niestety również negatywnie na relacje z Republiką Federalną Niemiec. Tymczasem współczesne Niemcy w żadnym wypadku nie są egzystencjalnym wrogiem Polski. Prawie każda polska rodzina doświadczyła tragicznej straty kogoś bliskiego albo z rąk niemieckich, albo z rąk sowieckich. Wobec tego tak głębokie, emocjonalne zakorzenienie lęku jawi się jako proces psychologicznie naturalny. Ta zbiorowa trauma przetrwa w narodzie jeszcze przez co najmniej wiek, a może nawet znacznie dłużej. Wiele w tej materii zależy od tego, czy w rzeczonym horyzoncie czasowym wybuchnie nowy konflikt zbrojny, czy też uda się trwale utrzymać pokój.

Polska szuka partnerów

Wydaje mi się, że Polacy mają innych, wielkich sprzymierzeńców w Skandynawii. Mam na myśli Szwecję oraz Finlandię. Tamtejsze narody również mają doskonałą świadomość tego, czym jest imperialne zagrożenie rosyjskie. W tożsamy sposób na te zagadnienia zapatrują się państwa bałtyckie. Estończycy są nastawieni niezwykle propolsko. Polska posiada predyspozycje ku temu, by stać się hegemonem i liderem tej regionalnej koalicji, jako że jest największym podmiotem państwowym w tej części Europy.

Polska cieszy się też znacznym uznaniem w tak kluczowych stolicach jak Paryż, Londyn czy Berlin. Polacy mają tam obecnie znakomitą reputację. Nawet państwa południowej flanki, jak Hiszpania czy Włochy, nie wykazują wobec nas resentymentów. Sęk w tym, że owe międzynarodowe alianse i przyjaźnie trzeba stale kultywować, trzeba je – posługując się metaforą – permanentnie zasilać. W tej sferze polska dyplomacja wciąż nie wykazuje się należytą dynamiką i sprawnością operacyjną. Niemniej sytuacja geopolityczna mogłaby być znacznie bardziej dramatyczna.

Nie wierzę, aby Putin był w stanie militarnie podporządkować sobie Ukrainę. Gdyby zrealizował ten cel, stanowiłoby to śmiertelne, egzystencjalne zagrożenie dla Rzeczypospolitej. Władimir Putin tę wojnę jednak w wymiarze strategicznym wyraźnie przegrywa. Nie ma już żadnych realnych szans na aneksję i podporządkowanie sobie całości ukraińskiego terytorium. Nie wiemy wprawdzie, jak ostatecznie potoczą się losy okupowanych obwodów wschodnich oraz Krymu, ale do Lwowa Rosjanie z pewnością nie dotrą. Ukraina jest krajem terytorialnie większym od Polski. Ukraińcy dysponują obecnie niezwykle doświadczoną, skonsolidowaną i nowoczesną armią. To zahartowane w bojach wojsko sprawi, że po formalnym zakończeniu działań wojennych Ukraina stanie się jedną z głównych potęg militarnych na kontynencie europejskim. Choć kraj będzie materialnie i infrastrukturalnie zdewastowany, to jego kapitał moralny i wizerunek na arenie międzynarodowej pozostaną niezwykle silne.

Wszystkie błędy AI

A co z gwałtownym rozwojem sztucznej inteligencji? Czy AI ukształtuje świat na nowo?

Podchodzę do AI z dużą rezerwą i sceptycyzmem. Oczywiście sztuczna inteligencja generuje fantastyczny potencjał poznawczy. Ma zdolność udzielania odpowiedzi na niemal każde sformułowane zapytanie. Niekiedy, co prawda, w sposób niedorzeczny, lecz w kwestiach czysto technicznych czy faktograficznych jej sprawność operacyjna jest imponująca. Daje nam błyskawiczny dostęp do wiedzy skumulowanej we wszystkich encyklopediach i słownikach świata w zaledwie kilka sekund. To jest ta niezaprzeczalnie pozytywna, utylitarna strona.

Jaka jest jednak rola sztucznej inteligencji w kontekście poznania historycznego i humanistyki? Tutaj dostrzegam ogromne niebezpieczeństwo. Algorytmy działają bowiem na zasadzie replikowania powszechnie przyjętej, konwencjonalnej wiedzy oraz statystycznej analizy wielkich zbiorów danych. Sam przeprowadziłem taki eksperyment badawczy i zapytałem sztuczną inteligencję, które kraje odegrały kluczową rolę w historii renesansu. Odpowiedź wygenerowana została sekwencyjnie i błyskawicznie. Na pierwszym miejscu uplasowały się oczywiście Włochy, dalej były Niderlandy, Niemcy, Anglia, a zestawienie zamykała Hiszpania. To wszystko.

Zapytałem wówczas algorytm, z jakich przyczyn w tym zestawieniu całkowicie zmarginalizowano i pominięto fenomen renesansu w Polsce. Otrzymałem uderzająco szczerą odpowiedź. Generatywna AI wyjaśniła mi, że jej konkluzje bazują na statystyce i dominującej ilościowo literaturze naukowej. Jeśli w świecie anglosaskim istnieje 100 tys. monografii o renesansie napisanych w języku angielskim, a powstawały one głównie w okresach, gdy Polska nie istniała na mapach politycznych z powodu rozbiorów bądź też była odcięta od świata zachodniego żelazną kurtyną, to baza danych jest w sposób naturalny zorientowana eurocentrycznie i zachodniocentrycznie. Sam model sztucznej inteligencji potrafi zatem zdiagnozować swoje własne ograniczenia.

Dla wizerunku i marki geopolitycznej Polski jest to jednak zjawisko wysoce niebezpieczne. Oczywiście, jeśli sformułujemy zapytanie w języku polskim: „Jak przebiegał renesans w Polsce?”, to otrzymamy wyczerpujący i rzetelny opis faktograficzny, ponieważ algorytm sięgnie wówczas do rodzimej bazy źródłowej. Kiedy jednak pyta o to cudzoziemiec w języku angielskim, Polska znika z radaru pojęciowego. To zresztą powraca do mojego fundamentalnego problemu, jakim jest dramatyczny brak wiedzy o Polsce poza jej granicami.

Wielka Brytania się kończy

Skoro jesteśmy przy układaniu świata na nowo, to muszę zapytać o to, które współczesne „królestwa” giną na naszych oczach?

W mojej ocenie Wielka Brytania plasuje się pod tym względem bardzo wysoko na liście.

Mówi pan poważnie?

Jak najbardziej. Oczywiście niezwykle trudno jest precyzyjnie określić tempo owych procesów odśrodkowych, niemniej pisałem o tym już 30 lat temu. Zjednoczone Królestwo to przecież nie tylko Anglia. Stanowi ona zaledwie jeden z komponentów, a relacje Londynu z pozostałymi nacjami wchodzącymi w skład królestwa są dziś, mówiąc eufemistycznie, dalece skomplikowane i chłodne. Jeszcze do niedawna sądziłem, że kolejnym pretendentem do rozpadu będzie Belgia, która przez dwanaście miesięcy nie potrafiła sformować gabinetu rządowego z powodu permanentnego, egzystencjalnego konfliktu flamandzko-walońskiego. Ta chroniczna destabilizacja tli się tam nieprzerwanie, choć państwo ostatecznie zażegnało ów kryzys ustrojowy. To jednak naturalna kolej rzeczy w filozofii historii. Organizmy państwowe, podobnie jak jednostki ludzkie rodzą się, przechodzą fazę apogeum, a ostatecznie ulegają anihilacji. To proces nieunikniony. Reguła dziejowa pozostaje niewzruszona: wszystko przemija i w długiej perspektywie historycznej należy ten fakt po prostu zaakceptować.

Tak będzie się rozpadała Rosja

Z naszej rozmowy wynika, że kolejnym kandydatem jest Rosja.

Rosyjskie imperium musi najpierw dopełnić proces ostatecznej dezintegracji, analogicznie do tego, jak stało się to z Imperium Brytyjskim. Sam urodziłem się przecież jako obywatel największego imperium w historii świata, a dziś ono już nie istnieje – uległo całkowitej dekonstrukcji na przestrzeni mojego życia. Ten sam scenariusz czeka Rosję. Pytanie o charakterze strategicznym brzmi: co pozostanie po rozpadzie tego mocarstwa? Zapewne ta rdzenna, terytorialnie skromna Rosja, skupiona wokół Moskwy.

Gdzie należy wypatrywać nowego supermocarstwa?

Podział stref wpływów przez monopolizację dostępu do zaawansowanych technologii wydaje się prawdopodobnym scenariuszem. Bliski jest mi pogląd, że kolejnym supermocarstwem nie będzie pojedynczy podmiot państwowy, lecz struktura, która zdominuje rozwój sztucznej inteligencji. Potencjał operacyjny tej technologii jest wręcz niewyobrażalny, a wszystko to ewoluuje obecnie poza jakąkolwiek realną kontrolą ze strony państw narodowych czy rządów międzynarodowych. Wyjątkiem są oczywiście Chiny, gdzie tamtejsze władze poddały ów proces pełnej kontroli i reglamentacji państwowej.

AI zmieni porządek świata

Gdy analizujemy rewolucję przemysłową, to dostrzegamy, że zmiany zachodziły przez dekady. W tym przypadku wystarczyły zaledwie trzy lata od debiutu chatbota, aby świat zmienił się w sposób fundamentalny i nie do poznania.

Dokładnie tak. Zmiany zachodzą w ekspresowym tempie. Punktem zwrotnym w relacji pomiędzy ludźmi i technologią był 1997 rok, kiedy superkomputer Deep Blue pokonał w szachowym pojedynku urzędującego arcymistrza Garriego Kasparowa. Z dzisiejszej perspektywy tamte osiągnięcia jawią się jednak jako nader skromne preludium.

Kto napisze historię?

Panie profesorze, na koniec trochę przewrotne pytanie. Jak historycy przyszłości, powiedzmy za 50, 100 lat, będą opisywać nasze czasy?

Będą je opisywać z perspektywy tego, kto ostatecznie odniesie sukces strategiczny i zwycięży, a tego przecież na razie nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Znane porzekadło głosi, że historię zawsze piszą zwycięzcy. Winston Churchill ujął to niezwykle celnie, mówiąc: „Moja rola w II wojnie światowej zostanie oceniona dobrze, ponieważ sam zamierzam napisać jej historię”. Ta zasada pozostaje niezmienna. Za sto lat najbardziej wpływowi historycy będą reprezentować te kraje i te cywilizacje, które zdołają przetrwać, zakładając rzecz jasna, że nasza planeta będzie jeszcze wtedy istniała w nienaruszonym stanie.

Pamiętam, jak jakieś 40 lat temu jeden z badaczy pytał mnie uporczywie, kto w przyszłości napisze najlepszą, najbardziej rzetelną i obiektywną historię Polski. Odpowiedziałem wówczas, że bez wątpienia uczynią to Chińczycy. Dlaczego? Ponieważ chiński badacz jest z natury metodologicznie obiektywny. Nie jest obciążony tymi wszystkimi subiektywnymi kompleksami i resentymentami, które dręczą zarówno samych Polaków, jak i naszych bezpośrednich sąsiadów. Czy wie pan, gdzie obecnie znajduje się największa na świecie grupa studentów kształcących się akademicko w zakresie wiedzy o Polsce?

Historia widziana z dystansu

To zapewne jest pytanie podchwytliwe, więc odpowiem, że w Chinach.

Właśnie tak. Patrzą na nas z odpowiedniego dystansu poznawczego. Kiedy w 1981 roku opublikowałem „Boże Igrzysko”, pierwsze oficjalne zaproszenie z odczytem uniwersyteckim otrzymałem właśnie z Pekinu. Chiny podnosiły się wówczas z ruin po katastrofie rewolucji kulturalnej. Udałem się tam w podróż naukową w 1983 roku, odwiedzając przy okazji również Japonię. Ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu odkryłem na miejscu ogromne zainteresowanie sprawami polskimi oraz rzeszę ludzi biegle posługujących się językiem polskim.

Z czego to wynikało?

Otóż w latach 50. Mao Zedong wysłał do Polski tysiące chińskich stypendystów. Powołano wówczas m.in. Polsko-Chińskie Towarzystwo Przyjaźni. Przewodniczący Mao poszukiwał w ten sposób ideologicznej i politycznej przeciwwagi dla hegemonii Związku Radzieckiego. Ten intensywny proces wymiany akademickiej trwał przez około 15 lat. Dopiero w 1969 roku, po krwawych starciach granicznych pomiędzy ZSRR a Chinami, wszyscy chińscy obywatele zostali nagle obligatoryjnie wezwani do natychmiastowego powrotu do ojczyzny. Pamięć, instytucje i wykształcenie jednak pozostały. Kiedy tam pojechałem, tamto pionierskie pokolenie przechodziło już na emeryturę, ale miałem okazję poznać ich następców.

Mój pierwszy wykład był tłumaczony symultanicznie z języka angielskiego. Było to niezwykle uciążliwe i rwało narrację. Wypowiadałem jedno zdanie, po czym następowała długa sekwencja na przekład. Szybko zorientowałem się jednak, że zgromadzeni audytorzy doskonale rozumieją język polski. Kolejne wystąpienie poprowadziłem już więc w całości po polsku. Po prelekcji podeszli do mnie tamtejsi akademicy i ściszonym głosem zakomunikowali: „Wiemy, że polska ambasada uważa pana za postać niebezpieczną politycznie, ale proszę się nie niepokoić – my z nikim nie będziemy się dzielić tą wiedzą”. Zapytałem ich wtedy, skąd generuje się u nich tak głębokie, wręcz organiczne zainteresowanie Polską. Odpowiedzieli bez ogródek, że są wschodnimi sąsiadami Rosji. Z ich perspektywy niezwykle fascynujące było rzetelne obserwowanie tego, co dzieje się na drugim, zachodnim krańcu rosyjskiego imperium.

Główne wnioski

  1. Prof. Norman Davies podkreśla, że niezwykle trudno jest przewidzieć, jak zakończą się rządy Donalda Trumpa w USA. Może dojść do gwałtownego kryzysu, który będzie rzutował na kolejne dekady. Historyk podkreśla, że prezydent USA ma poczucie całkowitej bezkarności i instrumentalnie traktuje swoich sojuszników w Europie. Destabilizuje również sytuację na Bliskim Wschodzie. 
  2. Gdzie Polska powinna szukać sojuszników? Norman Davies uważa, że Polacy powinni pozbyć się traumy historycznej wpływającej na relacje z Niemcami, bo nie są one dziś wrogiem Polski. Powinniśmy szukać naszych sojuszników również w Skandynawii. Polska ma predyspozycje, żeby stać się hegemonem i liderem regionalnej koalicji. Państwa południowej flanki, jak Hiszpania czy Włochy, nie wykazują wobec nas resentymentów. Sęk w tym, że owe międzynarodowe alianse i przyjaźnie trzeba stale kultywować, trzeba je – posługując się metaforą – permanentnie zasilać.
  3. Profesor podchodzi sceptycznie do sztucznej inteligencji, choć przyznaje, że generuje ona fantastyczny potencjał poznawczy. Docenia to, że ma zdolność udzielania odpowiedzi na niemal każde sformułowane zapytanie i w kwestiach czysto technicznych czy faktograficznych jej sprawność operacyjna jest imponująca. Bliski jest mu pogląd, że kolejnym supermocarstwem nie będzie pojedynczy podmiot państwowy, lecz struktura, która zdominuje rozwój sztucznej inteligencji.