Ojcowie coraz częściej korzystają z urlopu rodzicielskiego, choć na krótko
Liczba ojców przebywających na urlopie rodzicielskim wzrosła w 2025 r. do 57 tys. – wynika z danych ZUS. Dla porównania w 2022 r. liczba ta wynosiła 3,7 tys., choć było to jeszcze przed wprowadzeniem zmian w prawie, mających ułatwić mężczyznom opiekę nad dzieckiem.
Polskie prawo umożliwia ojcom skorzystanie zarówno z urlopu ojcowskiego, jak i z urlopu rodzicielskiego. Pierwszy zapewnia dwa tygodnie w 100 proc. płatnego wolnego, które należy wykorzystać do pierwszego roku życia dziecka. Drugi urlop został wprowadzony w 2023 r. i gwarantuje 41 tygodni wolnego płatnego na poziomie 70 proc. W przeciwieństwie do urlopu ojcowskiego, rodzicielski można wykorzystać przez pierwszych sześć lat życia dziecka.
Z danych ZUS wynika, że z urlopu rodzicielskiego skorzystał co czwarty uprawniony do tego ojciec w Polsce (24 proc.). Przed zastosowaniem zmian w prawie odsetek mężczyzn korzystających z tej formy opieki nad dzieckiem wynosił 1 proc.
Mimo rosnącej liczby ojców korzystających z urlopów rodzicielskich ich udział w łącznej liczbie wykorzystanych dni pozostaje niski i wynosi 6 proc. Średnia długość urlopu ojca to 43 dni, podczas gdy matki – 143 dni. Oznacza to, że mężczyźni wykorzystują średnio niecałe pięć tygodni, mimo że zgodnie z Kodeksem pracy mają do dyspozycji dziewięć tygodni nietransferowalnego urlopu rodzicielskiego.
Od 26 kwietnia 2023 r. w wyniku nowelizacji Kodeksu pracy łączny czas trwania urlopu rodzicielskiego został wydłużony do 41 tygodni – jeśli urodziło się lub rodzina przyjęła na wychowanie jedno dziecko, i do 43 tygodni – jeśli urodziło się lub rodzina przyjęła na wychowanie dwoje lub więcej dzieci jednocześnie.
Kluczową zmianą było jednak wprowadzenie dziewięciotygodniowej, nieprzenoszalnej części urlopu rodzicielskiego, przysługującej każdemu z rodziców indywidualnie. Tego prawa nie można przekazać drugiemu z rodziców. Jeśli uprawnienie to nie zostanie wykorzystane, przepada.
Źródło: XYZ, PAP
Przeczytaj również: Polska wśród państw o najniższej dzietności na świecie. Problem jest jednak globalny