Drugi chiński szok w Polsce. Które branże czują na plecach oddech Państwa Środka
Dużo uwagi w ostatnim czasie przykuwa w Europie ekspansja towarów z Chin. Zjawisko określa się już „drugim chińskim szokiem”. Pierwszy szok, który nastąpił po przyjęciu Chin do Światowej Organizacji Handlu (WTO) w 2001 r., cechował się tym, że wzrósł import słabych jakościowo, ale bardzo tanich dóbr. Teraz sytuacja jest inna – przewagą towarów z Chin nie jest już tylko cena, ale też jakość i zaawansowanie technologiczne.
Temat chińskiej konkurencji pojawia się w dyskusjach gospodarczych z dwóch powodów. Pierwszy ma związek z danymi. Import z Chin w 2025 r., według danych GUS, wzrósł w ujęciu r/r o 13,3 proc. licząc w euro. W dolarach było to 17,5 proc. W efekcie udział towarów z tego państwa w całości polskiego importu wzrósł na przestrzeni tylko jednego roku aż o 1 pkt proc. z 14,5 do 15,5 proc. Narodowy Bank Polski (NBP), jak i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) wskazywały, że to właśnie bardzo tanie towary z Chin są jednym z ważnych czynników, które przyczyniły się do spadku inflacji.
Drugi powód jest prozaiczny – chińskie towary są widoczne na rynkach, na których niedawno prawie ich nie było. Najlepszym przykładem jest motoryzacja, gdzie marki z Chin, jak Omoda, BYD, BAIC, Jaeco, czy MG rozpychają się łokciami. Innymi przykładami są producenci sprzętu AGD jak Dreame, Haier, Gree, czy Midea. Chińskim produktem jest też przecież sławny ostatnio robot Edward Warchocki, który jednak został wyposażony w polskie oprogramowanie.
Jest import i import
W tej sytuacji pojawia się pytanie, o ile chińskie towary mogą być zagrożeniem dla tych produkowanych w Polsce? Sam wzrost importu z Chin, czy rozpoznawalności konsumenckiej jeszcze o tym nie świadczy. Takie produkty mogłyby stanowić konkurencję dla towarów importowanych z innych państw, niewytwarzanych w Polsce.
W niektórych branżach zapewne tak jest, natomiast w niektórych mogą stać się problemem. Na wykresie powyżej pokazałem odsetek firm z trzech branż przetwórstwa przemysłowego – produkcji urządzeń elektrycznych, mebli oraz samochodów, które wskazują na tzw. konkurencyjny import jako barierę działalności.
Uwagę zwraca zwłaszcza branża produkcji samochodów, gdzie ten wskaźnik wynosi 19 proc. (średnia za ostatnie trzy miesiące). Jest to najwyższy wynik przynajmniej od 2010 r. Wzrost do takich poziomów nastąpił w ciągu ostatnich niemal dwóch lat. Jeszcze w I połowie 2024 r. oscylował na poziomie ok. 5 proc.
Wyraźne wzrosty obaw o konkurencję ze strony importu widać też wśród producentów urządzeń elektrycznych. Ten wskaźnik wynosi 27 proc. wobec 10-15 proc. w okresie pandemii. Gdy spojrzymy w dłuższej perspektywie, to takie wyniki były już obserwowane przed 2018 r. W ostatnich miesiącach widać także wzrosty w branży produkcji mebli. Na przestrzeni półrocznej wskaźnik skoczył z 8 do 13 proc.
W całym przetwórstwie sytuacja jest inna
We wskazanych branżach presja ze strony importu jest silnie odczuwalna, natomiast w całym przetwórstwie sytuacja jest nieco inna. Co prawda, odsetek firm deklarujących to jako barierę działalności wzrósł do 16,5 proc. w kwietniu 2026 r., wobec mniej niż 10 proc. w latach 2020-2022. Przed pandemią ten wskaźnik utrzymywał się na podobnym poziomie, co obecnie. Można więc mówić o normalizacji, choć zapewne jakiś wpływ chińskich towarów jest tu też widoczny.
Skłaniałbym się jednak do tego, że na razie jest on odczuwalny szczególnie w wybranych branżach. Na podobne wnioski wskazywała opublikowana kilka dni temu analiza ekonomistów PKO BP „Komu (nie)straszny chiński smok?”. Na podstawie analizy ujawnionych przewag komparatywnych (RCA) stwierdzają, że polski eksport na rynki europejskie jest dosyć odporny na chińską konkurencję, ze względu na silną dywersyfikację.
Tempo ekspansji chińskich firm na kolejne rynki jest jednak tak duże, że ten problem będzie stanowił wyzwanie dla coraz większej liczby branż.