Karolina Szymańska o uważnym życiu w naturze. „Nie chcę już niczego przegapić”
– Już Arystoteles i cała kultura dalekich Chin, mówiły o tym, że my jesteśmy naturą i od tego nie uciekniemy. A my zamknęliśmy się w betonie, w mieście. I dziś ponosimy tego konsekwencje. Na szczęście zaczęliśmy to zauważać – mówi Karolina Szymańska, współtwórczyni bloga dla outdoorowych rodziców „Our little adventures”, autorka książki „Chodźmy na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo”.
Z tego odcinka dowiesz się…
- Jak kontakt z naturą wpływa na nasze samopoczucie.
- Dlaczego Karolina Szymańska, współautorka bloga i profilu na Instagramie „Our little adventures” namawia, żeby wyjść na dwór.
- Jak uważnie przeżyć swoje życie.
Wideocast
Powiększ video
Wideocast
Powiększ audio
Gościem najnowszej Harmonii jest Karolina Szymańska. Współtwórczyni bloga i profilu na Instagramie dla outdoorowych rodziców „Our little adventures”, który obserwuje 54 tys. osób. Autorka książki „Chodźmy na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo”.
Odcięcie od natury
Zdaniem Karoliny Szymańskiej natura ma ogromną moc. Działa nawet wtedy, kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy.
– Pochodzę z małej miejscowości na Lubelszczyźnie i wychowałam się w naturze. Kiedy przyjechałam na studia do Warszawy, studiowałam w takim miejscu, gdzie było bardzo dużo zieleni. Wciąż chodziłam po różnych warszawskich lasach. A potem wydarzyło się coś, co jest, myślę, wspólne dla wielu ludzi, którzy zaczynają pracę i zaczynają działać na 100, 200 lub nawet 300 proc., chcąc się wykazać.
Zapomniałam o naturze, o moich spacerach, które mnie koiły i dawały mi spokój i wyciszenie. Wpadłam w wir pracy, w ciągłe dowożenie i bycie zawsze gotową na wszystko. Miałam swoją firmę, zatrudniałam pracowników, współpracowałam z wieloma dużymi instytucjami w Warszawie i w Polsce. Wstawałam, otwierałam komputer, chodziłam na spotkania, wracałam do domu, znowu otwierałam komputer i pracowałam do godz. 22-23. I wydawało mi się to zupełnie normalne, bo kochałam swoją pracę. Myślałam, że tak wygląda to dorosłe życie – przyznaje Karolina Szymańska.
Potem urodziła się Marianka, jej pierwsza córka.
– Myślałam, że pogodzę to wszystko. Że dziecko po prostu do nas dołączy, a praca nadal będzie na takim samym poziomie jak wcześniej. Ja nie widziałam w ogóle alternatywy. Dla mnie to było tak oczywiste i tak jednoznaczne, co powinnam robić i że nie mogę poprosić o pomoc. Bo to by oznaczało, że sobie nie radzę, że już nie jestem tą samą Karoliną co przed urodzeniem dziecka – wspomina Karolina Szymańska.
Pierwsze przełomowe momenty
Przełomowy moment przyszedł, kiedy jej pierwsza córka miała niecały rok.
– Miałam swoją firmę, pracowałam z domu. Mąż wychodził wtedy do pracy na etat, więc do mnie należały wszystkie spacery. Drzemki Mani pokrywały się z porami spacerów naszego psa. Pamiętam swoją złość, bo chciałam, żeby chociaż raz Mania mogła mieć drzemkę w ciągu dnia w domu, w kołysce. Ja wtedy mogłabym normalnie odpowiedzieć na wszystkie maile, które czekały, i ogarniać wszystko tak samo jak wcześniej. I całe szczęście, że tak było. Bo gdybym wtedy, na tym etapie, nie doświadczyła tego wypalenia macierzyńskiego i zawodowego, to myślę, że krucho by ze mną było – przyznaje Karolina Szymańska.
Jesteśmy kulturowo i społecznie socjalizowane do „ogarniania”. I niesiemy całą tę presję bycia najlepszą wszędzie i w każdym obszarze naszego życia, zwłaszcza macierzyństwa. Jedna na trzy matki w Polsce doświadcza kryzysu macierzyńskiego.
– Kochałam być mamą, sprawiało mi to ogromną frajdę. Czułam tę miłość i czułam, że to jest moje miejsce, mój czas. Ale jednocześnie głową byłam w pracy. Myślałam sobie: co oni u mnie pomyślą, że ja teraz zwariowałam na punkcie mojego dziecka? A kiedy byłam w pracy, ciągle myślałam o Mariance. Zastanawiałam się co u niej, czy wszystko z nią dobrze, czy nie potrzebuje mnie w tej chwili. Czy może nie przeoczę jakiegoś pierwszego kroku albo czegokolwiek innego, co się z nią dzieje. To było uczucie nie do zniesienia – wspomina autorka bloga „Our little adventures”.
W pewnym momencie wszystko puściło.
– Szłam niedaleko domu, gdzie są ogródki działkowe, mnóstwo drzew owocowych. W pewnym momencie poczułam zapach czereśni, jakiejś wiśni, pewnie mirabelek, i po prostu zaczęłam płakać. Nie wiadomo skąd. Jakby całe to napięcie, które miałam w sobie, to, że muszę, te zaciśnięte zęby, że muszę wszystkim udowodnić, że wszystko ogarniam tak jak kiedyś, nagle puściło. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam sobie, że może wcale nie musi tak to wyglądać – dodaje Karolina Szymańska.
Wtedy jeszcze nie wiedziała co z tym zrobić.
– Chciałam po prostu wyjść z tego stanu. Uświadomiłam sobie, że będąc wciąż głową w tych moich projektach, w jakichś niezrealizowanych ambicjach, w takim byciu grzeczną, dowożącą, wzorową uczennicą, w ogóle nie jestem tu, z moim dzieckiem. Nie jestem z moim mężem, nie jestem sama ze sobą. Nie jestem z tym drzewem, które jest obok mnie, z moim psem. Tylko wiecznie denerwuję i złoszczę się w środku, że wszystko jest nie takie, jakie powinno być. Zaczęłam więc sięgać po pomoc, w ogóle mówić o tym, co czuję. Bo wcześniej nie miałam zasobów, żeby zobaczyć, co jest we mnie w środku. Tak bardzo chciałam być wystarczająca, żeby ten mój wizerunek, który do tej pory sobie zbudowałam, nie legł w gruzach – wylicza autorka książki „Chodźmy na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo”.
Powrót do natury
Karolina Szymańska przyznaje, że właśnie w naturze znalazła coś, co ją zachwyciło.
– Coś więcej, poza takim cielesnym doznaniem spokoju, obniżenia ciśnienia krwi i obniżenia kortyzolu. Ja intuicyjnie czułam, że spacery mi pomagają. Czułam się świetnie, będąc w lesie, na łące, chodząc po górach. Czułam, że ja tam przynależę, że jak ja tam jestem, to wszystko inne zostaje gdzieś w domu. Starałam się nie zabierać telefonów, wszystkich takich rzeczy, które zaburzałyby ten kontakt z naturą. Zaczęłam o tym czytać i zastanawiać się nad tym, dlaczego jest mi dużo lepiej w lesie niż w czterech ścianach. Dlaczego ja oddycham pełną piersią w górach, a zamykam się na przykład i bardzo chcę szybko wyjść z centrum handlowego – dodaje Karolina Szymańska.
Już Arystoteles o tym mówił i cała kultura dalekich Chin, że my jesteśmy naturą i od tego nie uciekniemy.
– A my zamknęliśmy się w betonie, w mieście. I dziś ponosimy tego konsekwencje. Na szczęście zaczęliśmy to zauważać, o tym pisać i przypominać sobie to wszystko, w co wierzyliśmy przez tyle lat istnienia ludzkości na Ziemi. Ja wtedy poczułam, że już nie chcę tak dłużej, że nie chcę być zawalona projektami, że chcę gdzieś to wypośrodkować. Bo nie mogłam zrezygnować z pracy. Nadal pracuję dosyć sporo i kocham swoją pracę, ale to już są innego rodzaju akcenty. Wiem, co mi służy, co mi nie służy, zaczęłam słuchać siebie. Myślę, że zajęło mi to pięć, sześć lat, żeby w ogóle polubić siebie i zauważyć swoje potrzeby, a także potrzeby moich najbliższych – przyznaje Karolina Szymańska.
Chodźcie na dwór
Na początku zaczęła pisać o tym na blogu, w mediach społecznościowych.
– Zaczęłam się tym dzielić, zauważyłam, że odbiór jest dobry, że ludzie też tego potrzebują. Zaczęłam coraz bardziej czytać na ten temat, coraz więcej się dowiadywać, słuchać różnych ekspertów. Założyłam podcast „Dobranocka dla rodziców”, do którego zapraszałam i zapraszam nadal lekarzy, specjalistów, fizjoterapeutów, psychologów, terapeutów, żeby pokazać różne perspektywy. Pomyślałam sobie, że może skoro ja tak żyję, tak żyją nasi znajomi, przyjaciele, to może mogę o tym opowiadać i zachęcać do tego innych. Stworzyłam kampanię „Chodźmy na dwór”, potem napisałam książkę „Chodźmy na dwór. Jak natura uratowała moje macierzyństwo” – wylicza Karolina Szymańska.
Karolina pokazuje innym, że powrót do natury nie musi oznaczać radykalnych zmian.
– Każdy z nas może wprowadzić tę naturę, to bycie regularnie na dworze, w ruchu, do swojego życia. I naprawdę wystarczy zacząć od piętnastu, dziesięciu minut dziennie. Można sobie nawet ustawić budzik w zegarku czy alarm w telefonie. I zamiast przerwy w pracy, pójścia na kawę do kawiarni czy do jakiegoś pokoju socjalnego, można wyjść na dwór. Przejdźmy się, wyprostujmy, popatrzmy na drzewa, popatrzmy na chmury, spróbujmy inaczej skoncentrować nasz wzrok niż na ekranie komputera czy w papierach. Pozwólmy tej naszej głowie trochę odpocząć. I zobaczycie, że takie regularne mikromomenty zachwytu są naprawdę możliwe – zapewnia ekspertka.
Natura nie zmieni całego życia. Nie usunie wszystkich kłód spod nóg, nie sprawi, że wszystkie problemy czy wyzwania, z którymi mierzymy się na co dzień, nagle znikną.
– Tylko my zyskamy inną perspektywę patrzenia na to. I to jest chyba najpiękniejsze w tym, co daje natura i w jaki sposób pozwala mi żyć i patrzeć na świat, a przede wszystkim na siebie samą – dodaje Karolina Szymańska.
Nie chcę wszystkiego przegapić
– Jak nam się urodziła najmłodsza córka, byłam już w zupełnie innym miejscu niż z pierwszym dzieckiem. Pomyślałam, że ja nie chcę tego wszystkiego przegapiać. Tak jak przegapiałam wtedy z Manią. Chcę wszystko świadomie przeżyć. Policzyłam weekendy, które mamy do osiemnastego roku życia z dziećmi. Jest ich ok. 936. To bardzo mało, wbrew pozorom. Musimy kolekcjonować te nasze mikromomenty z dziećmi – zapewnia Karolina Szymańska.
Pierwsze lata z dziećmi wydają się męczące i długie.
– I tak jest. Opieka nad małym dzieckiem jest wymagająca. Ja namawiam do zatrzymania się, odpuszczenia na chwilę tych wszystkich zawodowych dążeń. Żeby zobaczyć, że moje dziecko tylko raz zrobi ten pierwszy krok. To się nie powtórzy. Ono nie będzie przez dziesięć kolejnych lat miało z okazji Dnia Mamy swoich wystąpień w przedszkolu. Będzie miało może dwa czy trzy razy takie wydarzenia. Nie będzie przynosiło mi tych obrazków z przedszkola w nieskończoność. Te śniadaniówki też nie będą przygotowywane do końca życia. Nie będziesz wyjeżdżać ze swoim dzieckiem w góry, pod namiot, nad morze zawsze. Bo kiedyś powie, że woli wyjechać z dziewczyną czy chłopakiem. I takie jest życie. I tak powinno to wyglądać, bo my nie wychowujemy tych dzieci dla siebie, tylko dla świata – zapewnia Karolina Szymańska.
Główne wnioski
- Natura ma ogromną moc. Działa nawet wtedy, kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy. Spacery dają spokój, obniżają ciśnienie krwi i poziom kortyzolu.
- Każdy z nas może wprowadzić naturę, bycie regularnie na dworze, w ruchu, do swojego życia. Wystarczy zacząć od piętnastu, dziesięciu minut dziennie. Można sobie ustawić budzik w zegarku czy alarm w telefonie i zamiast przerwy w pracy, pójścia na kawę do kawiarni czy do pokoju socjalnego, można wyjść na dwór.
- Już Arystoteles i cała kultura dalekich Chin, mówili o tym, że my jesteśmy naturą i od tego nie uciekniemy. A my zamknęliśmy się w betonie, w mieście. I dziś ponosimy tego konsekwencje. Na szczęście zaczęliśmy to zauważać, o tym pisać i przypominać sobie to wszystko, w co wierzyliśmy przez tyle lat istnienia ludzkości na Ziemi.



