Rachunki za prąd ostro w dół? Szef PSE ma plan i zapowiada „sporą ulgę” (WYWIAD)
Prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych Grzegorz Onichimowski prowadzi właśnie intensywne rozmowy z koncernami energetycznymi na temat możliwości obniżenia cen prądu dla Polaków. W rozmowie z XYZ ujawnia, jakie opcje są na stole. Zapowiada też pakt dla elektryfikacji gospodarki.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jakie opcje obniżenia rachunków za prąd Polaków są obecnie rozważane.
- Jakie rozwiązania mogłyby obniżyć koszty energii dla firm.
- Dlaczego Polska powinna elektryfikować gospodarkę.
Barbara Oksińska, dziennikarka XYZ: Ceny energii to jeden z kluczowych tematów, który rozgrzewa krajową scenę polityczną. Co realnie dzieje się w sprawie obniżenia rachunków Polaków za prąd?
Grzegorz Onichimowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych: Jako operator sieci przesyłowej nie kupujemy ani nie sprzedajemy energii, ale oczywiście mamy ambicję współtworzyć rynek i jego zasady. W tej roli spotykamy się teraz z największymi spółkami energetycznymi. To są bardzo intensywne rozmowy o tym, jak w krótszej i dłuższej perspektywie pomóc Polakom obniżyć rachunki za energię. Ta krótsza perspektywa polega na wskazaniu produktów, które już teraz sprzedawcy energii mogą zaoferować swoim klientom. Muszą być one tak skonstruowane, by pomagały stabilizować system energetyczny, a jednocześnie umożliwiały Polakom i firmom korzystanie z niższych cen prądu.
Dłuższa perspektywa to perspektywa elektryfikacji gospodarki. To, co nas bardzo interesuje, to nowe jednostki wytwórcze, które zaspokoją rosnący popyt na energię. W dużej skali chcemy opierać krajowy system na atomie i odnawialnych źródłach energii, takich jak morskie farmy wiatrowe. Mają one jedną wspólną cechę – na początku trzeba wydać dużo pieniędzy na ich budowę, a później koszty operacyjne są bardzo niskie. Oczywiście te nakłady inwestycyjne widzimy później w cenie energii. Pracujemy więc nad tym, by część tych kosztów wynieść poza rachunek za energię elektryczną.
Jak to możliwe? Ostatecznie przecież ktoś musi za to zapłacić.
Jest za wcześnie, by mówić o szczegółach, rozmawiamy o różnych propozycjach. Jeśli ten pomysł się powiedzie, koszty energii mogłyby być rzeczywiście niskie. I nawet jeśli te nakłady inwestycyjne byłyby zaszyte w innych daninach publicznych, to i tak – w mojej ocenie – efekt byłby korzystny z punktu widzenia państwa. Po prostu gospodarka rozwijałaby się szybciej, a my – obywatele i firmy – z większym przekonaniem moglibyśmy inwestować w elektryfikację, a więc w samochody elektryczne, pompy ciepła, kotły elektryczne w elektrociepłowniach. Kluczem do elektryfikacji jest tania energia.
Mniejsze opłaty dla przemysłu
Czy to nie jest pomysł podobny do propozycji prezydenta Karola Nawrockiego? Jego projekt ustawy przewiduje wyjęcie z rachunku za prąd niektórych pozycji i przerzucenie ich do budżetu państwa.
W prezydenckim projekcie nie ma nic o kosztach inwestycyjnych. Tam jest mowa o finansowaniu niektórych opłat z wpływów z handlu emisjami CO2 (ETS). To żadna rewolucja. Nie chcę natomiast odnosić się do propozycji prezydenta, bo w jego prerogatywach nie ma prowadzenia polityki energetycznej państwa. Stało się coś bardzo dziwnego – ktoś próbuje suflować rozwiązania w obszarach, które leżą poza kompetencjami prezydenta. Z zaskoczeniem obserwuję, że wszyscy, włącznie z mediami, pogodzili się z tą sytuacją. Ale wróćmy do cen energii.
No właśnie – co można zrobić, aby w najbliższym czasie zmniejszyć rachunki za prąd?
Trwają gorące dyskusje na ten temat. Osobne rozwiązania przygotowujemy dla przemysłu energochłonnego, a osobne dla odbiorców indywidualnych. W tej pierwszej grupie widzimy szansę na obniżenie opłat związanych z dystrybucją energii. Na rachunku widzimy m.in. opłatę mocową. Wszyscy płacimy za to, by w systemie nie zabrakło mocy wytwórczych. Obecnie ta opłata jest pobierana także w godzinach, kiedy system ma permanentne nadwyżki produkcji energii. Chcielibyśmy, aby jej wysokość mogła zmieniać się w ciągu doby. Zależy nam przecież, aby firmy korzystały z energii wtedy, gdy jest jej najwięcej w systemie i kiedy jest najtańsza. W takich godzinach nie widzę sensu, aby firmy płaciły wysoką opłatę mocową. Przemysł powinien być wręcz zachęcany do korzystania z energii w tanich godzinach, a można to zrobić właśnie poprzez zmniejszenie opłat.
Ale i tak przecież suma musi się zgadzać. Rynek mocy kosztuje nas w tym roku około 10 mld zł i właśnie tyle pieniędzy powinno trafić do wytwórców energii.
Oczywiście, ale wracamy do wcześniej postawionego pytania: czy wszystko musi być płacone w rachunku za energię? Czy część obciążeń nie może być finansowana z innej daniny?
Problem z prosumentami
Czy w sfinansowaniu rachunków mógłby pomóc Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW)?
Fundusz nie może finansować w Polsce rynku mocy, bo byłoby to niezgodne z regulacjami. Mógłby natomiast zaproponować rozwiązania, które wpłynęłyby na obniżkę niektórych kosztów. Na przykład wsparcie elastyczności systemu energetycznego. Dzisiaj największym problemem dla dużych grup energetycznych są prosumenci, a więc właściciele domowej fotowoltaiki. Spółki energetyczne pobierają energię od prosumentów wtedy, gdy świeci słońce, a więc jest nadmiar energii w systemie. Oddają ją zaś prosumentom w innym czasie – np. wieczorami albo w okresie zimowym. Na tym polega system rozliczeń właścicieli fotowoltaiki, którzy budowali swoje instalacje w pierwszych latach rozkwitu tej technologii w Polsce. System ten jest bardzo korzystny dla prosumentów, ale dla spółek energetycznych to olbrzymie koszty. To odbija się później w cenach energii dla wszystkich obywateli jako koszt profilowania klientów. Tak więc NFOŚiGW mógłby w jeszcze większym zakresie wspierać pogram budowy magazynów energii. To zmniejszyłoby koszty profilowania klientów i docelowo obniżyło ceny prądu.
Tanie godziny dla gospodarstw domowych
Wspomniał pan też o nowych ofertach zakupu prądu dla gospodarstw domowych. Na czym one miałyby polegać?
Chodzi o oferty z elastyczną ceną energii, ale też usług jej dostarczania. Mamy ich coraz więcej na rynku. To są np. oferty powiązane z bieżącymi cenami energii na giełdzie czy tzw. tanie godziny. Mobilizujemy największych sprzedawców energii, aby włączyli się do tej gry i popularyzowali tego typu umowy. Aby pokazywali, jak ludzie korzystają na elastyczności i ile na tym oszczędzają.
Dziś jednak zdecydowana większość Polaków korzysta z tradycyjnej taryfy na zakup energii, w której cena jest taka sama przez cały dzień. Jak przekonać ich do zmiany nawyków i zerwania bardzo wygodnych umów, dzięki którym nie muszą podejmować żadnego wysiłku?
Przed nami wielka praca edukacyjna, która musi rozpocząć się na wszystkich szczeblach. Myślę, że dzisiaj większość instalatorów fotowoltaiki nie wie, po co zakłada te panele słoneczne. Podobnie większość instalatorów magazynów energii nie wie, po co zakłada je klientom. Nie mamy niestety na rynku wielu kompleksowych ofert, w których sprzedawca mówi: twój rachunek spadnie o konkretną wartość, a jak nie, to zwrócimy ci różnicę. Sprzedawcy nie biorą na siebie odpowiedzialności. A przecież kompleksowe rozwiązania na świecie już istnieją.
Sprzedawca nie musi uzależniać ceny energii całkowicie od notowań na giełdzie – może zagwarantować, że cena nie wzrośnie powyżej jakiegoś limitu. Możemy też tworzyć specjalne taryfy pod konkretne urządzenia. A więc mamy w domu czy mieszkaniu tradycyjną taryfę na zakup energii, a jedno czy dwa urządzenia mają swoje podliczniki i rozliczają się po zupełnie innych stawkach. To może być ładowarka do samochodu elektrycznego albo pompa ciepła. Idąc dalej – nie musimy płacić jednorazowo za nasze panele fotowoltaiczne. Możemy leasingować je od firm, spłacać je z naszych oszczędności za energię i dopiero po pewnym czasie stać się ich pełnoprawnym właścicielem. Tak samo można zrobić z magazynami energii.
Spektrum możliwości jest ogromne. Jeszcze w czerwcu chcielibyśmy zaproponować pakt dla elektryfikacji. Do współpracy chcemy zaprosić firmy energetyczne, administrację rządową, ośrodki analityczne. Wspólnie stworzymy podwaliny dla elektryfikacji polskiej gospodarki.
Temat czuły politycznie
Czy te wszystkie rozwiązania wystarczą, aby istotnie ulżyć gospodarstwom domowym?
To na razie propozycje. Planujemy wiele rozwiązań, które łącznie mają dać pozytywny efekt. Chciałbym też podkreślić, że średnie rachunki za energię nie są w Polsce horrendalnie wysokie. Jest to jednak czuły politycznie temat. A przecież panuje nie do końca słuszne przekonanie, że za cenę energii odpowiada rząd.
Pośrednio tak – ceny energii są wynikiem polityki energetycznej państwa.
W pewnym sensie tak, ale sytuacja na rynku ma też niebagatelne znaczenie. Spójrzmy, co działo się przez ostatnią dekadę. Poprzedni rząd nie chciał stawiać wiatraków, a farmy wiatrowe i tak powstawały. Prezydent USA Donald Trump ogłosił wielki powrót do węgla, a jednocześnie za jego kadencji zużycie tego surowca do celów energetycznych w Stanach Zjednoczonych spadło. Polityka energetyczna nie jest więc wyrocznią, ale może przeszkadzać albo pomagać w kształtowaniu systemu energetycznego.
Jednak ludzie przyzwyczaili się, że rząd może sterować cenami energii, np. poprzez ich mrożenie. Mieliśmy też w ostatnich latach narrację, że koszty energii będą stale rosły. Ten czas wykorzystali sprzedawcy energii, którzy kusili klientów umowami z gwarancją ceny na kilka lat. Dziś widzimy, że oferty te okazały się pułapką. Energia od czasu ostatniego kryzysu energetycznego potaniała bardzo wyraźnie. Nie staniała tak mocno, jak byśmy chcieli, ale tendencja jest widoczna. Wciąż jednak – aby zachęcać ludzi do elektryfikacji – musimy myśleć o tym, co zrobić, by rachunki za prąd były jeszcze niższe.
Nie zawracajmy kijem Wisły
Kiedy poznamy ostateczne propozycje?
Nie mamy tu konkretnych dat. Niektóre rozwiązania powinny natomiast pojawić się w tym roku, bo są związane z procesem zatwierdzania taryf na sprzedaż energii przez regulatora na 2027 r. Wszyscy mamy świadomość, jaka jest stawka. Widzimy też, jak temat cen energii wykorzystuje sejmowa opozycja. Ze zdumieniem słucham apeli o to, by budować nowe kopalnie węgla. To tak, jakbyśmy chcieli wrócić do tramwajów konnych. Przecież to nie ten, a poprzedni rząd przygotował regulacje, które przesądziły o tym, że nie powstają już nowe elektrownie węglowe.
W perspektywie do 2030 r. wiemy już dokładnie, jakie nowe moce w energetyce powstaną. Te inwestycje są już realizowane. Więc dzisiaj mówienie, że zawrócimy kijem Wisłę, są nieodpowiedzialne. Niedawno opublikowany raport Polskiego Towarzystwa Gospodarczego „Konkurencyjność czy transformacja? Nowa mapa energetyczna Polski” kreśli obraz kraju, który jest poza Unią, stawia na najdroższe technologie, których dziś nie sfinansuje żaden bank, ale cudownym sposobem energia jest tania.
Budowa bloków gazowych z poślizgiem
A te nowe moce do 2030 r. to przede wszystkim elektrownie gazowe i morskie farmy wiatrowe. Jesteśmy bezpieczni?
Widzę tylko jedną niepewność. Nieprawdopodobnie szybki wzrost popytu na energię elektryczną w niektórych krajach sprawił, że rośnie liczba inwestycji w źródła gazowe. Przez to rośnie też popyt na turbiny i wiemy już, że polskie firmy mają duży problem z dotrzymaniem terminów zakończenia inwestycji w bloki gazowe. Nie wszystkie projekty uda się zrealizować na czas. Może się więc okazać, że część bloków węglowych będzie musiała pozostać w rezerwie. Mówimy tu jednak o przedłużeniu życia „węglówek” o kilka-kilkanaście miesięcy, a nie o 10-20 lat. Możemy więc trzymać bloki węglowe w zimnej rezerwie i odpalać je w najzimniejszych miesiącach. Tylko pytanie: kto za to zapłaci? Czy to będzie w rachunku za energię, czy też w rachunku za bezpieczeństwo, a może w rachunku za coś jeszcze innego? Jeśli będziemy wszystko wrzucać w rachunek za prąd, to będzie on dla ludzi nie do przyjęcia.
A nam zależy na tym, by ludzie korzystali z energii elektrycznej na większą skalę. Elektryfikacja jest pożądana z kilku przyczyn. Po pierwsze, wzmacnia naszą pozycję geopolitycznie. Mamy swoje słońce, swój wiatr i – dla określonych zastosowań – także własny węgiel. Po drugie, silniki elektryczne czy pompy ciepła są bardziej efektywne niż ich odpowiedniki oparte na paliwach kopalnych. Po trzecie, jest to również uzasadnione ekonomicznie. Z tego punktu widzenia dzisiaj dyskusja na temat na przykład lądowych farm wiatrowych już nie jest dyskusją o technologiach i co komu się podoba, ale o bezpieczeństwie Polski. Jeśli ktoś jest przeciwny budowie lądowych farm wiatrowych, to jest przeciwko bezpieczeństwu Polski.
Wyjście z systemu ETS oznacza blackout
To samo mówią zwolennicy węgla – kto jest przeciwny polskiemu węglowi, ten jest przeciwko bezpieczeństwu Polski.
Ale koszty są zupełnie inne. Energia z węgla obarczona jest ceną zakupu uprawnień do emisji CO2. Mamy system handlu emisjami ETS, z którego – wbrew głosom niektórych polityków – nie możemy wyjść. Bo to oznaczałoby wyjście z europejskiego rynku energii, czyli w praktyce mielibyśmy blackout w całym kraju.
Dlaczego?
Wyjście z systemu ETS wykluczyłoby Polskę z europejskiego rynku energii, ponieważ nagle mielibyśmy zupełnie inny niż reszta UE mechanizm tworzenia ceny. Nie mielibyśmy więc zabezpieczenia w postaci wszystkich otaczających nas operatorów w krajach sąsiednich. Co więcej, nie mielibyśmy wspólnego rynku. Nie mielibyśmy takich jak dziś możliwości handlowania energią z innymi krajami i korzystania z pomocy operatorskiej, gdy mamy energii w systemie za dużo lub za mało. Jesteśmy już zbyt zrośnięci z tym rynkiem, aby móc się od niego odłączyć bez strat. A te straty to byłaby moim zdaniem radykalna podwyżka, a nie obniżka cen prądu dla obywateli.
Rachunki za prąd będą niższe
Jaki cel sobie stawiacie w rozmowach, jeśli chodzi o obniżki kosztów energii dla firm i gospodarstw domowych? Prezydent Karol Nawrocki przekonuje, że realizacja jego projektu oznacza obniżenie rachunków o 33 proc. Jakie są realne możliwości – 20 proc.?
Jeśli chodzi o przemysł energochłonny, to myślimy o dużo dalej idącym obniżeniu kosztów energii niż 20 proc. Natomiast dla gospodarstw domowych pewnie ta obniżka będzie na początku niższa. Dopiero w dłuższej perspektywie mogłaby być dużo bardziej znacząca. Bo jeśli rzeczywiście część kosztów udałoby się wynieść poza rachunek za prąd, to będzie to spora ulga.
Czy elektryfikując gospodarkę tworzymy system bardziej odporny na kryzysy? Czy jednak bardziej wrażliwy, bo problemy z energią elektryczną od razu wpłynęłyby na sytuację we wszystkich sektorach?
Elektryfikacja nie oznacza braku dywersyfikacji. Tak byłoby, gdybyśmy myśleli o systemie elektroenergetycznym w taki sposób, jak wyglądał on 20 lat temu. Czyli że nadal w dyspozycji mocy mamy pięć telefonów, a po drugiej stronie 25 bloków centralnie zarządzanych. Dziś mamy do czynienia z prosumentami, którzy mogą być przez kilka godzin dziennie samowystarczalni energetycznie. Mamy właścicieli aut elektrycznych, którzy w kryzysowych sytuacjach mogą energią z baterii samochodowej zasilać swoje domy. Tak więc ten system będzie oferował bardzo różne możliwości, co znacząco poprawi naszą sytuację jako kraju. Nie będziemy zależeć już tak mocno jak teraz od kolejnych kryzysów paliwowych czy energetycznych, które wybuchają w różnych częściach świata.
Budujemy system na nowo
Kluczem jest jednak to, z czego tę energię produkujemy.
Musimy ją wytwarzać ze wszystkiego, a zwłaszcza z tych źródeł, które dadzą nam elastyczność. Niektórzy pytają się mnie, dlaczego Polska buduje elektrownię jądrową, skoro jest tak dużo OZE? Właśnie dlatego, że energetyka jądrowa daje nam podstawę, zapewnia minimum bezpieczeństwa. I działa przy użyciu paliwa, które uzupełnia się raz na kilka lat i nie potrzeba go w wielkich ilościach. Do tego dokładamy elektrownie gazowe, ale też możemy w przyszłości uzupełnić system małymi reaktorami jądrowymi. Są ponadto biogazownie, biomasa i instalacje utylizujące odpady. To wszystko składa się na nowy system energetyczny. Wspierać go będą magazyny energii, które pomogą nam lepiej wykorzystywać odnawialne źródła energii. Magazynów buduje się obecnie bardzo dużo i jesteśmy zadowoleni z tempa tych inwestycji.
Musimy energię wytwarzać ze wszystkiego, a więc też z węgla?
Być może potrzebne będzie pozostawienie kilku bloków węglowych w rezerwie. Ministerstwo Energii rozmawia właśnie w Brukseli o tym, aby takie jednostki – które będą działać tylko w sytuacjach kryzysowych – wyłączyć z systemu ETS. Trwają negocjacje, ile godzin maksymalnie mógłby pracować węglowy blok bez obciążenia opłatą emisyjną. Myślę, że dopuszczenie pracy przez 1-1,5 tys. godzin dałoby możliwość utrzymania takich elektrowni. Już dzisiaj niektóre bloki wykorzystywane są w zaledwie 30 proc., a to mniej więcej tyle, ile wynosi stopień wykorzystania farmy wiatrowej.
Potrzebny pełnomocnik ds. transformacji
Transformacja obejmuje dzisiaj nie tylko energetykę, ale też ciepłownictwo, przemysł, motoryzację, budownictwo. W rządzie nie ma natomiast osoby, która nadzorowałaby kompleksowo wszystkie te procesy. Przydałby się taki specjalny pełnomocnik rządu ds. transformacji?
Tak, myślę, że przydałaby się taka osoba, która byłaby odpowiedzialna za koordynację prac w tym obszarze.
Może szef PSE objąłby taką funkcję?
Szef PSE ma swoje zadania, ale operator może pomagać administracji rządowej i to robi. Zwłaszcza że mamy swój ośrodek analityczny – Narodowe Centrum Analiz Energetycznych. Wiadomo też, że w firmie można zrobić pewne rzeczy szybciej, sprawniej, można zatrudnić lepszych ludzi niż w administracji. I w Europie to już się dzieje. Na przykład brytyjski operator sieci przesyłowej w dużej mierze przygotowuje dla rządu wszystkie rozwiązania dotyczące szeroko pojętej elektryfikacji gospodarki.
My też nie uchylamy się od odpowiedzialności, zawsze służymy pomocą. Jesteśmy też aktywni w Brukseli, gdzie od roku powtarzamy, że UE nie powinna koncentrować się na emisyjności, ale na elektryfikacji. Bo niska emisyjność wyniknie właśnie z elektryfikacji. Najlepszym tego przykładem są Chiny. One zaczęły elektryfikować gospodarkę, opierając wytwarzanie energii na węglu, a dziś są liderem w inwestycjach w OZE. My jesteśmy na początku drogi, ale zmierzamy w dobrym kierunku.
Główne wnioski
- Polskie Sieci Elektroenergetyczne, które są operatorem sieci przesyłowej, spotykają się z największymi spółkami energetycznymi. Wspólnie tworzą propozycje dotyczące obniżenia rachunków za energię dla gospodarstw domowych i przemysłu. Jedną z opcji jest wyjęcie z tych rachunków kosztów ponoszonych na budowę nowych elektrowni, np. jądrowych czy morskich farm wiatrowych. – Jeśli ten pomysł się powiedzie, koszty energii mogłyby być rzeczywiście niskie. I nawet jeśli te nakłady inwestycyjne byłyby zaszyte w innych daninach publicznych, to i tak, w mojej ocenie, efekt byłby korzystny z punktu widzenia państwa – przekonuje Grzegorz Onichimowski, prezes PSE.
- Inne rozwiązania dla gospodarstw domowych to m.in. oferty z elastycznymi cenami energii albo tanie godziny. W tym przypadku szef PSE wymaga większej aktywności od sprzedawców prądu. Proponuje też, aby prosumenci mogli leasingować od firm panele słoneczne i magazyny energii. Spłacać mogą je z oszczędności wypracowanych przez te urządzenia. Osobne rozwiązania PSE ze spółkami energetycznymi przygotowuje dla przemysłu energochłonnego. W tym przypadku w grę wchodzi obniżenie w wybranych godzinach tzw. opłaty mocowej, która znajduje się w rachunku za prąd.
- Nie wiadomo, kiedy ostateczne propozycje będą gotowe, ale część rozwiązań powinna wejść w życie jeszcze w tym roku. Wiadomo natomiast, że wszystkie działania mają zmierzać w kierunku elektryfikacji gospodarki. A do tego potrzebna jest właśnie tania energia. W czerwcu PSE ogłosi pakt dla elektryfikacji. Do współpracy zaprosi firmy energetyczne, administrację rządową i ośrodki analityczne. – Wszyscy mamy świadomość, jaka jest stawka. Widzimy też, jak temat cen energii wykorzystuje sejmowa opozycja. Ze zdumieniem słucham apeli o to, by budować nowe kopalnie węgla. To tak, jakbyśmy chcieli wrócić do tramwajów konnych – wskazuje Grzegorz Onichimowski.